IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: salon   Czw 23 Lut 2012 - 9:06


_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 14:13


Sobotnie poranki były dla Aidena tym, czym dla przeciętnej bernardowskiej panienki był voucher na tygodniowy wyjazd do SPA. Collier nie nakładał na siebie maseczek, odżywek i innego cholerstwa, nie taplał się nawet w błocie, jedynie robił rzeczy dla siebie przyjemne, nie uwzględnione w Wielkim Codziennym Planie Nowego Życia jaki uskuteczniał genialnie od świąt, a który polegał głównie na seksie ze swoją małżonką - dzięki czemu dopracowywali szczegóły swojego przyszłego szczęśliwego życia. Nic więc dziwnego, że gdy minął już dobry tydzień od świąt (?) postanowił w końcu zrobić coś dla siebie. To jest - wrócić do swojego, kawalerskiego domu, wziąć prysznic bez złotych kurków (rzeczywistość w Kensington była brutalnie królewska) i zrobić minimaraton. Który wcale nie okazał się takim dobrym pomysłem, bo po godzinie biegania, gdy w najbliższym kościele dzwony wybijały siódmą rano, dostał ataku serca. Nie takiego śmiertelnego, ale był pewien, że zaraz padnie na kolana i wycharczy sobie zaczadzone płuca, otrute taką ilością świeżego powietrza.
Chociaż nie był pewien, czy ten zawał był spowodowany tylko wysiłkiem fizycznym wybiegającym poza akrobacje łóżkowe, czy też brakiem nikotyny czy rozmyślaniami, które nagle trzasnęły go w głowę, gdy przebiegał obok zadbanego domu Wrightów. Bo to właśnie na ich podjeździe coś weszło mu w serce, powodując palpitacje, duszności i dziwną niemoc. Przypadek?
Zgiął się w pół, kładąc dłonie na kolanach i starał się oddychać spokojnie, widząc, jak jego oddech zamienia się w parę wodną - dziwne, że nie w spaliny. Już nie ta kondycja, nie te płuca, nie ten czas, nie ta dziewczyna, nie ten dom, nie ten poziom. Wszystko się zmieniło i ta nagła jasność i linia czasu pieprznęła Aidena akurat w tym momencie, w cichy, sobotni poranek, gdzie nikt nie mógł udzielić mu pierwszej pomocy, bo na ulicach nie było nikogo... a na podjeździe Wrightów nie widać było śladów opon. Nie było jej. Albo była sama.
Podniósł się, wpatrując się w przysypany śniegiem dom i czując, że źle zrobił, wybierając się na przebieżkę. Może, gdyby został w domu albo w Kensington, może, gdyby pojechał z Indianą prosto do szkoły nie trafiłaby go błyskawica świadomości, niemile wwiercająca się obecnie w osierdzie.
Nie miał czasu na planowanie i myślenie, co go dość mocno przeraziło, nie na tyle jednak, by pozwolić świadomości zadziałać i ruszyć dalej, do swojego domu. Zamiast tego ruszył w kierunku drzwi wejściowych Wrightów, nie czując jeszcze zimna ani tego, że zaraz odmrożą mu się ręce. Nie drżały jednak wcale, gdy naciskał klamkę i z ulgą zauważył, że są zamknięte. Nie ma nikogo, pewnie rodzinny wyjazd na narty albo do sanatorium albo...
Nie mógł jednak odejść ot tak, obszedł więc dom i zgodnie z tradycją drzwi kuchenne zastał otwarte. I znów lekkie zawahanie, czy naprawdę wie, co robi. Nie miał zielonego pojęcia, musiał więc się dowiedzieć - wszedł więc cicho do środka, zrzucając, przy akompaniamencie filmowych odgłosów z salonu, buty i kurtkę, po czym przeszedł do salonu, stojąc ładnie i kulturalnie w progu i patrząc, jak na podłodze leży rozwalona była miłość jego życia.
Parafrazując pewne mądre zdanie z nie tak dawnej przeszłości: Aiden już wiedział co tu robi, ona jeszcze nie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 14:39

Święta znaczył dla Prudence więcej niż jakikolwiek inny czas w ciągu całego roku. Zawsze czekała i zawsze cieszyła się. Zawsze przygotowywała się do tych kilku dni właściwie od daty pierwszego grudnia. Urodzin. Które w tym roku były zdecydowanie najbardziej zaskakujące ever. Czuła się samotna - mimo wszystko. Mimo starań swoich i kilku osób z jej otoczenia, nie mogła ukryć, że nie ma w co rąk włożyć. Jak gdyby tylko taka forma działania dała jej uwolnienie od samotności.
Nie potrafiła stwierdzić o co - a konkretniej: czego brak - dokładnie się jej rozchodziło w tej utytłanej nerwicą natręctw główce, założyła jednak, że ze wzmożoną nadzieją, czy tego chce czy nie, oczekuje świąt.
Od momentu, w którym w ich rodzinne życie wszedł Jeremy, drobne czynności zaczęła dla Prudence coś znaczyć. Duże coś. Powtarzane z roku na rok, aż osiągnęło miano "tradycji", której nikt na świecie nie mógł im - Jeremy'emu i Prudence odebrać. Mimo, że nigdy nie próbowała, znalazła się niebezpiecznie blisko swojego ojczyma, wygrzebując dla niego uczucia, których wcześniej nie znała, choć analizowała ich występowanie z każdej strony, bazując na czystej teorii i przykładach ludzi z najbliższego otoczenia.
Myślała o Jeremym, o godzinie szóstej minut cztery odkręcając butelkę wina średniej klasy, wyciągniętej z czeluści "rytualnych zapasów" - pysznego, słodkiego, owocem granatu zalatującego, idealnie komponującego się z jarmuschowskimi dziełami kinematografii. Myślała o nim również teraz, kiedy zmieniwszy płytę spostrzegła, że zaledwie kilka łyków upiła, zawieszając się gdzieś między kolejnymi, znanymi jej na pamięć dialogami a... skrzypieniem. Nienaturalnym bo niespodziewanym, bo przecież pozostała część domowników wyjechała na zaproszenie wujka z Devon (Prudence zmuszona odmówić była, wciąż obawiała się trochę widoku przesiąkniętych jej wyolbrzymionym cierpieniem wrzosowisk okolicznych).
Na zewnątrz wciąż trwał gęsty półmrok, czego była pewna, bo w wąskiej szczelinie między parapetem a spuszczonymi żaluzjami nie błyskało światło. Sięgnęła po pilot, ściszając o kilka kresek "nieustające wakacje" i przysunęła bliżej siebie butelkę wina, jak gdyby miało jej to pozwolić obezwładnić ewentualnego intruza.
Nigdy w odruchu nagłej paniki nie rozglądała się na boki w poszukiwaniu zagrożenia, podobnie jak nigdy nie pamiętała o zamknięciu na noc drzwi kuchennych. W kierunku których mimowolnie przeniosła wzrok, świadoma, że zobaczy jedynie framugę ze swojej pozycji ale.. wystarczyło. Żeby co? Żeby zachłysnęła się odrobinę przerażona, zaskoczona i pod wpływem nagłego zawrotu głowy, dostrzegając w drzwiach niezaprzeczalnego intruza (mimo, że w pierwszej chwili przemknęła jej myśl o zjawach zza światów).
- Aiden, nie rób t a k - jęknęła, wyłączając pauzę, którą w chwili niekontrolowanej paniki przypadkowo uruchomiła. Odetchnęła nieco głębiej niż dotychczas, ściągając odrobinę brwi i wpatrując się trochę nieufnie, a trochę z wyczekiwaniem w osobę Colliera.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 14:57

Pru, rozwalona na podłodze, z głową na kanapie i roztrzepanymi włosami, przyciskająca do siebie butelkę z alkoholem (jak mniemał) przypominała mu w tej chwili zbzikowaną alkoholiczkę w ostatnim stadium rozwoju, które było akceptowane przez społeczeństwo. Na tyle pijana, że nie ma znajomych i święta spędza na upijaniu się i głaskaniu kotów, ale na tyle trzeźwa, by nie robić scen w sąsiedztwie.
Do tego ten przerażony wzrok. I wielkie oczy, dzisiaj o dziwnym kolorze morza (?). I usta, niedomknięte, pełne, wilgotne (od alkoholu, again?). I zapach tego domu, w którym spędzał tyle czasu, zarówno z Pru jak i z Mattiem. Kiedy ostatnio go widział? Nie pamiętał zupełnie, co go lekko zakłuło - a może to po prostu ta cholerna drzazga, wcale nie roztapiająca się w cieple domu - i uświadomiło, że ostatnio bywał w życiu Wrightów gościem. Ostatnio przebywał z Pru w tym samym pomieszczeniu na urodzinach Chloe, wcześniej: dwa dni przed urodzinami samej Prudence, w tym domu, kiedy przyszedł przepełniony żalem, frustracją i doskonale ukrytą tęsknotą. Nie kochali się wtedy, raczej pieprzyli, jakby z każdym jej głośniejszym jękiem mógł poczuć się spokojniej i lepiej, wyjść z tej obojętnej depresji.
Kto by pomyślał, że wyleczy go dopiero małżeństwo, że dopiero będąc skazanym na Indianę postanowi ułożyć swoje życie. Bo dlatego tutaj przyszedł, niejasne sytuacji były jak wkurzający kamyczek w wygodnym obuwiu, nie mógł zrobić kolejnego kroku na przód, pozostawiając za sobą nierozwiązane sprawy. Ciągle aktualne, ciągle wyczuwał jasną bliznę na swoim uczuciu, na swoim sercu i nie miał nadziei, że kiedykolwiek będzie mógł patrzeć na Prudence tak po prostu, nie przypominając sobie tego wszystkiego, co do niej czuł, a co zepsuł. On zepsuł, ona zepsuła?; nie potrafił obarczyć winą za to wszystko Wright.
Stał więc teraz, boso, w dresie, czując jak powoli ogrzewa się jego organizm i topnieją płatki śniegu na jego wyjątkowo rozczochranej (to takie blejsowskie) czuprynie. Stał z zaciśniętymi wargami, skanując Pru swoim czekoladowym spojrzeniem, nieco chłodnym i wyjątkowo - jak na Aidena - zagubionym. Zupełnie nie wiedział od czego zacząć, potrzebował jeszcze kilkunastu sekund na poukładanie sobie wszystkiego, co zamierzał powiedzieć. Milczał więc jak zaklęty, naprawdę czując się bardziej jak wyjątkowo dobrze zamrożona zjawa niż jak konkretny byt, przychodzący by zamknąć za sobą pewne sprawy.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 15:17

Uspokajając lekkie palpitacje, Prudence starała się rozluźnić mięśnie spiętego ciała, jednocześnie czując, że dużo łatwiejsze i osiągalne byłoby to, gdyby ktokolwiek inny, nie Aiden, stał w progu salonu, jak na złość wciąż bez ruchu i z tym samym, skanującym i prześwietlającym spojrzeniem w niej utkwionym. W związku z czym naprawdę miała w pewnej chwili (po kilku sekundach? minutach?) ochotę pomachać energicznie ręką przed jego twarzą i zapytać bez ogródek czy przybył w celu podobnym do ostatniego czy może się zgubił czy...
Nie, raczej instynktownie niż w pełni świadomie przeczuwała, że o nic podobnego nie chodzi. Nie nastąpiło żadne obrzucanie wyzwiskami od progu czy - bardziej prawdopodobne - dopiekanie sobie żywcem, celowanie w najczulsze punkty podczas zrywania z siebie kolejnych warstw ubrań (ach, zima. tak męcząca pod tym względem!). I takie tam.
Teraz, przykładając szyjkę butelki (nienawidziła kieliszków) do ust, poczuła jakieś ukłucie niepokoju, które kazało jej jeszcze przed powzięciem łyka wina odsunąć je, wyprostować się odrobinę i zwrócić większą uwagę na przybysza. Ewidentnie zagubionego, choć zdecydowanie nie w tym znaczeniu, o które posądzała go na początku.
- Będziesz tak stał czy jak... - mruknęła, upewniając się z przyzwyczajenia czy nie ma na sobie butów, mogących wprowadzić brud i chaos w to wypucowane i wyczyszczone do ostatniego pyłku pomieszczenie. Naprawdę BARDZO chciała, żeby ruszył się z miejsca, przywdział w końcu collierskość na swe nieskalane, choć mocno zaczerwienione (biegał? dlaczego przyszedł?!) oblicze. Naprawdę miała dość tego podniosłego, poważnego i dziwnie olśnionego wyrazu twarzy Aidena...

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 15:30

Stanie jak lodowy posążek jakiegoś tureckiego bożka może i było bardzo estetyczne - nawet z mocno zarumienionymi policzkami, które zaczynały się odmrażać - i bardzo Aidenowskie (takie sztywne prezentowanie swojej pogardy dla świata było w jego stylu), jednak doskonale wiedział, że nie może tak tkwić w nieskończoność, bo, po pierwsze: zawadza w przejściu, a po drugie przyszedł tutaj sytuację rozwiązywać a nie komplikować. Nie mógł więc razem z kurtką ściągnąć bluzki, potem spodni i podobnież uczynić z Pru, nie mógł po prostu od progu zniszczyć jej świątecznego nastroju i humoru poprzez wytykanie drobnostek, które mogłyby ją zranić. Musiał się wypośrodkować i zrównoważyć. Myślał, że będzie to prostsze, że przez długą rozłąkę i praktycznie nie-rozmawianie ze sobą od kilku miesięcy wszystko się...rozpłynie. Ale wszystko się krystalizowało i mieszało, co doprowadzało Aidena do irytacji.
Na całe szczęście. Negatywne emocje zawsze mobilizowały go do działania, nic więc dziwnego, że przestał wyglądać jak natchniony prorok. Zrobił kilka kroków do przodu, mierząc Pru ze swojej chwały na wysokości i ignorując jakąś dziwną, zwierzęcą chęć dotknięcia jej i szybkiego seksu, zanim ogłosi jej mniej lub bardziej radosną nowinę.
- Wziąłem ślub z Lanvin - powiedział spokojnie, sucho, nie spuszczając z Pru wzroku, choć było mu mocno niewygodnie patrzeć aż tak w dół. Bardzo chciało mu się palić, jednak wykonanie w tej chwili jakiegokolwiek ruchu było ponad jego siły. Zacisnął usta, czując, jak po karku spływa mu stopiony śnieg i jak jego ciało opanowuje ten specyficzny gorąc po wysiłku fizycznym i odmrożeniu sobie wszystkich kończyn. I po zawale serca, które teraz dalej waliło mu w tym sportowym rytmie. - Prawie dwa tygodnie temu - dodał celem dostarczenia wszystkich informacji, próbując uspokoić rozszalałe serce. Czyżby kolejny zawał?

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 15:55

Pru naprawdę zaczęła się wściekać. Na Jarmuscha. Że nie wniósł do swego arcydzieła nieco więcej dialogu i akcji i, hmm, jakiegoś stosownego soundtracku. Który zmąciłby tę dziwnie, niebezpiecznie wyciszoną i generalnie ukojoną aurę, panującą wokół nich. A może nawet między nimi. Prudence zastanawiała się czy to wino, którego tak niewiele upiła, czy to jej podkręcona przez wczesne (zawsze zajebiście inspirujące) godziny wyobraźnia czy jakiś inny sprzyjający żywioł natury, w każdym razie nie przestawała mieć tego uczucia, jakby byli... po godzinach. Po wykonanej pracy i odpowiedniej dawce nienawiści wyciśniętej do ostatniej kropli z dwóch stron, nawet jeśli widzieli się ostatnio tak dawno i tak... hmm, przelotnie.
I może gdyby trwało to jeszcze chwilę, gdyby jej zwierzęcy instynkt przetrwania, budzący się w niej od dobrych kilku miesięcy przy każdej interakcji z Aidenem Collierem, wciąż był w tym samym uśpionym stadium, gdyby Prudence naszła nagłą ochota podjęcia brawurowego ryzyka - podeszłaby bliżej? zaniepokojona? pytając łagodniej o co chodzi?
Tymczasem podszedł on - zmniejszając dystans prędko i nagle, jakby wyczuwając chwilę wahania Pru i nie dając zadziałać. W głowie zdążyła jej jedynie błysnąć myśl o czterdziestu sposobach na wykończenie Aidena Colliera w nagłych przypadkach (swojego czasu miała niezły ubaw wymyślając coraz to bardziej innowacyjne środki i zastosowania długich włosów), kiedy... to Aiden ją zabił.
Prudence naprawdę pomyślała, że tak mogłaby wyglądać nagła śmierć. Nie chodziło nawet o to, czy ugodził w mniej czy bardziej czuły punkt, czy ostatecznie ją zranił i zmiótł z powierzchni ziemi jakieśtam przeświadczenie o raczej poukładanym światku wokół niej. Nie. Po prostu.... wszystko stało się niezrozumiałe. Niepojęta. Abstrakcyjne. Do tego stopnia, że literalnie zakręciło się jej w głowie i bardzo nieświadomie przybrała minę autentycznego przerażenia. Zapomniała o czarno-białym filmie, butelce wina, która wyślizgnęła się z jej dłoni, nie rozlewając dookoła czerwieni w większej ilości niż kilka kropli tylko przez to, że zatrzymała się między złożonymi po turecku nogami, gdy jej dno stuknęło głośno o podłogę.
Trwało to chwilę. Ułamek sekundy (no może czternaście), w czasie którego przez chwilę nie było jej na tej planecie, nim nie przywołała się do porządku. Zanim nie odwróciła spojrzenia od skupionej twarzy Aidena, wlepiając tępy wzrok w ekran telewizora, mimo, że nie widziała co aktualnie jest na nim wyświetlane. Przerażenie słowami Aidena przerodziło się z przerażenie tym jak zareagowała. Wstrzymując oddech zastygła bez słowa, jednocześnie niedowierzając, chcąc wiedzieć więcej, obawiając się każdego kolejnego słowa, które mogłoby spłynąć z ust Aidena i tego, co jej reakcja oznacza.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 16:15

Sterczenie w drzwiach, sterczenie na środku pokoju, sterczenie na schodach, wszystko było tak samo krępujące i tak samo Aidenowi nie przeszkadzało. Nigdy. Do dzisiaj, kiedy to czuł się zbytnio na widoku, zbytnio wystawiony na spojrzenia Pru, zbytnio wywyższony na niebiosa. Nie chciał tego, chciał, żeby Pru też stała, żeby mógł czuć się swobodnie i dokładnie widzieć wyraz jej twarzy, nieco za małe oczy (naprawdę, w czasie hejtu bardzo przyczepiał się do prudensowskiego wyglądu nastroszonej przepiórki), pełne usta; wyjątkowo nie chciał patrzeć na nią z góry, skąd mógłby sypać popiół z papierosa na czubek jej głowy. Pokuta. Po to tutaj przyszedł?
Nie chciał naprawiać tego co zepsuł, Pru obdarła go z nadziei na to, że kiedykolwiek będzie mógł odpracować swoje grzechy. To właśnie miał jej za złe, obdarcie ze złudzeń, chłodne postawienie sprawy, uczuciowej sprawy. Do tej pory nie wiedziała, jak boleśnie go skrzywdziła i z jaką skrupulatnością zajmował się swoimi ranami, by nie zapomnieć. Najpierw uważał to za użalanie się nad sobą, potem za chęć zemsty, w końcu: za najbardziej żałośnie rozkochany sposób, by w jakimś stopniu być z Prudence.
Seks z nią był karą, karą raczej dla siebie samego niż dla niej, wstępem do przyjemnej autodestrukcji. Maksymalne zbliżenie się, żeby potem wyraźniej czuć pustkę, chwila kosmicznej rozkoszy dla konfrontacji z kolejnymi pustymi wieczorami. Sarkazm, marazm, orgazm, depresja, nowe hasła sztandarowe, co tam Jarmusch, Allen miał lepsze poglądy na miłość.
Najgorsze było to, że nie zrozumiał tego teraz, nie było olśnienia na miarę tego w Crown, rok temu. Wiedział to od początku, wiedział przez cały czas trwania ich związku, aż do teraz, kiedy stał w tym przytulnym salonie, czując słodką woń alkoholu, zapach gałązek choinki i delikatne perfumy Pru.
Prudence przerażoną, wpatrującą się teraz w telewizor. Cicha muzyka w tle, stuk butelki o podłogę, nieco spazmatyczne oddechy. Nie wiedział, jakiej reakcji mógł się spodziewać, ale na pewno nie tego spojrzenia pełnego strachu, którym go na kilkanaście sekund obdarzyła, ciągnąc go w dół. I w kwestii nastrojowej i czysto fizycznej. Usiadł cicho na podłodze na przeciwko Prudence, zasłaniając jej widok na wyjątkowo melancholijną akcję w filmie i nie spuszczając wzroku z jej szaroniebieskich oczu.
- Zostawiłaś mnie - powiedział nagle, zanim zdążył to przemyśleć, bez żalu, bez drżącego głosu, co było jeszcze gorsze: po prostu brutalnie stwierdzenie faktu i wyjawienie swoich najgłębszych chwil rozpaczy. Zostawiła go, nie wybaczyła, wszystko się skomplikowało i teraz siedział tutaj ze smakiem gorących ust Indiany na czubku swojego języka i ze złotą obrączką na lewej ręce, błyszczącą na przemarzniętej dłoni.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 16:54

To, że Prudence zmieniała się przez ostatnie miesiące było zauważalne i niosło za sobą konsekwencje dużo istotniejsze niż jej obecność szeregach drużyny siatkarskiej podczas ostatnich zawodów rejonowych czy najwyższa w historii szkoły średnia, którą osiągnęła pod koniec semestru. Tu nawet o ludzi i ich ubytki nie chodziło - mimo, że na serio zaczęła zauważać, kto jest jej naprawdę bliski a z kim utrzymywała dotychczas kontakt jedynie z przyzwyczajenia.
Nic nie równało się nagłemu przerwaniu zbytecznych rozterek. Prudence przestała przykuwać uwagę do tej emocjonalnej strony swojego życia, stając się.. hmm, oziębłą suką? Odporniejszą Prudence Wright? Na pewno inną. Na pewno taką, która bez żalu pożegnała się ze swoją starą, wybrakowaną i niedoskonałą wersją, z nadzieją iż jest to final goodbye.
Znikąd na wierzch jej głęboko zakopana i sukcesywnie zapominana strona wypełzła w najmniej odpowiedniej chwili, w formie, która stała się zrozumiała dla Pru dopiero, gdy Aiden znalazł się tuż przed nią. Gdy - chcąc czy nie - spojrzała na niego tym nieogarniającym wzrokiem, pozbawionym czegoś, do istnienia czego już długo się nie przyznawała.
Jakkolwiek miłość potrafiła zostawić za sobą, podejmując wpierw heroiczny, potem przynoszący ulgę wysiłek, tak na to, że nadzieja wciąż się gdzieś w niej tli nie mogła nic poradzić, jak gdyby była to niezależnie od niej przyklejona i zagnieżdżona część, która jest niewidzialna i nieodczuwalna. Po prostu jest i nie daje się wyrwać. Siłą.
Bo teraz Prudence poczuła, że ta nagła śmierć, o której chwilę temu pomyślała to najzwyczajniej proces odpadania tego skrawka jej... hmm, duszy? Nie wiedziała. Doskonale jednak zdawała sobie sprawę, jakie znaczenie mają słowa Aidena i to nawet niekoniecznie dla niego, tylko dla niej. Ślub. Małżeństwo. To zawsze była dla Prudence rzecz święta i ostateczna. Jakby... najwyższa świętość. Nie mogła inaczej myśleć, nie potrafiła nigdy traktować ślubu jako czegoś przelotnego i tymczasowego, co może być skończone. Może myślała tak pod wpływem tych wszystkich rozmów z Aidenem...
Przypomniała je sobie teraz, pojedyncze fragmenty, nie będę mógł uścisnąć dłoni Jeremy'ego, i jeszcze nie zdołam pocałować cię w kościele.
To wszystko się stało, ale w zupełnie innej obsadzie. Prudence musiała się zmusić do chwilowego skupienia bo.. o kogo to chodziło... Lanvin? ach, Indiana. INDIANA?!
Małżeństwo było świętością i Aiden doskonale o tym wiedział. A Pru? Musiała przyznać - jeszcze nigdy dotąd nie była pozbawiona złudzeń tak mocno.
- Tak, ja... wiem - powiedziała w końcu niskim, cichym tonem. Inaczej wyobrażała sobie moment, w któym dowie się, że Aiden z kimś jest. Zupełnie inaczej. Bo nie tak miało być! Miała.... miała usłyszeć plotki, których prawdziwość potem potwierdzi widząc coś na własne oczy i potrafiąc to zignorować i wyszydzać, a może nawet uśmiechać się pogardliwie! Potem miał być koniec i... - Aiden, miałeś zniknąć z mojego życia, wyjechać do Oxfordu, gdzie poznałbyś kogoś, o czyim istnieniu nie miałabym pojęcia, gdzie miałbyś wszystko.... - nawet nie zauważyła kiedy zaczęła myśli wyrażać na głos - naprawdę wszystko - pokręciła głową, mrugając gwałtownie i maskując niechcianą wilgoć w kącikach oczu. - Ale z dala ode mnie.
Wzruszyła ramionami bezradnie, nie przerywając tego po raz pierwszy od dramatu na bawarskim pastwisku pełnego z jej strony maksymalnej szczerości kontaktu wzrokowego.
- Ślub? - wykrztusiła, nie hamując cierpiętniczej nuty w głosie. Nie miała siły i nie widziała już zupełnie sensu w maskowaniu czegokolwiek.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 17:33

Przynajmniej w jednym się zgadzali, w świętości małżeństwa. Aiden nigdy nie ukrywał, że jeśli już wsunie komuś na dłoń obrączkę, to będzie to osoba, z którą spędzi całe życie. Nie uznawał rozwodów, wydawały mu się niedojrzałe, małostkowe, plebejskie, nigdy nie uważał rozwodników za osoby godne zaufania, co wyjątkowo się sprawdzało, nawet w kwestiach biznesowych. Jeśli już ktoś zdecydował się z kimś związać, trzeba było ten związek utrzymać, niezależnie od problemów. Ba, im trudniej, tym słodszy smak sukcesu, gdy będzie patrzeć się na swoje całe życie, trzymając za rękę swoją zasuszoną i siwiutką żonę. Był tradycjonalistą, konserwatystą i szowinistą, uświęcone (cywilnie lub kościelnie, państwo traktował jak bóstwo wyższe) połączenie nie mogło zostać zerwane tylko dlatego, że się znudził. Bądź został postrzelony przypadkową strzałą amora.
Kiedyś, ba, do całkiem niedawna myślał, że tą osobą będzie Prudence. Że będzie cierpliwie znosił jej schizofreniczne odpały, że zawsze będzie ją wspierał, że gdy się już wyszaleje będzie gotów do wierności, takiej, jaką ona chciała. Był gotów na takie poświęcenia, by założyć rodzinę, dom, wspólnotę dusz i finansów, trwałą i niezniszczalną. Potem jednak Prudence wszystko przekreśliła, patrząc na niego z obrzydzeniem i niezrozumieniem.
Teraz patrzył na nią z bliska, na jej szklące się oczy i czuł się o wiele spokojniejszy niż przed chwilą. Zazębiali się, co przyjął z ulgą, bo w innym wypadku on musiałby prowadzić autodestrukcyjny i histeryczny monolog. Teraz tylko słuchał, czując jak wali mu serce.
- Czyli zrobiłaś to dla mojego dobra? - spytał oschle, niemalże jej przerywając po tym miałeś mieć wszystko. - Jakie to z Twojej strony hojne i wspaniałomyślne - dodał, nie mogąc powstrzymać jadowitej pogardy, przepływającej do każdej wypowiedzianej przez niego głoski. Nie chciał tego, ale nie potrafił się obnażyć tak jak ona, ciągle czując gorące pulsowanie krwi. Chciał nią teraz potrząsnąć i wycedzić, że już za późno, ale nie zrobił tego, opanowany jak nigdy, z małymi rysami na perfekcyjnie zdystansowanej twarzy.
- Spędziła u mnie święta. Ojciec ją uwielbia - odparł już spokojniej, przynajmniej na zewnątrz, doskonale łącząc fakty. William nie lubił Pru z jakichś wyimaginowanych przyczyn, nigdy też nie zabrał Wright do Collierskiej posiadłości, nigdy nie wciągnął jej aż tak w wir koligacji, chcąc ją ochronić od nadmiaru wrażeń. Właściwie ciągle ją chronił, przed swoją mocą, przed swoim prawdziwym obliczem, które dopiero w ciągu ich kilku ostatnich seks-spotkań wyszło na jaw. Nagle do dzikiej chęci zapalenia doszła dzika chęć pocałowania jej, dotknięcia jej ust, tak potworna, że aż zatrzęsły mu się ręce, widoczne doskonale na czarnym materiale spodni.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 18:11

Nie. Źle. Błąd. Nienienie.
Aiden zrozumiał ją zupełnie opacznie - co nietrudno było wywnioskować po jego jadowitej wypowiedzi, która emanowała sarkazmem i pogardą na cztery strony świata. Prudence mogła tylko patrzyć i wściekać się na to, że zdecydował się w ten sposób odczytać jej słowa. Wtedy, kiedy potwierdziło się jak mało z podejrzewanego przez nią samą introwertyzmu w niej jest.
- Dla Twojego dobra? W jaki niby sposób? - zwątpiła prędko, nie przykładając większej wagi do wzmianki o świętach i Williamie. Doskonale znała tendencję Aidena do przeskakiwania z tematu na tema, co doskonale odwracało uwagę od sedna sprawy, a na co zawsze łapała się Wright, nie chcąc niczego z jego wypowiedzi przeoczyć.
- Powiem Ci czego chciałam - pochyliła się lekko w stronę Aidena, mówiąc znów cicho, choć przesadnie powoli. Mogła wyglądać, jakby dzieliła się z najbliższą, najbardziej zaufaną osobą głębokim sekretem, skrywanym przez lata, nie dopuszczanym do światła dziennego. - Chciałam dla Ciebie najgorzej. Chciałam żebyś cierpiał i żałował wszystkiego, co zrobiłeś. A ja miałam to widzieć - bez cienia uśmiechu dzieliła się z nim najprawdziwszą prawdą, jak występkiem, którego dopuściła się, a który nie został odkryty. Trochę tak się czuła. Jak przestępca, który wykradł skrzynię złota, której zawartość okazała się po długiej przeprawie i miliardzie zgryzot bezwartościowym chłamem. - To miało być dla mnie idealne, bo nie chciałam widzieć, że znów jest Ci z kimś dobrze. A skoro wziąłeś ślub... to jest - rzuciła tonem, który w założeniu miał być zaskakująco beztroski w porównaniu z treścią i wagą, jaką Pru przykuwała do odpowiedzi Aidena.
Właściwie dlaczego to mówiła? To było desperackie. Idiotyczne, nie na miejscu i naprawdę nieważne. Mimowolna chęć nieskrywania niczego wynikała chyba ze świadomości Pru, która podpowiadała jej, że zrobili sobie nawzajem największe świństwa w historii ludzkości. Że żadne bratobójstwo, intrygi i zdrady nie równają się ogółowi upokorzeń, ciosów i sztyletów wbijanych w najczulszy punkt, przekręcanych z premedytacją przy każdym kontakcie, do czego dopuściła się ta dwójka Sokołów, która jeszcze rok temu..... rok temu?! Pru wydało się, że minęły w i e k i..
Kurwa, to takie egoistyczne... wreszcie się rozumiemy, Aiden.Wpatrywała się w niego zupełnie obnażona, czując, że wreszcie znalazła odpowiednie ujście - inne niż seks czy hejty wysokich i niskich lotów. Że nie jest już dłużna nic, teraz, kiedy on jest ponad tym i chociaż on jeden może patrzeć na to ze zdrowego dystansu. Naprawdę była w stanie mocno się uzewnętrznić, byleby obiektywnie, już teraz bez zbędnych uczuć wobec niej stwierdził, czy są na gruncie spalonym i oczyszczonym, czy bezpowrotnie zatrutym.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 18:33

Nigdy nie widział prawdziwego oblicza Prudence - dopiero teraz to zrozumiał, może to właśnie było to oświecenie, przypominające zawał serca. Najpierw ją idealizował, ubierał w niewinne i cnotliwe szaty naiwnego dziecięcia, które pchało mu się do łóżka, nieświadome niebezpieczeństw płynących z zadawania się z obrzydliwym wilkiem. Potem wydawała mu się partnerką idealną, trochę schizofreniczną i szalenie mu oddaną, ale jego, z którą będzie mógł spędzić resztę życia. Poczuł się za bezpiecznie, poczuł się akceptowany, kochany, tak mocno i bajkowo, że był przekonany, że nic nie będzie w stanie zepsuć tej idylli. Nie czuł się też zobowiązany do udawania kogoś, kim się nie jest; uciekł z Wendy i wtedy, gdy się obnażył i pokazał całą swoją złą i podłą stronę - nieodłączną przecież - został odepchnięty. I znów, obraz Prudence mu się zamazał, już nie była jego, była szkaradnym stworzeniem, niespokojnym, trzęsącym się, rozedrganym, niestałym, psychicznym; takim, z którym nie wyobrażał sobie życia.
Jednak obraz a uczucia to dwie zupełne inne kwestie; dalej ją kochał, dalej zajmowała jedno z najważniejszych miejsc w jego życiu, dalej jej pragnął. Jej ust, jej ciała, jej oddechu, jej. Bo dalej była jego - ach, ta schiza na punkcie własności - i tylko jego, wiedział, że jako pierwszy całował jej szyję i ściągał z idealnie długich nóg pończochy. Miał jeszcze to zdjęcie, schowane i przed światem zewnętrznym i przed sobą samym. Obraz Prudence cielesnej, na ekranie telefonu, całkiem jednak inny niż ten, który mu teraz pozwalała dojrzeć.
Prudence chcącej zemsty, kipiącej niechęcią, nienawiścią, egoizmem i wygodnictwem. Gdy pochyliła się ku niemu owionął go jej ciepły i słodki oddech, tak kuszący, że musiał zagryźć wargi prawie do krwi - co równie dobrze mogło zostać odebrane jako wyraz wzburzenia czy zaskoczenia.
- Jesteś g ł u p i a - powiedział w końcu, po tej całej przemowie, przymykając na chwilę oczy, jakby rozkoszował się tym starym, tradycyjnym stwierdzeniem, uroczą obelgą, brzmiącą w jego ustach wręcz czule. - Przecież widziałaś, że - cierpiałem, byłem w depresji, rozpierdoliłem ważne sprawy przez Ciebie? - chciałem to naprawić. Zostawiłaś mnie - powtórzył złotą mantrę, zaciskając dłonie w pięści, nie mogąc przyzwyczaić się do noszenia obrączki, która dziwnie mu ciążyła. Tak jak ta cała sytuacja, jak bliskość Pru. Pokusa dotknięcia jej i zapomnienia, chociaż na chwilę, o tym całym chaosie, w którym przyszło mu egzystować, była zbyt wielka i na pewno widoczna w jego oczach, w końcu nie obojętnych, odrobinę żywszych i rozpalonych. Jak wtedy, jak w Crown, jak w bibliotece, jak w jej sypialni, jak w posiadłości Bennetów, jak w ciemnych uliczkach Soho, jak pod wieżą zegarową, jak w tych wszystkich miejscach, w których przebywali we dwoje, usta w usta, dłoń w dłoni.
- Kochasz mnie? - Jak w tych wszystkich miejscach, w których zadawał to pytanie i liczył na to, że odpowiedź wszystko wyjaśni i rozwieje, że mogą wrócić do początku, że będzie mógł teraz zaplanować to inaczej. Lepiej. Razem?

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 19:25

W tej chwili Prudence była pewna kilku rzeczy. Przede wszystkim wiedziała, że Aiden ma trochę racji, nazywając ją głupią. Przez tak długi czas widziała w sobie mądrość tylko w tym względzie, że potrafiła być tak okrutna, że odgrodziła się szczelnym murem od histerii i rozpaczy do tego stopnia, że negowała i udaremniała wszelkie próby pojednawcze Aidena. Chwila, w której dostrzegła w tym nieprawidłowość była rozmyta i prędko przytłumiona zgoła innymi, choć też negatywnymi, odpowiednio mocno intensywnymi emocjami.
Kolejna rzecz, o której była przekonana to uruchomiony tryb prawdy. Być może dlatego, że nie miała nic do stracenia, być może z racji niespodziewanej przez nią reakcji na wiadomość o ślubie Aidena. A może po prostu wyczerpanie ciągłymi próbami wzajemnego rujnowania sobie życia.
Ostatnia kwestia dotyczyła stricte jego. Wright była przekonana, że Ajda nie przyszedł tu bezcelowo. Nie pytał o święta czy ochotę na seks, nie miał w tej chwili w sobie nic z postawy maniakalnego sadysty, którą od czasu do czasu ją raczył. Pru nie wiedziała do końca o co chodzi - dawno utraciła zdolność automatycznego i podświadomego odczytywania intencji z jego działań - mogła podejrzewać że jest świadomy tego, że wstąpił na jakąś nową drogę. Wąską. A przynajmniej zbyt wąską dla niej.
Aiden nie zostawiał za sobą niedokończonych spraw. Aiden palił mosty. A tym razem - tłumaczył. I Prudence nie mogła mu w tym przeszkodzić. Teraz, patrząc wprost w jego wyczekujące odpowiedzi oczy poczuła, że nigdy wcześniej nie miała tak jak teraz. Że nigdy nie pragnęła jego szczęścia bardziej. Zawsze była gdzieś ona i jej pewność, jej zaufanie, jej zachcianki i oczekiwania. Które zawodził - powodując niewysłowiony żal i wściekłość.
Teraz nie było nic, bo do tego obydwoje doprowadzili. Do zera. Powtarzając sobie w głowie, że nie ma nic do stracenia, odchyliła się z powrotem do wyjściowej, wyprostowanej pozycji, która dała jej dystans śmiesznie nieistotny wobec słów.
- Przestałam próbować nie kochać - stwierdziła z rozbrajającą szczerością, przez chwilę nawet licząc na to, że obrączka okaże się przywidzeniem, że Indiana to pierwsza osoba o której pomyślał, że chce być szczęśliwy z nią, a nie z kimkolwiek innym. Potem jednak uświadomiła sobie o kogo chodzi. Aiden nie pozwoliłby sobie czynić podstępu z tak wielkiej rzeczy. Musi naprawdę chcieć z nią być. Ta myśl dodała jej odwagi i pozwoliła wierzyć, że on sam poradzi sobie z tym bezpośrednim oświadczeniem lepiej niż ona z próbą wyeliminowania miłości z gry.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 20:27

Zrównanie tak wielkiego uczucia do obecnego poziomu - dużo poniżej poziomu największej aidenowskiej depresji - było spektakularne. Tak, jakby wszystkie etapy ich znajomości były budowaniem wspaniałego miasta, wzorowanego w jego wyobraźni na starożytnej Jerozolimie, piętrowej, potężnej, zachwycającej. W ich przypadku nie upadła jednak ze starości, nie została podbita przez obce i dzikie ludy, a zrównana z ziemią. Może nie jednorazowo, ale metodycznie, z każdym zawodem, który obydwoje przeżywali, pokładając w sobie za duże nadzieje i ufając sobie w pewnym momencie bezgranicznie.
To dawało nadzieję na idealny - taki, jaki sobie zażyczył - związek z Indianą. Nie było tu rozrywających uczuć, przeszłych zdrad, zamieszania, żalu, płaczu w toalecie dla niepełnosprawnych w Crown. Nie czuł przy Indianie nawet jeden setnej z tego, co czuł przy Prudence. Nie bał się o przyszłość, nie czuł bólu serca, nie płakał przy niej - wszystko było poukładane, racjonalne, logiczne. Tak jak lubił, tak, jak było bezpiecznie. Zero niespodziewanych porywów serca, dwójka dorosłych ludzi, tak samo odpowiedzialnych i zamkniętych na wyższe uczucia, przynajmniej do siebie nawzajem. To mogło się udać.
Z Wright związek nie miał szans, widział to teraz dokładniej, zastanawiając się, dlaczego nie przewidział tego wcześniej, dlaczego dał się zaślepić, dlaczego zakochał się tak mocno. On, obojętny, zdystansowany, posiadający szeroki przegląd dziewcząt wszelkiej klasy, od wyuzdanych dziwek po prawdziwe cnotki, od inteligentnych przyjaciółek po odpowiedzialne nieznajome. Nie było żadnej logicznej wskazówki dlaczego Prudence, nie potrafił odpowiedzieć sam sobie na to pytanie, co go dławiło prawie tak samo, jak jej odpowiedź. W miarę spokojna, tłumacząca wszystko, oprócz tej najważniejszej kwestii.
Wpatrywał się w nią uporczywie, jakby czekał na jej kolejne słowa, mające go...uspokoić? Skierować na dobrą ścieżkę? Magicznie cofnąć czas do rozmowy pod wieżą? Wybaczyła mu Chloe, była gotowa zaakceptować jego dziecko, dlaczego potem się wycofała? Miał setki gorących pytań na końcu języka, łaknął odpowiedzi na wszystkie, pewien, że bez tego nie będzie potrafił zamknąć tego etapu za sobą, ale jednocześnie świadomy, że nie może wysłuchać ani jednej odpowiedzi, bo p ę k n i e m u s e r c e .
Nie był skłonny do romantycznych porównań, kpił z melodramatów, ale niechcący znalazł się w jednym z nich, półklęcząc na podłodze z miłością swojego życia, z bolesnym bilansem zysków i strat w swojej głowie, z piekącym przekonaniem o tym, że powinien teraz zsunąć obrączkę na podłogę i po prostu pocałować Prudence. Nie tak jak ostatnio, nie wrogo, nie żeby zapominać ale żeby sobie przypomnieć jak było wtedy, kiedy po raz ostatni czuł się po prostu szczęśliwy.
I może to właśnie świadomość tego, że pewien etap został zatrzaśnięty i skończony, kiedy nawet nie miał szans na rozkwitnięcie, przesunęło jakąś zapadkę w aidenowskim mózgu. I w odczuciach. Ciągle niewygodnie klęczał przez Prudence, patrząc na nią płynną czekoladą, jednak już nie obojętnie, nie oceniająco, nie wyczekująco. Raczej - szalenie. Po raz pierwszy w historii ich znajomości; może po raz drugi, biorąc pod uwagę Crown.
- Ja...ja byłem głupi, wtedy, kiedy mówiłem, że Cię nigdy nie - chaotyczny ton, przyznawanie się po raz pierwszy w życiu (!) do głupoty; głos może nie łamiący się, ale inny niż zawsze, pozbawiony tej sztywności i sarkazmu. Przerwa na wdech, zaciśnięcie dłoni w pięści, przymknięcie oczu. Za dużo wszystkiego, serce waliło mu jak oszalałe, śnieg całkiem roztopił mu się na włosach i na rzęsach, oczywiście, że to śnieg. - Ja ciągle - kolejna przerwa, otworzenie oczu, och, gdyby tylko serce przestało mu tak walić i mógł zahamować nagły wybuch czułości, który i tak ograniczał, zero gładzenia jej po włosach, zero całowania jej wilgotnych ust - Przepraszam - dodał ciszej, oddychając prawie tak, jakby przebiegł nie kilka kilometrów a kilkadziesiąt długości równika. Oderwał wzrok od oczu Prudence, pewien, że i tak pokazał jej za dużo, po czym chwiejnie (!!!) wstał, czując, że po raz pierwszy w życiu zbiera mu się na płacz z bezsilności, nie szloch, a spokojny płacz. Gdy odwracał się i robił pierwsze kroki w stronę drzwi ręce drżały mu tylko odrobinę, tak, że czuł obrączkę uderzającą raz po raz o jego palce i przytłaczający zapach Prudence, jakby zanurzył twarz w jej ulubionym, obrzydliwie fioletowym swetrze.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 21:07

Nieczęsto Prudence udawało się dotrzeć gdzieś do głębi Aidena, po przedarciu się przez pozory, collierstwo wrodzone, to co chciał, żeby wkomponowane w jego sposób bycia było i to, czym był traktowany przez innych. Niejednokrotnie uważała, że nie dostaje od niego tego wszystkiego, co przecież się jej w zupełności należy, że zataja, ukrywa, odwraca uwagę. Zdarzało się jej za to winić Aidena i tracić cierpliwość. Mimo iż przywykła - często najnormalniej pogodzić nie chciała się z tym, że nie może liczyć na słowne deklaracje, przewidywalne reakcje i odpowiednio dawkowane emocje.
I wtedy, kiedy się ich najmniej spodziewała, była bombardowana i choć mogła twierdzić, że nigdy go takim nie widziała - teraz była przekonana, że to najprawdziwszy Aiden. Nie musiała sobie nic wmawiać, wystarczyło, że widziała wszystko jak na dłoni - jasno, klarownie, tak nagle, że w pierwszej chwili ściągnęła mocno brwi, taksując jego twarz uważnym, badawczym i zaniepokojonym spojrzeniem.
Zdecydowanie nie tego się spodziewała.
Swoje słowa traktowała jako dopełnienie się dzieła, w którym Aiden będzie mógł zamknąć ich wspólny etap i przenieść się do innego, indiowego wymiaru z, hmm, nostalgią, pamięcią, wreszcie zażegnanym konfliktem. Przez krótką chwilę nawet obawiała się, że zareaguje jak kilka miesięcy temu kilka metrów od miejsca, w którym znajdowali się teraz. "Mogę zacząć Cię nienawidzić." Prudence była pewna, że przełknęłaby to jak pokutę i wypełnione zadośćuczynienie, jednocześnie udając, a po jakimś niewyobrażalnie trudnym czasie faktycznie pogodzić się z myślą, że jest szczęśliwy niekoniecznie z nią.
Kiedy zaczął mówić, Pru mogła jedynie przełknąć gulę, która utkwiła w jej gardle w chwili, kiedy usłyszała jego głos. Urwane zdanie i chaos. Aiden Collier jak na dłoni. Prudence opadło wszystko na dno żołądka, ręce jej zwiotczały a w ustach zaschło. Z ledwością powstrzymała się przed wzbierającą ochotą przygarnięcia jego głowy między swoje ramiona i obsypania głowy mnóstwem pocałunków. Ręka jej drgnęła, kiedy udaremniła chęć zasłonięcia ust dłonią w bardzo panicznym geście.
Co ja zrobiłam.
Przełknęła jeszcze raz ślinę, widząc, że jej ukochany rozpada się na kawałki a ona nie ma prawa posklejać go do całości. Mimo, że tak naprawdę tylko ona ma prawo, że to wyłącznie jej przywilej i obowiązek. Aiden przeprosił - drugi raz w życiu przeprosił, a ona nie mogła zrobić nic, co uświadomiłoby mu, że to wszystko co było winą już nic nie znaczy. Z boleśnie ściągniętymi brwiami i szybko falującą piersią patrzyła jak wstaje i kieruje się do wyjścia. Doskonale wiedziała, że nie będzie drugiej szansy.
Zerwała się na nogi, przewracając butelkę wina i czując mrowienie w zdrętwiałych od ciągłego napięcia nogach. Ze zdecydowaniem i skupionym wyrazem twarzy podeszła do Aidena, zastąpiła mu drogę i, stając na palcach w grubych, wełnianych, kolorowych skarpetach, przytuliła się do niego tak opiekuńczo, jak tylko potrafiła. Zamknęła go w uścisku, kładąc swoje lewe ucho na jego lewym ramieniu, przez co jego twarz prawdopodobnie utonęła w rozpuszczonych włosach Pru, a ona nie musiała obawiać się, że Aiden zobaczy jej przepełniony bólem, drżeniem warg i boleśnie zaciśniętymi powiekami wyraz twarzy.
Chciała krzyczeć, że jest kretynem, nie powinien żenić się z nikim innym poza nią, że obydwoje doskonale wiedzieli, że przecież tylko wszystko co istotne maskują niechęcią i pogardą. Zdawała sobie sprawę, że na to wszystko za późno i jeśli tylko chce dać Aidenowi święty spokój od tego wszystkiego, do czego sama go doprowadza, musi zadowolić się jedynie bezsłownym przekazem. Tylko niech nie wyrwie się z jej uścisku za szybko.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 21:53

Drzwi do kuchni jawiły mu się jako jakiś magiczny portal, siódme wrota, bramy zbawienia. Jeden krok, niemalże czuł, jak nogi uginają mu się w kolanach jak po jakimś szaleńszym wysiłku (pierwszy raz z Prudence, jej szeroko otwarte oczy, dłonie chwytające za swoje włosy, usta lepkie od soku owoców z puszki, rozkosz, obezwładniająca nie tylko jego ciało ale i to trzepoczące miejsce pod żebrami). Krok drugi, głęboki oddech, miał nadzieję, że niesłyszalny (któraś z kolei randka, pijalnia gorącej czekolady, szyby całe w deszczu, falujące włosy Pru, umorusana twarz, miał wtedy szesnaście lat i jeszcze wstydził się swojej blizny). Trzeci krok, drzwi coraz bliżej, powietrze coraz gęstsze, za dużo pytań dlaczego w głowie (zęby Prudence na swojej szyi, twarde i chropowate deski na wieży, namiętność, paznokcie w skórze pleców, zimny powiew wiatru na plecach, będę). Krok czwarty, zagryzione do krwi wargi, nie zatrzymała mnie (Tak, zerwałam z Tobą. Tak, Ty dobrze wiesz dlaczego. Nie, nie jestem kretynką. Chociaż beznadziejnie zapatrzoną w siebie...Nie, nie w siebie. W Ciebie. Kocham Cię. Kurwa).
Stuk butelki o podłogę, deja vu sprzed zaledwie kilku minut, tym razem głośniejsze. Piątego kroku nie było, klamka nie została naciśnięta, nie dostał pozwolenia na wybiegnięcie z salonu bez kurtki i zamarzanie łez na policzku, gdy będzie biegł do domu.
Nie czuł momentu, w którym Prudence przed nim stanęła, nie był w stanie rozpoznać wyrazu jej twarzy, czuł się jak w filmie (cały czas migającym w tle na wyciszeniu) z rozmazanymi obrazami i kamerą z ręki, która nie pokazuje wszystkiego. Najpierw widział drzwi i wiedział, że za nimi nie ma już żadnej drogi powrotnej, potem cały świat przesłaniały mu włosy Prudence, zapach Prudence, ciepło ciała Prudence i gorące bicie jej serca, jakby przykrywała je jedynie cienka koszulka.
Objął ją w pasie odruchowo, przyciągając do siebie tak mocno, jak tylko mógł bez połamania jej żeber i wziął nieco za głęboki oddech, oddech mówiący więcej niż jakiekolwiek słowa, zbyt dramatyczny, ze zdradzieckim komunikatem, że po policzkach Aidena płynie roztopiony śnieg, niknący od razu w burzy prudensowskich włosów.
Wszystko go bolało, jakby nagle odezwały się wszystkie stłuczenia z jego całego życia, wszystkie siniaki z maty szermierczej, wszystkie policzki, które mu wymierzono. Po raz pierwszy czuł się tak bezsilny i słaby, mając świadomość, że to chwila, w której powinien być najsilniejszy. Nie wiedział, czy ta bliskość jest oznaką litości czy czułości i nie dbał o to, skoncentrowany tylko na tym, że ma Prudence tak blisko.
Nie wiedział jak długo tak stali, nie liczył bicia swojego serca, wyczuł jednak lekkie zachwianie się Pru, ciągle stojącej na palcach. Puścił ją więc odrobinę; w świetle wschodzącego słońca odbił się blask obrączki; sekunda w odpowiednim kącie padania promienia, niemiły skurcz w żołądku. Nie potrafił spojrzeć Prudence w oczy, ciągle czując się totalnie rozsypany. Po raz pierwszy aż tak.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Sro 26 Gru 2012 - 22:35

Dzień, który miał ewentualnie obfitować w przedsylwestrowe przygotowania, który miała spędzić zupełnie chillowo i bezstresowo, o płaczach i dramach nie mówiąc, okazał się od bladego świtu jednym wielkim kłębkiem popierdolenia pomieszanego z pojebaniem. Czymś, co przyrównać można do meteorytu w środek ula trafiającego. I teraz Pru, zaciskając ramiona na barkach Aidena, bezsłownie przekazując każdą pojedynczą emocję zastanawiała się - czy to jest a jeśli jest to CZEGO nowy początek. Który zdecydowanie celnie zbiegł się ze startującym już niedługo nowym rokiem. Pru nigdy nie była osoba skorą do postanowień i wyczekującą niezależnych od niej, zsyłanych przez los, Boga czy inne fortuny zmian, nie przykuwała uwagi do dat i zależności, a jeśli miała sobie czegokolwiek życzyć w związku ze zbliżającym się rokiem - to chyba tego, żeby nie nastawał.
Tak cholernie się bała.
Bała się chwili, w której będzie miała czas na uporządkowanie sobie myśli - że Aiden ma żonę, że zarówno jego jak i ją będzie musiała widywać przez najbliższe siedem miesięcy, że wszyscy siedzą na jednej popieprzonej sokolskiej karuzeli (nazwa pewnej figury płaskiej była zarezerwowana dla innej kombinacji) i że to ona pierwsza wypada z obiegu. Dlatego z całych sił trzymała Aidena nawet wtedy, gdy jego uścisk odrobinę zelżał. Miała wcale nie bezpodstawne przeczucie, że długo nie zobaczy go na w miarę neutralnym, nie szkolnym gruncie. I z tą myślą naprawdę miała ochotę strzelić sobie w łeb, nie mogąc sobie wybaczyć, że pozwoliła sobie docenić, kiedy straciła. Nigdy nie chciała być tą osobą - przegraną, pokutującą za późno, zmuszoną do maskowania histerii bo - mimo że miała ochotę wybuchnąć njekontrolowanym płaczem i rozkurwić z irracjonalnej złości trzy czwarte domu - nie mogła sobie na to pozwolić. Nie mogła rozklejać się przy Aidenie.
Z poczuciem ostatecznej klęski i bezradności, powoli opuszczała ramiona w dół, aż nie obejmowała go wcale, a jedynie głowę wciąż na jego ramieniu opierała. Podjęła heroiczny wysiłek samokontrolny, splotła ich dłonie i gdzieś przez mgłę zorientowała się, że dotyk powoduje tylko nieznaczne przyspieszenie oddechu, nic gwałtownego. Jakby wszystko inne, mające aktualnie między nimi miejsce było zbyt silny, jakby uciszało i przewyższało kilkakrotnie taki drobiazg jak sztuczne pożądanie. W pewnym miejscu jego prawa dłoń nie była tak gorąca. Była.. zimna. Metal. Prudence powzięła nieco spazmatyczny wdech, gdy przejechała opuszkiem palca po linii obrączki.
- Jedną rzecz.... musisz mi powiedzieć - zaczęła nieswoim, stłumionym głosem, drżąc ze strachu i emocji. Ale m u s i a ł a zapytać. Tylko to się teraz liczyło dla niej, kiedy w końcu tak na serio pojęła o co się rozchodzi w miłości. Musiała. Jakkolwiek trudne byłoby to dla Aidena. - Chodzi o to, czy jesteś z nią szczęśliwy.
Słowa wyleciały z jej ust jak z procy. Szybko, jakby wypluwała truciznę albo wyjątkowo obrzydliwe lekarstwo. Jakby obawiała się, że w żadnej innej chwili nie będzie w stanie zebrać się na odwagę, żeby zapytać się o to, co zadecyduje o kolejnym kroku. O tym jak rozpocznie się nowy rok. Zbierając się w sobie powoli wypuściła jego dłonie ze swoich i odsunęła się, chcąc widzieć wyraz jego twarzy. Czego automatycznie pożałowała, mimo, że nie zdążył jeszcze odpowiedzieć. Coś dosłownie ugodziło ją prosto w bijące nienaturalnie szybko serce.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Czw 27 Gru 2012 - 7:51

Pru przegrana, Pru bezsilna, Pru zrozpaczona, na krawędzi rozpadu totalneg0 - czy to nie taką pragnął ją całkiem niedawno widzieć? Przecież dokładnie tak wizualizował sobie swoje zwycięstwo, które miało pogardą, niechęcią i arogancją przykryć sączącą się ranę, wyrwaną przez nią samą pewnego niepięknego popołudnia. Problem w tym, że teraz zamiast zazębiania stanowił jej odbicie, wzmacniające jeszcze dojmujący smutek. Może to po Pru było to widać bardziej, może jej trząsł się głos, może jej twarz wyrażała strach i rozpacz, ale to nieco wilgotne policzki Aidena i jego spojrzenie były bardziej...druzgoczące. Bo się nie rozpadał, nie z powodu jakichś tam uczuć. Nigdy nie żałował swoich decyzji, teraz po raz pierwszy był niezwykle blisko przyznania się do błędu - błędu nie do odkręcenia, błędu, na który przysięgał i który nie wyglądał mu teraz na idealne wyjście z sytuacji. Po skonfrontowaniu z tym, co czuł naprawdę i jak rzeczywiście wyglądała jego relacja z Prudence wszystko blakło i matowiało a on sam czuł się wypłukany z sił i obojętności. Tego było za wiele jak na nieprzystosowany do emocji układ nerwowy Aidena Colliera, czującego gorącą dłoń Prudence na swojej obrączce.
Nie kontrolował już wyrazu swojej twarzy, ale był pewien, że nie stał się nagle maską tragiczną - za dużo przyzwyczajeń, za dużo stałego utrzymywania mięśni w danym układzie. Może tylko oczy, oczy nigdy go nie zdradzały, chyba, że chodziło o ukochaną dwójkę.
Zacisnął odruchowo wargi, zastanawiając się nad pytaniem tylko przez sekundę, dobrze wiedział, że dłuższe wahanie wyjdzie nienaturalnie i kłamliwie. Nie potrafił mówić o uczuciach, czego świadkiem była sama Prudence, nie wiedział jak może przekazać to, co kotłowało mu się w głowie. Dawno nie był szczęśliwy, nie był szczęśliwy od czasu, kiedy Prudence go zostawiła, ale szczęście było jednocześnie czymś wyimaginowanym i nieosiągalnym i...
Zacisnął mocniej dłoń na jej palcach, czując obrączkę wbijającą się w skórę. - Myślę, że mogę być z nią szczęśliwy - podwójne przypuszczenie, chropowaty głos, starający się być obojętnym, trochę zdradzający prawdziwe emocje, ale ciężko było wrócić do siebie po takim załamaniu, jakie mało brawurowo wykonał na dywanie. Ponownie zagryzł wargi, dzielnie powracając wzrokiem do Prudence; bez pokrzepiającego uśmiechu, bez zawadiackiego mrugania, bez wszystko będzie dobrze. Mógł ją jedynie trzymać za rękę, tak, jak to robił, gdy byli młodsi.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Czw 27 Gru 2012 - 10:37

Prudence była przygotowana na wszystko, choć głównie o jedną wersję wydarzeń chodziło i w pewnym sensie obawiała się jej najbardziej. Wiedziała i widziała, że to co dzieje się między nią a Aidenem teraz to w dużym stopniu wywołane jej reakcją było. Być może wystarczyłoby stłumić w sobie prawdę po raz kolejny i, jak to bywało niejednokrotnie, zamaskować się do najmniejszego, wystawionego na światło dzienne i jego prześwietlający wzrok, detalu. Chyba dlatego zapytała - przekonana, że musi się tego dowiedzieć, niekoniecznie wyczuć, bo coś z pewnością umknęłoby jej nadwerężonej i nieco przytłumionej uwadze. I, taak, była przygotowana na to, co w pewnym stopniu wydało jej się najgorszą opcją, na słowa potwierdzające i być może komicznie kontrastujące z upiornym zdruzgotaniem na aidenowskiej twarzy. W oczach głównie. Z których też - doskonale to wiedziała - część odpowiedzi wyczyta; dlatego odsunęła się od niego odpowiednio wcześniej.
I kiedy już myślała, że nie wytrzyma sekundy dłużej, że za chwilę potrząśnie nim i wydusi z niego to, do powiedzenia czegokolwiek się zbierał, w końcu odpowiedział. W Pru było jakoś pusto, a byłoby zupełnie, sterylnie czyściutko, gdyby nie pulsująca grudka gniewu, doprowadzająca ją sukcesywnie do męczącego bólu głowy. Kto jak kto, ale Aiden nigdy nie uciekał od sedna, chcąc jak najzwięźlej i jasno wyrazić się, a teraz - potraktował ją czymś, co nie pozwalało jej stwierdzić, że na jakimś konkretnym, pewnym gruncie jest.
- Myślisz, że możesz...? To znaczy, że s p r ó b u j e s z? - dlaczego? bo, jeszcze raz, zostawiłam Cię? Prudence była mocno zaskoczona, jak gdyby opcja, której nie brała w ogóle pod uwagę okazała się zaistnieć. Jakby w tym momencie skończył się czas na dramaty i nadeszła era fachowego, profesjonalnego podejścia. Z tym, że bardzo ciężka okazywała się ocena przypadku. Przez chwilę taksowała wzrokiem uważnie jego twarz, na siłę szukając fałszu i dowodu na to, że to co mówi, mówi na siłę.
W końcu oparła czoło o klatkę piersiową Aidena, zamykając oczy i NAPRAWDĘ marząc tylko o tym, żeby w tym momencie zasnąć i dać sobie na chwilę spokój z tym co dziurawiło jej osierdzie, szatkował mózg i wypalało od środka.
- Nie rozumiem dlaczego wziąłeś ślub - wymamrotała gdzieś spomiędzy materiału bluzy, nie przyznając się na głos, że próbuje nawąchać na zapas, być tak blisko póki jeszcze ma okazję.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon   Czw 27 Gru 2012 - 13:35

Obydwoje byli tak słabi, tak potwornie słabi, że dziwił się, że w ogóle stoją, bez chwiania się; że gdzieś zniknęły jego miękkie kolana i drżenie dłoni, że po prostu potrafi trzymać pion, kiedy wszystko, z czym tu przyszedł rozsypało się w proch, przesypując się między jego palcami jak piasek. Czuł ciepły oddech Pru nawet przez swoją koszulkę, patrzył w czubek jej głowy w całkowitej pewności, że wolałby teraz leżeć na swoim wygodnym łóżku, ze śpiącą - obydwoje tego chcieli - Prudence na swojej piersi, z książką w ręku, deszczem za oknem, żółtym światłem starej lampki, z akompaniamentem cichego oddechu Wright. Oddychała inaczej niż Indiana, zupełnie inaczej.
Wszystko było inaczej, nie było ani jednej stałej rzeczy oprócz bohaterów dramatu. Aiden Collier i Prudence Wright, wyliczanki, wróżby i numerologiczne przepowiednie się nie sprawdziły, horoskopy kłamały a prognozy się nie sprawdzały i zamiast szczęśliwego zakończenia, zaplanowanego przez Aidena jeszcze za czasów dziewiczych (dla niej, ofc) otrzymali istny chaos, misz masz i bolesny nowotwór każdej odczuwającej części ciała.
Bolało. A miało być prościej, miał oderwać teraz ten plaster i poczuć ulgę, że ma to już za sobą. Zamiast tego uległ uczuciom, tylko rozjątrzył całą ranę, cierpiał bardziej i wcale mu się to nie podobało.
Owszem, mógł tutaj zostać, mógł ją teraz po prostu pocałować, mógł ciągnąć niepewność w nieskończoność, ale to nie było żadne wyjście. Musiał się zdecydować i miał na to kilka sekund, odwrotów nie było, drzwi dalej były w zasięgu wzroku i ręki. Tak jak kanapa i łóżko Prudence, tak jak jej uśmiechy codziennie nad kawą, jak jej niesforne włosy, szalona rodzina; jak to, co sobie zaplanował i co teraz materializowało się przed jego oczami; jak zjawy na wraku Titanica.
Przymknął oczy, na sekundę czując znów ciężar tego, co zrobił, po czym odsunął się delikatnie od Pru, puszczając jej rękę i robiąc krok do tyłu. By na nią spojrzeć, na kłębek nieszczęścia, na wszystkie swoje plany, na swoją stratę, patrzącą na niego z lekko otwartymi ustami. Obydwoje potrzebowali konkretów, wiedział to, dlatego on musiał być tym, który się odetnie i weźmie odpowiedzialność. Chociaż to był jej winien.
-Kocham Cię - powiedział spokojnie, dziękując sile wyższej, że głos załamał mu się dopiero w gardle, nie w trakcie wypowiadania tych słów, ważnych, jakby nie słyszał kolejnych zdań Pru albo jakby te dwa słowa stanowiły jakiś sekretny klucz do uspokojenia się. Bo u niego przywróciły opanowanie, nieco się nawet wyprostował i pozwolił sobie na lekki uśmiech. Szczery, nie histeryczny, jak za dobrych, starych czasów, kiedy to obżerali się watą w wesołym miasteczku. Co z tego, że oczy dalej miał smutne, jednak już uspokojone, po burzy emocji, która całkowicie wymiotła z jego odczuć zimno i zmęczenie.
Popatrzył na nią jeszcze przez chwilę i - już nie nękany wątpliwościami - wyszedł z domu, mając w głowie tylko niemą prośbę o to, by go nie zatrzymywała, przeplataną z bolesną świadomością, że nie pamięta ich ostatniego pocałunku.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: salon   Czw 27 Gru 2012 - 18:52

Było przeraźliwie cicho. W tej niezmąconej żadnym (do czasu) słowem, nieomal sklejona z Aidenem, mogła doskonale usłyszeć nawoływania pani Jackwyll z naprzeciwka, upominającej się o kilka dodatkowych produktów z listy zakupów (musiało być już grubo po siódmej), słyszała toczące się po zaśnieżonej ulicy koła zmierzającego do piekarni za rogiem samochodu towarowego, cykanie zegara w kuchni i ciche, wysokie popiskiwania alarmu, zainstalowanego przy drzwiach wejściowych.
Sielanka. Not really.
To było zbyt desperackie i w zbyt oczywisty sposób ostateczne dla ich obojga - Prudence nie mogła przeczyć, chociaż tak mocno starała się, mimo generalnego rozpierdolu, znaleźc w głowie jakieś wyjście, które dałoby jeszcze rezerwę czasową. Ale tak samo jak wokół nich - tak cicho było w jej głowie. Mimo nieograniczonej kreatywności i sporemu wysiłkowi nie zdołała powstrzymać przykrej świadomości, że to koniec jest.
Kiedy uświadomiła sobie, że jej nie odpowie, kiedy naprawdę myślała, że nie zostało nic do powiedzenia, kiedy poczuła, że oddala się od Aidena - fizycznie i pod każdym innym względem - i oderwała policzek od materiału jego koszulki, kiedy przeczuwała, że zaraz odsunie ją z drogi i wyjdzie przed otwarte przed nim drzwi kuchenne, prędko zmierzając do wyjściowych - dwoma słowami uczynił to jeszcze trudniejszym, niż było dotąd. To było jak wygrzebanie z obszernego worka jednego, jedynego elementu idealnie pasującego do układanki, nawet jeśli nie była jakimś gotowym, szczęśliwym obrazkiem, tylko skomplikowaną konstrukcją, przypominającą ostrą niszczarkę. Mimo pociachanych w równe paseczki nadziei i dobrych myśli - była pewna, że to nie koniec.
Dlaczego? Bo nie poczuła żadnego jebnięcia piorunem. Ani nagłego ugięcia nóg, ani przyprawiającego o zawrót głowy szoku, ani nieopisanej radości (strasznie dziwne wydało się jej to słowo) z racji takiej, iż nieczęsto podobne wyznanie pada z ust Aidena Colliera. Było tak, jak gdyby usłyszała przypadkiem, że śnieg pada, budując trzeciego z kolei bałwana. I nie chodziło o pragmatyczność czy codzienność takich słów - raczej o pewność, którą miała praktycznie od początku tej rozmowy. A przynajmniej od pierwszych chwil po-niezbędnych-wstępach. Podejrzewała, że w końcu będzie musiała zmierzyć się z tym, co przed chwilą powiedział. I że będzie wtedy sama - Aiden już zdążył wyminąć ją i dotrzeć do progu drzwi kuchennych. Została, oddychając zaskakująco opanowanie, choć z wysiłkiem - jak gdyby sama regulowała czynności życiowe i mogła w każdej chwili wyłączyć działanie wymiany gazowej.
Nie odwróciła się za Aidenem ani razu, zawieszając nieobecny wzrok gdzieś na wysokości zalegających wysłużony fotel kolorowych poduszek. Nim ruszyła się z miejsca minęło dobre kilka minut, po których ostrożnie stawiając kroki przeniosła się na sam środek pokoju, siadając koślawo na dywanie i czekając na oczekiwany, z pewnością nadciągający - choć tego jeszcze nie czuła - szloch.


zt :C

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: salon   

Powrót do góry Go down
 
salon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Wright (Hampstead)-
Skocz do: