IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 kuchnia.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: kuchnia.   Wto 15 Maj 2012 - 6:57



Przestronna, wielka, dębowe meble pamiętają jeszcze pradziadka Gwidona, ale o dziwo nie gotuje się tu na palenisku - wszystko nowoczesne, specjalnie stylizowane na coś starodawnego i zaśniedziałego.
Bardzo czysto i schludnie - opiekunka domu (bo niewolnictwo i służących zniesiono dobre kilka lat temu) pani Holloway dba o najlepsze potrawy i porządek w całym domu, jednak to kuchnia jest jej ulubionym miejscem w całej posiadłości i tutaj najlepiej sprawdza się w roli zarządcy.



_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 12:08

Meredith była zadowolona z sesji malowania z Blaise'm. Zapomniała już, jak szybko są w stanie się zgrać i jak łatwo ich umysły zaczynają współpracować jednotorowo. Efekt też przerósł jej oczekiwania, najwidoczniej odpoczynek od farb, swoich wzajemnych uwag i całej tej otoczki sztuki sprawił, że teraz wszystko było nieco inne, ale przez to lepsze.
I nic nie mogło zniszczyć jej dość pogodnego nastroju, nawet konieczność spotkania ze Starszym. Niby sama chciała tego spotkania i sama chciała wejść niemal w paszczę lwa, dziękując Aidenowi - tak sentymentalnie, zupełnie nie w jego stylu - ale przewidywała jego reakcję, zresztą to miało być raczej krótkie i niewymagające wiele wysiłku wypowiedzenie dwóch zdań, po których miała zamiar obrócić się na pięcie i wyjść, unikając wysłuchania litanii kpin. Nie miała ochoty wysłuchiwać żalów zgorzkniałego cynika.
Do środka wpuścił ją kamerdyner, witając ją z dość sympatycznym uśmiechem - ciekawe, czy ją poznał, w Kensington była może trzy razy, zawsze w towarzystwie Blaise'a - po czym zaprowadził ją do kuchni, mówiąc, żeby się rozgościła. Pustki dookoła ją w pierwszej chwili zaskoczyły, wydawało jej się wcześniej, że tu ktoś zawsze jest, nawet kiedy w nocy wymykali się z Młodszym po coś do jedzenia, po wyjątkowo wyczerpującej sesji rysunku. Przypomniała sobie jednak, że Collier ją o pustkach uprzedzał, może to i lepiej.
Zatrzymała się w drzwiach, po raz kolejny dziś zdziwiona, tym razem widokiem Aidena siedzącego na blacie i robiącego... Gofry? To do niego zupełnie nie pasowało.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 12:21

Ach, szalone wakacje. Plaża, słońce, drinki z palemką, gorąca woda w basenie, lasery i dziwki. Dużo dziwek. Im wyższa temperatura, tym więcej kobiet. Tak, to byłyby wakacje idealne dla każdego, kto nie był Aidenem Collierem.
Bo po powrocie z Bawarii (to już STAŁE określenie czasu, jak przed Chrystusem i po jego urodzinach) nie wybrał się na żadną zaplanowaną wycieczkę. Nie zabrał się z E150 do Turcji (a mieli uskuteczniać PARTY HARD z powodu tego, że Aiden zostaje w ich towarzystwie rok dłużej, ah, jak cudownie), nie poleciał z całą rodziną (naprawdę CAŁĄ, nawet średniowieczna babka dała się namówić na podróż samolotem, pod warunkiem, że zostanie naćpana wszystkimi środkami uspokajającymi, jakie można zdobyć bez recepty na londyńskich ulicach) na Bahamy, nawet nie wybrał się w uspokajający trip po Europie. Bez Wendy to nie byłoby takie samo, a wiedział, że Wingfield musi ciągle pozostawać pod opieką lekarzy.
Większość czasu spędzał więc na czytaniu, paleniu, sesjach terapeutycznych u Berniera i zupełnym odcięciu od świata. Na przykład tutaj, w Kensington. Odkąd cała familia wyjechała, w wielkiej posiadłości był tylko kamerdyner i pilnujący porządku strażnik. Tyle. A Aiden był zmęczony swoim pokojem, przypominającym mu Wright i...wszystko inne. Tutaj nigdy jej nie zabrał - ojciec jej nie znosił - więc czuł się o wiele swobodniej.
Właśnie wyszedł z biblioteki, z której wygonił go głód. Normalne, cały dzień spędził na przeglądaniu starych wydań, teraz nawet trochę bolała go głowa i był dość mocno wycieńczony. A jeszcze nie brał żadnych podejrzanych medykamentów! Dobrze, że był już pełnoletni, bo nikt nie musiał podpisywać żadnych durnych bzdur o terapii. To była jego, aidenowska, osobistyczna porażka sprawa.
Kończył właśnie przygotowywanie gofrów - nic trudnego, nawet dla takiego kuchennego ignoranta, jakim był Starszy, w końcu od czego jest technika - gdy usłyszał stukot drzwi i w wielkiej kuchni, zupełnie pustej, z przyciemnionym światłem z kinkietów, zjawiła się Meredith. Czyli ostatnia osoba, której by się normalnie spodziewał. A i tak był wręcz zszokowany SYMPATYCZNYMI smsami, które od niej otrzymywał. Dziwne.
- Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał - przywitał ją melodyjnym tonem i bezpośrednim cytatem z Biblii, jasno nawiązując do jej cudownego ozdrowienia. - Tak sobie pomyślałem, może zostałaś zombie? I wracasz po najwspanialsze mózgi na świecie? A wiadomo, że mojego intelektu nikt nie przewyższy - zaczął całkiem sensownie, przerzucając gofry na talerze. Dwa. Po czym schylił się do lodówki, by wyjąć bitą śmietanę, która po chwili tworzyła wieeeelki pokrowiec na każdym smakołyku.
Oparł się szlacheckimi pośladkami o blat i zaczął jeść, jednym ślizgiem posyłając w stronę Mer jej porcję. Cóż, wcześniej przeznaczoną dla niego, ale gość w dom, Bóg w dom. A on zrobi sobie zaraz kolejne, pani Holloway zostawiła mu wystarczająco dużo ciasta.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 12:57

Nie widziała potrzeby złośliwości i pejoratywnych emocji, posyłanych smsami - no, może odrobinę. Całą złość wyładowała na nim w stajni, znęcając się nad jego rozognioną raną, po wypadku i jego zachowaniu dla Indii i w szpitalu raczej mu coś zawdzięczając, niż mając powody do złości. Nie sądziła, żeby stan taki długo potrwał, względnej dobroci w stosunku do niego, niemniej jednak wolała być miła i mieć wszystko już za sobą, by po powrocie do szkoły móc swobodnie traktować go z należytym chłodem i dystansem. What happened in Kensigton, stays in Kensington, czyż nie?
- Collier, nigdy nie spodziewałam się, że zobaczę cię w kuchni, robiącego gofry - była szczerze mówiąc zszokowana zupełnie, do Starszego nie będąc w stanie dopasować tych dwóch słów za żadne skarby świata. Zignorowała jego samochwalstwo - oczywiście - i podeszła kilka kroków bliżej, podsuwając sobie jakieś krzesło czy stołek, whatever, do blatu. Uniosła brew, spoglądając nadal w niepojętym zdziwieniu na gofry z bitą śmietaną przygotowane przez Aidena Colliera. Które jej podał. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy nie są przypadkiem zatrute, przez jakąś perfidną zemstę za sama nie wiedziała co, ale odrzuciła tę możliwość niemal od razu.
- Ale nie, twój mózg mnie nie interesuje, musi być zbytnio collierstwem przeżarty, a to mnie już nie bawi - odetchnęła ze spokojem, sięgając po gofra i kosztując go. Usiadła, poprawiając lekko spódnicę, nadal nie wierząc, że ze Starszym da się normalnie, jak na takie okoliczności, rozmawiać.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 13:16

Wzruszył ramionami na jej niedowierzający ton, pałaszując po prostu swój przysmak - jako dzieci objadali się nim z całym kuzynostwem; podobno przepis tkwił w cieście, które było wyjątkowo mleczne, ach, rozkosz dla podniebienia - i obcinając Meredith oceniającym spojrzeniem. Wychudła trochę, przez co jej twarz wydawała się jeszcze bardziej pociągła a oczy większe. Jednak nie dodawało jej to uroku, wręcz przeciwnie - dalej wyglądała niezbyt apetycznie.
Dziwne, jak różnią się collierskie gusta! A to przecież krew z krwi i kość z kości.
Skończył gofra w milczeniu, ignorując jej dalsze melodramatyczne wstawki i oblizał palce, przez chwilę zatrzymując się w bardzo stoickiej pozycji, ogarniając reakcje swojego organizmu? Jeszcze głodny? Oczywiście.
Odwrócił się więc do burżujskiej formy na gofry, wlewając specjalną ciastową miksturę i przełączając jakiś przełącznik. No, to by było na tyle umiejętności Colliera w kuchni. Zawsze to lepsze niż żywienie się suchym chlebem.
- Tak, wiem, Collierzy Ci się znudzili - powtórzył beznamiętnie, siadając tym razem na blacie. I wyciągając z kieszeni papierosa, którego po sekundzie odpalił, z wyraźną lubością dostarczając swoim płucom kolejnej dawki nikotyny. Nie rozumiał ludzi, którzy NIE mogli palić po słodkim, ba, niektórzy wręcz dostawali torsji. Jednak Aiden przyjmował nikotynę w każdej sytuacji. I w każdym towarzystwie. - Więc, co Cię sprowadza do mnie, Tremaine? Jeśli nie miłość do mojego mózgu i mojego brata? - spytał tonem niezobowiązującej, ironicznej pogawędki, patrząc na nią spokojnie. I wyczekująco.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 14:02

Nie mogła odmówić dziwnie dobrego smaku gofrom przez Aidena przygotowanych, uśmiechając się z zadowoleniem. Lubiła słodycze, w praktycznie każdej postaci, przez chwilę nawet zastanawiała się czy kolejnego dostanie, spoglądając na gofrownicę, jednak przecież nie po to tu przyszła. Przeniosła wzrok na Aidena, nie krępując się oceniającym wyrazem w jego oczach. Dobrze wiedziała, jaką on ma o niej opinię, zupełnie do brata przeciwną. Nie traciła nerwów na przejmowanie się tym, w swojej samoocenie plasując się gdzieś nieco powyżej przeciętnej urody, może z odrobiną wyjątkowości, związanej ze wzrostem i kościami policzkowymi. Miała też świadomość, że po wypadku jej twarz jest znacznie ostrzejsza, mocniej zarysowana. Bolało, kiedy uderzyła się biodrem o klamkę, natychmiast wykwit siniaka powodując, bolało, kiedy napięta na policzku skóra potrzebowała nawilżania po zadrapaniach. Nie miała na niej blizn, dzięki bogom - jej by to nie pasowało, nie to, co Collierowi.
Przewróciła oczami, słysząc jego beznamiętny ton. Era sypiania z Blaisem skończyła się jeszcze w czerwcu, niekoniecznie z jej winy, ale się skończyła. Już się z tym pogodziła, w gruncie rzeczy puszczając to wszystko w niepamięć. Starszy jednak nie dawał jej o tym zapomnieć, co chwilę do tego nawiązując. Nie miała ochoty znowu się w to zagłębiać, odetchnęła więc głęboko, pozwalając nikotynie ulatującej z dymem wypełnić jej płuca, wywołując przyjemnie znajome uczucie. Nie paliła od dawna, nie powinna palić, nie mogła palić - ale kto jej zabroni wdychać dym, zwłaszcza, że ucieczka chwilowo w rachubę nie wchodziła?
- Kiedy byłam w śpiączce, wszystko słyszałam. I jestem ci wdzięczna, że pomimo swojej złośliwości, przywiozłeś Indianę i jakoś ich ogarnąłeś, i... W każdym razie, dziękuję - W pewnym momencie się na chwilę zacięła, zastanawiając się, co jeszcze powiedzieć. Nic nie przychodziło jej do głowy, więc ucięła wszystko krótkim dziękuję. Nie wstała jednak i nie wymaszerowała z kuchni prosto do wyjścia, stwierdzając, że może jednak lepiej będzie wysłuchać, co Aiden ma jej do powiedzenia, a dopiero później dramatycznie zatrzasnąć drzwi za sobą, w myślach go skurwysynem nazywając.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 14:14

Wpatrywanie się w Meredith nie było jakimś wspaniałym zajęciem, jednak naprawdę chciał poznać jej motywy. Po co do niego napisała? Dlaczego tu przyszła? Nigdy nie byli przyjaciółmi, ba, nawet zwykłymi znajomymi. Odkąd tylko pamiętał należała do indianowskiego hejt klubu nienawidzimy Aidena i tylko z tym mu się tłumaczyła. Owszem, nieco jego spojrzenie na tą ostrą (w rysach twarzy odc) brunetkę się zmieniło, gdy na Karaibach zobaczył, jak blisko są z Indianą.
I nie wiedział nic o jakimś zaburzeniu w tej przyjaźni. Owszem, ogarnął - w końcu bystrym chłopaczkiem był - że nastąpiła dziwna i NIEMORALNA wg Aidena wymiana i do blejsowskiego łóżka wchodziła Indiana, a nie Mer, ale kto wie, może zrobili jakiś trójkątny układ. Który bardzo się Starszemu nie podobał, to było takie niegrzeczne.
Nigdy jednak o to Blaise'a nie pytał, zgodnie ze starą, wspaniałą zasadą, dzięki której tak genialnie się dogadywali. Zero wpieprzania się w nie swoje sprawy, przy mocnym zainteresowaniu życiem swojej braterskiej połówki. Nawet, jeśli owe życie było...mindfuckowe.
Tak jak teraz twarz Aidena. Nieprzenikniona jak zawsze, to oczywiste, ale wewnętrznie Meredith zgotowała mu naprawdę niezłe zaskoczenie. Dziękowała mu? Ona? Był naprawdę zbity z tropu, na tyle, że odwrócił się, wyciągając kolejne gofry - tym razem dużo więcej pyszności - i tym razem dekorując je owocami z puszki. Które uprzednio wyciągnął z jakiejś szafki.
- Nie umierasz, prawda? - spytał podejrzliwie, bo takie dziękowanie mu, zwłaszcza ze strony MEREDITH, było co najmniej podejrzane. Może coś się jej poprzestawiało w mózgu? Przez chwilę walczył z pokusą rzucenia skurwysyńskim hasłem, jednak się pohamował, znów podając jej dwa gorące gofry. Z uśmiechem szaleńca. Właściwie, byli trochę jak w Lśnieniu - wielki, opuszczony budynek, tylko ich dwójka (not for so long ; > ) i wielka kuchnia. A wszystko to w collierskiej atmosferze. Nieco przerażającej. - W każdym razie...nie ma za co dziękować. Jestem przecież wspaniałym człowiekiem - powiedział zupełnie serio i bardzo swojsko, bo narcyzowo, pałaszując kolejnego gofra (po zgaszeniu fajki, ofc). A zostało jeszcze pięć, może w końcu przestanie mu burczeć w brzuchu.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 14:55

Dom w Kensington był bardzo barokowy w blejsowym mniemaniu, wszystko było ciężkie i złote, toteż nie przepadał za przebywaniem tu, ograniczając się zwykle do coniedzielnych obiadków, z taką lubością uskutecznianych przez Williama 'Najstarszy' Colliera jeżeli tylko była możliwość - bogaci ludzie nie potrzebowali specjalnej okazji, samo posiadanie wolnego czasu nią było. Bogate zdobienia, miliony antycznych przedmiotów, pięknych - to jasne, nie z powietrza przecież Blaise i Aiden odziedziczyli zmysły estetyczne, więc nawet w niemoralnym przepychu (a dzieci w Afryce nie mają co pić) i generalnym natłoku przeróżnych dekoracji była nuta smaku i dobrania.
Blaise i tak wolał swój osobistyczny bałagan w Hampstead, z którego, nie owijając już w bawełnę, jak to jechał samochodem i rozmyślał, właśnie przyjechał, ponieważ wydarł się wreszcie z naturalistycznej weny pobawarskiej, ochoty na swój zwyczajowy impresjonizm nie miał, a chciał zaczerpnąć inspiracji zgoła innej, ponieważ, jak nadmienione zostało, Blaise bywał tu okrutnie wręcz rzadko, łamiąc serce zakochanej w nim od zawsze ciotki Mirabelle i równie zakochanej, chociaż, jak Blaise się obawiał - już nie tak platonicznie, z ochotą na coś innego niż zrobienie mu "pucipuci" i powspominania jak jako pięciolatek podarł jej supersuper paryskie haute couture, kuzynki Phoenix. Co z tego e ładnej, wciąż kuzynki.
Wjechał zatem dość szybko na podjazd, powodując chrzęst żwiru pod kołami czarnego Range Rovera - urodzinowego prezentu od rodziców, zahaczając tylko po drodze po papierosy - każdy alkohol, jaki tylko by mu na myśl przyszedł, miał w domu.
Do którego wszedł sam, przybijając kamerdynerowi piątkę, a że głodny był, to zabrawszy z gabinetu ojca litrową whisky uda się prosto do kuchni, gdzie tętniło minimalne życie, ku jego uciesze. Zanim zacznie twórczy nolife, zdecydowanie przyda się namiastka lajfienia się w postaci niezobowiązującej pogawędki z Jennifer, bardzo niską, rudą dziewczyną, która pracowała jako pomoc domowo-kuchenna, z którymś lokajem albo ulubioną gosposią Collierów. Zdziwił się zatem widząc brata w tak nietypowym towarzystwie. Dobrze, że mu ufał, bo może zrobiłby się niebezpiecznie podejrzliwy.
- Mer? Nawet Ty słyszałaś o naszych fenomenalnych gofrach? - zapytał, kiwnąwszy głową do brata na powitanie. Nie będą się przecież przytulać (osiem-de).

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 15:10

Nigdy w sumie nie miała okazji poznać Aidena, nieco swoją niechęć do niego irracjonalizując i nadając jej wyłącznie dla kobiety logiczne znaczenie. Nie próbowała przełamywać jego dystansu, gdy czasem rankiem spotykali się na kawie w kuchni w Hampstead, a on gromił ją wzrokiem, bo piła z jego osobistycznego kubka. Przewracała wtedy tylko oczami, dopijała szybko kawę i uciekała na górę do Blaise'a, wracając do rozgrzanego łóżka tudzież podłogi. Nie prowadzili rozmów, numery swoje posiadali tylko dlatego, że czasem Blaise pisał do niej od niego tudzież do niego od niej. Ten status quo jej odpowiadał, z Indianą mogąc swobodnie i nielogicznie go nie znosić. Niechęć tylko się natężała albo malała, tak jak w tej chwili, kiedy czuła do niego niemal sympatię, wywołaną głównie przez te niesamowicie dobre gofry.
To na pewno ich wina.
- Nic mi o tym nie wiadomo, mimo lekkiego po Bawarii pogorszenia, lekarze zgonu w najbliższym czasie mi nie prorokują - odpowiedziała, rozbawiona jego wypisanym na twarzy mindfuckiem. Zabawne było to, jak bardzo zdziwiony jej zachowaniem był, aczkolwiek sama zaskoczona taką reakcją nie była. Przecież z tym wszystkim wyskoczyła nagle, wręcz z niczego, po dość widocznym z Blaise'm stosunków ochłodzeniu. Spodziewała się może nieco więcej owego skurwysyństwa, nie mając jednak nic przeciwko obecnemu stanowi rzeczy. Może przez te gofry nauczy się go kiedyś lubić?
- Zostałam raczej przez nie zaskoczona - rzuciła, w sumie dziwiąc się, że Młodszy tu przyjechał. Nic mu nie mówiła o tym, że ma zamiar Aidenowi wizytę w Kensington złożyć.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 15:23

Rozmowy o zdrowiu, prowadzone w kuchni burżujów, późnym wieczorem, w towarzystwie Meredith Tremaine - kto by pomyślał! Było to tak groteskowe i zaskakujące, że nawet wrodzony aidenowski skurwielizm nie mógł sobie z tym poradzić, reagując bardzo powoli i właściwie całkiem nie w swoim stylu. Bo faktycznie powinien ją wykpić, inteligentnie wyśmiać i wypieprzyć ... z kuchni. Żeby w spokoju dojeść swoje gofry, zrobić sobie kawę, wypalić pół kontenera paczek i coś wypić.
Picie, właśnie. Odkąd wrócił z Bawarii czuł się tak stary i styrany życiem, że polubił alkohol. I to nie tylko wino z kieliszka przy czytaniu mądrych filozoficznych powiastek, ale alkohol sam w sobie. Owszem, piwa nie cierpiał, ale whisky albo rum, zdecydowanie dobrze na niego działały. Jeśli się staczać, to na całego.
Wytarł ręce w spodnie i zeskoczył z blatu, zastanawiając się jak tu uprzejmie wyprosić Meredith i zostać sam na sam ze swoją samotnością (z którą był przecież w związku), gdy drzwi do kuchni otworzyły się ponownie i stanął w nich Blaise.
Och, jak dobrze było go WIDZIEĆ. Z tej perspektywy. Gdy w końcu wrócili do swoich ciał - co było bolesne i fizycznie i psychicznie - naprawdę był wdzięczny za powrót do aidenowskich włości. Był sobą, miał swoich przyjaciół (HM, wyimaginowanych) i spokojnie mógł zaliczać...różne imprezy w klubach, bez strachu, co powie na to Lanvin. Albo Wrrri...
Stop.
- Nie tylko gofry mamy fenomenalne, prawda, Blaise?- spytał uroczym tonem, co brzmiało niesamowicie dwuznacznie, po czym podsunął bratu gofra. Z góóórą bitej śmietany i jakimiś brzoskwiniami. Jak już uprzyjemniać sobie wieczór, to na całego. - Whisky? Dzięki - dodał, odbierając swojej młodszej kopii butelkę, dość brutalnie i bezproblemowo, sięgając automatycznie po szklanki. Trzy. Do których nalał burżusjkiego płynu, zdecydowanie za dużo. Cóż poradzić, nie umiał jeszcze podawać alkoholi w jakiś odpowiedni sposób, nigdy nie pijał w takich ilościach, ale nie zamierzał się bawić w jakiegoś barmana. - Blaise, nie uwierzysz, Meredith przyszła mi podziękować . A Ty nam przeszkodziłeś - ciągnął nieco karcącym tonem, jakby co najmniej Tremaine już-już przed nim padała na kolana, a Młodszy zepsuł intymną chwilę swoim nadejściem.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 15:52

Mimo, że Blaise bardzo często nie ogarniał, a kiedy już pozwolił rozluźnić się murowi swej jelonkowatości, żeby dopuścić do siebie jakieś informacje, stanowczo zbyt często miał je gdzieś, egoistycznie zbierając swoje zabawki i iść się bawić gdzieś indziej. Albo kazał im generalnie wypierdalać, bo ze swoją niewiedzą, nieogarnem i blejsowatością był tam pierwszy. Ostatni w duecie z farbami, bo malował częściej, z ulgą wreszcie rejestrując powroty weny, z której był tak żałośnie wydrylowany jeszcze miesiąc temu.
Dlatego uniósł brew, doskonale wiedząc, że nie musi na głos wypowiadać pytania co Mer tutaj robi, dlaczego rozmawia ze Starszym, Młodszego mając gdzieś, bo przypominała sobie tylko o STARYM PRZYJACIELU jeśli chodziło o spełnienie sokolskich powinności wobec przerośniętych ambicji na punkcje ocen. Wystarczyłoby, żeby nakichała na płótno i napisała z tyłu, obok swojego nazwiska to collierskie, że niby praca spólna, i Barlshomen byłaby wniebowzięta świeżym spojrzeniem na narzucony temat, zachwycona techniką wykonania i samym faktem, że praca należała do jej, niewątpliwych, pupilków.
I chociaż Blaise nienawidził faworyzowania, to w takim momencie byłoby przydatne, bo średnio mu się widziało nagłe przejście z jawnej ignorancji (Blaise) i chowania żalu (Mer?), do artystycznych bffów foreva 'let's paint something together!'.
- Podejrzewam, że Meredith doskonale o tym wie - odparł dość blejsowsko, pogodnie, chociaż z dozą dystansu. Bo to był moment, kiedy amant błyska perłowym uśmiechem, a Blaise patrzy na zgromadzoną dwójkę spod przydługawych włosów. Zagryzając tosta i wycierając ręcznikiem jednorazowym śmietanę z nosa.
Nie protestował, gdy Aiden wziął butelkę, bowiem doskonale wiedział, że nie zacznie pić z butelki, bo to a) niewygodnie, b) niegodne, c) grożące zarażeniem się czymś - ups, tego to akurat nie Aiden powinien się chyba obawiać, co Blaise'a martwiło, kiedy malował sobie spokojnie w Hampstead, słysząc za ścianą jęki, wyraźnie należące do ilości osób większej niż dwa.
- Wybacz, mam nadzieję, że przeszkodziłem tylko w podziękowaniach - usiłował mruknąć, lecz wyszło jak zwykle miękko i zamszowo. Cholera. Będąc Aidenem o wiele lepiej wychodziło bycie nazistą, przynajmniej mimicznie i głosowo.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 16:16

Niedorzeczność, tak ta sytuacja jej się rysowała w głowie - bo na bogów, była w kuchni pałacu niemalże naprzeciw rezydencji królewskiej z byłym kochankiem i jego bratem, prowadząc dość kurtuazyjną rozmowę przy gofrach z bitą śmietaną i owocami. Zakrawało na daleko idącą paranoję, bo o dziwo, jej to niekoniecznie przeszkadzało, miejsce, czas i bohaterowie akcji.
Skoro dzisiaj już kawą i papierosami w trakcie malowania zgrzeszyła, nie zaprotestowała, widząc trzy szklanki. Przewidując, że na tej jednej butelce się nie skończy - nie z głową Blaise'a i jak sądziła Aidena, wysłała szybko smsa do rodzicielki, informującego, że zostaje u Blaise'a, gdyż nie skończyli malować, a nie chce sama nocą wracać i pojawi się w domu rankiem, a leki ma w swojej torebce. Jeśli jednak skończy się wcześniej i ją zgodnie od siebie wyrzucą, no cóż, klucze do mieszkania miała, najwyżej powie, że ją Młodszy odwiózł.
Roześmiała się tylko, słysząc ich przekomarzania - och, jak bratersko, jak colliersko - tym razem dźwięcznie, żeby wrażliwe uszy Starszego nie cierpiały z powodu niejakiej chrapliwości w jej głosie, właściwie zastanawiając się, czemu rozmawiają ze sobą, jakby sama niezdolna do wypowiedzi była na temat swojej wiedzy na temat doskonałości Collierów. Niemniej jednak, postanowiła nie roztrząsać tematu takowego w myślach zbyt długo, za nieodpowiedni i bezsensowny go uznając.
- Właściwie nie przeszkodziłeś - odpowiedziała, spoglądając na Blaise'a z uśmiechem, po jedną ze szklanek sięgając.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 16:31

Tak się wczuł w gospodarza tego domu - w końcu pod nieobecność najstarszego z rodu (i tego młodszego i młodszego i młodszego i ogólnie no, KAŻDEGO, kto był bardziej posunięty w latach niż dumny Sokół to Aiden czynił honory władcy posiadłości - że dolał jeszcze trochę whisky, tak, że praktycznie przelewała się przez szklanki. Wysokie, raczej do piwa aniżeli do jakichkolwiek innych trunków. Cóż, naprawdę będzie musiał się doszkolić w kwestii alkoholu, bo inaczej popełni niewybaczalne faux pas na jakiejś imprezie i co wtedy?
Na razie czuł się jednak tak swobodnie, jak tylko mógł. Kuchnia wydawała mu się jakąś arką noego, jakby za tymi wielkimi, dębowymi drzwiami rozpętywało się piekło - bo w sumie zapowiadało się na burzę, tak przynajmniej słyszał rano w radio - a tutaj...Owszem, były pewne niedogodności, mianowicie brakowało ognia buzującego w kominku, trzaskających drewien i futer, na których mogliby się rozłożyć, ale za to mieli doborowe towarzystwo. I mnóstwo jedzenia. I wody, prosto z kranu. I całą szafkę wszystkich alkoholi za plecami.
Po które Aiden chętnie sięgnął, wywalając wszystko na blat. Martini. Gin. Rum. Bourbon. Zielone-coś-co-mogło-by-być-absyntem. Wódka, od Żółtkiewicza jeszcze. I jakieś wino z Prowansji (skąd? jak? dlaczego?). Wszystko to tworzyło ładny szklany ołtarzyk, niespotykany raczej w towarzystwie Aidena, który hejtował ostro wszelkie procenty.
Do czasu smutnego upicia się przez złamane serce. Pierwszy raz w życiu.
- Zachowujecie się beznadziejnie - powiedział, po chwili ciszy, całkiem sympatycznym nosem, wręcz wciskając Blaise'owi szklanicę w dłoń i pilnując, by wypił ją od razu. Do dna. Bez żadnej whiskowej degustacji, o nie, na to dziś nie było miejsca. A beznadziejność odnosiła się do meredithowo-blejsowskiej relacji. Nie, żeby było między nimi sztywno, ale zdecydowanie dziwnie. - Powinniście się ze sobą przespać. Jeszcze raz, pożegnalnie- dodał, mówiąc całkowicie POWAŻNIE, szczerze i serdecznie, bo chciał dla swojego braciszka najlepiej. Tak dobrze, że wlał mu do kolejnej szklanki trochę ginu z tonikiem (który wytrzasnął spod szafki) i podobną porcję przygotował dla Meredith. Samemu się nie cyrtoląc, tylko pociągając z polskiej wódki (z gwinta, sorewicz Blaise'a), nie tykając swojej whisky. Na razie. Bo był dziś w szalenie...dziwnym nastroju. Potrzebującym relaksu i odprężenia.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 16:54

Dość szybko się rozchmurzył, początkowo nieco skrępowany sytuacją i dziwnymi myślami, jakie rodziły się w jego głowie. Spotykała się z Blaisem, żeby zrobić PROJEKT ARTYSTYCZNY, KURWA, a do Aidena przylatywała z podziękowaniami, chociaż powód nie był mu znany. A powinien być, bo nie dziękowałaby za nic, co też oznaczało, że musiało zajść między nimi coś, o czym nie był powiadomiony. Jednak wyjebanizm miał swoje wady.
Jednak po coś przyjechał do Kensington. Napić się, zaczerpnąć inspiracji i tworzyć prace pełne szczegółów i przepychu, nadal taki właśnie plan mając. Jednak ochoczo zaczął pić swoją whisky, gdy tylko skończył jeść gofra.
- Aiden ogarnij. Nie lej whisky do takich szklanek - wstał, wypiwszy jedną trzecią swojej i podszedł do brata, który już rwał się do dalszej zabawy w małego barmana. Bo w samej kuchni kolekcja alkoholi była imponująca. Sherry, wódka, szampany, rumy, drogie, ekskluzywne piwa, szkocka.
Pociągając co chwilę ze swojej szklanki, stanął teraz ramię w ramię z Aidenem, biorąc z jego niedoświadczonych w tej kwestii rąk butelki, gromiąc wzrokiem idź sobie usiądź, synu.
I polał. Dla nich rum z lodem, dla Meredith drinka, mocnego - bo zmiksował prawie wszystko, jednak dolał grenadyny i Sprite'a i lekko różowy koktajl podał dziewczynie, spodziewając się, że sieknie ją szybko, jak na taką miksację. A sam stuknął szklanką swoją o szklankę brata i upił kolejnego, sporego łyka, już czując jak przyjemne, cierpkie ciepło rozchodzi się od przełyku po całym jego ciele.
Cały czas było tu tak ciepło?
- Skończ, Aiden. Nie każdy praktykuje szybki seks zamiennie z "do kiedyśtam" - powiedział, już bez śladu wcześniejszego zażenowania, które ustąpiło teraz miejsca słodkiemu rozluźnieniu i przyjemnemu ciepłu. Bo dalej naiwnie wierzył, że wypije jeszcze trochę i naprawdę pójdzie malować. Szkoda, że jeszcze nie wiedział, że dzisiaj wybierze odmienny rodzaj sztuki, mianowicie plecy paznokciami drapane.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 17:37

Czuła się niezręcznie niesamowicie - nie wiedząc co mówić, jak się zachowywać, co pić, bo nagle wylądowały przed nią trzy szklanki, jedna z whisky (tak bardzo Blaise'owska), druga z ginem (tak bardzo klasycznie), a trzecia z różową, niewątpliwie zwalającą z nóg zawartością. Odsunęła od siebie dwie pierwsze szklanki, obiecując sobie, że kobieco różowy drink będzie dziś jednym, nie chciała dzwonić na 911, żeby po nią przyjechali, bo leki weszły w interakcję z alkoholem, do wstrząsu i jakiejś zapaści ją doprowadzając. Wiedziała, na ile ją stać, a wszystko na raz zdecydowanie ponad siły jej było.
Wyjątkowo ze Starszym się zgadzała - między nią a Blaisem było beznadziejnie. Jednak kwestii nierozwiązanych było między nimi za wiele, żeby przejść nad tym do dziennego porządku, a dwie rozmowy w Norwegii książki ich relacji nie kończą. Zdziwiona była, jak szybko Aiden ich rozgryzł, po ledwie piętnastu minutach dziwnego, naciąganego zachowania wobec siebie. Wyszła jednak z założenia, że unikać będzie jakichkolwiek spięć i dram, spokojem świętym się rozkoszując, upiła więc łyka drinka, oczy nieco szerzej otwierając, zdziwiona doznaniem smakowym. Bo świetne było, jednak mocne piekielnie i zapiekło ją w przełyku, jednak po żyłach przyjemne ciepło rozprowadzając, tak bardzo dawno nie odczuwane.
- Seks nie rozwiązuje problemów, nie w moim świecie - przewróciła oczami, jednak ton jej głosu napastliwy nie był, raczej w stylu a mi już wszystko jedno.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 17:55

Aiden ogarnij się, Aiden tamto, Aiden siamto. Gdyby nie darzył Blaise'a dzikimi pokładami braterskiej miłości, z chęcią wykonałby klasycznego facepalma albo w jakiś inny sposób dał Młodszemu do zrozumienia, że Collier Starszy ma na razie wyjebane na sposób podawania drinków, bo chciał się upitolić jak szpadel (co nie wychodziło mu zbyt dobrze; widocznie za długo był abstynentem i zbyt regularnie sączył wino, przez co jego organizm uodpornił się na procenty) i jakiekolwiek zasady kultury są mu obce.
Tylko w kwestii barmańskiej, rzecz jasna, bo z uznaniem przyjął Blaise'owskie poczynania, by uprzyjemnić Meredith wieczór czymś różowym, babskim i pedalskim zarazem. On sam nigdy nie tknąłby tak dziewczyńskiej mieszanki, jednak Tremaine nawet ona pasowała. Do bluzki. Czy tam sukienki, nie zwracał uwagi na to, co ma na sobie, bardziej skupiony na irytującej atmosferze pomiędzy tą dwójką.
Nie do końca ogarniał o co chodzi, bo nie zasypywał Blaise'a pytankami odnośnie jego (po)życia z obydwiema Sokolicami, jednak wyraźnie coś było nie tak. A Aiden nie lubił takich sytuacji, dziwnych spojrzeń które na siebie rzucali i całego tego zdystansowanego bajzlu. Lubił relacje poukładane i pragmatyczne, które da się wsadzić do szufladki, dlatego byłby wdzięczny, gdyby brat jasno powiedział mu, na czym stoi w kwestii Tremaine. Dla Aidena były tylko trzy możliwości: nienawidzą się (i wtedy będzie musiał ładnie wyprosić Meredith za drzwi), przyjaźnią się (i będą pić do upadłego/samego rana) oraz sypiają ze sobą (pobłogosławi im i tylko trochę powkurwia się na Blaise'a, że uskutecznia PODŁE ZDRADY). Ale obecnie nic nie wiedział, pił więc szklankę za szklanką; dorwał się także do tych, których Meredith nie tknęła.
- Seks zawsze pomaga. Spójrzcie na mnie, rozwiązał wszystkie moje problemy - powiedział aroganckim tonem, kontynuując mieszanie alkoholi pomimo blejsowskiego śmiechu i wytycznych. Odnośnie grubości, długości, szerokości szkła, poziomu alkoholu i innych barmańskch bzdet. Które wyjątkowo olewał, kontynuując rozpijanie nieletnich - młodszych o rok, ale co z tego - tak regularnie, że zanim się spostrzegł, minęła już dobra godzina, a cała trójka znalazła się na podłodze. Oczywiście nie w pijackim półleżeniu, ale w pozycjach siedzących, na starym obrusie - który Mer skrytykowała za obrzydliwy wzór - z obstawą butelek i szklanek, tak, że spokojnie mogliby otworzyć własną pracownię szklarską.
- Nie rozumiem, dlaczego się ze sobą nie prześpicie - Aiden mimo upływu czasu drążył temat, chociaż sytuacja mocno się już rozluźniła - god, save the drunkest people - bo z każdą wypitą szklanką w kuchni stawało się coraz cieplej, weselej i...bardziej arkowo. - Pij, Mer, naprawdę nie jesteś taka brzydka w tym świetle - podsunął Meredith prawie pustą butelkę jakiegoś trunku, oddając damie niewątpliwy honor, jakim było dokończenie alkoholu.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 18:27

Czuł się coraz lepiej, z każdą minutą. Bo słodycz pijanego nieogarniania powoli, acz sympatycznie, go opanowywała, odpychając problem związany z Mer, przybliżając trójkę do siebie, na razie ofc z potrzeby. Bo początkowo stali rozsiani po całej kuchni, a przecież była dość duża, że genialnym rozwiązaniem było klapnąć sobie na podłodze w obstawie alkoholu z całego świata, upici już samym kosztowaniem zawartości każdej butelki, nie mówiąc o wypiciu jakieś większej części.
Wstał, już chwiejnie, do stojącej przy lodówce wieży stereo i puścił jakąś płytę, z muzyką, powiedzmy czilałtową - do interpretacji własnej. Odpalił sobie też po drodze papierosa, miętowego, pierwszego tego wieczoru i powrócił do Ajdy i Mer, wyciągając nogi przed siebie i podpierając się na ramionach, co chwilę pijąc koniak prosto z butelki.
Był słodki, trochę miodowy, pomijając kolor, to też tak smakował i zdecydowanie poprawiał humor Młodszego, nadrabiając za Aidena, który najwyraźniej pragnął pocałunku... pięścią w nos, o ile się nie zamknie. Ciało Blejsa już oberwało, że do dziś bolała go nieszczęsna szczęka, jednak w ręce nic mu nie było, silne i mocne jak zawsze, dodatkowo odporne na ajdowe szacher-macher z orgazmem. Czego tu się bać? Jedynie miałby nadzieję, że trafi w nos, a nie powietrze, z racji, że mocno już mu szumiało w głowie, większość butelek, a stało ich tu w chuj, była opróżniona do połowy, w jednej trzeciej, albo zostało już kilka łyków pyszniących się na dnie.
- No tak Ajda, jak widać, seks zaprowadził Cię we wspaniałe miejsce w życiu - skwitował, uśmiechając się jednak całkiem pijacko i myśląc już też jak człowiek mocno pod wpływem. Bo, jak doskonale wiadomo, w takich sytuacjach rozważa się różne opcje i teraz, po wypiciu morza przeróżnych pływających procentów, opcja seksu z Mer mu się nawet podobała, zwłaszcza, że była w łóżku niezła. Nawet jeśli rzeczywiście nie była pięknością, bo nie była, Blaise'owi i tak zawsze coś się w niej podobało.
- Przestań już, może kiedyś - powiedział na odczepnego i zaśmiał się, biorąc teraz butelkę podsuniętą Mer w ręce i przytykając wylot do ust, żeby jej pomóc. Jako dobry przyjaciel i ... no. Dobry, stary przyjaciel, upijający koleżankę na rehabilitacji, z rekonwalescencją w toku. Ze świecą takich szukać.
- Do dna, Mer - powiedział, przeciągle i miękko, kręcąc głową w rytm spokojnej, klimatycznej muzyki.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 18:40

Nie sądzę, żeby róż do czerwonej spódnicy pasował ani ogólnie z całym strojem Meredith właściwie komponował, drink raczej był do picia niż harmonizowania się z ałtfitem, o dziwo nawet nie bardzo farbą poplamionym. Do tej pory zwykle przy malowaniu z Blaisem się brudzili, paćkając na siebie różnymi kolorami, tak, że zawsze kończyli w końcu pod prysznicem, zmywając z siebie nawzajem ślady farby. W każdym razie, różowobarwna mieszanka alkoholi szybko znalazła się w krwiobiegu Meredith, wstawiając ją dość skutecznie. Odwyk od picia i osłabienie wpływało na nią dość negatywnie, osłabiając jej raczej mocną głowę. Zresztą, mieszanie nigdy nie kończy się dobrze, doświadczenie o tym mówiło.
Po jakimś zresztą czasie całe napięcie w sprawie z Blaisem gdzieś uciekło, a Aiden stał się najbliższym przyjacielem, idealnym do takich imprez.
Nigdy nie sądziła, że taki dzień nadejdzie.
A w ogóle znienawidziła ten obrus. Był w dziwnym odcieniu złota z wzorem wyglądającym, jakby ktoś zapaćkał go gorzką czekoladą i zdrapał, zostawiając ciemnawe plamy. Nadawał się wyłącznie do tego celu, czytaj rozłożenia na podłodze jako koca, w celu izolacji od nieco chłodnawej podłogi. Nie zauważyła, kto go wyciągnął, mając dobry pomysł ostatecznie. Opierała się o szafkę, prostując plecy. I znów nadeszły ją rozważania, że tęskni chociażby za Blejsową podłogą, zawsze wygodną, idealną do seksu. Ale nadal kołatała się w niej myśl o Indianie i Dorianie, jako drobny wyrzut sumienia, zagłuszany falami alkoholu krążącego w żyłach. Bo o rekonwalescencji nie pamiętała, wypadek jawił się jako coś nieistotnego.
- Powinnam to wszystko nagrać, żeby potem móc wyegzekwować od was te słowa - rzuciła, z oburzeniem zauważając, że butelka nagle przestała być w jej dłoniach. - Oddaj! - zabrała ją z rąk Młodszego, ze smutkiem konstatując, że dużo do kończenia jej nie zostało. Wyzerowała ją szybkim przechyleniem w swoje usta, nawet już nie rozróżniając smaku, czy to rum, czy może czysta. Potem spojrzała na nią i niemalże zapaliła się jej nad głową bajkowa lampka, oznajmiająca olśnienie.
- Ej, zagrajmy w butelkę - powiedziała i natychmiast zakręciła pustą butelką, która wskazała na Aidena. - Hmm, zaśpiewaj hymn w samych bokserkach - rozciągnęła usta w uśmiechu, nieco maniakalnym właściwie,.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 18:55

Obserwacja, jak Blaise prawie dusi Meredith butelką - dość interesujący sposób na popełnienie morderstwa, musi to sobie gdzieś zapisać i wykorzystać, gdyby na przykład chciał napisać powieść kryminalną - nie wiadomo dlaczego szalenie Aidena rozbawiła. Oczywiście nie był na tyle pijany, by histerycznie rechotać i pokładać się po podłodze, ale zaśmiał się dźwięcznie i WCALE NIE NAZISTOWSKO. Właściwie nie był kompletnie napitolony; nigdy nie tracił przytomności. Po alkoholu stawał się tylko jeszcze bardziej bezpośredni i pozbawiony wszelkich zasad - a właściwie resztek zasad moralnych, których tak święcie przestrzegał na co dzień.
Nic więc dziwnego, że czuł się wyśmienicie. Nie myślał o Prudence ani o zmarnowanym roku ani o Wendy, całkowicie koncentrując się na wybitnie dobrym nastroju i trunku, który właśnie dopił do końca.
- Meredith, z przedszkola się urwałaś? - spytał, gdy już odłożył szklankę z trzaskiem na podłogę za sobą, patrząc krytycznie na pustą butelkę, wbijającą się w jego stopę. Był tak pijany, że mówił do niej po imieniu, ale nie to go w tej chwili martwiło. Nie chciał bezcześcić hymnu swojego kraju + możliwe że nie miał na sobie bokserek + granie na jakieś zadania kojarzyło mu się z podstawówką, musztardą i upierdliwym, wąsatym nauczycielem. A teraz potrzebował czegoś zupełnie innego.
- Gramy na moich, dorosłych zasadach - zarządził z uroczym nazistowskim (w końcu) zacięciem, posyłając Meredith uroczy uśmiech. I łaskawie pozwolił jej zakręcić butelką, która upierdliwie zatrzymała się znów na wprost niego. Znak od Bozi?
- Postaraj się opanować, Mer, dobrze? - poprosił ją (!) łagodnym tonem hipnotyzera (którego miał tuż obok siebie, osiem-de), pochylając się nad nią powoli i złorzecząc wewnętrznie na swoją moc. Przez którą musiał uważać i odsunąć od Meredith wszystkie szklanki, które zapewne by rozbiła, wierzgając nogami albo robiąc inne nieskoordynowane ruchy.
Bo ją dotknął. Najpierw delikatnie przejechał dłonią po jej policzku, wpatrując się w nią jak wąż w uroczą ofiarę - reagującą dość mocno - po czym pocałował ją gwałtownie, wsuwając drugą dłoń w jej długie włosy. Szarpiąc ją odrobinę - ach, stare nawyki/fetysze - w swoją stronę, by nie legła na butelkach, piętrzących się za jej plecami.
Zupełnie nie myślał o Blaisie - Meredith, przez jego moc, (nie)stety też - koncentrując się na nutkach różnych alkoholi, których smakował prosto z jej ust. Wilgotnych, chętnych, łapczywych. Nic dziwnego, że spodobała się Blaise'owi.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 19:35

Blaise był albo a) na tyle pijany, albo b) na tyle niepoprawny w swej hulankowej artystyczno-niemoralnej przeszłości, że gra w butelkę na zadania wydała mu się po prostu dziwna, nie na miejscu, nie st.bernardowska i w ogóle NIE. Pamiętał (!), gdy w zeszłe wakacje załapał się na jacht ze swoją wcześniej poznaną znajomą ze Słowenii, która ze swoimi trzema kunpelkami wypływała na rejs po Morzu Śródziemnym. Opróżnili wiele butelek, toteż niejaka Anja wpadła na fenomenalny, jak się potem okazało, pomysł zagrania w butelkę. No i było to chyba jedno z najciekawszych przeżyć w życiu Blaise'a, co teraz, w okrojonej wersji ilością osób, acz równie burżujskiej (ekskluzywny, prywatny jacht i warta grube setki tysięcy kuchnia Collierów, chyba jednak było co porównywać), ukazało mu się przed oczyma.
Jednak, o dziwo, nie poczuł najmniejszego ukłucia zazdrości. Widział, jak oczy Mer zaczynając błyszczeć, gdy Aiden dotknął jej policzka, widział jak się gnie pod wpływem coraz mocniejszego kontaktu z jego skórą, samemu patrząc na to, jak gdyby nigdy nic, pijąc bourbon [?], wino [?], absynt [najprawdopodobniej, paliło jak jasna cholera] prosto z butelki. I choć paliło mu przełyk, koniec końców miał na ustach i języku słodko-cierpki smak, który kojarzył mu się z grejpfrutami.
Postanowił jednak zareagować, gdy zobaczył jak głośno już dysząca Meredith odpina Aidenowi spodnie, a sądząc po fakcie samego całowania się z nią, musiał być naprawdę pijaniuteńki. Znaczy się najebany równo. Delikatnie (jednym, a porządnym szarpnięciem odrywając Ajdę od Mer) rozdzielił ich i wyciągnął jej dłoń z jego spodni, kontrolując jej osunięcie się w bezsilności i błogiej niemocy po szafce, żeby nic sobie nie zrobiła złego o cały rządek czyhających na jej bezpieczeństwo butelek.
Nie zauważył momentu w którym Aiden zaczął kręcić, zbyt zajęty piciem znów czegoś innego, tym razem na pewno była to szkocka, jednak zauważył na kogo wskazała butelka, gdy skończyła się obracać. A jej wylot wskazywał równiutko na jego samego.
Spojrzał na brata półprzytomnie. Wydawał mu się teraz jakiś przystojniejszy, zwłaszcza, że był nim przez pewien czas. Unieśli się jednocześnie, dość bratersko i zbliżyli do siebie, całkiem jak w filmach. Jednak sam pocałunek zdecydowanie filmowy nie był. Daleko im raczej było w tym momencie do filmowych, delikatnych i wątłych kochanków. To było raczej starcie, pojedynek, wojna - choć domowa.
Nie myślał teraz o niczym, tylko o mocno zaciśniętej jego dłoni na swoim karku i o ustach niemalże wgryzionych w jego własne. Językiem rozchylił mu wargi i zęby, żeby przez chwilę połaskotać jego podniebienie, jednak na tym skończyła się prosto pojmowana przyjemność. Bo teraz przylegał do niego całym ciałem - do niego, do Aidena, w żadnym wypadku nie do swojego brata, był zupełnie wyzuty z takich myśli, ze wszelkich myśli w sumie - mocno ściskając w garści jego włosy, odczuwając niemal ból, przyciskając jego usta tak mocno do własnych.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 19:57

Właściwie faktycznie, nie wiedziała czemu zaproponowała wyzwanie. Może dlatego, że to Aidena wylosowała i jakiś ostatni neuron jeszcze przypominał jej, że to nie ten Collier, którego zawsze chciała. Który chwilę potem zgasł, w trakcie kręcenia butelką po raz kolejny, a może kiedy zorientowała się, że mówił jej po imieniu, a może ten nazistowski ton (jestem jawna opcja niemiecka, nazim jest so niemiecki, więc Mer też się to podoba, sorczi :*) i generalnie wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Mhm - zamruczała tylko i zamrugała gwałtownie, a potem odleciała, tracąc świadomość i reagując wyłącznie ciałem, zmysłami, podświadomością. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie czuć się właśnie tak - jednocześnie czując, jak bardzo jest podniecona, i chcąc tak bardzo zaspokoić Aidena, dobierając się do jego spodni, ust od jego ust nie odrywając, powietrze czerpiąc nie wiadomo skąd, może jak roślinki, przez skórę.
Odlatywała zupełnie, jeszcze przez długą chwilę po oderwaniu jej przez Blejza nie kontaktując zupełnie. Oddychała głęboko, koncentrując się na cieple przyjemności, rozlewającym się po jej ciele, dopiero po chwili wzrok na tym, co przed nią się działo ogniskując.
Nie wiedziała, który Collier jest który, kiedy przyglądała się ich pocałunkowi, wyjątkowo niebraterskiemu, gwałtownemu, szaleńczemu. Wyobrażała sobie emocje - a właściwie nawet je wyczuwała, emanujące z tego brutalnego aktu, wykraczającego poza pocałunek.
Totalne szaleństwo.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 20:28

Nie wydał żadnego niezadowolonego jęku, gdy poczuł dłoń Blaise'a na swoim ramieniu i zimną posadzkę pod łokciami. Ot, kolej rzeczy, normalka. Właściwie był mu wdzięczny - co innego uprawiać klasyczny, spokojny, wręcz leniwy makeout na jaki Aiden miał ochotę, a co innego zabawa we wsuwanie dłoni w za spodnie, wyginanie bioder i lekkie przyduszanie go, bo Mer jakoś dziwnie palcami zawadziła o jego koszulkę (czarną, as always), przyciągając go do siebie mocno. Zbyt mocno.
Był więc całkiem zadowolony z takiego obrotu sprawy, prostując się ładnie i wyciągając przed siebie nogi, bo nieco mu drętwiały od niemałego wysiłku, jakby było subtelne mizianie się z Meredith. Meredith Tremaine. Właśnie całował się z Meredith Tremaine. Która większość swoich dziewczęcych lat spędziła na nienawidzeniu go, a teraz - po PODZIĘKOWANIACH - półleżała na podłodze z zupełnie obłędnym uśmiechem na twarzy, jakby nagle znalazła się w innym, lepszym świecie. Pełnym dreszczy na plecach i wilgotnej bielizny.
Ale w to nie wnikał, sięgając po ostatnią ( RIP ) butelkę whisky i dopijając ją do końca. Jednocześnie inną butelczyną, niemalże od niechcenia kręcąc. Bez jakiegoś racjonalnego pomyślunku - NIEMYŚLĄCY AIDEN, zapisać w annałach - bo przecież praktycznie zostali tylko we dwóch, pięknych, młodych, najebanych, w królestwie szkła i jedzenia. Cóż można więcej od szczęścia?
- Nie bądź zazdrosny, i tak Ciebie kocha bardziej - powiedział zupełnie nieprzytomnie, nie ogarniając, czy przeszywające spojrzenie Blaise'a oznacza rychły wpierdol (łapy i usta precz od mojej niedoszłej miłości! to, że z nią nie sypiam, nie znaczy, że ty możesz) czy też łagodne przyzwolenie na zmacanie sobie brzydkiej (still) Tremaine.
Nie zdążył jednak kontynuować tematu - i dopowiedzieć szalenie szczerego wyznania miłosnego również ze swojej strony, oczywiście w kierunku collierskim, nie naćpanym/najebanym dziewczęcym - gdy wszystko potoczyło się szybko, nie filmowo, nie melodramatycznie, bez muzyki w tle. A jeśli już, to tylko Crystal Castles.
Nie wiedział, kto pierwszy rozpoczął pocałunek, czyje usta zdobyły teren wcześniej, czy paznokcie wbite w kark Blaise'a były atakiem czy obroną, ale zupełnie się to nie liczyło. I jeśli już podczas pocałunku z Mer nie kontaktował, to teraz miał do czynienia z totalną nirwaną. Ale nie, nie z bezmózgim miziankiem i spijaniem ze swoich warg słów miłości, raczej z ostrą rywalizacją.
Syknął prosto w jego usta, czując gwałtownie szarpnięcie za włosy, tylko wzmacniające doznania. Setki doznań, pomimo typowego alkoholowego stępienia. Blaise pachniał świeżym praniem, jakimiś starymi płótnami, antykwariatem, świeżo skoszoną trawą i alkoholem; smakował jeszcze lepiej, jednak na tym Aiden zupełnie nie mógł się skupić, odbierając tyle bodźców na raz, że czuł się jak bohaterka tanich powieści dla nastolatek - fajerwerki w głowie, zupełne zaćmienie.
Gdy Blaise przylgnął do niego całym ciałem, Aiden mocno się zachwiał i po chwili wylądował na plecach, na tym paskudnym obrusie, cały czas czując na swoich wargach usta Blaise'a. Umiejętne. Namiętne. Szarpnął go mocniej za włosy - ot, odwzajemniona czułość - odchylając jego głowę do tyłu i przejeżdżając po jego szyi językiem, po czym złapał go za ramiona, dość gwałtownie przesuwając go tak, że teraz Blaise leżał na plecach, na zimnej posadzce. A Aiden mógł się od niego odrobinę oderwać, biorąc głęboki, spazmatyczny wdech. Jak gdyby był kilkanaście sekund pod wodą, serce biło mu jak szalone, źrenice miał rozszerzone jak po dziesięciu kilogramach koki a w ustach ciągle czuł cudowną mieszankę smaku Blaise'a, alkoholu i papierosów.
To się nazywa nirwana. I przekraczanie granic.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Czw 23 Sie 2012 - 21:25

Słowa Aidena zarejestrował, ale to jest ta rzecz w stylu 'zrobię to jutro', toteż interpretację domniemanej miłości Tremaine postanowił sobie pijacko zostawić na dzień następny. Albo za dwa dni, bo dopiero wtedy będzie skacowany, wypiwszy taką ilość alkoholu. Jutro, to ewentualnie będzie po prostu pijany.
Przebłysk na uratowanie Mer - jej suchej (not anymore?) bielizny, jej związku, jej głowy, przed krwiożerczą szafką i szklankami, które tylko czekały by je stłuc i wbić się ostrymi odłamkami w miękką skórę. Bo potem zostawił myślenie, świadomość i zburzone granice daleko za sobą, jeszcze nie zdając sobie sprawy, jak to wszystko zabrnęło za daleko.
Jednak teraz nie to było istotne dla Blaise'a, bo skoro wyzbył się każdej blokady, a to wynikającej ze zbyt bliskich powiązań rodzinnych, a to "nie wypada się całować w kuchni na podłodze", pozostały mu tylko zmysły i instynkty. Piekła go cała skóra, że każdy dotyk sprawiał, jakby lizały go języki ognia, wszystko było jednocześnie zmiażdżone samym faktem takiego doznania i nienaturalnie przeostrzone. Zapachy, smaki, dźwięki i choć nie pierwszy raz całował się z facetem, teraz było zupełnie inaczej.
Pachniał do omdlenia męsko, jednocześnie orzeźwiająco, jak cytrusy i miękko, uspokajająco jak świeża ziemia. Pachniał niemalże pierwotnie, seksem, kryształową czystością doznań, niezmąconych niepotrzebnymi barierami. Może nawet trochę piżmem. Co Blaise czuł bardzo wyraźnie, kiedy upadł na niego, mając ułamek sekundy na to, żeby wyswobodzić nos z jego włosów i ponownie odnaleźć drogę do gorących, pragnących ust. Które całowały idealnie, były perfekcyjnie zsynchronizowane z tymi blejsowymi. Doskonale wiedział, kiedy nieco przechylić głowę, a kiedy zassać język. Doświadczenie? Choć jeszcze całego bombardowania bodźcami nie niszczyły żadne obawy, bo jak już ochłonie, to będzie wiedział, że to Aiden zachowywał się, jakby to było codzienne i normalne, jakby był przyzwyczajony do swoistej czułej brutalności (oksymorony mode on, osiem-de).
Dla Blaise'a było to niemalże nowe, bo sporo czasu minęło od ostatniego, podobnego doświadczenia, które było może nędzną jedną dziesiątą tego, co działo się z Młodszym teraz. Co nim wstrząsało, gdy spazmatycznie syczał mu w usta, czując ciągnięcie za włosy, gdy zachłannie brał powietrze prosto z jego płuc we własne. Gdy poczuł przez cienką bawełnę chłód posadzki na łopatkach i Aidena na sobie, jednak już nie całującego go, a dyszącego ciężko, naćpanego sytuacją i emocjami, które sprawiło, że jego krew była teraz jak mocno wstrząśnięta gazowana woda. Lepiej - jak nabuzowany szampan, który już rozsadzał cienkie tkanki żył i tętnic, jakby doznań było stanowczo za dużo, jak na jednego, młodego człowieka.
Chwycił jego szczękę w dłoń i przyciągnął do siebie raz jeszcze, pragnąc znów poczuć gorące, cierpkie od alkoholu usta, by dopiero po kilku ruchach językiem rozpoznać znacznie więcej smaków. Whisky, gin, wódka, papierosy, truskawkowa szminka Mer, likier, on sam. Ugryzł jego wargę, w tym momencie opamiętując się i prostując rękę, puszczając Aidena dopiero, gdy był odgięty, z głową odległą od niego o długość wyprostowanego ramienia. Nie będąc jednak w stanie wyślizgnąć się spod niego, czy w ogóle jakkolwiek ruszyć. Tylko patrzył, doskonale słysząc, mimo muzyki, jak szaleńczo goni jego serce. Jeszcze nie rozumiał, jeszcze to do niego nie docierało. Zaczęło dopiero gdy oblizał swoje usta, czując na nich tak nowy, ale jednocześnie tak bliski mu smak.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 6:20

Jeszcze nigdy tak nie pragnął świeżego powietrza, jak w tej chwili. Było mu naprawdę zbyt gorąco, jakby każdy mililitr wypitego alkoholu zamieniał się w parzącą substancję, dezynfekującą mu żyły od wewnątrz. I podnoszącą temperaturę ciała do jakichś dobrych czterdziestu stopni. Szalenie przyjemny sposób na zachorowanie: spij się tak bardzo po raz pierwszy w życiu, pocałuj posiadaczkę najbrzydszego nosa w St. Bernard ever (:*) i wyląduj na podłodze ze swoim fizycznym odbiciem.
Ale to wcale było jak całowanie się z lustrem. Nie było precyzji, wystudiowanych ruchów, precyzyjnego ułożenia warg i języków; nie było sztucznego chłodu. Wszystko było tak gwałtowne i szybkie, że nawet cholernie dbający o czas Aiden nie ogarnął, czy minęło pięć sekund czy piętnaście minut. Ot, zaburzenia czasoprzestrzeni, chyba normalne dla stanu prawie totalnego upierdolu? Zdecydowanie musiał zacząć spisywać swoje doświadczenia. Ku chwale nauki.
Wziął więc głęboki oddech, który i tak został w połowie przerwany mocnym złapaniem za szczękę i ponownym zmniejszeniem dystansu. Do minimum, do spragnionych ust i gorącego języka, tak skutecznie odcinających zdrowy rozsądek i drażniących zmysły.
Syknął ponownie, gdy poczuł jak ostre zęby ranią mu górną wargę; nie mógł jednak w żaden sposób oddać, bo został odsunięty na odległość ramienia. I przeszyty blejsowskim, brązowym, czekoladowopodobnym spojrzeniem. Zasnutym lekką mgiełką delikatnego nadużycia alkoholu i makeoutowskiego...pożądania? Nie, to nie było to, Aiden też tego nie czuł w taki sposób. Nawet będąc tak pijaniuteńki nie leciał w żaden sposób na swojego brata. Ale jego usta, jego oczy, jego mocno zarysowane kości policzkowe - wszystko to było tak pociągające (może dlatego, że aktywowało u Aidena miłość własną, bo przecież byli bardzo podobni) a całowanie się z nim, z nieziemsko przystojnym facetem (którego na dodatek kochał, niespotykana dotąd kombinacja zajebistości) tak przyjemne i nowe, że Collier Starszy zupełnie nie widział powodu, dla którego miałby tego nie robić. Nigdy nie miał granic, jakichkolwiek (oprócz tych stawianych dawno-dawno Wright, ale to zupełnie inna historia), a teraz chwalebnie przekroczył jakąkolwiek ostatnią. I był zbyt naćpany alkoholem (sic) i smakiem Blaise'a oraz swojej krwi na ustach, żeby jakoś logicznie układać poematy na temat tego, co się stało. Zostawi to tej artystycznej dwójce, rozłożonej na podłodze ze świecącym wzrokiem (Mer) i rozłożonej pod nim, z również błyszczącym spojrzeniem.
Wywrócił oczami, uderzając go w tą wyprostowaną rękę, po czym pochylił się nad nim znowu, całując nieco zbyt gwałtownie, tak, że był o krok od złamania Blaise'owi nosa, ewentualnie, wybicia sobie połowy zębów. Ale to się nie liczyło, był zupełnie skoncentrowany na tym najszybszym i najnamiętniejszym z pocałunków, jakby chciał wszystko zapamiętać (w takim stanie alkoholu we krwi - trochę niemożliwe) ze szczegółami, po czym oderwał się od niego, od razu ładnie zrywając się na równe nogi i nieco chwiejnie robiąc kilka kroków w tył. Jakby właśnie napił się najwspanialszego trunku sprzed dziesięcioleci i mocno zakręciło mu się w głowie. Serce dalej waliło, usta miałby spierzchnięte, gdyby nie powoli zasychająca krew, a spojrzenie głodnego złego wilka z mrocznej bajki kierował na pobojowisko, w którym królowali nihilistyczni artyści.
- To było...- zaczął, MEGAzachrypniętym głosem, więc czemu sobie nie zapalić? - niezłe - dodał więc z ironicznym uśmiechem, sięgając przez blat po paczkę fajek, którą tam zostawił, po czym w ułamku sekundy uskutecznił odpalanie, zaciąganie się i ogólne uspokojenie nerwów. Bo jakaś zapadka w mózgu miała spięcie i czuł się tak rozgrzany, jak nigdy. Usiadł ponownie, praktycznie osuwając się po szafce, ciągle szeroko otwartymi oczami wpatrując się w Blaise'a. Po czym ogarnął, że...ach, Meredith, zupełnie o niej zapomniał. Rzucił jej papierosy, próbując skupić się NA SOBIE, nie na drugim Collierze. Bo musiał ogarnąć pół wyrwanych włosów, blejsowski smak na ustach i rychły zawał serca, którego skutki już odczuwał.


_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 11:08

Naprawdę myślał, że na tym się to skończy. odepchnie go od siebie, sygnalizując, że już dość, bo zrobią coś, na co miał bardzo niepoprawną ochotę. To było tak potężne, tak silne uczucie, że miał wrażenie, jakoby niemal zakrawało o coś bardzo silnie narkotycznego, uzależniającego, toteż nie chciał sobie pozwolić, by brnąć dalej. Gdzieś z tyłu głowy zaświtała mu twarz Indiany, jednak nie w roli bata "zdradziłeś mnie, chuju", a porównania. Bo to, co się stało na tej podłodze, sekundę temu, w niczym nie przypominało buziaczków w czółko i wtulania się w blejsowy bok, podczas sto osiemdziesiątego ósmego seansu ulubionego jej filmu, co czasem płynnie z gładzenia ramionka i głaskania uda przechodziło w łatwy, lekki i przyjemny seks.
Teraz natomiast konfrontacja z kimś równie silnym i męskim, gdzie górowanie było jednocześnie czymś cudownie władczym, ale też gdy to on leżał, a Aiden siedział mu na biodrach, nie czuł żadnego upodlenia. Raczej sam Blaise odczuwał to, że Aiden też potrzebuje takiej chwilowej zamiany. To nie była rywalizacja, tylko najpiękniejszy (i wizualnie i emocjonalno-odczuciowo) rodzaj protokooperacji i równouprawnienia.
Zbyt piękny i niebezpieczny, co jednak błahym się okazało, gdy poczuł, jak Aiden wygina mu odciągającą go rękę, i znów całuje kąśliwie, intensywnie, mocno, obezwładniająco z natłoku targających emocji. Blaise złapał go za barki, odwzajemniając pocałunki, ćpając tą zakazaną energię, chcąc jednocześnie się wyrwać, ale z drugiej strony pragnął by to trwało, tak zaślepiające, tak uwalniające od wszystkich, nieistotnych wytycznych, postawionych przez, najwyraźniej jednak niewystępującą, moralność.
Nie wiedział, kiedy Aiden już stał. Blaise'a przytłoczyło gorąco, kosmiczne uczucie suchości w rozpalonym gardle i emocje, których nie miał jak uzewnętrznić, w swój sposób. Nie będzie teraz nożem do sera ciosać scenek rodzajowych w dębowym drewnie kuchennych mebli.
Podniósł się chwiejnie na ramionach, a potem, przysunąwszy się do szafki, dźwigając się na niej wstał i poszedł na drugi koniec kuchni, gdzie, jak wiedział, jest jeszcze butelka wiśniowej nalewki. Którą bez żadnego wahania wziął, bez wody mineralnej, żeby słodki trunek rozrobić i ponownie upił z butelki kilka porządnych łyków, stojąc tyłem do Aidena i Mer. Ubolewając nad sobą, bo mu się podobało. I nie chodziło o sam fakt, że pocałował akurat Aidena, raczej o to współgranie, idealnie dopasowanie każdego możliwego parametru, chociaż znalezienie równie godnego kandydata byłoby zapewne trudne.
Odwrócił się, wzrok mając już typowo blejsowy, spokojny, może nawet delikatnie kpiąco-ironiczny i wrócił do nich, chwiejnie, upijając jeszcze dwa łyki.
- Rodzinne - powiedział dość dumnie, również zachrypnięty, jednak w zupełnie inny sposób. I dostrzegł lecącą paczkę. Lecącą do Mer, o której zupełnie zapomniał. Na pewno widziała co się stało, bo jednak chwilę to trwało. I już wiedział, że jeżeli okaże się iż widział za dużo, po raz pierwszy od dawna będzie musiał użyć swojej mocy. Nie chciał, aby to wyciekło gdziekolwiek dalej, dla dobra ich wszystkich.

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: kuchnia.   

Powrót do góry Go down
 
kuchnia.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: