IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Charles III Paddington
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 125
Join date : 02/02/2012
Skąd : London

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 19:41

Paddington wpatrywał się w twarz Lisicy nie mogąc zrozumieć, czy to on rzeczywiście pierdoli od rzeczy czy przypadkiem nie okazało się, że próba przedostania się na drugą stronę otoczki euforii nie okazała się na marne. Tudzież za szybko, bo w końcu.... taak, z rozmowy Vesny z tą tamtą biczą o nieprzyzwoicie krótkiej sukience mógł śmiało wywnioskować że to godziny jedynie minęły od chwili sfinalizowania procesu zwerbowania. Co dość dosadnie oddawało sposób, w jaki wstępowało się w szeregi SHD (a Czarls naprawdę czuł się prawie-wszechwiedzący w tej kwestii, wystarczająco długo sabotując ich działania tudzież obserwując kolejne przejścia na złą stronę mocy). Zwerbowanie do służby. Którą teraz miała podjąć Vesna - srsly?!
I naprawdę nie chciał dramatyzować i nie oczekiwał tego ze strony dziewczyny, jednak jego słowa rzeczywiście mogły zabrzmieć.. hmm, groźnie. Albo ostatecznie. Chociaż nie w takim stopniu jak jej przyzwolenie na to, by sobie odmaszerował niewzruszenie i zostawił ją w sp...
Zaraz.
Spokoju? J a k t o.
Czyli co, czyli... miał być takim tam porąbanym aniołem stróżem, który rzuca ze znaczącym spojrzeniem i rozłożonymi szeroko ramionami "tylko ostrzegam", licząc na drgnienie sumienia i nagły powrót na ścieżkę chwały i glorii i.... nieee, Charlie zdecydowanie w nastroju uduchowionym nie był. Chociaż pełen olśnienia - prawdopodobnie.
- Niee, Ves - pokręcił głową, prostując się i patrząc mocno z góry, choć bez cienia wyższości emanującej z rozognionego spojrzenia. - Nigdzie się nie wybieram. Zrobię tak, że odwidzi Ci się to całe popierdolone stowarzyszenie - zaanonsował z emfazą, zanim siorbnął sobie drinka przez powyginaną, zakręconą słomkę. - A gdybyś jednak miała okazać się kretynką, nawet gdy Cię znienawidzę to raczej nie pozwolę Ci dawać dupy e150 w ramach kolejnego etapu inicjacji - choć mówił dobitnie i wulgarnie i zdecydowanie nie korzystając z pokładów zwrotów eufemizujących, raczej nie było to coś, co mogłoby zaskoczyć czy urazić. Przynajmniej nie tych, którzy doskonale zdawali sobie sprawę jak pozbawiony niejednokrotnie ogłady Paddington jest.
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 20:04

Dramowanie, pocieszanie na siłę czy cokolwiek w tym stylu teoretycznie nie było zgodne z charakterem Mer. Nie była zbyt dobrą przyjaciółką do pocieszania - najwyżej mogła ogarniać z punktu widzenia czysto racjonalnego, a w ostateczności przynieść lody, szampana, dać się wyzłościć i wyżyć, a potem zaczynała systematycznie problem bagatelizować, przechodzić nad nim do porządku dziennego i się starać, żeby o tym zapomniano. Sama zazwyczaj też takich reakcji oczekiwała - chyba że miała naprawdę gorszy dzień i jedyne, czego oczekiwała, to ramię do wypłakania się. Też bez marnego pocieszania, najwyżej z drobnym potrząśnięciem. Dlatego właśnie tak pasowała do Chloe, Indie i Blaise'a. Oni idealnie potrafili dopasować się do niej, wiedzieli, czego potrzebuje.
Tak jak ona - czuła, że Blaise nie chce żadnego przyjęcia, świętowania, tłumu ludzi, składających życzenia z fałszywymi uśmiechami i nieszczerymi uściskami. Sztywne, formalne spotkania nie były czymś, za czym przepadał, Meredith dobrze o tym wiedziała. I dlatego nie chciała go zmuszać do czegoś, czego mógłby nie chcieć, właśnie dlatego, że go kochała. I świadomie nie zrobiłaby nic przeciwko niemu.
- Nie sądzę, żeby miał ochotę - westchnęła z, mimo wszystko, ciepłym, lekko zakochanym uśmiechem. I znów zaczęła bawić się obrączką, bezwiednie przekręcając ją na palcu. Naprawdę tam była. Naprawdę Blaise był jej mężem. I naprawdę rozmawiała o swoim weselu - Ale zobaczymy, co da się zrobić. I jeśli się zgodzi, możesz być pewna, że zostaniesz główną organizatorką - roześmiała się, spoglądając na Klołkę z sympatią.
Która przez chwilę wyglądała dość groteskowo, bo Mer nagle zbladła, zauważywszy podchodzących Indię i Aidena. Jej także przypomniały się poprzednie urodziny, na których Indiana pojawiła się z Collierem, anonsując w ten sposób jej związek. I nie wiązały się z tym żadne dobre wspomnienia, raczej źle kojarzyła tamten dzień z początkiem końca pewnej epoki. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, czyż nie? Dlatego teraz szybko zdołała się opanować i wstała, z zamiarem przywitania Indie i zignorowania Starszego. Dla większego dobra. A w ogóle, tak w kwestiach czasowych, to nadal jest dopiero parę dni po powrocie Mer z USA i jeszcze nie zdążyła się pojawić na zajęciach czy coś.
- India, jak miło cię widzieć - powiedziała szczerze, zbliżając się do Lanvin. Nie będzie przecież na siłę wyciągać jej z objęć Aidena, któremu rzuciła niejasne spojrzenie, zastanawiając się, ile on wie. I czy ma się obawiać o swoje zdrowie i życie, tak na wszelki wypadek.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 20:56

Wysłuchiwała jego słów z zażenowaniem i złością i smutkiem, a nawet rozbawieniem. Tak, takiego bukietu emocja na twarzy jeszcze nikt nie widział... a przynajmniej nie na twarzyczce Wiesi. Zazwyczaj można było spotkać ją z obojętnością i ogólną pogardą rzucaną w stronę plebsu, ale nie teraz. Znacie minę odpowiadającą jej teraźniejszym emocjom, bo ja nie.
Co jakiś czas starała się wytrącić chłopaka z jego wypowiedzi, rzucając krótkie burknięcia, tudzież warknięcia, a dodam bez kozery, że nawet udało jej się w pewnym momencie zaprzeczyć... a to jest postęp, bo zwracając uwagę na to co właśnie przeżywała, żadna lisica by się nie powstydziła ambitnych onomatopei.
- Jak nawet możesz tak o mnie myśleć?! - znów krzyczała. Nie chciała, a jednak. Teraz mogłaby skończyć, a potem wybiec, lecz ona kontynuowała. - To, że w Twoim mniemaniu, większość mojego czasu poświęcam biżuterii, pierścionkom i włosom, nie znaczy, że będę dawać dupy na prawo i lewo! - ostatnie słowa wypowiedziała trochę za głośno i była pewna, że kilka głów odwróciło się w ich stronę, obserwując wszystko z rozbawieniem, tudzież wymalowanym zdziwieniem na twarzy - Shd to bractwo, a mi się zdaje, że mylisz NAS z burdelem... - nie mogła pojąć jak Charles mógł tak pomyśleć o jej osobie. Przecież to była Wiesia Doskonała, a nie Wiesia Dupodaja!
Nie znosiła gdy ktoś ją krytykował. Nienawidziła kiedy ją pouczano lub rozkazywano. Lecz jeśli już taka sytuacja nastąpi to Ves zamienia się w dzikiego tygryska. Nawet w chwili, której osoba dająca jej do zrozumienia, że coś jej nie wchodzi i ma rację, to i tak blondynka zaprzeczy. Będzie się zapierała nogami i rogami, aby tylko postawić na swoim. Lecz przede wszystkim nie uchodziła innym na sucho, gdy ktoś zarzucał jej kłamstwo, bądź myślał, że wie co Vesna jest w stanie zrobić.
Nagle jakaś osoba z imprezowiczów popchnęła ją w stronę Charlesa. Mina dziewczyny przerodziła się w zdziwienie i zaskoczenie. Gdy myślała, że bliżej Lisa już stanąć nie może, okazało się, iż jest w błędzie. Teraz ich ciała dosłownie się stykały. Czuła jego serce łomoczące w klatce piersiowej i musiała przyznać, że była to najdoskonalsza muzyka dla jej uszu. Mogłaby tak stać i stać wtulona w kogoś o tak niesamowitym zapachu, spojrzeniu, uśmiechu, a nawet sposobie w jaki krzyczy - to wszystko było takie zabawne, że Wiesia nie miała pojęcia dlaczego przed chwilą tak bardzo się gniewała.
Powrót do góry Go down
Charles III Paddington
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 125
Join date : 02/02/2012
Skąd : London

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 21:19

Bractwo sractwo. Charles doskonale znał te gadki, które bły zazwyczaj z gatunku irytujących komunałów, sprzedawanych chłonącej, chętne, i chciwej masie. Idiotów by the way. A Paddington - watcha out - idiotą nie był. Mimo całego nieogaru i nierzadko ujawnianych tendencji do wpierdalania się w najgłębsze gówno po szyję, potrafił logicznie fakty łączyć i zauważyć w Ves osobę już w tej chwili zajebiście zaangażowaną w całe przedsięwzięcie i lajfstajl, dotyczący Herbacianych Dam.
I zauważalnie rysowała się cienka ścieżka między nią a... wpływową osobą. Wpływową w ten sposób raczej zły i raczej nietolerowany dla Czarlsa. Nieprzypadkowo wzrok jego powędrował w rejony okupywane przez Demarchelier i wianuszek jej fanów. W których szeregu stanął nawet Collier...? WTF.
Przeniósł prędko spojrzenie na Ves, świadom jeszcze mocniej jak baardzo postara się nie dopuścić jej do stanu beznadziejnego. Nawet jeśli przez jakiś czas ich wszelkie przemiłe spotkanka zakończą się delikatną wymianą punchline'ów i szkodą fizyczną.
O której nie mogło być mowy w tej chwili - Charlie poczuł jak de Chaves napiera na niego całą oszałamiającą masą, co spowodowało szereg niespodziewanych wypadków przy pracy. Paddington wyglądał przez ładną chwilę, jakby mowę odjęło mu natychmiast, mimo że myśli wciąż pędziły i czuł się jak gdyby wypowiadał je na głos. Strużka podkoloryzowanego za pomocą curacao drinka cudnie przelała się miedzy nimi, znacząc małą kałużę na drewnianym parkiecie i zostawiając ślad pod postacią kilku ciemnoniebieskich kropel na jasnej koszuli Lisa.
Ale to nie wszystko - to nawet nie istota całego zajścia. Bo Charles, wiedziony potrzebą tej pojedynczej chwili i sposobnością, która jak gdyby sama się zawiązała, nie spuszczając wzroku ze zdeka zdezorientowanych oczu Vesny, pochylił się i mocno pocałował. Poczuł jak w chwili, w której nie odczuł oporu, jego powieki automatycznie stają się cięższe. Zamknął oczy, czując zaskakujący, dziewiczy i w pewien sposób niepokojący ścisk w żołądku - jak gdyby po raz pierwszy całował się z ludzką istotą.
W takich chwilach naprawdę ciężko mu było być sobą. Charlie Paddington jest nieprzystosowany do życia w społeczeństwie - ta myśl mignęła mu gdzieś pomiędzy tymi wszelkimi ogłupiaczami pod postacią emocji, które wybuchnęły, zaprzepaszczając możliwość skonstruowania w miarę logicznej myśli. To naprawdę t r u d n e dla niego było. Nie całowanie w mechanicznym sensie tylko.... ogarnięcie, cóż to on wyczynia najlepszego?
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 21:21

Klołka, mimo rozmowy z Mer i rzeczywistym swoim w nią wkładzie i zaangażowaniu, rozglądała się wokół, z ciekawością i radością oglądając piękne show, które było ich urodzinową imprezą, osiemnastką, najlepszym zakończeniem sezonu przed sylwestrem. Serio, ona PUCHŁA z dumy, czując jak jej drobne ciałko rozpiera imprezowa energia, nieskończona euforia i cały zestaw wspaniale nastrajających elementów.
A jak już Chloe Demarchelier przejawiała taki stan ducha (i ciała, czując się rewelacyjnie w dopasowanej sukience i pięknej kolii), wypijając tak małą ilość alkoholu, to trzeba było czegoś więcej, tu: kogoś więcej niż sparowani Ajda z Tą-Sokolicą-Przyjaciółką-Mer, żeby jakkolwiek zachwiać jej idealnym światem, gdzie ona jest idealną gospodynią i organizatorką idealnego urodzinowego przyjęcia. I dlatego może tak dobrze przyjęła informację, że żadnego wesela ani przyjęcia nie będzie i jej przyjaciółka będzie musiała nauczyć się czerpać radość z jakiśtam wspomnień, z którymi Klołka jeszcze nie była do końca zapoznana. Wiedziała jednak że za kilka dni, gdy skończy dyrygować armią sprzątaczek, które doprowadzą jej dom do porządku po tym wieczorze, z Sokolicą się spotka i wszystko, co od szczegółu omówi.
- To fantastycznie! Przekonaj go, przecież chcesz tego, a to już połowa sukcesu! - zapewniła ją tak w ramach tego, gdyby w tej miłości i robieniu wielkich, maślanych oczu jak w kreskówkach zapomniała o faktach istotnych. Ślub = wesele, zwłaszcza, gdy jest się w SHD, a Twoją przyjaciółką jest mały-wielki człowiek, który poruszy cały Londyn, żeby zdobyć najpiękniejsze kurde solniczki do zastawy na przyjęcie.
Gdzieś pomiędzy dzikiem machaniem rękami, by przebić się przez tłum swoją niezbyt rzucającą się w oczy sylwetką, a zarejestrowaniu iż Starszy ze swoją... osobą towarzyszącą ją zauważył i ku niej zmierza, przywitała się z Vesczi, która równie szybko jak się pojawiła, tak szybko zniknęła, a Klołka zarejestrowała tylko wątłe ciałko Paddingtona, gdzieś na skraju umysłu zostawiając adnotację, by koniecznie z nim porozmawiać jak już się upije.
Teraz zbyt jednak zajęta była MINDFUCKIEM absolutnym. Aiden. Collier. Się. Przyjaźnie. Uśmiechał. I wcale nie wyglądał, jakby miał to być okrutny wstęp do niemiłej konwersacji, bo on kwitł, jakiś rozkoszny uśmiech zdobił poharataną twarz, a wszystkiemu wydawała się być winna drobna Sokolica u jego boku, co wnioskowała tylko po sposobie, w jakim ją obejmował.
- Och... tak, na pewno. I jeszcze raz dziękuję za... - szoknięta miała problem z doborem słów, więc tylko położyła wymanikiurowaną dłoń na kolii.
Co się mu stało? i gdzie do cholery podział się tró-collierski Collier, który najwyraźniej spierdolił daleko zostawiając na zastępstwo wyrośniętą kupę rozgotowanego makaronu w ładnie skrojonej marynarce.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 22:30

Ignorowanie Tremaine przychodziło Aidenowi z dziecinną łatwością, nawet, gdy jego serce biło mocno i rrrromantycznie w kierunku jej bff. Nie wspominając już o jakiejś naleciałości historycznej, jakieś całowanie na podłodze, czy coś równie...mało znaczącego w obliczu bardziej interesującego partnera następnego.
Chętnie by teraz podumał nad tym dziwnym czworokątem, w którym się zupełnie przypadkiem znalazł przez swojego brata, jednak jego mózg skupiał się obecnie tylko na zakochanych akcentach idylli w jakiej przyszło mu żyć. A myślenie o Blaisie zdecydowanie popsułoby tą piramidkę szczęścia, w której właśnie panował, już nie ramię w ramię ze swoją królową (bo jakoś dziwnie się obok Mer znalazła), ale w dalszym ciągu mając w zasięgu wzroku.
Przez co był nieco rozkojarzony, bo z jednej strony chciał ciągle podtrzymać konwersację z Chloe (dobre wychowanie nakazywało bycie miłym dla jubilatki/solenizantki), ale jego sokoli wzrok ciągle uciekał do Indiany, jakby chciał się upewnić, że na pewno tam jest. I że nie zginie w dzikim tłumie, zostawiając go na pastwę żałoby i tragedii, spowodowanej utratą jedynej miłości.
Westchnął (!!!) więc mimowolnie, powracając spojrzeniem do Chloe, akurat w momencie, w którym nieco teatralnym gestem łapała się za niezwykle tanią kolię. Którą jej podarował, a która wyglądała naprawdę zniewalająco.
- Należała Ci się - odparł powoli, patrząc na nią przyjacielsko, jednak tylko przez chwilę, by znów moc obserwować Indianę, mając w głowie same romantyczne i erotyczne myśli. I - w perspektywie kolejnych pięciu lat - także domowe. I dzieciate.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 20 Gru 2012 - 8:43

... i wtedy stało się coś, co dzieje się tylko w filmach, książkach no i czasem na forumowych rpg, ale rzadko w realnym życiu. Kiedy Ves myślała, że jej uczucia są na skrajach wszystkich możliwych odczuć, teraz zdała sobie sprawę, że bardzo się myliła.
W jednej chwili i bez najmniejszej zapowiedzi Charles zbliżył się do jej twarzy i swoimi ustami dotknął jej ust. Nie tak spokojnie, niewinnie i delikatnie, jak to mieli w zwyczaju wszyscy chłopcy ze szkoły, którzy bardzo lubili udawać gentelmenów, bawiąc się w delikatne muskanie.
Zanim do Wiesi dotarło co się właściwie dzieje i dociec czym sobie zasłużyła na taki zwrot akcji, oddała pocałunek. Wcale jej się nie spieszyło, aby się wyrwać i znów zacząć krzyczeć. Ich usta pasowały do siebie idealnie. Jakby Bóg rozdzielił kilka puzzli, a potem kazał się odnaleźć. To czuła Vesna - znalazła swoją połówkę. Nawet nie wiedziała kiedy zamknęła oczy i z największą ochotą kontynuowała to co zaczął chłopak. Miała wrażenie, że wszystko w niej płonie, że cała ona rozpalona do niemożliwej temperatury zaraz wybuchnie. Ciarki przechodziły ją po plecach, a jednocześnie chciała, aby ta chwila trwała wiecznie.
W głowie plątało się wiele myśli. Wyrywki wspomnień tych złych i tych dobrych. Myślała także o tym co robili dosłownie kilka minut wcześniej i jak doszło do tego, co w chwili obecnej ma miejsce.
Co ja do cholery robię?! w głowie zadawała sobie to pytanie, choć tak naprawdę zupełnie nie przeszkadzała owej damie istniejąca sytuacja. Chyba sama siebie oszukiwała, że tego nie chce, że nie powinna i takie tam różne rozterki, które dziewczyny mają przed okresem.
W jednej chwili wyrwała się z oplatających ją ramion chłopaka przywracając swój mózg do w miarę logicznego myślenia. Gdy tylko ich twarze oddaliły się od siebie, zrobiła coś, co przed momentem nawet się jej nie śniło.
Wściekła na siebie i nie wiadomo za co na cały świat uderzyła Charles w twarz. Oh God, to takie typowe... tylko po co ona to zrobiła. Przecież jeszcze kilka sekund temu czuła się wspaniale, jakby cały świat wirował wokół niej. A teraz? Przywaliła biednemu chłopakowi w ryjek. Oszukując swoją blondynkowatą naturę, iż jest wściekła na niego, że najpierw krzyczał, a potem ją całował, ale tak naprawdę była wkurwiona sama na siebie. Lecz przecież to dama, nigdy się nie przyzna.
Jak wcześniej powstrzymywał się od płaczu, teraz nie dała rady. Łza spłynęła jej po policzku, a ona nie chcąc, aby ktokolwiek to zobaczył, uciekła z domu przyjaciółki nawet się nie żegnając. Zresztą dziwnie by to wyglądało - rozmazana shdeczka żegna się ze wszystkimi z miną jakby właśnie ktoś umarł.
Wyszła na zewnątrz i w duchy modliła się, aby jakaś magiczna siła przeniosła ją do domu. Lecz prawda była taka, że zanim taksówka się zjawi wypłacze z siebie całą wodę w postaci słonych łez...
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 20 Gru 2012 - 20:31

Indie zawsze irytowało to, jak beznamiętnie i zimno potrafiła zachować się Mer. Czasami miała wrażenie, że nawet, gdyby wymordowali jej całą rodzinę, Tremaine przywitałaby ją w taki sam sposób, jak teraz. Dlatego, skoro targały nią uczucia nader silne już prawie od doby, impulsywnie podeszła do niej jakby naprawdę coś zamierzała, ale zimne, szare spojrzenie ją uspokoiło. I przywróciło do domu. I spodobało, że obejrzała się na swojego obecnego Colliera z zaskoczeniem i lekkim zagubieniem, którego źródła znaleźć nie potrafiła. Uśmiechnęła się zamiast tego całkiem miło, ale z rezerwą, bo w sumie w środku trafiał ją szlag. Nie widziały się ile? Czy to w ogóle istotne dla którejkolwiek ze stron?
- Ciebie też – odparła lekko, prawie nie tak udawanym tonem, jak się spodziewała. Tremaine Collierem żadnym nie była, toteż ukrywanie wkurwia nie było aż tak trudne. – USA, co? Było tego warte? – zainteresowała się, z grzeczności, jak na dobrą koleżankę przystało, ogarniając krótko sylwetkę Meredith. Właściwie nie zmieniło się w niej nic, co mogłoby na pierwszy rzut oka przykuć uwagę, co Lanvin właściwie przyjęła z ulgą. Jak każda madly in love osoba preferowała spłycanie swoich relacji z innymi na rzecz napawania się szczęściem czy jak to nazwać, którego sama teraz doznawała. Dlatego też odruchowo sięgnęła dłonią do tej ajdenowskiej, która przecież nie mogła być aż tak daleko od niej samej (skoro Mer rozmawiała z Chloe, a teraz robi to India, a Aiden rozmawia z Demarchelier, nie?).
- Wszystkiego najlepszego – sprostowała, przypominając sobie, że przypadkowo znalazła się koło solenizantki. Takie tam faux pas na początku przyjęcia, na które nawet nie była zaproszona. Cztery sekundy i minęło jej zaskoczenie, że Demarchelier rozmawia z Tremaine, po czym przypomniała sobie, że przecież całe to stowarzyszenie i wszystko… I pomyśleć, że rok temu właściwie dzieliły z Meredith spostrzeżenia na ten temat a teraz proszę, spotykając ją pierwszy raz w życiu wątpliwe, by znalazły jakiekolwiek tematy. Poza Collierami i małżeństwami, ale o tym żadna z nich raczej jeszcze nie wiedziała.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 20 Gru 2012 - 21:18

Meredith ciepła nigdy nie była. Unikała sytuacji, zwłaszcza publicznych, gdzie musiała się obnosić z uczuciami, odkrywania się przed ludźmi i tak dalej. Starała się zachować pozory bycia królową lodu, nawet jeśli tyle się w niej ostatnio zmieniło. Topniała powoli, czując brak Blaise'a obok siebie, ale jak niesamowicie dziwną sytuacją byłoby, gdyby i on tu był? Nie, może lepiej tego nie roztrząsać. W końcu jakiś ogar musiał być.
- Tęskniłam za tobą - przyznała, jednak decydując się na przytulenie Indiany w geście sympatii, tak! W końcu przecież to była jej przyjaciółka, nadal, cokolwiek by się nie działo. Nadal nie miała zamiaru odpuścić ich przyjaźni zupełnie, w końcu zawsze będzie jej zależało. - Och, zdecydowanie. Nowy Jork jest wspaniały. I przywiozłam ci prezent, powinien ci się spodobać - dodała z ciepłym uśmiechem, wpatrując się w Lanvin intensywnie. Nie wyglądała na przymuszaną, maltretowaną czy niszczoną przez Aidena, raczej wręcz przeciwnie - naprawdę szczęśliwą. Jakkolwiek nadal Mer była głęboko zdziwiona, to nie mogła powstrzymać zaciekawionej miny, wyraźnie malującej się na jej twarzy.
- Widzę, że sporo się przez ten miesiąc zmieniło? - zagadnęła pogodnie, zdecydowanie Starszego mając w głębokim poważaniu. Jeśli Indię uszczęśliwiał, to przecież nie musiała się obnosić ze swoją zdecydowaną do niego niechęcią.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 20 Gru 2012 - 21:38

- Czy ja wiem – odparła, oglądając się na swojego obecnego wybranka, ale figlarna nuta w jej głosie świadczyła o tym, że właściwie się z tym cholernie zgadza. A pewnie zmieniłoby się jeszcze więcej, gdyby Indie jakimś cudem była poinformowana o wszystkim. – Trochę wypadłam z mojego rytmu, ale myślę, że cały czas mam szansę zdać wszystko tak, jak chcę – stwierdziła, nie mogąc tego powstrzymać. Bo mimo wszystko nadal była Indianą, tylko odrobinę rozkojarzoną i nie na miejscu, ale wciąż tą samą.
Uśmiechnęła się znów, lekko, na swój sposób, starając się zebrać swoje informacje na temat USA – narodowość niby miała, ale być nigdy nie była.
- Przecież nie musisz mi nic przywozić – żachnęła się, jednak mile zaskoczona, bo jakkolwiek nie drażniłyby jej pierwsze kontakty z Mer po ich długiej rozłące, tak bardzo szybko potrafiła jej to przebaczyć. Chyba i nawet w tym momencie. – Fajna sprawa, czasem tak się stąd wyrwać. Od tego… wszystkiego – powiedziała, ciesząc się jej entuzjazmem. Bo zawistna była, ale o zupełnie inne rzeczy. Co do przytulania się nie miała nic przeciwko, aczkolwiek zanim zdecydowała jak zareaguje, została już przytulona. Przez co wyszło to dość drętwo i niechętnie z jej strony, ale skoro poświęcona była jednym ramionom (na ten moment), to i babskie uściski mogła łatwo uznać za zdradliwy sygnał. A spojrzenie Aidena wprost paliło jej plecy.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 20 Gru 2012 - 21:48

Roześmiała się niewymuszenie, nie mogąc się powstrzymać - tak, Indiana nadal była tą samą Indianą. I to Meredith naprawdę ucieszyło, bo to kolejny symptom normalności Lanvin i braku zaburzeń, co sprowadzało się do tego, że z Aidenem musiała być przez uczucia - a chwilowo właśnie to dla Mer wartość maksymalną miało. - Egzaminy, Boże - przytknęła dłoń do ust, przypominając sobie o tym dość istotnym szczególe. Mimo wszystko nadal była Sokołem - Przez to stypendium zupełnie się wybiłam z przygotowań, będę musiała nad tym posiedzieć. Ale o szkole później, bo jednak nieco się zmieniło, hm? - miała zamiar tkwić przy tym temacie maksymalnie długo, chcąc poznać dokładnie wszystkie szczegóły obecnego statusu quo. Musiała przecież zdefiniować sobie jakieś modus operandi, wiedzieć, co mówić, a czego nie, które opinie zachowywać dla siebie, a które swobodnie publicznie głosić.
- Wiem, że nie muszę, ale nie mogłam się powstrzymać. Cartier pasuje do ciebie - odparła z sympatią, zauważając tę cieplejszą nutę w głosie Indii. Co było kolejnym krokiem do sukcesu - im szybciej nauczą się znowu być w swoim towarzystwie naturalnie swobodne, tym lepiej. I tym łatwiej będzie im przebyć zapewne nieuniknioną przyszłą dramę, kiedy na jaw wyjdzie fakt, iż obie Sokolice wylądowały przed ołtarzem i noszą obecnie to samo nazwisko.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Sob 22 Gru 2012 - 14:42

Wymuszenie niewymuszenie, szczerze nieszczerze, Indianie było w tym momencie naprawdę wszystko obojętne, ale po raz kolejny czuła tą dziwną, samolubną potrzebę. To Meredith robiła jej prezenty i się starała – znów – nie ona jej. Fakt, Indie z Londynu w środku semestru się nie ruszała, ale nawet gdyby, szczerze by wątpiła, żeby jej samolubność pozwoliła sobie na myślenie o kimkolwiek innym i o cudzych potrzebach poza jej własnymi. Meredith w ostatnich czasach nieco spadła na liście, a raczej cała lista spadła wobec samej osoby Indiany, stąd też zaskoczona była dość solidnie. Ale nie wypełniło jej poczucie winy, wdzięczność czy inne tego typu uczucie. Z resztą mało tam miejsca zostało po niespodziewanej inwazji osoby Aidena.
- Absolutnie nie za dużo – odparła uparcie, czując uścisk palców Aidena na swojej dłoni, co zdziwiło ją i ucieszyło z jednej strony. Wiedziała, że to za słodkie, że zajmowanie się sobą kosztem innych było postawą, którą najgłębiej tępiła przez te wszystkie lata, ale… Skąd miała wiedzieć ile to przynosi radości? I jak trudno się temu wszystkiemu oprzeć? – Porozmawiamy innym razem, dobrze? – zapytała pojednawczo, w sposób trochę niegrzeczny, gdyż to niewątpliwie był środek rozmowy. Ale cóż mogła poradzić, będąc pod rozkochanym pantoflem, którego pozbyć się nie miała zamiaru? – W pokoju albo… Zobaczymy. Do później Mer – tu uśmiechnęła się promiennie, odwracając do Aidena i znikając z nim z imprezy.

Ajda & India zt

_________________
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Salon   Nie 23 Gru 2012 - 20:27

Czuła się trochę awkward, musząc przypominać sobie jakieś pobieżne informacje dotyczące człowieka, którego teoretycznie - biorąc pod uwagę częstotliwość prób teatralnych - powinna dobrze znać. Właściwie zawsze miała z tymi teatralnymi niewysłowiony DYLEMAT. Gdzie leży granica między ich grą a indywidualnym charakterem. Ponadto - doskonale wiedziała, że wiek młodzieńczy, którego przedstawiciele zdecydowanie wchodzili w kanon domeny St.Bernard, ukochał sobie tendencję do "podbierania". Znaczy - ciągłego progresu. Na podstawie kreacji bohaterów, których role odgrywali, z których usposobieniem powinni się zdecydowanie dobrze zapoznać o ile mieli zamiar przekonująco wypaść.
Ta tendencja była na tyle powszechna, że ręcz odrzucająca. W konsekwencji Prudence nierzadko zastanawiała się czy to wciąż odgrywanie roli oszalałego Wrońskiego, czy może rzeczywiście stała się świadkiem depresji graniczącej z samobójczymi zapędami.
Teraz też - patrzyła na Sheyra i zastanawiała się czy kiedykolwiek n o r m a l n i e rozmawiali. Po cywilu, że tak rzeknę. Bardzo wątpliwe, biorąc pod uwagę ich dotychczasowe słowa, dotyczące tylko i wyłącznie... hmm, wydarzeń z auli.
- Niezupełnie polubiłam tę sztukę - ucięła, przypominając sobie godziny spędzone na ślęczeniu w internetowych zasobach informacji o przeróżnych egzorcyzmowych i zdecydowanie zbyt szatańskich drobiazgów.
Właściwie była to jedyna, wykorzystana przez nią chwila, w której we w miarę stabilnym pionie była, gdy oszczędzono jej na sekund kilka funkcjonowania jako oddychająca szczotka, zamiatająca długimi włosami posadzki i buty najbliżej tańczących gości. Pozwoliła sobie na głębszy oddech, gdy Sheyr na kolejnych kilka sekund przestał nią pomiatać ii poczuła dziwną irytację. Konsternację. Nikłą iskrę buntu?
Prawdopodobnie tak czułoby się jojo - gdyby czuło - mogące przeciwstawić się kierującej nim dłoni tylko wówczas, kiedy jakiś średnio zsynchronizowany ruch będzie miał miejsce. Wobec czego pozwoliła na to, by przy jednym z nieco szaleńczych obrotów postawić lekki opór, uniemożliwiający Sheyrowi nawinięcie sobie Prudence do siebie (jakkolwiek to brzmi), przez co zaburzyła rytmiczne pląsy.
- Ups - mruknęła, uśmiechając się przepraszająco, po czym wskazała długi stół barowy na przeciwległym końcu salonu, postawiony Demarchelierów na tę specjalną okazję. - Chyba skorzystam z darmowych drinków na własnej imprezie. Muszę ogarnąć jakoś i.. wiesz.. rozumiesz - zaśmiała się nerwowo, wycofując się niezgrabnie i (niemal) niezauważalnie pakując w otwarte wciąż ramiona Sokoła połyskującą brokatem i samoopalaczem dziewczynę.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Salon   

Powrót do góry Go down
 
Salon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Demarchelier (Notting Hill)-
Skocz do: