IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Salon   Pią 24 Sie 2012 - 22:48




_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 17:32

Nie do końca wiedziała, kiedy z godziny dziewiętnastej zrobiła się dwudziesta pierwsza i ile ten nagły przeskok czasowy miał wspólnego z "przedimprezowym must-drink", które podsunęła jej Chloe, a które było smaczne w stopniu niemal równym co podrasowane iluzją alkohole wysokoprocentowe, które Prudence zwykła pić jeśli już. Mijając profesjonalne konsole i inne pierdy, posłała wynajętemu/zaprzyjaźnionemu/zakochanemu w Klołce (gubiła się w tym zestawie obsługi imprezy) djowi uśmiech pełen aprobaty i uchwyciła za łokieć przeciskającą się gdzieś w rejony czterdziestej czwartej w salonie kanapy Chloe, w której oczach.... hmm, dawno nie widziała tak konkretnej ekscytacji.
- Spodziewałam się wydłużających "taktownych spóźnień" - przyznała, uginając się przy okazji pod ogromnym uderzeniem przerośniętego futbolisty. Hmm.... czy St.Bernard dysponuje drużyną futbolistów? Śmiała wątpić! - Przynajmniej ze strony Twojej lisiej świty - wskazała podbródkiem wpatrzone jak urzeczone w osobę Demarchelier młode, nieopierzone, tęskne i zachwycone podobnym spędem dziewczęta, dzierżąc w dłoniach przeróżnego pochodzenia kieliszki/plastikowe kubeczki/butelki. Nie z piwem acz wybornymi drinkami ofc.
Pociągnęła spory łyk ze swojej wysokiej szklanki, w której w mało rozsądnych proporcjach zmieszano gin z tonikiem, modląc się by jak najprędzej minęła jej dziwna i irracjonalna nerwowość. Która właściwie miała swoje źródło w prudkowym przeświadczeniu iż to po części JEJ impreza jest i że ludzie się powinni dobrze BAWIĆ, że... hmm, to głównie od nastawienia solenizantek zależy więc... dwa głębsze oddechy i kolejny łyk drinka.
- Jak wyglądam? - mruknęła, przyglądając się z peeełną uwagą facjacie Klołki, która miała w pewien sposób reakcją podbudować prudensowską pewność siebie. Zlustrowała przy okazji swoją kieckę i przejebane-jak-na-Pru czarne obcasy. Pewnie mogła się postarać bardziej i pewnie miałoby to zdecydowanie sens, gdyby tylko uświadomiła sobie, że organizuje imprezę z nikim innym a Chloe Demarchelier. Noale. Zdążyła oswoić się i normalnie nauczyć się podchodzić do nieodłącznego elementu delikatnego.. kontrastu. Pod każdym względem.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 18:13

Wielki dzień małego człowieka - dokładnie tak czuła się Demarchelier, nie bawiąc się w żadne zbędne hiperbolizacje. Bo oczywiście podekscytowana była już w momencie, gdy udało jej się załatwić całą tą zgraję przygłupich, wydłużonych tyczek w modnych i drogich ubranka, żeby rozdawały zaproszenia na, częściowo jej, imprezę. Teraz po prostu czuła się wspa-nia-le, jako odpowiednia osoba, na najlepszym dla niej miejscu, czyli w centrum uwagi. Bo to nie była jedna z tych imprez, gdzie nawet nie wiadomo po co, dla kogo i czyj w ogóle to dom. Nie, kiedy na zaproszeniach adnotacja odnoście personaliów solenizantek była bardzo wyraźnie wyróżniona, i dołączono do wszystkiego zdjęcia, gdyby jednak okazało się, tym razem ku jej wielkiemu niepocieszeniu, że znów uroda tryumfuje nad rozumem, i wybiegowe panienki rozdały zaproszenia nie tym osobom, co trzeba.
Jednak póki co przedzierała się przez tłumy osób, odbierając prezenty (rzucane wszystkie do pomieszczenia przy jadalni), życzenia, i tylko w drodze z holu do salonu wypijając trzy truskawkowe shoty, z oczami przysłoniętymi fullcapem, który został wciśnięty na jej główkę przez jednego z miliona pumiastych kolegów, po szybkiej retrospekcji stwierdzając, że jest to przecież ten jakże uroczy laureat europejskich bmxowskich skate jamów, z którym spotykała się w czwartej klasie. Koniec końców jej wszystkie pokręcone stosunki łóżkowe i nie tylko okazały się mieć sporo plusów, jak na przykład w postaci sporej listy gości, którzy to na pewno nie obniżali poziomu. Nawet nie spodziewała się, że z tyloma jest w tak pozytywnych stosunkach, chyba, że to jeszcze jakieś płonne nadzieje widziała w ich oczach, zamiast entuzjazmu całą imprezą. Mało lisią, mało shdowską, ale dzięki temu też zupełnie niesztywną.
Jednak pomimo całkiem wysokich obcasów i kolii, która z całą pewnością oświetlała pomieszczenie lepiej niż wszystkie te lasery i inne świetne efekty, które załatwiła na ten wieczór, miała wrażenie, że gubi się w tłumie bawiących się i densujących młodych ludzi, aż wreszcie została złapana i porwana w jakimś kierunku.
- Jak chcą to potrafią być na czas - powiedziała z uśmiechem a'la pełnia szczęścia na twarzy, przyglądając się Prudce. Strapionej? Niezadowolonej? SMUTNEJ?! Aż w jej organizatorskim umyśle zapaliła się lampka, że ktoś się źle bawi, choć nie przypuszczała że tą osobą będzie druga solenizantka.
- Twoja sukienka jest śliczna i tak też w niej wyglądasz - zapewniła ją z uśmiechem, ignorując już fakt, że znowu przedstawiały raczej dwa bieguny jeśli chodzi o ich imprezowe stylizacje. - Jestem w ogóle taka szczęśliwa i nie rozumiem dlaczego nie zauważasz, że wszystko toczy się świetnie. Sama musisz też zacząć się bawić - ujęła jej buźkę w dłonie, żeby chwilę później złożyć na jej nosie buziaka i kolejny raz się baaaardzo przykonywująco uśmiechnąć.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Sheyr Balkan
Uczeń
avatar

Age : 22
Liczba postów : 140
Join date : 13/09/2012
Skąd : Newcastle

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 18:44

Sheyr dostał zaproszenie od Prudence i Chloe na ich przyjęcie urodzinowe. Ciężko było mu dotrzeć na miejsce, jednakże stojąc przed domem, w którym była organizowana impreza nie można nie było zatrzymać się na chwilę i go podziwiać. To była wręcz rezydencja i o ile Sheyr również nie mieszka w szałasie, o tyle ten dom jest...przepiękny i urządzony z przepychem. Wszedł na posesję, zapukał do drzwi, które otworzyły się do środka. W środku było już trochę ludzi z kategorii patrzcie-jaki-jestem-zajebisty oraz trochę z tak zwanych jestem-skromny-ale-podziwiajcie-mnie. Sheyr uśmiechnął się jedynie przechadzając się wśród tych wszystkich tańczących gości. DJ grał dobrą klubową muzykę, więc impreza zapowiadała się sowita. Chłopak co chwila mijał jakąś piękność, na której można było zawiesić oko oraz pomyśleć o tym, o czym żadnemu dżentelmenowi myśleć nie wypadało. Ubrany był w czarną marynarkę, czarne spodnie, białą koszulę z kołnierzykiem rozpiętą o dwa guziki od góry. Rękawy tak koszuli jak i marynarki miał nieco podwinięte. Nie sięgały jednak łokci. Podszedł do solenizantek.
- Moje panie. Wyglądacie pięknie. A z okazji waszego święta...proszę i najlepszego życzę. - powiedział po czym wręczył każdej z dziewczyn po małym pudełku. W każdym z nich znajdowało się coś co oczywiście nie kojarzy się z Sheyrem, a co powinno obie z nich zadowolić. Uśmiechnął się do obu dziewczyn, po czym wziął ze stolika szklankę, nalał sobie whiskey, wrzucił dwie kostki lodu i voila. Ulubiony trunek Sheyra gotowy. Wrócił do solenizantek, po czym zapytał.
- Nie przeszkadzam? - zapytał. Jeśli dziewczyny powiedzą, że przeszkadza to po prostu sobie pójdzie. Miał jednak nadzieję, że będą chętne do rozmowy z nim.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 19:14

Ten moment lekkiej niepewności maskowany był przez pozornie bagatelizujący uśmieszek, który zdołał zapanować nad powściągliwym wyrazem prudkowej twarzy. Tak właściwie naprawdę ładnie chciała wyglądać, odsuwając na ten jeden wieczór swoje ukochane oversize'y, cudne, wyjątkowe i wręcz krzyczące secondhandami legginsy i podobne temu abstrakcyjne stylizacje. W słowach Chloe odnalazła potwierdzenie i spełnienie swych pobożnych życzeń. Że będzie dobrze, że wypali i wszyscy będą bawić się, jak gdyby faktycznie tym końcem grudnia jakieś przepowiednie armagedonowe miały się spełnić. Czyli zajebioza ogólnie no.
Dlatego jej uśmiech coraz szerszy i coraz bardziej naturalny stawał się z każdym kolejnym słowem Chloe, mającej w tym przypadku cudny dar zdejmowania ciężaru z serca. Co prawdopodobnie można byłoby równie dobrze zyskać przez lekki opierdol aleno. Przyznała Lisicy rację, rejestrując mocno polecenie Demarchelier jako konieczne do spełnienia i właściwie wykonalne.
- No nie da się ukryć - stwierdziła, skinąwszy głową, jeszcze raz zwracając uwagę na wyjątkowo silnie emanujący lisi entuzjazm. Nie stłumiony nawet wilgotnym pocałunkiem, który złożyła na lekko przypudrowanym policzku Chloe jakaś zataczająca się (już?) niewiasta. - Ale w swojej osobistej euforii nie pozwól mi doprowadzić się do takiego stanu - dodała poufałym szeptem, zauważając kątem oka niebezpiecznie wysoko podciągającą się bluzkę, imitującą sukienkę, której powolną drogą w górę kształtnych ud owej całuśnej lafiryndy z lubością obserwowała trójka rozochoconych chłopców o typowo południowej urodzie.
Nie znalazła jednak w podobnym zajściu niczego gorszącego, zakładając że kolejne kilka(-naście? -dziesiąt?) godzin spędzi akceptując wszystko i wszystkich. Nawet tych których nie zna. Czyli około sześćdziesięciu procent ludu tutaj. O, ten kolo na przykład!
- Cześć...? Dzięki...? - odparowała z wahaniem, starając się wyczytać z wyrazu klołkowej twarzy jakieś streszczone info odnośnie personaliów owego gościa. Ciężko. Nie liczyła ofc na nagłe olśnienie, więc z raczej sympatycznym wyrazem twarzy stuknęła swoją wysoką szklanką łiskaczowe szkło chłopaka. - Rozejrzyj się. Sądzisz, że ktokolwiek tu jest w stanie w czymkolwiek przeszkodzić? - parsknęła, upijając ponownie łyk swojego trunku i machając z oddali dwóm znajomym z kołą teatralnego. Których obecność nieco odświeżyła trybiki w pamięci Pru, dzięki czemu Sokolica uświadomiła sobie, że raz, drugi czy trzeci owy towarzysz wpadł na zajęcia z Ainsworthem. Dzięki czemu mogła ze zminimalizowaną niepewnością taksować go wzrokiem.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 20:35

Dobrze było widzieć w oczach Pru jakże znajome przyjmowanie faktu do wiadomości, bo chyba by poważnie się zmartwiła, gdyby radosny, może delikatnie powodowany szumiącym już nieco w jej naczyniach krwionośnych alkoholem, i pełen naturalnej perswazji komunikat zignorowała, w całym jego wydźwięku i formie, nadal uskuteczniając dziwne i irracjonalne obawy co do wieczoru/poranka/następnego wieczoru. To akurat Klołka pominęła w całej organizacji, bowiem nie miała pojęcia, ile tak naprawdę impreza potrwa, spodziewając się, że ostatnich gości znajdzie jeszcze śpiących w którymś z niepotrzebnych pokoi gościnnych za jakiś tydzień, bezkolizyjnie do tego czasu mijając się z nimi we własnym domu.
- Spoko, chyba, że pod koniec będę się trzymać i skończymy tak razem - powiedziała, lustrując średnio apetyczną bluzkosukienkę owego dziewczęcia, które od tyłu wyglądało jak siostra jej koleżanki z ławki na chemii. Choć ręki by nie dała uciąć.
Przyjęła pocałunek w policzek od kogoś, nie zarejestrowawszy jednak, czyje to usta zostawiły na jej policzku szminkę, co postanowiła najzwyczajniej zignorować, tak jak tą grupkę napaleńców przy barze i... wszędzie. Chyba przewracało jej się w głowie na tą pełnoletność, ale na myśl, że któreś z łóżek w jej domu miałoby być przechrzczone przez parkę, w której składzie nie ma jej samej, średnio jej się podobała. Wywoływała wręcz lekkie mdłości, nawet jeśli jej samej przecież się na domówkach zdarzało. Ech.
Nagle w jej łapkach znalazło się jakieś pudełeczko i dopiero po chwili spojrzała na źródło głosu i prezentodawcę.
- Och, cześć! - powiedziała z uśmiechem, obejmując chłopaka na przywitanie. - Dzięki - dodała, zauważywszy jednak nieogarniającą minę Pru postanowiła pobawić się we wspaniałą-gospodynię-imprez-bierzcie-przykład. - W ogóle znacie się? Pru, to jest Sheyr. Sheyr - Pru - w ostatniej chwili gdzieś z pamięci wyciągnęła imię znajomego, z którym przecież tak sympatycznie (i platonicznie dla odmiany) spędziła wagary, zamiast nudząc się na historii odwiedzając z nim jakąśtam kafejkę.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Sheyr Balkan
Uczeń
avatar

Age : 22
Liczba postów : 140
Join date : 13/09/2012
Skąd : Newcastle

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 10 Gru 2012 - 23:56

Sheyr stał przy dziewczynach. Prudence miała rację. Tutaj każdy mógł przeszkodzić. Chloe, spojrzała najpierw na niego, potem przywitała się obejmując go. Chłopak spojrzał na drugą dziewczynę z klubu sokoła i postarał sobie przypomnieć jak ona ma na imię, ale gdy mu się nie udało postanowił zapytać o dziewczyny imię, lecz Chloe go uprzedziła przedstawiając ich sobie. Chłopak ukłonił się lekko i pocałował ją w wierzch dłoni, jak na dżentelmena przystało.
- Mimo mi cię poznać, Pru. - z lekkim, acz uwodzicielskim uśmiechem na ustach. o chwila Sheyr był zagadywany przez jakieś dziewczyny, których albo nie kojarzył albo zapomniał. Te które utkwiły w głowie mogły być dumne z tego, bowiem Sheyr przetrzymywał w głowie w większości wyłącznie piękne kobiety, z którymi wcześniej albo odbywał stosunki, albo będzie uprawiać seks. Balkan spojrzał na Chloe. Była niczego sobie, Zresztą, tak jak kiedyś postanowił, że ją zaciągnie do łóżka, tak nie miał zamiaru z tego rezygnować. Zwłaszcza teraz, kiedy zdawałaby się wyładnieć. Dopił swoje whiskey, po czym zapytał szarmancko:
- Czy któraś z pań uczyni mi ten zaszczyt i zatańczy ze mną? - zapytał patrząc to na jedną to na drugą dziewczynę wyczekującym reakcji spojrzeniem. Nie mógł dopuścić do tego, by solenizantki stały i podpierały ściany. One powinny tę imprezę rozkręcać i bawić się na całego.
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Pią 14 Gru 2012 - 14:27

Urodziny Chloe. Dwa słówka, telepiące się w głowie Mer przez długi czas, wywołujące całą masę skojarzeń i przypominające o obietnicy, złożonej jakiś czas temu - a czy mógł być lepszy prezent osiemnastkowy niż idealna suknia własnego projektu, pasująca do osobowości Demarchelierówny lepiej niż cokolwiek innego? Meredith spędziła nad szkicem sukni długie godziny, upewniając się, że wszystko będzie idealne, nie przytłoczy drobniutkiej Klołki, a nawet ją nieco optycznie wydłuży i generalnie będzie perfekcyjne. Wiązało się to z tysiącem podartych na strzępy kartek, na dodatek chowanych przed znajomymi z Nowego Jorku, którzy nie wiedzieli, że jeszcze wówczas Tremaine należy do tego gatunku dziwadeł, ukrywanych w szkołach specjalnie dla nich stworzonych. Koniec końców jednak Mer suknię idealną zaprojektowała i tuż po powrocie do Londynu stworzyła.
Nie sądziła, że na urodzinach Demarchelierówny pojawi się w obrączce na serdecznym palcu, oficjalnie nosząc już nazwisko Collier. W życiu nie przypuszczała, że to się stanie, że tak nagle wyjdzie za mąż i w ciągu dwóch dni zmieni się cały jej świat. Nie sądziła, że w ogóle taka sytuacja będzie mieć miejsce - gdzie ona, z głupim uśmiechem na twarzy będzie przeciskać się przez tłum aż do Chloe, mając w głowie obietnicę opowiedzenia jej całej historii i przekazania jej, że druhną nie będzie, bo nie chcą wesela.
W końcu jednak dotarła do Klołki, stojącej w towarzystwie Pru i tego-Sokoła-który-kłóci-się-ze-swoim-współlokatorem, co od początku jej stażu przysparzało jej problemów. Niemniej jednak, przywitała się z Pru i Sokołem grzecznie, Wright wręczając nawet jakiś tam prezent i z uśmiechem do nich się zwracając
- Pozwolicie, że porwę wam ją na moment - porwała Demarchelier na jakąś kanapę nieopodal, bez słowa wręczając jej zapakowany misternie prezent.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pią 14 Gru 2012 - 14:55

Chloe dzięki Bogu nie miała mocy czytania w myślach, bo prawdopodobnie zmartwiłaby się, że Sheyr kręci się wokół niej tylko przez fakt postanowienia pójścia z nią do łóżka. Prawdopodobnie spóźnił się o jakieś półtora roku, kiedy to jej życie erotyczne kwitło, teraz będąc raczej na poziomie najmizerniejszym, od kiedy tylko w sumie zaczęła to robić. Nawet percepcję emocji innych miała poważnie zaburzoną, przez ilość ludzi w całym domu, że wszystko zlewało jej się w generalną euforię i nie była w stanie wyłuskać z tej całości uczuć pojedynczej osoby, nie na takim etapie ogarniania bonusów swojej mocy.
Poprawiła kradzionego fullcapa na swojej główce (szkoda, że był taki duży), zaczynając bawić się jednym z kamieni kolii, która niemalże płynęła po jej szyi. Nie omieszkała dokładnie przeczytać certyfikatu oryginalności klejnotów z dołączoną do niego historią wyrobu i właśnie to miała owa kolia symbolizować - krople (wielkie i szmaragdowe) deszczu.
Zadowolona, że dopełniła prawidłowo obowiązku gospodyni imprezy, kręciła jedną stopą, robiąc zapewne przeokropną dziurę w drewnianym parkiecie i jużjuż miała się zgadzać na propozycję Sheyra (bo czemu by nie zatańczyć, skoro gość prosi?), kiedy coś bardzo wysokiego, uśmiechniętego i brązowowłosego pojawiło się przed nią, że zupełnie zwątpiła w to, że na własnych nogach ma rzeczywiście jedne z wyższych obcasów przez nią posiadanych.
- Przepraszam Was - zdążyła tylko powiedzieć zanim została pociągnięta w kierunku kanapy, żeby już po chwili, niemiłosiernie szybko przebierając nóziami, ograniczanymi wąską sukienką i wysokimi obcasikami, opaść na nią zwrócona do Tremaine (Collier!) twarzą. Przejęła sporą paczkę, którą najpierw obejrzała tak od zewnątrz, zanim rozprawiła się z papierem prezentowym i jej oczom ukazał się właściwy podarunek. Chwyciła w łapki gorset wąziutkiej sukienki i uniosła ją, ślizgając się oczami po załamaniach materiału, ciesząc opuszki palców idealnie miękką tkaniną.
- Ej wiesz co? Ja naprawdę urodziłam się w złych czasach... tak rzadko mam okazję nosić takie sukienki, a jest piękna! Dziękuję! - odparła, obejmując Sokolicę i uśmiechając się szeroko, przyglądając się nadal sukience. - Ale inspirowałaś się Marchesą, nie? Dobrze, że podobnej nie mam - dodała jeszcze, jakaś o wiele spokojniejsza już, mając w sumie ochotę od razu dzieło przymierzyć, chociaż nie pasowałoby jej to do niczego.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Pią 14 Gru 2012 - 15:59

Mimo iż już przywykła - relatywnie - do obecnej sytuacji, nadal nerwowo bawiła się obrączką, kręcąc nią lekko pod palcem, cały czas mając nadzieję, że nikt jej nie zauważy. Tak samo, jak tego, że co chwila obracała głowę w kierunku wejścia/drzwi/miejsca, z którego powinien nadejść Blaise, w końcu obiecał jej, że się pojawi tutaj i zaczną powoli przyzwyczajać ludzi do widoku ich razem. Nauczyła się już podpisywać wszystko jego swoim nowym nazwiskiem i złożyła wszelkie konieczne podania o nowe dokumenty. Nawet razem byli u dyrektorki i załatwili wszystkie formalności w szkole. Każda taka chwila uświadamiała jej, że to wydarzyło się naprawdę. Że od siódmego grudnia jest mężatką, a jej ślub odbył się na lodowisku. Że odbierając dyplom ukończenia szkoły, wypisane na nim będzie Meredith Collier. Jednak największym szokiem, przeżywanym znów i znów, było to, że Blaise zdecydował się spędzić z nią resztę życia, nawet jeśli nie umiał odwzajemnić jej uczuć w pełni. On chciał z nią być, chciał przeżywać z nią wszystko - ich Paryż, ich Amsterdam, ich świat miały być faktem, a nie niespełnionym marzeniem, przeżywanym wyłącznie w chwilach sentymentalnego rozpamiętywania.
Nawet teraz, kiedy Chloe rozpakowywała sukienkę, nieświadomie bawiła się obrączką, spoglądając na nią z nieobecnym uśmiechem. Przypominała sobie, jak u Tiffany'ego stoczyli standardową w ich wykonaniu wojnę o kolory - ona wolała żółte, on różowe złoto. I to jak zwykle on w kwestii barw miał rację, teraz z zadowoleniem spoglądała na przenikające się srebro i róż.
- Na pewno znajdzie się jakaś okazja, niemniej jednak cieszę się, że się podoba - odpowiedziała po chwili, wracając myślami do Klołki. Uśmiechnęła się jak przyłapana na psocie dwunastolatka, kiedy Demarchelier nawiązała do Marchesy - Tylko nieco, raczej w formie właśnie luźnej inspiracji. Starałam się, żeby fason pasował jak najbardziej do twojej figury, a w bazach danych Marchesy można znaleźć wszystko na temat twoich preferencji - zażartowała, mówiąc jednak szczerze - wystarczyły dwa telefony i pełna historia zakupów Chloe minus koszta została jej udostępniona. Potem udało jej się nawet porozmawiać z Georginą Chapman na temat tworzenia projektów i mogła oddać się własnej wizji twórczej. Z efektem zdecydowanie ją samą zadowalającym. - W każdym razie, wszystko jest wyłącznie mojego autorstwa i bazuje raczej na moich wrażeniach i odczuciach co do ciebie - dopowiedziała, opierając się o oparcie swobodniej - nikt nie spoglądał na jej dłoń, nie musiała jej ukrywać tak nerwowo.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pią 14 Gru 2012 - 20:07

Chloe przywykała do pełnoletności. Na różowym, kredowym papierze wypisując starannie sobie, jakby to nazwano według wiary, własny rachunek sumienia. Nikomu nie mówiła, że tydzień temu była w Dover, odwiedzić rodziców Corneliusa, odwiedzić jego samego, pochowanego na klifie wedle życzenia. Było to o tyle niezbędne, że choć przypłacone kolejnym morzem łez, bo podczas tych dwóch godzin, które przesiedziała naprzeciwko nagrobka zdążyła nie tylko odmrozić sobie wszystkie palce, to też było jej oczyszczeniem. Nadal tego nie rozumiała, nie było jej dane trafić na żadną jego ostatnią notatkę, jakikolwiek ślad, który zostawił po sobie, zanim zaoferował sobie złoty strzał. Wiedziała jednak, że było je to potrzebne, niezbędne, by ruszyć dalej.
Co zrobiła i co teraz sobą prezentowała, błyszcząc piękną kolią na wszystkie strony, uśmiechając się, tańcząc, pijąc i ciesząc. Tego przecież by chyba chciał.
- I bez problemu Ci wszystko wyśpiewali? No co za ludzie, nikomu nie można ufać - zaśmiała się, i zapewne już by wzywała prawnika w sprawie ujawnienia danych osobistych, gdyby nie fakt, że... no to była jej Marchesa, ukochana od kiedy tylko babcia Demarchelier pociągnęła za sznurki, załatwiając jej pierwszą kreację na miarę z okazji jej czwartych urodzin. Szybko przeskoczyła myśl, że przecież tak się cieszyła z faktu, iż ją zatrzymała, bo kiedyś ubrałaby w nią Ophelie. Kolejny punkt na jej liście, kolejny niekoniecznie nadający się do rozpamiętywania w takiej chwili. - To szalenie miłe, chociaż nie wiem, dlaczego kojarzę Ci się z gigantyczną kokardą - powiedziała figlarnie, oczywiście znów tylko żartując.
Gdy składała sukienkę z powrotem, zerkając na swój własny serdeczny palec, na którym po raz pierwszy od tragicznego dnia widniał jej pierścionek zaręczynowy, przypomniało jej się, czym takim ostatnio zaskoczyła ją Mer. Dlatego subtelnie zjechała wzrokiem na jej szczupłą dłoń i na piękną obrączkę. Symbol małżeństwa, wierności, oddania, miłości i STOP. Bo znów egoistycznie całą sytuację dopasowuje, kroi i skleja tak, by pasowała do niej samej, a nie o to tu teraz chodziło. Jednak nie umiała się powstrzymać, by nie sięgnąć opuszkami palców do chłodnych kamieni, które zdobiły jej szyję, kiedy na myśl przyszło jej nazwisko Collier. Naprawdę bawiło ją to francuskie zestawienie nazw.
- Cóż okazja... mogę być najoryginalniejszą z Twoich druhen - wróciła wzrokiem do oczu Tremaine Collier, patrząc na dziewczę typowo lisio, ze znaczącym uśmiechem, bo w głębi swojego serduszka wierzyła, że no wesele w ogóle się odbędzie.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Nie 16 Gru 2012 - 7:36

Dziwny dzień, dziwne godziny.
Aiden nigdy nie był fanem dzikich scenariuszy filmowych (zwłaszcza tych komediowych) odgrywanych w prawdziwym życiu. Miłość od pierwszego wejrzenia, (jeszcze) przedmałżeński seks w swoim (jeszcze) kawalerskim pokoju, uczuciowy orgazm, szybkie decyzje, wizyty u prawnika, wyskakiwanie z czarnej taksówki w lejącym deszczu i otwieranie parasola nad panią swojego życia. Wszystko to w fluorescencyjnym świetle, odbitym w licznych kałużach, w przeszywającym zimnie i ręka w rękę z najpiękniejszą istotą na ziemi. Na którą nie mógł się napatrzeć. Było mu ciągle mało, praktycznie nie spał tej nocy, wpatrując się w Lanvin z jakąś Sokolą upartością, zauważając co chwila nowe, zachwycające rzeczy. Jeden kosmyk włosów bardziej falujący, delikatne marszczenie nosa, mimowolne zagryzanie warg, ruch szyi przy oddechu. W tak emocjonującym czasie nie spał więc nawet godziny, budząc Lanvin pocałunkiem. I seksem. Miłość wyleczyła go z cierpliwości, ale nie z lekkiej erotomanii.
Która teraz powinna nosić nazwę indianomanii (chociaż za bardzo kojarzyło mu się to z konkwistadorami), bo pomimo wejścia do przybytku imprezy = półnagich dziewcząt = półnagich chłopców = seksu po kątach, nie zwracał uwagi na nic, co nie było Lanvin. Przed którą otworzył elegancko drzwi do salonu Collierów, upewniając się uprzednio, czy zza nich nie wyskoczy pijany Jeleń, tratując jego ukochaną. Albo oblewając ją alkoholem. Zabiłby na miejscu.
Perspektywa zranienia jego ukochanej tak Aidena przestraszyła, że zaraz po przekroczeniu progu objął Indianę w pasie, z miną nie tyle obrońcy co...posiadacza. Jasny komunikat wystosowany w kierunku kilkudziesięciu Pum rozsianych na kanapach, pseudoparkiecie, parapetach okiennych i podłodze - ona jest moja.
- Pobędziemy tylko chwilę, obiecuję. Wypada zjawić się na urodzinach przyjaciółki - wyszeptał Indianie do ucha, przygryzając lekko jego płatek i zupełnie nie rozglądając się dookoła, nawet w poszukiwaniu bohaterki tego wieczoru. Zapewnianie o rychłym wyjściu nie było jednak objawem pantoflarstwa a czystej chęci przebywania sam na sam, chęci niszczącej wszystkie kontakty międzyludzkie na stopie przyjacielskiej, o które w tej chwili nie dbał, odurzony delikatnym zapachem Indiany.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Salon   Nie 16 Gru 2012 - 10:53

Rozpraszana miliardem przykuwających wzrok scen rodzajowych, elementów wystroju i wiedziona głosem przeróżnych nawoływań, Prudence nie mogła za bardzo skupić się na całej zapoznawczej historii, w której brała udział wciąż sącząc gorzkiego drinka. Który idealnie działał na nią zawsze przecież, nie powodując obrzydliwego napompowania z racji kilku piw wypitych czy niebezpiecznej słodyczy po jakimś cudnym winie.
Padły imiona, padł uprzejmy uśmiech, gdzieś w przelocie poczuła muśnięcie warg na wierzchu swojej dłoni. Co w pewnym sensie kazało jej zatrzymać postępujący nieogar (bo odrobinę jak lekko podćpana się czuła. w tych pierwszych stadiach. znaczy TEORETYZOWAŁA). Nie że dziwnie ale trochę awkward się poczuła. Jakby odkryła, że Śnieżka współpracuje z Kotem w butach. W jednej bajce. Bo jakby tak się rozejrzeć przez sekund kilka - tu się ludzie w dłoń nie całowali totalnie.
Pomimo tej irracjonalnej refleksji nie powędrowała za porywaczką i porywaną, odłożyła śliczne, wzorzyste pudełko w jakieś bezpieczniejsze rejony i powróciła wzrokiem do Sokoła.
- Pewnie - skinęła głową, zakładając kosmyk prostych włosów za ucho i automatycznie ruszyła w rejony bardziej parkietowe niż pogaduszkowe, ściskając tę czy drugą personę po drodze. Odwróciła się do podążającego za nią Sheyrem, wyłapując rytm muzyki i podejmując wcale-nie-dzikie-pląsy rzuciła, nagle olśniona: - Gonzalo! Burza, prawda? - ściągnęła brwi, wiedziona przeczuciem że jednak prawidłowo w pierwszym odruchu powiązała twarz chłopaka z aulą teatralną. - Z pewnością. Wiedziałam, że skądś Cię kojarzę, sama jedynie widzem wtedy byłam. Ainsworth nie rozumiał, że będę idealnym Ferdynandem - paplała, nie przerywając tańca w rytm jakieś pewnie ostro jebniętej muzyki, przywodzącej na myśl jakieś murzyńskie tyłki, uda i inne szejki.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 17:48

Meredith obchodząc swoją pełnoletniość nie czyniła żadnych rytuałów, nie robiła bilansu zysków i strat, właściwie spędzając tamten dzień... To chyba była jakaś impreza. I w sumie robiła coś z Blaisem. Ale nie przywiązywała do tego wagi, nie traktowała tego jako kamienia milowego w swoim życiu. Znacznie poważniej wyglądały te dni po ślubie - to dla Mer było wkroczenie w dorosłość, pierwszy poważny krok, podjęty zupełnie niepoważnie.
- Dla zadowolenia ich najlepszej klientki są w stanie zrobić wszystko, uwierz - westchnęła z uśmiechem. Nie żeby to było aż tak bezproblemowe, acz nazwisko jej ojca, powołanie się na Chloe, masa słodkich słówek i innych sztuczek pomogły dość szybko. Przyjemnie było móc widzieć szczerą radość Demarchelierówny, nawet jeśli czasem przerywaną przez smugi negatywnych myśli, przemykających przez twarz Klołki. Nie chciała przypominać jej o tych smutnych chwilach, takie coś nie należało do ich porozumienia, może nieco powierzchownego, ale prywatne smutki należały do nich samych. Za to radość mogły dzielić wspólnie. - W tej chwili ja sama nie jestem w stanie powiedzieć ci, w jaki sposób mi to przyszło do głowy... Ale to chyba ta nowojorska atmosfera - rzuciła beztrosko, zakładając nogę na nogę.
- Wesela chyba nie będzie - odpowiedziała po chwili, z lekkim zawodem w głosie. Z jednej strony nie chciała robić nic, co nie podobałoby się Blejsowi, z drugiej jednak chciała uczcić jakże ważny fakt w ich życiu z osobami bliskimi. Gdzie znowu pojawiał się problem, bo osoby bliskie niestety zaangażowane zbytnio w popieprzone relacje uczuciowe były.
A skoro o tym mowa, w tej właśnie chwili w salonie zjawili się Aiden i Indiana. Na twarzy Mer pojawiło się ogromne zdumienie - tak naprawdę nie miała jeszcze czasu spotkać się z przyjaciółką, zwłaszcza po ślubie. Tymczasem wyglądało jednak na to, że problem był chyba z głowy, skoro India i Starszy wyglądali na tak... zażyłych w swojej relacji, co tym bardziej pogłębiało zdziwienie pani Collier.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 20:20

Chloe potrzebowała takiego momentu zadumy, a co mogło być lepszego i korzystniejszego niż poważna kontemplacja i analiza swojego żywota przy takiej właśnie okazji? Poza tym jej życie stawało się coraz lepsze, wracała do swojej normy sprzed roku, gdy to była szczęśliwą posiadaczką najlepszej garderoby w szkole (co się akurat w jej mniemaniu nie zmieniło), gdy z perłowym uśmiechem zdobywała rokrocznie swoją koronę, u boku już-nie-tak-swojego króla, o którym za chwilę. Bo jeszcze chwilowo była zbyt pochłonięta swoim prezentem, rozmową i ogólnym chłonięciem wiksowej atmosfery. Chociaż jakoś tak automatycznie na myśl o swojej dawnej świetności zdjęła jakże lanserską czapkę z głowy, poprawiając swoje włosy, unikając potem ich przedwczesnego oklapnięcia, w ramach zachowania świetnej prezencji solenizantki.
Odebrała od jednej z koleżanek z bractwa jakiś prezent, pospiesznego całusa i życzenia, bo niezbyt grzecznie owo dziewczę przerwało im rozmowę i na chwilkę wybiło Klołkę z toru myślowego (bo za szybko na takie rewelacje alkoholowe było), szybko jednak udało jej się ogarnąć i do Meredith wzrokiem, ciałem i duchem powrócić.
Widziała na jej twarzy miksację rozluźnienia ze zrozumieniem. Coś, czego chyba bardzo pożądała ostatnimi czasy. Nie chciała wypytywania, głaskania po ramionku i buziaczków w główkę, potrzebowała przemilczenia problemów i powolnego procesu ich zobojętniania (heh). I cieszyła się, że dostaje to akurat od Mer, w świetnych butach - najwyraźniej benefity ich relacji nie były jednostronne.
- Jak to nie będzie? - wyraźnie się zasmuciła, robiąc wielkie oczy. - Tak kompletnie niczego, zero? To pozwól mi chociaż zorganizować takie małe przyjęcie dla przyjaciół i rodziny. Koktajl, zimowy temat przewodni? Blaise się chyba zgodzi... - zaczęła pocieszać samą siebie, bo naprawdę liczyła na dobrą zabawę weselną, a tu spotkał ją taki zawód.
Podążyła za wzrokiem Mer, gdy ta odwróciła głowę i jej oczom ukazała się najbardziej zaskakująca para wieczoru. Dusząc jednak w sobie maksymalne szoknięcie i fakt, że zrobiło jej się jakoś goręcej, podniosła się z miękkiej kanapy i pomachała do Ajdy, mając nadzieję, że jakkolwiek jest widoczna w tym tłumie wysokich ludzi.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 20:52

Nie powiem, że przybycie pewnej dziewczyny do pokoju Vesny, BEZ PUKANIA, nie zbiło jej z tropu, po tym co owa osóbka wygłosiła. Było to co najmniej zaskakujące. Nie żeby de Chaves nie spodziewała się, iż tak kiedyś nastanie, ale nie mówiła tego głośno. Póki co, czekała cierpliwie wykazując względne przejawy przeciętności. Właśnie... względne. Nie żeby opuszczała swój księżniczkowaty charakterek zawoalowany przesłodzoną sympatią. Ona po prostu starała się nie poniżać innych i ukazywać bolesnej prawdy o nich. Wow, członkostwo z SHD? Pokiwała z uznaniem głową, gdy wreszcie została sama w pomieszczeniu - ...nieźle. I na tym zakończył się jej komentarz. Rozrywana od środka dumą goszczącą w tamtej chwili, nie zdziwiłaby się, gdyby jej czarna lekko rozszerzana spódnica nie wlazła na jej tyłek. Gdyż tylko tego elementu ubioru brakowało jej do wyjścia na przyjęcie u jej przyjaciółki. W chwili, w której upewniła się, że jej uroczy sweterek, spódnica i lity z ćwiekami wzbudzają podziw (nawet u niej samej) wyruszyła na imprezę.

***

Gdy weszła do środka, od razu uderzył ją zapach alkoholu, mimo iż wszyscy wydawali się dość trzeźwi. Już nie długo... Skomentowała w głowie blondynka. Uśmiechnęła się złośliwie na myśl, ile ciekawych informacji można wyciągnąć od pijanego człowieka... tym bardziej ucznia. Oczywiście pod warunkiem, że sama się wcześniej nie upije.
W pomieszczeni było sporo osób. Niektórzy przemieszczali się po pokoju w bliżej nieokreślonym celu, a inni wręcz przeciwnie: podrywali dziewczyny i w dość nietaktowny sposób spuszczali wzrok tam, gdzie nie powinni.
Vesna de Chaves odnalazła swoją przyjaciółkę. Przywitały się i wymieniły uściskami. Już miała zacząć rozmowę, a co ważniejsze dać prezent, starannie zapakowany w różowy papier połyskujący srebrnymi drobinkami, gdy nagle na swoim ramieniu poczuła mocny uścisk. Jej wyraz twarzy był mniej więcej jak mina kota, przed którym ni stąd ni zowąd pojawiła się pędząca ciężarówka. Odwróciła się instynktownie z zamiarem nawrzeszczenia na osobę dokuczającą jej w konwersacji, ale zaniemówiła, gdy zwróciwszy głowę w stronę ucznia dostrzegła Charlesa.
- Mogę wiedzieć, co zmusiło cie do ograniczenia dopływu krwi do mojej dłoni? - spojrzała na niego krytycznie, jednocześnie nie kryjąc iskierki radości w oczach.
Powrót do góry Go down
Charles III Paddington
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 125
Join date : 02/02/2012
Skąd : London

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 21:07

Kiedy Czarls kończył z depresją okazywał się naprawdę zajebistą osobą - co uświadamiał sobie za każdym razem, gdy porównywał swoją zniewalająco mądrą, wspaniałą i dojrzałą osobą do tej zsiadłej i skiśniętej śmietanki PFFFY. Prawdopodobnym jest iż w samozachwyt popadłby rychło, gdyby nie ten idealnie ukształtowany intelekt i dystans, pozwalający pozostać mu zajebistym-sobą wśród pojebów. Bo tak się czuł. Trochę jakby nie pasował (ale to prawdopodobnie wina ujebanego ptysiem policzka, o czym raczej nie był świadomy) a trochę jakby doświadczył już tego wszystkiego, co okazuje się chujowym a czym te wszystkie burżuje w skrojonych garniakach i osobiście projektowanych czapencjach się jarają i szczycą. Zauważalnie.
Taaaak, dawno nie był w domu Chloe. Nawet dobrze nie pamiętał czy przez czy po burzliwym końcu uwłaczającego związku to było i jak bardzo miał ochotę wyrzygać się na ten psychodeliczny portret Tatuśka Demarchelier, przed którym teraz sterczał z jedną ręką zajętą ściskaniem butelki zimnego piwa, a drugą mając ulokowaną w kieszeni granatowych spodni.
Nie na długo.
Bo zaczęła go mocno świerzbić.
Ech ta niewdzięczna natura podsłuchiwacza! Plotkarza! Nawyk odwrócił się przeciw niemu, totally, bo dostrzegając kątem oka klachające sobie dziołszki gdzieś nieopodal i jednym uchem wychwytując jakieś konkretniejsze info, mogące wzbogacić gamę jego negatywnych odczuć wobec całej imprezy, które miały trwać dopóki nie spotka jakiejś przyjaznej mu duszyczki, dotarło do niego coś niewyobrażalnie bolesnego.
To jak bardzo nienawidził bernardowskich stowarzyszeń nie mogło się nawet równać jego awersji do owoców morza i spotęgowane było jeszcze informacją, która przewróciła jego świat do góry nogami. W chwili w której zaczął NAPRAWDĘ lubić Vesnę. Mimo że Lisica i mimo że bogata i mimo że niebezpiecznie bliska Chloe i....... naprawdę mogło być pięknie! Ale ktoś jej g r a t u l o w a ł. Wcale nie zerwania wszelkich stosunków z Demarchelier i podpisania petycji o rozwiązanie stowarzyszeń, które Charlie wciskał komu popadnie w głównych mitingowych miejscach szkoły. Chwilę zajęło mu zatrybienie o co cho i czym właściwie de Chaves zasłużyła sobie na gratsy. A kiedy już zafungował mu system kojarzenia faktów, bez ociągania się i najmniejszego pardonu uczepił się ramienia dziewczęcia, odciagając ją na stronę i darząc krytyczno-zawiedzionym spojrzeniem. Co, jak na generalną żywość w usposobieniu Czarlsa było objawem psychopatyzmu.
- SHD. Serio?! - wycedził, nie puszczając ręki Vesny i ciskając piorunami ze zmrużonych oczu. - Jesteś naćpana czy grozili Twojej rodzinie? - pokręcił głową, nie ogarniając.... j a k m o g ł a.
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 21:59

Indie była stroną ogarniającą: jak zwykle, nie ważne, jak gorliwie nie oddawałaby uczuć Aidena, tak o tyle, o ile on prawie że dosłownie stracił głowę, tak ona mniej więcej zdawała sobie sprawę, co tu robi, z kim, czyje to przyjęcie i jaka jest jej znikoma rola. Bo też zaskoczone spojrzenia, którymi ich witano, tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że sama z siebie nie pojawiłaby się tu pewnie nigdy. Ale Aiden chciał, nawet nie naciskał, a wyraził jedynie życzenie, czy też delikatnie wspomniał, na co ona gorliwie pokiwała głową. W końcu do głowy jej nie przyszło, żeby puścić go bez siebie, chociaż stos prac do załatwienia, poupychany w jej grafiku po którym zostało zaledwie wspomnienie piętrzył się teraz stertą przerażającą, odganiany przez ajdowe pocałunki. I seks. I odkrywanie sensu wpatrywania się w niego kiedy tylko znalazła się taka sposobność, co nie nudziło jej się ani przez chwilę.
Czuła jednak lekki dyskomfort, irytujące deja vu ogłaszania się ze swoim kolejnym związkiem na kolejnych urodzinach, na których w gruncie rzeczy nie powinna tego robić. W pierwszym przypadku ze względu na Doriana, dzisiaj… Popieprzenie z poplątaniem starszego Colliera były chyba wystarczającym powodem, ale ona to kochała, chociażby rozebrał się i biegał dzisiaj nago, robiąc z siebie i z niej totalnych debili, India kochała. I kochać zamierzała.
Toteż siłą woli, której jej nie brakowało, powstrzymała kuszącą o f e r t ę odwrócenia się do Aidena tak, coby mogli zająć się już tylko sobą, najlepiej gdzieś z boku, co pewnie pomimo zobowiązań nie byłoby z jego strony problemem: w i e d z i a ł a o tym i fakt, że tak łatwo mogła to sprowokować dodawał jej pewności siebie i ochoty na właśnie takie pokierowanie sytuacją. Ale znów, skoro kochała, nie chciała mu narzucać swojej woli, bo kochała na tyle, by liczyć się z tym, czego on naprawdę chce i ograniczyć w sobie egoistkę.
- Możemy zostać tak długo, jak będziesz... um, dasz radę – odparła cichym, z początku ciepłym i bardzo rozkochanym, pod koniec bardzo figlarnym tonem, odwracając głowę tak, by móc pocałować go lekko. I rozglądając się po sali spostrzegła Mer, co było zbiegiem okoliczności tak dziwnym, iż wyraziło się to w jej spojrzeniu. Prawdopodobnie bliźniaczo podobnym do tego, które posłała jej Tremaine (bo Indie pojęcia nie ma o żadnych związkach i ślubach poza swoim własnym, o ile to jest w ogóle możliwe, jak mieszka się w jednym pokoju).

_________________
Powrót do góry Go down
Sheyr Balkan
Uczeń
avatar

Age : 22
Liczba postów : 140
Join date : 13/09/2012
Skąd : Newcastle

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 17 Gru 2012 - 22:23

Na propozycję, którą złożył Sheyr zgodziła się Prudence, Chloe natomiast została porwana przez jakąś swoją koleżankę. Sheyr ujął dłoń panny Wright, po czym dał się poprowadzić na parkiet. Muzyka była dziwna i skrajnie odbiegająca od jego upodobań muzycznych, ale do muzyki klasycznej czy do rocka ciężko tańczyć. Chłopak wsłuchał się w rytm i za chwilę już wirował na parkiecie razem z Prudence. Umiał tańczyć, bowiem wychodził z założenia, że człowieka można najłatwiej poznać na trzy sposoby: a) poprzez taniec b)poprzez wspólne upicie się c)poprzez wspólne zrobienie czegoś głupiego i niebezpiecznego. Chłopak od czasu do czasu wychylał Prudence tak, że ta prawie dotykała włosami ziemi, po czym następowało przybliżenie do tego stopnia, ze ich ciała stykały się. Z tej dwójki, mimo iż się dopiero co poznali, emanowało zaciekawienie, pożądanie oraz chęć zabawy. Przynajmniej w tańcu tak wyglądali. Jak będzie poza parkietem? Tego nie wie nikt. Dziewczyna skojarzyła chłopaka z jednego z przedstawień. Ten uśmiechnął się jedynie, po czym powiedział.
- Tak, to ja. Ainsworth... czasem się myli. Jestem pewien, że byłabyś idealnym Ferdynandem. - powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Natomiast ja ciebie kojarzę z niedawnego przedstawienia Halloweenowego, gdy grałaś Ruby - czarownicę mającą przywołać Samhaima! Tak, to na pewno ty. Wspaniała rola! - powiedział, podtrzymując rozmowę, a jednocześnie komplementując jej sposób gry. Chłopakowi bardzo dobrze się z Pru tańczyło. Rzadko się to zdarza, wiele dziewczyn bowiem odbiega umiejętnościami tanecznymi od Sheyra. Pru jednak dzielnie się trzymała. Można pokusić się o stwierdzenie, że tańczyła nawet lepiej od chłopaka. Oboje jednak tworzyli na parkiecie parę, która mogła przyciągać uwagę.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Salon   Wto 18 Gru 2012 - 10:26

Może i Aiden zachowywał się tak, jakby jakiś kreskówkowy oprawca przyłożył mu w głowę patelnią, ale zamiast nieprzyjemnych gwiazdek miał przed oczami serduszka i aż tak nieogarnięty nie był. Chociaż, to chwilowe rozmycie się ostrości intelektu i skurwysyństwa wcale nie było takie złe, wręcz przeciwnie, w końcu czuł się odprężony, skupiony na jednym odczuciu (a nie na jego hamowaniu) i jednej osobie, wyglądającej trochę nie na miejscu w swojej pensjonarkowej (zapewne osiem-de) spódniczce wśród tych wszystkich odstawionych i błyszczących dziewoi, patrzących na nich z jawnym mindfuckiem spod ociekających tuszem rzęs, otwierających zaszminkowane usta i machających z drugiej strony pokoju, dość energicznie. Na to ostatnie Aiden zwrócił uwagę dopiero po dłuższej chwili, pochłonięty całowaniem indianowskiej szyi i ślepym zakochaniem w jej niezwykłej bladości, gładkości, cieple i innych przymiotnikach, które na swej szyi posiadała każda istota ludzka. Ale Indiana i tak była wyjątkowa.
Jednak ileż można było, w końcu się wyprostował, z dumnym uśmiechem szczęśliwego posiadacza, akurat w tej chwili, która pozwoliła mu nawiązać bezpośredni kontakt wzrokowy z Chloe, wyjątkowo widocznej w dzikim tłumie - nawet na jej własnych urodzinach wytwarzała wokół siebie pole glorii, chwały i bogactwa, do którego wstęp mieli tylko nieliczni. A do którego Aiden został właśnie zaproszony.
- Kwadrans, potem wracamy do mnie - zarządził bardzo po collierowsku (i bardzo przewidywalnie), w końcu odrywając się od Indiany i ruszając w kierunku Chloe, cały czas trzymając Indianę za rękę i obserwując, czy jakiś kretyn nie próbuje wylać na nią swojego lansiarskiego drinka/ złapać za jego własność. O dziwo, nie zastanawiał się ani przez chwilę, jak oszałamiająco wygląda Demarchelier i któż też z nią stoi, co ogarnął dopiero gdy już stanął przy Chloe, obdarzając ją sympatycznym uśmiechem. Z góry, ofc.
- Nie będę Ci składał życzeń, już to zrobiłem, ale miło Cię zobaczyć w dobrej formie. - zakomunikował od razu, jednak bez aroganckiego chłodu a czysto...informacyjnie, przyciągając Indianę bliżej siebie i ogarniając (lepiej późno niż wcale), że tuż bok stoi Meredith. Przesunął jednak tylko po niej wzrokiem, postanawiając, że po prostu będzie ją ignorował. Dla dobra Indiany, oczywiście. Nie mieli czasu porozmawiać o wszystkich zawiłościach miłostkowo-przyjaźniowych, wobec czego Aiden nie miał zamiaru robić czegoś, co mogłoby indianową sytuację pogorszyć. I swoją, przy okazji, też. Powrócił więc wzrokiem do Chloe, nie mogąc jednak powstrzymać się od obcięcia jej spojrzeniem od stóp do głów, co wyglądało jak za dawnych czasów, jednak zamiast niemoralnych myśli o pornograficznych scenkach Aiden się rozczulił, że jego dziewczyna jest milion razy skromniejsza i przez to piękniejsza, niż ta wystawna lwica salonowa, a już na pewno piękniejsza, niż to chudonogie stworzenie, wywijające jak szalone na parkiecie za plecami Demarchelier... którym była Prudence. Co jakoś tknęło normalnego Aidena, na tyle, by wywołać chwilowy szczękościsk i mocniej zacisnąć dłoń na talii Lanvin, przyciągając ją do siebie bliżej-niż-być-powinni w takiej, oficjalnej, sytuacji.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Wto 18 Gru 2012 - 14:33

Nie sposób było dostrzec, co czuje Vesna, spod maski znakomitości. Jej odczucia były tak mieszane, że zamiast cieszyć się pięknym wieczorem, miała ochotę się rozpłakać. Tylko po co? Przecież nic takiego się nie stało, co mogłoby uczynić ów damę niezadowoloną. A jednak. Niby nic, prawda? Zwykła znajomość z Charlesem, przeciętna, normalna. Lecz było coś, co za każdym razem gdy go widziała, drgało. Niespokojnie poruszało się w jej organizmie, w chwili zerknięcia w jego oczy. Wzdrygała się na dźwięk jego imienia, co zawsze tłumaczyła wdarciem wiatru do pomieszczenia.
- A co miałam zrobić, odmówić? - rzuciła niczym groźny chihuahua. - A tak w ogóle... fajnie, że się do mnie odezwałeś. Co jeszcze musiało się stać, żebyś po tylu tygodniach unikania nawet głupiego "cześć" musiał coś do mnie powiedzieć? - oczywiście pomijając fakt, że de Chaves również nie starała się nawiązać sensownej konwersacji, wykraczającej po zadania pytania "Ładna pogoda, prawda?" - Wiesz co?! - niebezpiecznie podnosiła głos, mimo że dosłownie syczała w jego ucho. Wyrwała rękę z jego silnego MĘSKIEGO uścisku i uniosła dłonie do góry, jak to robią w filmach w geście "rób co chcesz" - ... jebać to.
Odchodząc kilka kroków do tyłu, jakby nie chciała jeszcze odwracać głowy, tylko zobaczyć jak zareaguje chłopak. Szkoda, iż zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, Vesna zrezygnowała z dalszego obserwowania i krokiem godnym modelki, ukazując swoje proste nóżki i zacną figurę, oddaliła się na koniec salonu. Zatrzymała się na chwilę i obrzuciła wzrokiem pomieszczenie. Nic od jej wejścia się nie zmieniło. No może lud był trochę bardziej upity, a Wiesia bała się, że nawet gdyby rozebrała się do naga, to i tak bardziej obchodziłaby ich zawartość trzymanych w dłoniach kieliszków.
Nie wiedziała jak ukryć swoje emocje. Teraz była bardziej zdezorientowana, niż podczas zeszłego sylwestra, gdy dziewczyny uznały za wyśmienity żart, gdy zamiast wody, jako popitkę, wleją spirytus. Vesna do końca nocy nie mogła się zdecydować, czy w pomieszczeniu zgasło światło, czy straciła wzrok. Haha – dziwki. A teraz czuła jakby miała się rozpaść na małe kawałeczki, a zamiast udzielonej przez kogoś pomocy, wiatr porozwiewa je na wszystko strony świata, a ona zostanie pustą pozbawioną uczuć blondynką... oczywiście jeszcze bardziej niż jest teraz. Tylko szkoda, że najczęściej serce płata jej figle i wybiera nie tych co trzeba…
Powrót do góry Go down
Charles III Paddington
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 125
Join date : 02/02/2012
Skąd : London

PisanieTemat: Re: Salon   Wto 18 Gru 2012 - 15:24

We wnętrzu Paddingtona wrzały zdecydowanie potężne, jak na niego, emocje. Zdecydowanie daaawno nie był tak poirytowany, tak zbity z pantałyku i zdenerwowany. Przemawiała przez niego pasja, ze źródła której czerpał pełnymi garściami za każdym razem, gdy zawiązywał się temat Stowarzyszeń, tak sukcesywnie omijany w czasie jego wesolutkiego pożycia jednorożcowojelonkowego z Seiler (rip). Czego naprawdę nie mógł znieść. Tematu znaczy się.
Tym razem jednak poza ogólnym hejterstwem i szyderą odezwała się w nim pewna nutka zawodu, jak gdyby legł w gruzach misternie układany plan od dekad co najmniej czternastu. I teraz ściskał (już niedługo) ramię Vesny, taksując ją złym spojrzeniem i próbując sobie przypomnieć, w którym momencie ich średnio intensywnej znajomości założył, że to dziewczę nie z tego gatunku jest. Że to - podobnie do niego - pomyłka rekrutacyjna, dobra duszyczka i... hmm, przy tym wszystkim całkiem urodziwe stworzenie. Które najlepiej wyglądało, gdy mijane na korytarzu, jak gdyby jedynie czekało na kolejne strzeliste okno, przez które z tą przejebaną iskrą w oku zerknie na pogrążoną w śnieżnej zamieci okolicę.
Właściwie sam Charles nie wiedział co sobie myślał. Ani na codzień, prześlizgując się spojrzeniem po watasze dziewcząt i zatrzymując ułamek sekundy dłużej na osobie Vesny, ani teraz.
I lekka obawa, iż ten cały zamęt może oznaczać coś, czego zdecydowanie nie powinno, spowodowała dekoncentrację i ułatwiła de Chaves uwolnienie się z uścisku czarlsowej ręki. Ściągnął pół gniewnie, pół w zamyśleniu brwi, odprowadzając wzrokiem odchodzącą i... jak gdyby tylko czekając na chwilę, w której się zatrzyma. Po to by dogonić ją, rozpychając się niedelikatnie wśród wiksujących.
- Wiem, że uwielbiasz ludzi rozstawiać po kątach, ale mnie nie musiałaś tam zostawiać - syknął przez zaciśnięte zęby, pewien że musi... wytłumaczyć się. Żeby zrozumiała. Żeby pojęła w jakie gówno wpakowała się. - I być może SHD pomoże Ci emanować pozorną zajebistością i może nawet przydzielą Ci osobistego przydupasa, którym będziesz mogła pomiatać do woli - w tej chwili począł parodiować pretensjonalny ton Demarchelier i innych królowych pszczół - "w dobrym zamierzeniu, oczywiście, dziewczęta muszą sobie zasłużyć na pozycję w towarzystwie" ale - powrócił do zwykłego, perswazyjnego i powkurwianego tonu - właśnie, jakim kosztem?!
Chwila pauzy, trzy oddechy. Odchrząknął, prostując się gdy spostrzegł, że pochylił się niebezpiecznie w kierunku dziewczyny w tym całym agresiarskim napadzie umoralniania. Dopił piwo, odstawił butelkę na najbliżej stojący stoli i zaplótł ramiona na piersi, zanim podjął wątek.
- Wiesz co tutaj robisz? - dodał nieco innym, bardziej kontrolowanym tonem, w którym nietrudno było wychwycić nutę goryczy. - Sądzisz, że chodzi o urodziny Demarchelier? Tej drugiej? Dziewczyno, teraz przyszła Twoja kolej na to, by dowieść jak bardzo Ci na popierdolonych Herbacianych Damach zależy - stwierdził, nie spuszczając agresywnego wzroku z twarzy Vesny. Bo o ile z początku nie chciał - teraz zdecydowanie m u s i a ł doprowadzić swoją myśl do końca, czując, że za mało wyjebane na dziołszkę ma, żeby obserwować jak wesoło pierdoli sobie życie. A parę razy zdarzyło mu się obserwować sposób wkupywania się w łaski shdków. - Nie zadowolą się znajomościami w kilku istotnych branżach. Ani kontaktami ze mną.
Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Wto 18 Gru 2012 - 17:20

To, co robiła Vesna było do niej tak nie podobne, że musiała się na chwilę zatrzymać i zastanowić co ostatnio ćpała. Dałaby głowę uciąć, że sprzedawca mówił, iż to zupełnie nieszkodliwe. Bo jeśli to nie było spowodowane tym, to co innego doprowadziło ją do doświadczanego stanu. Nie potrafiła dobrać odpowiedniego słowa, starając się, aby miało ono sens... choćby najmniejszy, gdyż jeśli tej całej zjebanej sprawy nie wytłumaczy sobie w ten sposób, to jak inaczej?
Panna Doskonała, jak się okazało, wcale nie jest taka doskonała. Mimo, że ta cecha dupą jej wychodziła i każdym innym otworem, to sama przestawała w to wierzyć. To nie dorzeczne – wszystko wokół niej. Jest tyle niezłych chłopaków w całej szkole, na którym można by oko zawiesić i naprawdę dłuuuuuuugo się im przyglądać, ale nie! Vesna musiała ukradkiem zerkać, na tych, co nie trzeba, myśleć o tych, o których nie trzeba, i zadawać się z tymi, z którymi nie trzeba. Nie chodzi oto, że Wiesia nie lubi takich osób, wręcz przeciwnie: jakaś tajemnicza siła za każdym razem ją do nich ciągnie. Bezcielesne palce ciekawości popychają ją w stronę TEGO, CZEGO NIE TRZEBA.
Chłopak ją dogonił, i oczywiście nie zaprzestał na poprzedniej wypowiedzi. Dalej kontynuował opierniczanie jej za co tylko można. A najgorsze jest to, że z wieloma jego słowami zgadzała się prawie w stu procentach, lecz się do tego nie przyzna. Nie nagłos. Nawet oszukując samą siebie, będzie twierdziła, że nadaje się do SHD. Po części tak było. Wiedziała, że jej miejsce jest wśród rozpuszczonych panienek, zastanawiających się nad kolorem lakieru do paznokci i wysokością obcasa co do milimetra. Tak zachowywała się na ogół. Beztroska, wykrzywiająca swoje muśnięte czerwoną szminką usta w uśmiechu. Następnego dnia potrafiłaby zjeść kogoś, kto stanie jej na drodze. Nie ważne czyim kosztem: przyjaciół, rodziny, byleby sama na tym nie ucierpieć.
Za każdym słowem Charlesa Wiesia przyspieszała kroku. Nie wiedziała, czy się zaraz rozpłacze, dlatego też niezmiernie cieszyła ją myśl, że zbliżają się dosłownie do wyjścia z salonu i nikt nawet nie zwraca na nich uwagi.
Dosyć tego. Gwałtownie odwróciła się w jego stronę i prawie się zderzyli, gdyż chłopak wcale nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Choć na jego miejscu cieszyłabym się, że okno jest stosunkowo daleko, bo mimo swojego wzrostu, nie wiadomo, co Vesna mogła poczynić.
Odległość po manewru Wiesi była naprawdę znikoma. I mimo faktu, iż chłopak był od niej sporo wyższy, to i tak czuła na swojej skórze jego oddech.
Oczywiście kontynuując swój syczący monolog nie było czasu na nabranie powietrza. Mówiła dość szybko, ale wyraźnie i jak to na grzeczną dziewoję przystało zaczęła:
- Kurwa, znasz mnie, czy tylko tak ci się zdaje? - popatrzyła mu w oczy, udając, że wcale nie topi się w jego spojrzeniu - Dobrze wiesz, że rozstawiam ludzi po kątach i tak zostanie. Nie tylko to się nie zmieni. Byłam jaką byłam i mam zamiar nią zostać. Lubiłam tych co lubiłam, i mam zamiar nadal ich lubić. - zrobiła pauzę, bo faktycznie nawet ona w swojej naturalnej zajebistości musi mieć czas na oddech. - A jeśli sądzisz, że wiesz coś o mnie... cokolwiek, to jesteś świadom tego, że żadne Stowarzyszenie nie jest na tyle silne by zmienić mój jebany charakter!
Nie miała siły, aby wydusić z siebie coś jeszcze. Nie w takim stanie. Prawie roztrzęsiona, mała, drobna. Jak motylek z tym, że ów owad nigdy nie był tak wkurwiony jak ona teraz.
Raz jeszcze spojrzała w jego oczy, unosząc lekko głowę, gdyż inaczej nie byłoby to możliwe. Nawet jeśli miała swoje superwysokie obcasy, nie czuła się tak pewnie, jak w towarzystwie jakiegoś zupełnie jej obojętnego chłopaka. W jakim kierunku, do cholery, zmierzały jej uczucia? W jego obecności czuła się sparaliżowana. Ślepa. Głucha. Niedorozwinięta. I penie zazwyczaj na taką wyglądała.


Ostatnio zmieniony przez Vesna de Chaves dnia Sob 9 Maj 2015 - 17:19, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Charles III Paddington
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 125
Join date : 02/02/2012
Skąd : London

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 13:27

Charles prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z faktu iż zapewne ryzykuje, podejmując podobny monolog umoralniający. Najzwyczajniej nie ogarniał, jak funkcjonuje towarzystwo i że są kwestie których się nie porusza pro publico bono. Tudzież których dotknięcie faktycznie na pewne sym- i antypatie może wskazywać - tak naprawdę pierwszy raz był w sytuacji, kiedy cała relacja funkcjonowała na zasadzie nie do końca eksponowanych uczuć. W tym momencie uniósł się, mogąc w jednej, gwałtownie następującej chwili dostrzec calutki wachlarz emocji na twarzy Vesny, gdy odwróciła się w locie, hamując słowotok, pęd i nakręcającą się nienawiść paddingtonowską wobec całego elitarnego syfu. Który chce mu ją zabrać.
Bardziej zaskoczony niż świadomie oddający de Chaves prawo do przejęcia głosu, słuchał i chłonął jej słowa, docierające do niego doskonale, mimo panującego wokół imprezowego chaosu.
Słuchał, jednocześnie hamując rosnącą ochotę by przerwać jej natychmiast i potrząsnąć, żeby tylko z tego pieprzonego snu wyrwać jej głowę. Ją całą - pospinaną, zdecydowaną i najwidoczniej zupełnie nieświadomą wpływu, jakiemu podda się, nawet mimowolnie.
Czuł się naprawdę kretyńsko - bezsilnie uderzając głową w ścianę i próbując przedostać się na drugą stronę. Czuł się bardziej... doświadczony niż Ves, czuł że jego stosunek do stowarzyszeń nie jest oparty na zwyczajnej awersji i urojonych uprzedzeniach. Właściwie ostatnimi czasy - odkąd działalność shdków ograniczyła się do prywatnych orgii z współrobalami z e150, gdzie krzywdy nikomu z zewnątrz nie czynili - miał zjawiskowo w dupie jakie są ich zamierzenia i plany. Dopóki nie angażowały kogoś, kto nie był mu zupełnie obojętny.
- Czyli mówisz - podjął po chwili ciszy, mówiąc wciąż nerwowo acz zdecydowanie wolniej - że nie będę musiał patrzeć i obserwować jak przeobrażasz się w te pieprznięte pasożyty? Że unikniesz tego... bo co, bo jesteś bardziej sobą niż one wszystkie...? - zauważalnie zakpił, wykonując ręką zamaszysty ruch, chcąc objąć ogół shdowskiej cywilizacji. Pozwolił sobie na znaczącą pauzę, która miałaby pewnie w jakiś nadnaturalny sposób olśnić Vesnę. - Tylko nie myśl sobie, że skoro Ty będziesz wciąż lubić tych samych ludzi, masz prawo wymagać tego samego z drugiej strony - dodał cichym, niskim tonem, mając niejasne wrażenie, że - chcąc czy nie chcąc - chłonie widok Vesny na z a p a s. - Bo nie wierzę, że nic się nie zmieni.
Zgarnął od mijającej ich w pół roznegliżowanej ciemnoskórej dziewczyny szklankę z kolorowym drinkiem, którą uniósł w górę, wznosząc bez słowa toast. Prawdopodobnie za NORMALNĄ Vesnę, która długo taką samą nie miała zostać.
Powrót do góry Go down
Vesna de Chaves
SHD
Uczennica

avatar

Age : 33
Liczba postów : 68
Join date : 25/10/2012
Skąd : Hiszpania, Londyn

PisanieTemat: Re: Salon   Sro 19 Gru 2012 - 14:46

Monologi w towarzystwie wkurzonego chłopaka nie były jej mocną stroną, nie wspominając o prawdopodobieństwie wrzeszczenia na siebie jak dwa rozwydrzone bachory, których z całego swojego zimnego serducha Ves nie potrafiła znieść.
Wsłuchiwała się w każde słowo wypowiedziane przez Charlesa, co jakiś czas mrugając z niedowierzaniem, gdy treść wypowiedzi wypływającej z jego ust docierała do jej umysłu. I mimo że jego zawartość zazwyczaj zajmowały ploteczki i inne pierdoły o nie większym znaczeniu niż lekki powiew śmiechu to i tak doskonale zdawała sobie sprawę do czego dąży rozmówca... i wcale jej się to nie podobało. Zaskoczona ostatnimi dwoma zdaniami najpewniej wybuchłaby płaczem, albo gdyby był to ktoś inny, po prostu dała mu w twarz. Lecz teraz potrafiła odpowiedzieć godnym damie krzykiem. Czuła jak rosną w niej emocje. Nie dość, że w poprzednich  wypowiedziach o mało nie dostała zawału, to teraz przekraczały one naprawdę cieniutką granicę między złą Wiesią a superwkurwioną Wiesią.
- Nie chcesz mnie już więcej widzieć? - zrobiła znaczącą pauzę i uniosła brew do góry, jak to miała zwyczaj, gdy była zdenerwowana. - Bo może mam blond włosy, ale pewne rzeczy z wypowiedzi potrafię wywnioskować! - chciała podskoczyć i prosto w oczy wyznać mu co czuje, ale zrezygnowała z tego I. trwałoby to zdecydowanie za długo, II. nawet by nie dosięgła. - Proszę bardzo. Nigdy nie ciągnęłam Cię za sobą, trzymając za rękę jak dziecko - zapomniała dodać choć bym chciała - ale jeśli masz zamiar odejść - szerokiej drogi - i wąskich zakrętów.
Nawet nie wiedziała co jeszcze dodać. Najchętniej wykrzyczałaby dodatkowo tysiąc powodów, dla których powinien przy niej zostać i nie opuszczać, dopóty dopóki nie będzie na tyle samodzielna, żeby nie wpakować się w niezły szit.
W kącikach jej oczu zbierały się łzy - w końcu trzeba w coś zamienić emocje kłębiące się w Wiosence. Nie chciała już więcej krzyczeć, kłócić się, rzucać argumentami niczym Faceci w Czerni potworami. Choć ciętej riposty uczyła się od Czaka Norisa, jedyne o czym teraz marzyła to wtulić się w jakieś 36, 6 i zapomnieć o wszystkim. Zamknąć się w swojej osobistej oazie spokoju, zwinąć się w kłębek i leżeć tak do końca świata.
Wzięła trzy spokojne oddechy i milczała. Mimo głośniej muzyki, która jakby nie do końca docierała do niej, stała starając się wyciszyć i unormować, ale na jak długo?
Bała się, że jeśli raz jeszcze na NIEGO spojrzy, niechcący dotknie jego dłoni, to po prostu ucieknie, zamknie się w sobie i nigdy nikomu nie zaufa…
... bo jeśli jej na kimś zależy, to krzyki przychodzą jej trudniej niż vesnowate myślenie.


Ostatnio zmieniony przez Vesna de Chaves dnia Sob 9 Maj 2015 - 17:25, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Salon   

Powrót do góry Go down
 
Salon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Demarchelier (Notting Hill)-
Skocz do: