IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 kuchnia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: kuchnia   Pon 20 Lut 2012 - 14:31


_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Sro 29 Sie 2012 - 14:53

Ostatni dzień lata. Koniec beztroski, początek kłopotów, naukowej męki, porannego wstawania, nadzoru osób starszych, nawału prac domowych i ogólnego uciemiężenia w niewolnictwie.
Nic dziwnego, że Mattie - którego spotkał po raz pierwszy od miesiąca?, gdy wynosił rano śmieci- wydawał się mu niesamowicie przygnębiony, kopiąc niemrawo piłkę po pustym wrightowskim ogrodzie. Piłkę kolorową, ale będącą marnym kapciem. W tym domu zdecydowanie brakowało męskiej ręki. Którą do niedawna Aiden zapewniał, wprowadzając Mattiego w tajniki wspinania się na drzewach, sklejania modeli samolotów, realia II WŚ i zabawy w podchody. Do tego notorycznie przykręcał cieknący kran w kuchni - jak mogło to Wrightom nie przeszkadzać? to ciągłe kapanie doprowadzało go do zapaści - i sortował pocztę, wyrzucając wszystkie ulotki do kosza. Tak, te dziwkarskie też, nie zapominając uprzednio o podarciu ich, coby najmłodszy Wright nie wyciągnął nagich pań na światło dzienne i nie spytał schizofrenicznej mamusi o te dziwne pozy.
Jednak to wszystko było przeszłością, tak zamierzchłą, że Collier był zdziwiony, że po nieco zapuszczonym ogrodzie Wrightów nie hasają dinozaury. I że Mattie jeszcze żyje. I że nie zmienił się tak bardzo. I że go poznał, od razu go wołając i szarpiąc za rękaw, ucieszony tak, jakby właśnie spotkał świętego Mikołaja.
Takim to sposobem znaleźli się w koronie starego dębu na tyłach Wrightowskiej działki, kończąc obiecany domek na drzewie. Co było czynnością tak...rodzinną, spokojną i relaksującą, że Aiden czuł, że odżywa. Że powstaje z marnych Kennethowskich popiołów, że zrzuca z siebie tą siateczkę wyrzutów sumienia, którą zarzuciła na niego Antoinette, że dystansuje się od choroby Wendy. Przebywanie z kimś tak ŻYWYM, beztroskim, zdrowym i nieco sepleniącym - czyżby zapomniały też o wizytach u logopedy? - było jak najlepszy antydepresant. Tak skuteczny, że - gdy schodzili już z drzewa, kierując się w stronę prawdziwego domu - Collier naprawdę się zaśmiewał. Po raz pierwszy od X czasu beztrosko, swobodnie, s z c z e r z e. Obserwując jak Mattie zezuje na swój palec, krwawiący dość mocno, ot, zwykłe przypadki prawdziwych mężczyzn pracujących na wysokościach. Ale chłopiec nie płakał, był wręcz zafascynowany swoją bohaterską raną, z czego Aiden był irracjonalnie dumny.
Na tyle, że zupełnie zapomniał, że wchodzi właśnie do jaskini lwa, do domu, w którym nie był od...dobrych kilku miesięcy; że wkracza na teren, gdzie grasuje Pru. O której nie myślał...no, chciałby przyznać, że miał za dużo na głowie i Wright wyleciała mu zupełnie z umysłu. Ale tak się nie stało. Ciągle ciążyła mu gdzieś na krańcach świadomości i pomimo, że nie pamiętał już jak smakowały jej usta i nie mógł odtworzyć w myślach jej rozespanego głosu, ciągle była obecna.
Na razie jednak był skupiony na zakrwawionej koszulce z batmanem i jej posiadaczu, którego ładnie wnosił do kuchni.
- ...i oglądałeś Once upon a time...Life, prawda? Wyobraź sobie ile masz teraz tam tych białych stateczków kosmicznych. M a g i a - kontynuował, wchodząc bezpardonowo do kuchni, nie rozglądając się zbytnio, pewny, że Pru wozi się gdzieś z Jace'm a mamusia Wright śpi grzecznie piętro wyżej.
Posadził Mattie'go na krześle, otwierając jedną z szafek i bezpardonowo w niej grzebiąc, szukając jakiegoś plastra. Koniecznie w małe dinozaury. I wody utlenionej. Medykamenty szybko znalazł i odwrócił się, by przygotować wspólnie z Mattie'm stół operacyjny, jednak w połowie obrotu się zatrzymał. Gwałtownie dość.
Bo pod oknem, w promieniach zachodzącego, letniego słońca, drzemała Prudence. Przedstawiając sobą obraz nędzy, rozpaczy i dramatu. Odziana w jakiś stary szlafrok (na pewno po mamusi), ułożona niewygodnie, tak, jakby siekło ją w połowie płaczu albo łkania.
Owszem, Mattie coś tam przebąkiwał, gdy byli na drzewie, że Pru też taka smutna jest jak ja, że się rok szkolny zaczyna, w s z y s c y są smutni , ale Aiden szczerze powątpiewał, by Wright wyglądała na tak...depreysyjną, nawet w błogim śnie.
Ogarnął się jednak szybko, postanawiając zachowywać się na tyle cicho, by zaplastrować Mattiego i zmienić lokal jak najszybciej. Bo konfrontacja z Pru - tą, która go zraniła, dobiła i przewierciła na tą złą, bolącą stronę - naprawdę nie była teraz potrzebna.
- Bądź dzielny, dobrze? Zaciśnij zęby, bo będzie piekło, oj szalenie - powiedział więc poważnym szeptem, siadając z Mattiem na kolanach. Jednak popełnił błąd, bo Mattie zamiast milczeć jak mężczyzna, wydał z siebie cichy kwik, sięgając łapką do włosów Pru. Piszcząc pełnym emocji głosem coś o POTSYMAJ ZA RĘKĘ PRU, AJDA PRZYSZEDŁ. Na co Aiden prawie wykonał klasycznego facepalma, nie zerkając jednak na dziewczynę, tylko korzystając z nieuwagi Mattie'go zalał mu piekielną ranę wodą utlenioną i przetarł, naklejając plaster w pulchne dinozaury. Fioletowe.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Sro 29 Sie 2012 - 15:48

Naprawdę przychodził taki okres w życiu Prudence Wright, w którym mogła być niemądrze w d z i ę c z n a za chorobę Annabeth, za częste rozjazdy i służbowe eskapady Jeremy'ego. Gdyby mama była w pełni sił fizycznych i umysłowych, a ojczym nie znajdował się aktualnie gdzieś na Tajwanie czy w innych Arabiach, jej dość niezwykły stan zostałby zauważony, czego sama Pru nie chciała pod żadnym pozorem. Prawdopodobnie nie zostałaby zaakceptowana jej całonocna nieobecność bez znaku życia, kolejna, bo trwająca niespełna dwie doby, spędzona tym razem nie na beztroskim imprezowaniu, a w demarchelierowskiej otchłani rozpaczy, która została tymczasowo wstrzymana, z racji konieczności opieki nad Mattiem.
Prawdopodobnie bawił się nieziemsko u babci, mieszkającej gdzieś na obrzeżach Londynu, do której został odstawiony przez Pru praktycznie chwilę po opuszczeniu Hyde Parku. Prawdopodobnie nie należy się dziwić, że oczekiwał równie intensywnej opieki teraz, kiedy powrócił z trwających caalutkie dwa dni dziecięcych zabaw i integracji z kuzynami. Prawdopodobnie nie był zadowolony, że Prudence nie jest w stanie zapewnić mu porównywalnej frajdy. Nie próbowała. Nie potrafiła? Nie chciała?
Wlekąc się w kierunku łazienki uprosiła brata, żeby upewnił się czy z jego prywatnym pseudoboiskiem w ogrodzie wszystko w porządku, żeby wygrzebał ulubiony model samolotu, konsolę, nową książkę z tymi świetnymi samochodami. Kiedy gorąca woda spływała po jej całym, prawdopodobnie przeziębionym, ciele, Prudence pozwalała wyrzutom gnębić jej sumienie, chcąc przejąć się czymkolwiek. Jak gdyby czas spędzony z Chloe wyczerpał z niej wszystko. Z zamiarem upicia się do nieprzytomności porzeczkową herbatą zeszła do kuchni, ubierając się uprzednio w czarne dresowe spodnie i jakąś ciemną bluzę. W której wciąż było jej zimno, z racji czego do pakietu domowego dołączyła swój (!) stary, nieużywany praktycznie szlafrok. Postawiła wodę na herbatę, przekonana, że Mattie biega gdzieś po ogródku, przygotowała kubek z wsypanymi dwoma łyżeczkami aromatycznych fusów, po czym zwinęła się w kłębek na długiej, białej ławie pod oknem. Usnęła szybko i twardo.
Sny nigdy nie odzwierciedlały rzeczywistości. Nigdy. A przynajmniej gówno wspólnego z teraźniejszością miały - do czego Pru przekonała się i tym razem. Być może miały coś do powiedzenia w tym temacie pragnienia, niezaspokojone chęci, potrzeby. Bo sen Prudence Wright był zdecydowanie erotyczny (a do.. hmm, kwestii erotycznych ciągnęło ją, zdążyła się p r z y z w y c z a i ć, nie zaspokoić, ostatni seks? Z Aidenem.) - chyba pierwszy w jej karierze. Hmm, drugi. Ale tym razem nie dotyczył Alexa Turnera. Ani seksownego księdza w szkole magii. Ach, to trzeci. Pru nie była pewna co dokładnie się działo. Wiedziała jednak, że było na tyle gorąco, by jej oddech przyspieszył, a włosy zostały brutalnie szarpnięte, tak jak to zawsze robił...
Aiden.
Pru drgnęła, otwierając szeroko oczy i przełykając ślinę, ogłuszona siłą imaginacji, rozkojarzeniem, wspomnieniami dni ostatnich, świstem czajnika, który sygnalizował wrzenie wody w środku i.. krzykiem. Piskiem.
- Matthew! - prawdopodobnie pierwszy raz z jej ust wymknęła się pełna forma imienia małego Wrighta, kiedy okręciła się w miejscu, wciąż trzymana kurczowo przez małe, mokre, delikatne paluszki. Nie jego. Ale on też tam był. Tutaj w sensie. Bardzo blisko. Z zaciętym wyrazem twarzy i profesjonalnymi działaniami ratowniczymi.
- Aiden...? - zwątpiła, wyplątując wreszcie wilgotne włosy spomiędzy palców Mattiego i siadając prosto, z wyrazem totalnego zdezorientowania i mindfucka na twarzy. - Co się stało? - wychrypiała przeziębionym głosem, przy okazji zrywania się do pionu uświadamiając sobie, że przez jeden ułamek sekundy po przebudzeniu, kiedy dostrzegła w kuchni ich dwóch, miała wrażenie że uskutecznia marną senną retrospekcję. Bo to taki d a w n y, a zupełnie typowy widok.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Sro 29 Sie 2012 - 17:57

Gwiżdżący czajnik (dziw, że Pru nie obudził), jej ulubiony kubek z jego nieulubioną herbatą (w ogóle Aiden miał awersję do ZDROWYCH OWOCÓW. co innego, gdy były w zawiesistym, słodkim, puszkowym sosie, wzbogaconym milionem chemikaliów, wtedy: palce lizać!), sierpniowe słońce, łagodzące chaotyczny koloryt kuchni i barwiące włosy Pru na baaardzo blond złoto. Zapewne nawet i aidenowskim brązowym puklom się oberwało tym promieniem, sprawiając, że rozpływały się jak ciepła czekolada. Kuchenny zapach cukru pudru i...żelu pod prysznic? Miała jeszcze wilgotne włosy, lekko posklejane na karku. I...nowy żel, zmieniła zapach, pachniała inaczej, obco; nawet w jakichś starych dresach, w których zapewne czasem ją widywał na romantycznym spacerze do śmietnika i z powrotem.
Swojsko. Bezpiecznie. Bardzo...kuchennie właśnie, ciepło; jakby ktoś wyciął cytat z jakiejś mądrej książki i otoczył ich trójkę kokonem światła.
Mógłby to wszystko kontemplować, zauważać kolejne nawiązania do literatury i historii, ale to nie byłoby w jego stylu. I cały jego organizm bronił się przed doświadczaniem bodźców - jakichkolwiek - związanych z Prudence. Bo co prawda świeżo zasklepiona rana już nie bolała - a może wcale się nie zagoiła, tylko powstało wiele nowych? odciągających uwagę potężniejszym dyskomfortem? - ale był pewien, że jeszcze minuta w towarzystwie Pru i szwy puszczą, a on zemrze tu na podłodze z rozbebeszonymi wnętrznościami. Plując jadem, krwią i pianą.
Bo przecież tak niedawno chciał skręcić jej kark albo sprawić ból. W jakikolwiek sposób, niezależnie czy psychiczny czy też fizyczny; chciał oddać. Po szczeniacku, bardzo egoistycznie. Sprawić, żeby ją też bolało, tylko b a r d z i e j. Jakby mogło przynieść mu to jakąkolwiek ulgę albo sprawić, że szybciej zapomni.
A zapominanie wychodziło mu - przeklęta Sokolska pamięć - tragicznie. Nawet, gdy był oddalony od Pru, nawet, gdy leżał w łóżku z jakąś mulatką, nawet, gdy cierpliwie patrzył na mozolną kroplówkę, spływającą do napuchniętej żyły Wendy, nawet gdy w zupełnym pijackim amoku niszczył platoniczność kuchennej podłogi. Gdzieś tam zawsze panoszyła się Prudence. Ta zmieniona, z Bawarii, z jego pokoju; obca, chłodna, c h o r a p s y c h i c zn i e.
Nie ta, która teraz była zaspana - lewe oko zawsze jej ciążyło bardziej, co uważał za urocze - nie w dziwnym szlafroku, nie z nieogarem na twarzy tak dla niej typowym. Co wzbudziło w Aidenie irracjonalnie...inne uczucia. Co innego o kimś myśleć a co innego być z kimś na wyciągnięcie ręki.
Z kim - na razie - nie był w stanie rozmawiać. Postanowił dać sobie jakąś minutę na ogarnięcie swoich emocji, wykorzystując te cenne sekundy...racjonalnie, a nie na siedzeniu i gapieniu się na rozmymłaną Pru.
- Byłeś prawdziwym bohaterem - zwrócił się z powagą do Mattie'go, który już zostawił włosy Pru w spokoju, i obdarzył młodego energicznymi łaskotkami. A wiedział gdzie uderzyć, więc po kuchni rozniósł się radosny śmiech dzieciaka. Którego jednak trzeba było ogarnąć do końca. Kolejne cenne sekundy. - Pokaż ręce, zobaczymy, czy nie masz drzazg - rozporządził, wstając z chwiejnego taboreciku i przerzucając sobie - chwilowo - Mattiego przez ramię. Coby wyłączyć irytujący gwizdek, dokręcić kran (dalej c i u r c z y ł; nic dziwnego, że mamusia Wright dostała schizofrenii, on sam by tu oszalał) i zalać śmierdzącą zdrowiem herbatę. Ciągle pilnując, by Wright nie wpadł mu do wrzątku.
Podsunął kubek jak najdalej w kierunku Pru, sadzając sobie ponownie chłopca na kolanach - tym razem dwa stołki dalej, ot, o d r u c h o w y dystans, zabierając się za granie w łapki. Coby uniknąć zapalenia skóry, ropniaków i amputacji obu kończyn górnych. Ktoś w końcu musiał kiedyś im te krany podokręcać.
Przez chwilę więc siedział w skupieniu, postanawiając się w końcu zmierzyć z widokiem Prudence tak blisko. Co łatwe nie było. Więc zacisnął początkowo usta, nieracjonalnie, bo i tak zaraz musiał je otworzyć, coby głos wydobyć. Nie drżący.
- Zbudowaliśmy domek. Na drzewie. Tak, sprawdziłem wszystko, nic mu się nie stanie, nie zawali się, nie przeciąży, nie ma wystających gwoździ ani niebezpiecznych lin - odparł wyczerpująco na wszystkie kolejne pytania i zarzuty, świadom, że normalna Pru miałaby milion zastrzeżeń co do tak niebezpiecznego pomysłu. A może nie. Może naprawdę się zmieniła, nie tylko w jego wyobrażeniach. Które teraz wydawały mu się mocno zaciągane.
Puścił wolno Mattie'go, zastanawiając się, czy wypada teraz się pożegnać zwykłym cześć. Nie lubił takich niejasnych sytuacji. Wpędzały go...w hm, depresję? Jakie to wczorajsze.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Sro 29 Sie 2012 - 22:08

Mnogość pytań nie ustępowała, Mattie krwawił, Aiden go opatrywał, Aiden był w prudensowskim domu. Aiden nie zapomniał o urodzinach chłopca - Prudence własnoręcznie opróżniała skrzynkę pocztową każdego poranka (od kiedy nie wyręczał jej w tym co jakiś czas sam Collier), w poszukiwaniu prenumeraty pism publicystycznych i Bloomsbury Magazine, najświeższych informacyjek o wskrzeszeniu Vineyard czy korespondencji od dawnej hiszpańskiej znajomej. Przecież nigdy nie zapominał, dlatego nie cmokała ze zniecierpliwieniem, nie zwracała na siebie uwagi, nie rzucała znaczących spojrzeń, oczekując na krótką, treściwą deskrypcję zdarzenia, które uszczerbki drobne w ciągłości tkanek Mattiego spowodowało. Drobne - dzięki niebiosom, krew nie lała się strumieniami a braciszek po chwili paniki powrócił do siebie i swojego zachwytu nad Ajdą. Czum w sumie Pru nie powinna się sugerować, bo podejrzewała szczerze już od dłuższego czasu, że gdyby nawet Starszy Collier zdemontował Wrightowską tajemną konstrukcję z kasztanów, wykałaczek i plasteliny (która swoją drogą zajmowała już DOBRE PÓŁ Mattie'owego pokoju!), serce Wright byłoby mu bezwarunkowo oddane. Takie tam uwarunkowanie genetyczne.
Otworzyła usta, coby wyrazić wątpliwości, na której jednak Aiden nie pozwolił jej, ucinając temat współpracy prawdziwych mężczyzn. Co zdarzało się faktycznie często, do czego Pru nigdy dopuszczona nie była i zazwyczaj postawiona przed efektem końcowy prędzej - podziwiając świeżo wybudowany, patykowo-prześcieradłowy fort, krytykując niepraktyczność wielopoziomowego, organizowanego ze starych remontowych paneli, parkingu dla zabawkowych samochodów (a którędy będziesz wjeżdżał? przecież samochody nie latają. musiałbyś mieć nadzwyczajną zdolność!) czy zachwycając się naszyjnikiem z jarzębiny. Który wisiał na dwóch igłach, wbitych w ścianę pokoju Pru, czekając na obiecane superduper uzupełnienie w postaci bransoletki.
Zawsze start całego przedsięwzięcia był podobny. Mattie podbiegał do Pru, każąc jej się pochylić, coby wyszeptać mógł niewinne życzonko do siostrzanego ucha, Prudence - chętnie bądź nie - wyrażała zgodę na wyrwanie Aidena z jej objęć (no... nie dosłownie, zazwyczaj chłopiec nie zaskakiwał, zastawał ich w raczej cenzuralnych okolicznościach) i uskutecznienie jakiejś superextraordinary misji, którą od czasu do czasu miała prawo obserwować, jeszcze rzadziej będąc dopuszczoną do czynnego udziału.
I tym razem nie było inaczej. Mattie - wysmyknąwszy się z kolan aidenowskich, podszedł do Pru, sięgając jej do ucha i wyszeptując kilka słów. Zupełnie symbolicznych. Znajomych. Takich, które wywoływały niepohamowaną fale ciepełka gdzieś w bliżej nieokreślonych rejonach organizmu Pru. A pomyśleć, że obawiała się czegoś w stylu zróbcie mi krzesełko z rączek...Szyja Sokolicy została uwolniona z niedźwiedziego uścisku, ona sama przeniosła spojrzenie - które błyskało jakimś dziwnym ambicjonalnym zapałem i autentyczną chęcią, nawet nie wbrew woli Prudence - na, oczekującego już pewnie śmiertelnego wyroku, chłopaka.
- Aiden - zawahała się, odchrząknąwszy. pieprzona chrypka - jak dawno smażyłeś przaśniaki? - ściągnęła brwi, czując, że gdyby była w lepszej, nieprzeziębionej, nieprzybitej, nierozespanej formie, uskuteczniłaby nerwowy chichot, który zupełnie irracjonalnie cisnął się jej na usta - jakby w ramach odwetu za okrutnie długi czas skrajnie innych odruchów, reakcji i zachowań. To było d z i w n e. Z szeregu propozycji, które mogłyby zostać wysunięte w kierunku Aidena, przedstawiona została akurat ta. Symboliczna. Której przyjęcie podtrzymałoby pewnie małą, niepisaną tradycję prumaideńską (looooooooooooooooooooooooooooooooooooool).

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Czw 30 Sie 2012 - 6:07

Siedzenie w prudensowskiej kuchni naprawdę nie było szczytem aidenowskich marzeń. Nawet nie zahaczało o pokaźną listę wannabe(in)places, nie majaczyło mu gdzieś w marzeniach sennych (których praktycznie NIE posiadał; kolejna rzecz, która psychoterapeutę martwiła) ani nie jawiło się jako perfekcyjne miejsce na spędzenie sierpniowego późnego popołudnia, wdychając nową Prudence, lekki zapach kurzu i starości. Ale nie tej antycznej, tej emocjonalnej. Bo gdyby nie nawał niezbyt pozytywnych emocji i mindfucków, byłoby naprawdę idyllicznie. Rodzinnie. A takich skojarzeń z Pru z całej siły pragnął uniknąć, w głębi serca woląc, by naprawdę stała się tą obcą, zeschizowaną, popieprzoną laską, której twarz chętnie rozpłaszczyłby teraz o blat, tłukąc aż do pojawienia się (u siebie) oznak ulgi i katharsis. Ale pomieszanie z poplątaniem, nic takie proste nie było, bo już-już wstawał z tego stołeczka, mając zamiar przybić pożegnalną piątkę z Mattiem, ale Wright go zaskoczyła.
Tak, że nie wstał, wpatrując się w końcu prosto w nią, w te dziwnie zapuchnięte oczy - drzemka?narkotyki? zmartwienia i pms? ojojoj - i przetrawiając owo...pytanie. A właściwie propozycje. Szalenie sprytną, co pozwalało mu wykreślić napad kretyństwa z długiej listy schorzeń, na które mogła teraz cierpieć jego...była? eks? jego Prudence.
- Kilka miesięcy temu - odparł po prostu nieco obojętnie, uważając, by nie popłynąć z nastrojem i nie dodać dokładnych wytycznych. Jakoś dwa dni przed moją szaloną ucieczką z Wendy, no i potem jakoś mnie nie zapraszałaś do siebie; dlaczego? Nie chciał być uprzejmym (weird for colliers), ale zdecydowanie było zbyt słonecznie i beztrosko, żeby niszczyć ten błogi nastrój. Którym Aiden trochę już nasiąkł. No i Mattie patrzył na niego roziksrzonymi oczętami, robiąc za uroczy bufor. Albo zderzak. Albo pas bezpieczeństwa, utrzymując ich rozmowę w ryzach, jako ta błogosławiona osoba trzecia.
Przeszkadzająca? Ratująca? Zbędna?
- Zorganizuj sól. I sodę. I jesteś już dorosły, możesz też przynieść mąkę, ale tą z niższej półki, nie wdrapuj się na samą górę, dobra? - zwrócił się do Mattiego, ociekającego szczęściem i zupełnie zapominającego o wielkiej ranie. Na tyle, że prawie zapiał ze szczęścia, pomykając chyżo w stronę jakiejś spiżarki. Dając Aidenowi chwilę na nieskrępowane gapienie się na Pru, próbując w te kilkanaście(dziesiąt) sekund, uporządkować swoje odczucia. Negatywne? Wyglądała zbyt...beznadziejnie, by dalej mógł ją hejtować. Pozytywne? Jego osobistyczne psychoduszowe wnętrzności wygladały zbyt tragicznie, boląco i wkurwiająco, by mógł teraz poczuć chociaż nić platonicznej sympatii. Miłośnie? Raczej dławiąco. Jakby przeżył te kilka miesięcy na pustyni i teraz ktoś, na siłę, wlewał mu do gardła lodowatą wodę, dzięki której właśnie śmiertelnie się krztusi.
Ale Mattie wrócił i Aiden oderwał brązowe tęczówki od bladej Prudence, znów się uroczo do chłopaka uśmiechając. I ogarniając jakąś stolnicę i ogólnie wszystko, co było potrzebne do zrobienia tej potwornie niezdrowej przekąski. Bo - naprawdę - głodny już był. Jakoś zapominał o przyswajaniu kalorii, rozciągnięty pomiędzy Wendy, smętnym Blaise'm i spirytystycznym Kennethem, siadającym mu w pokoju przy biurku i napierdalającym o wielkiej miłości jaką haniebnie przegapił. I dając mu dobre rady odnośnie swojego zbawienia.
Collier obawiał się, że zaczyna porządnie świrować. Problem w tym, że sam dokładnie nie wiedział dlaczego. Ze strachu o Wendy? Z tęsknoty za rodzicami? Z niepokoju o rachitycznego Blaise'a? Z całej tej naukowej bez-oxfordowej dramy? Przez terapię, przez leki, przez Prudence, przez brak seksu od miliona lat?
Nie znał na to pytanie odpowiedzi, co go jeszcze bardziej frustrowało. Co też było widoczne w nieco zbyt chaotycznych ruchach czy całym kefirowo-mąkowo-ciastowym szaleństwie, które uskuteczniał, zmuszony do stania przodem do Pru. Na szczęście głowę miał pochyloną, wobec czego nie musiał uskuteczniać wesołych smajli i niezobowiązującej pogawędki. Bo - na razie - nie ufał swojemu przekaźnikowi mody. Równie dobrze mógł się zaraz rozpłakać, wyrzucając z siebie wszystkie te emocjonalne śmieci i tęsknoty, jak i stać się naprawdę skurwielsko niemiłym. Zdawał sobie sprawę z tego, że raczej stan pośredni nie występuje, skupił się więc na zabawie w małego kucharza. Milcząc, jak zaklęty, psychiczny książę na skraju załamania nerwowego. Z smugami mąki na lewym policzku.
- Mattie, miałeś mi pokazać swoje nowe rysunki. Drzeworoboty, tak? Przyniesiesz je? - powiedział w końcu, całkiem sympatycznie, chcąc wygonić młodego z kuchni na chociaż chwilę. Nie, żeby oczyścić pole do rozmowy, bo ta za bardzo by go bolała, ale...z czystej ciekawości. Czy Pru znowu straci zdrowy rozsądek, skoro zabraknie osoby trzeciej, czy też po prostu podziękuje mu za przygotowanie przysmaku i również zdezerteruje do krainy ohydnych szlafroków. W głębi ducha wolałby to pierwsze, bo nie rozmawiali...normalnie rzecz jasna, od miliona lat. I to też bolało. Na równi z tą romantyczną, rozjątrzoną (przed chwilą, gdy tylko ją zobaczył) raną.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Czw 30 Sie 2012 - 8:36

Tęsknota za Aidenem, ekscytacja każdą chwilą z nim spędzoną, bagatelizowanie... właściwie błahych wypadków przy pracy (jak zraniona ręka, jak zdrada), kreatywność w wyszukiwaniu dobrego sposobu na przytrzymanie go przy sobie jeszcze chwilę - Prudence doskonale to widziała w Mattiem, rzeczywiście dostrzegając w nim... siebie. Osobę bezgranicznie uwielbiającą, zachwyconą i nieco przerażoną perspektywą rozłąki z Collierem. Z tą drobną różnicą, że przywiązanie, zdecydowanie emanujące od Mattiego było mniej... rozpaczliwe, jeszcze i bez endu zbudowane na pełnym zaufaniu i niesamowicie szczerej sympatii. Coś, co zdążyło wybuchnąć u młodego Wrighta, wypaliło się w przypadku jego przyrodniej siostry, kiełkowało w osobie małej Dorith - dziecka-niespodzianki, znalezionego w bawarskiej głuszy i kapuście. Sokół świetnie radził sobie z dziećmi. Z Mattiem. Prudence podejrzewała, że nierzadko lepiej niż ona sama - nie potrafiąca do końca przesłonić bezpośredniej troski działaniami, które odwróciłyby uwagę chłopca od, powiedzmy, wojennej rany, kiedy wdał się w bójkę z kolegą z klasy. Wciąż była osobą uwielbioną przez Mattiego, ale prędzej z racji niebywałej poufałości, zaufania, jakim darzył tylko ją, kiedy o tej ślicznej brunetce z zielonego stolika mówił czy o strachu przed pijanymi ludźmi wspominał.
- Nie zapomnij o dżemie - zawołała wycharczała za znikającym za framugą drzwi chłopcem, wracając myślami do Colliera.
Wright nie była pewna czy Aiden najzwyczajniej miał smykałkę do dzieci, zbyt dobre serce (osiemde), żeby odmówisz szkrabom, pakującym się mu na kolana czy rzecz tyczyła się jego mocy - niezmiennie w centrum uwagi. Odporne na wywołujący erotyczną gorączkę dotyk Colliera, dzieci lgnęły do niego masowo nieomal, znajdując w nim kompana zabaw na najbliższe całe życie. A przynajmniej tak im się wydawało. Mattiemu wciąż. Prudence jeszcze nie tak dawno.
Zawieszając się wzrokiem na krawędzi blatu, którego rysy przesłaniane były przez opary z kubka, ściskanego już w jej dłoniach, wracała myślami do wydarzeń w kuchni, rejestrując po właściwie kilkunastu sekundach od szaleńczego pędu brata do spiżarni, że Aiden bez słowa , uśmieszków pod nosem, zniecierpliwienia czy zbędnych spin podjął wyzwanie rzucone mu przez Wright. Najmłodszego ofc. Machinalnie podniosła kubek do ust, przechylając go bezmyślnie i okrutnie parząc sobie język. Odstawiła kubek na zawalony doniczkami, zdjęciami i innymi pierdółkami parapet, przywołując się do względnego porządku. Nie wiedziała do końca czy rozkojarzenie spowodowane jest nagłym wyrwaniem ze snu, okropieństwami ostatnich czterdziestu ośmiu godzin czy obawą o ograniczony kontakt ze światem (teoretycznie zgłosiła kradzież telefonu i portfela; nie miała głowy, by starać się o zamienniki). Pewna natomiast była, że o Aidena nie chodziło - czuła się tak jakby przygotowana na podobne okoliczności była - chociaż to irracjonalne. Przygotowana? Może prędzej przyzwyczajona.
Kuchnia. Dziecko. Aiden przygotowujący jedzenie. Prudence zawieszająca się konkretnie. Have been there?
Fakt, tamto pomieszczenie było zdezelowane, asortyment skrajnie ubogi, w porównaniu z raczej kompletnie zaopatrzoną kuchnią Wrightów, dziecko inne, choć również blondwłose i - oczywista oczywistość - niewątpliwie zachwycone Ajdą. Krótka myśl, wspomnienie małej Dorith, dziecka buszu, zajęło myśl dziewczyny na tyle, by nie musiała po kolejnym wymarszu Mattiego uciekać się do randomowych tekstów dot. szkoły, faktycznego stanu i kolorystyki domku na drzewie, startującej jakoś wkrótce szkoły czy prośby o podwózkę na komisariat.
- Mam nadzieję, że udało Ci się bezpiecznie rozwiązać kwestię Dorith - powiedziała, pociągając nosem i upijając dwa łyki herbaty o temperaturze WRESZCIE zdatnej do picia, po czym minęła chłopaka w drodze do lodówki, z której wyciągnęła kilka rzeczy. Odsuwając szufladę zaopatrzyła się w dużą łyżkę i przysiadła na blacie, stawiając obok siebie miskę, w której poczęła mieszać twaróg ze śmietaną. - Dowiedziałeś się czy był zamieszany w to Werter? - Właściwie potrzebowała rozpaczliwie nawiązania tematu, doświadczając chwilę przed powstaniem z etatowego legowiska uczucia wzbierającego odruchu wymiotnego, kiedy ostro zapiekło ją miejsce na lewych żebrach, nieco zbyt intensywnie szorowane pod prysznicem, po uderzaniu fali wściekłości gdy zwróciła uwagę na tatuaż. Zacisnęła wargi. Wystarczyło zerknąć na Aidena, by chwilowo oderwać się myślą od Corneliusa, znaleziska bawarskiego, dramy pruidenowskiej. Spojrzeć, obserwować przez chwilę precyzję, z jaką łączy składniki, ugniatając ciasto, dostrzec lekko zaciśniętą szczękę - czyżby nerwy? - dostrzec w każdym pieprzonym ruchu, każdym spojrzeniu i elemencie aparycji collierstwo. Nie chciała siać paniki, wyolbrzymiać kwestii. Zanim wypaliła z pytaniem o stan Blaise'a i czy przypadkiem czegoś nie brał w czasie obozu postanowiła porozmawiać z nim osobiście, bez wcześniejszego badania podłoża. Z drugiej strony chciała móc potrafić rozmawiać z nim o wszystkim - obawiała się że przez długi okres czasu będzie na to za wcześnie. Choćby teraz - nie była w stanie nawiązać do czegokolwiek istotnego. Powiedzieć o Kornelu. Obawach dotyczących Blaise'a. Chloe. Jej samej. Otrząsnęła się.
Dlaczego wspomniała akurat o małej dziewczynce? Brzmiała zupełnie zwyczajnie, jak gdyby miała zamiar i w ogóle była w stanie podjąć logiczną konwersację. Jak gdyby nie przedstawiała sobą obrazu nędzy i rozpaczy a w głowie nie miała nasrane mnóstwem popieprzonych dramatów dni poprzednich.
Puściła łyżkę, trzymaną w kurczowym uścisku i odstawiła miskę na bok. Pochyliła się, nieomal chowając głowę między kolanami. Było tak. Przeraźliwie. Źle.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Czw 30 Sie 2012 - 10:23

Jakiekolwiek zabawy w kuchni Aidena odpychały. Jako męski szowinista (słusznie) uważał, że to pomieszczenie jest stworzone dla kobiet, które pichcą, gotują i ogólnie świetnie się bawią, łącząc jakieś chore składniki w jedną pyszną całość. Specjalnie dla niego. Bo jak każdy mężczyzna (i szowinista też) uwielbiał dobrze zjeść. I dużo. Niekoniecznie zdrowo, ten wymóg akurat znajdował się na kulinarnej liście Aidena jako ostatni. Co właściwie dużo mówiło o jego kondycji fizycznej: kilotony nikotyny + ostatnio alkohol + leki + nutella i pizza. Bo tym ostatnio się żywił, chodząc chyba tylko dzięki nakręceniu, dramom i motywacji wingfieldowskiej. Która nie była na tyle silna, by wepchnąć mu szpitalne jedzonko do gardła. Bez sensu, i tak się marnowało, gdy Wendy po raz enty klękała nad toaletą. N o r m a.
Tak daleka od tej obecnej. Bo nie śmierdziało tu fajkami (pokój Aidena) ani środkami czystości (szpital) ani śmiercią (pokój Wendy). Zupełnie inne środowisko, kojarzące się dobrze. I generalnie mógłby uważać ten dzień za szalenie udany - bo Mattie, bo odstres zupełny, bo chwila dziecięcej zabawy, bo czuł się nawet trochę zmęczony, więc może uśnie spokojnie - gdyby nie wątła sylwetka wątłej Prudence wątle mieszającej jakieś produkty. Nie wnikał jakie, skupiony na babraniu się w cieście. Dobrze, że koszulkę miał bez rękawów, bo inaczej blejsowski sweter (jakoś się do niego przywiązał, cóż) nadawałby się do wyrzucenia. Takie marnotrawstwo kaszmiru!
I zapewne milczeliby sobie uroczo, skupieni na swoich obowiązkach, gdyby Pru nie przemówiła. Czego właściwie się nie spodziewał, przewidując, że raczej opluje go jakimś idiotycznym oskarżeniem albo zacznie go słownie kopać, tak, że po powrocie do domu będzie w stanie tylko zwinąć się do pozycji embrionalnej i histerycznie płakać.
Ale zamiast emocjonalnego wpierdolu otrzymał coś - teoretycznie - gorszego. F r a z e s y, błahy temat, Dorith? Zupełnie o tym zapomniał i wydawało mu się, że Pru nerwowo szukała jakiegoś banalnego zahaczenia do rozmowy. Wybrała idealnie, zero nieprzyjemnych wspomnień, zero odniesień do ich przeszłości; po prostu kunszt wkurwiającej pogawędki o pogodzie.
A może nie aż tak źle, może się starała i...
A może jednak tak. Skończył zabawę w ciastową wróżkę i odwrócił się do szafek, uprzednio ogarniając ręce pod zlewem. I gapiąc się w szafkę z jakimś dziwnym zacięciem na twarzy. Które także ujawniło się w jego tonie, gdy zaczął mówić. - Naprawdę tak to teraz będzie wyglądać? Będziemy się spotykać tylko na siłę i z kimś, kto zapewni nam barierę bezpieczeństwa? To żałosne, że nie potrafisz ze mną szczerze i r a c j o n a l n i e porozmawiać - powiedział, jednak już nie obojętnym tonem, a szczerze... zezłoszczonym? Podirytowanym mocno? I jak zawsze ignorującym pytanie, na które nie znał odpowiedzi. I jakoś jej nie pragnął, pragmatycznie ogarniając, że lepiej się zastanawiać nad sprawami chwili obecnej. Na przykład: gdzie jest patelnia?
Odwrócił się od tych szafek, chcąc przeszukać te po drugiej stronie - w międzyczasie oczekując jakiejś odpowiedzi Pru - jednak odpowiedź nie nadeszła. Nic dziwnego, skoro, gdy już stanął przodem do blatu nieco zaskoczył go widok Pru zgiętej w pół. Jakby ją nagle zemdliło albo dostała ataku wyjątkowo silnej migreny. Albo wyrostka robaczkowego? Może dlatego wyglądała tak beznadziejnie? Bo nigdy nie przejmowała się jego słowami na tyle, by rozpoczynać jakieś teatralne dramy. Chyba.
- Pru? - powiedział nieco cierpkim tonem, jakby chcąc przywrócić krnąbrnego ucznia do porządku. Bo udawał ból palca przed ważnym sprawdzianem. Albo coś równie naciąganego. Jednak po chwili bystrze ogarnął, że nie ma do czynienia z beznadziejną grą aktorską a...wstępem do choroby psychicznej? wizualizacją samego siebie, gdyby poddał się wszystkim dramom, jakie go otaczały?
Zmarszczył brwi, wycierając wilgotne ręce w spodnie i uklęknął przed Prudence, łapiąc ją za przedramiona i odciągając jej ręce od twarzy. Prostując ją nieco, na tyle, by mógł spojrzeć jej w oczy. I mocno się zaniepokoić. Bo coś tu wyjątkowo nie grało. I nawet jeśli - dość niedawno - miał ochotę ją skrzywdzić, to zdecydowanie chciał to zrobić on sam a nie ktoś. Albo śmiertelna choroba. Kolejna. - Co się stało? - spytał bardzo konkretnie, ciągle ją za te chude witki trzymając i dziękując za swoją przezorność i zabranie mocy. O ileż życie było prostsze. Przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie. Chyba będzie musiał zrobić z Charlie'go swojego prywatnego murzyna.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Czw 30 Sie 2012 - 19:38


Wybacz mi telefoniczna jakość <3 

O ile w mieszkaniu Chloe nie tak dawno temu Prudence obiecała sobie trzymać się mocno, twardo i bez możliwości utraty kontroli - aktualnie cały misternie ułożony plan spektakularnie dal dupy. Właściwie chwial się na ostatnich dwóch włoskach zdeterminowania Wright od chwili rozpaczliwego zrywu narodowego z użyciem kilograma mydła/wszystkich dostępnych paznokci/kostki pumeksu w celu usunięcia ze swojego ciała nieomal parzacego tatuażu. Bo po nagromadzeniu wszelkich wątpliwości, po wyczerpaniu pytań o SENS i faktyczny ZAMIAR, po chwilach, w których najtrudniej było jej okazywać sile (wtedy, kiedy Chloe wyczerpana płaczem i histeria opadała z sił i zasypiala z nieustepliwym wyrazem ciągłej udreki na twarzy) przyszedł czas na gniew. Powoli kielkowalo w niej to uczucie, podsycane dodatkowo przy każdym kolejnym analizowaniu treści ostatniej wiadomości Corneliusa. Kiedy już zdołała uwierzyć - dzieliły ja niepokonane, kolosalne i nieprzebyte odległości od zrozumienia.
Prudence pamietala Kornela z auli teatralnej. Obcego, wycienczonego, zmeczonego całym tym narkotykowym syfem. Nie potrafiła teraz zrozumieć jak mógł dopuścić się takiego idiotyzmu, żeby znów spróbować. Żeby zaprzepascic wszystko, co zdołał zbudować dla siebie, Chloe, rodziny, jaka - co było przecież planowane - mieli tworzyć. Nie widziała w tym najmniejszego sensu, uważając jego posunięcie za najbardziej z możliwych samolubne, niedojrzale. Nie było szans, żeby Wright zrozumiała ten akt... wołania o pomoc? egoizmu? tchorzostwa? Być moze Pru nie znala Lancastera wystarczająco dobrze, skoro nie była przyzwyczajona do takiego sposobu rozwiązywania problemów.
Definitywny rozłam miał nie nadejsc, Prudence miała być wciąż ogarnieta i powoli gromadzić resztki sił w akumulatorkach, które później magicznym sposobem w potrzebujące ręce Chloe włoży. Już na kilka godzin przed wyjściem z jej domu nie potrafiła nie okazywać tego wciąż wzbierajacego gniewu. Pru widziała doskonale na własne oczy do jakiego stanu klolkowego doprowadziła ta ostatnia kornelowska ucieczka w heroinę. Niecenzuralnymi myślami wzywała Lancastera, chcąc mu dobitnie uświadomić jakie piekło zgotował osobie, którą przecież tak kochał.
Obecność Aidena uświadamiala jej jak marne są te wciąż podejmowane próby tymczasowego zdystansowania, jak trudno przychodzi jej zwyczajna randomowa rozmowa w ramach odwrócenia uwagi od listy problemów, na której szczycie wytluszczonym drukiem z kolorowym podkreśleniem widniała adnotacja co do tego, jak beznadziejnie sobie z wszystkimi poniżej radzi.
O czym mogłyby uświadomić ja słowa poirytowanego Aidena, gdyby sama świetnie o tym nie wiedziała. Zacisnela w pięści dłonie, przycisniete do boków głowy, chcąc... skompresowac? wycisnac z siebie jak najwięcej tych wyzerajacych od środka myśli. Nie na wiele jednak się to zdało. Jej przedramiona zostały uchwycone, odsunięte, d o t k n i e t e. Prudence była prawdopodobnie zbyt zaskoczona (faktem samego zbliżenia ekstremalnego, aura collierstwa, która otoczyła ja razem z, wciąż wyczuwalnymi mimo intensywnej pracy fizycznej, perfumami i niewerbalnym rozkazem ogaru), żeby zwrócić uwagę na nie wywołujący żadnych konsekwencji dotyk. Subtelna sugestia, nawet niekoniecznie wysunieta przez Colliera, a zdecydowanie wyczuwalna - Pru musiała się ogarnąć - to oczekiwane od niej było zawsze. Teraz.
- Nie radzę sobie - przyznała, bez krztyny rozzalenia, ze strachem prędzej. Wstydem? Dzieliła się z towarzyszem przykrym doswiadczeniem. Przecież... - Miałam mieć nad tym kontrole. Kornel nie żyje - kontynuowała z zupełnie innej paki pozbawionym emocji głosem. Tylko w jej oczach blyskaly iskry złości. - Zacpal się - syknela, podnosząc rozgniewane spojrzenie na Aidena. Jak mogła tak długo z nim nie rozmawiać? Był przecież jedna z dosłownie kilku osób, z którymi potrafiła tak naprawdę. Kto słuchał Pru zarówno rozregulowanej, rozemocjowanej i w każdym innym pośrednim wydaniu. Nie chciała tych pieprzonych hamulcow. - Znowu coś s t r a s z n e g o zbliża mnie do Chloe. Jest w strasznej rozsypce - jest? A Ty Prudence?

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Czw 30 Sie 2012 - 20:43

Klęczenie przed Prudence na zimnych płytkach nie było bardzo wygodne, ale Aiden nigdy nie był rozpieszczony. I nie bał się bólu kolan ani ryzyka zginania karku przed swoim niedoszłym...wrogiem?, bo zawsze wiedział, że ma przewagę. Fizyczną, psychiczną, intelektualną, mentalną, k a ż d ą. Co go nieco depresjonowało - ciężko być taką wspaniałą istotą w tak przeciętnym świecie, to przecież groziło samouwielbieniem! - ale do czego się przyzwyczaił. Już, znowu, bo ową irracjonalną i chorobliwą pewność siebie zabrała mu tylko Prudence. A dokładniej: wyryła scyzorykiem, zardzewiałym, odcinając razem z nią także kawał serca, płuca i mózgu. I to dlatego bolało.
Nawet teraz, gdy trzymał nagie ręce na jej przedramionach. Coś szarpało, pulsowało, podgryzało nerwy i zapewne zaszczękałby zębami z nadmiaru tych nieprzyjemnych doznań, gdyby Pru ponownie w niego nie pieprznęła. Emocjonalnością. M o c n ą.
Owszem, bez żadnych płaczów, wrzasków, policzkowania, bez rumieńców i całego tego fizycznego bajzlu. Bo operowała tylko tonem; zrezygnowanym, autentycznie przerażonym, nie rozumiejącym, wkurwionym, oskarżającym. Szczerym. W końcu sensownie i racjonalnie ubierając to, co myśli, w słowa, tak, że Aiden nie musiał snuć jakichś chorych dywagacji i aluzji, ogarniając (zazębianie się, oh well) wszystko na raz.
Rozpieprz Wright w depresji na początku. Tłumaczący jej wygląd i dziwaczne zachowanie. Potem: dziwne smsy Demarchelier. Następnie: jakieś irytujące plotki, które docierały do niego przez E150, a na które nie zwracał uwagi, kursując i fizycznie i myślowo pomiędzy szpitalem a swoim zabałaganionym pokojem.
Nie czuł się zszokowany...a przynajmniej nie wiadomością o śmierci Corneliusa. Którą przecież - nie tak dawno - przewidywał. Cóż, stało się; nie miał zamiaru pytać w jakich okolicznościach i jaką dawką, to nie miałoby sensu. Lancaster nie żyje, Demarchelier pewnie zamienia się w proch i pył i wygląda gorzej niż Wright, która...też nie wyglądała najlepiej. C i e r p i a ł a? Kolejna przepowiednia-marzenie Aidena Colliera spełniona; marzenie z którym klęczał teraz twarzą w twarz, czując chłód jej skóry i ciepły, nieco spazmatyczny oddech.
Czy tak powinien wyglądać, dowiadując się o śmierci Kennetha? Tak to przeżywać? Patrzył prosto w jej oczy niemal łakomie, jakby masochistycznie chcąc zapamiętać te uczucia, wypisane jej na twarzy. Właściwie nie masochistycznie a naukowo; może mógłby je jakoś odtworzyć, przeredagować na swój użytek. Już zapomniał co to znaczy żałoba, taka prawdziwa, nie stłumiona w zalążku paradą seksu, przyjemności i książek. Taka przeżywana prawdziwie, do bólu i zatracania; taka, jaka rysowała się na twarzy Prudence.
Poczuł się niesamowicie...zafascynowany. Co - nagle, szybki przebłysk - wydało mu się niemoralne. Pogrubić i podkreślić, coś Aidenowi Collierowi wydawało się nie na miejscu.
Na tyle, że przerwał ten kilku(sekundowy? )minutowy ciąg emocjonalny i podniósł się gwałtownie, podnosząc też Pru. Do siadu. Współpartego (jakoś) o blat. Dalej jednak łapał jej spojrzenie, jak jakiś przedstawiciel pogotowia ratunkowego, świecącego pacjentowi prosto w źrenice. - Brałaś jakieś leki? Swojej matki? - spytał od razu, niemalże widząc oczyma wyobraźni, jak Pru pochłania kilkaset tabletek, bo po prostu zachce się jej spać. Albo coś równie głupiego, bez intencji samobójstwa, ot tak, dla zwykłej wygody i ukojenia rozpieprzonych nerwów. Które były w szczątkach.
Owszem, teraz znał powód - całkiem SENSOWNY, więc nie zamierzał go jeszcze hejtować - ale to nie zmieniało faktu, że Pru musiała się ogarnąć. Już nawet nie chodziło o Colliera (!) i jego widzimisie, ale o dobro własne Wright. I Mattiego też, który ciągle siedział na górze, na pewno postanawiając wykonać specjalistyczny rysunek Aidena przy patelni. Całe szczęście, że ominęła go chwila kryzysu starszej siostry, o którą i tak się martwił.
- Nie masz kontroli, Pru. I nigdy nie będziesz miała, jeśli co chwila będziesz się rozsypywać - powiedział smutnym, autentycznie, tonem, po czym - upewniwszy się, że mu ze stołka nie zleci - podstawił jej pod nos miskę. Którą się powinna zająć.
Odwrócił się też, ogarnąwszy w końcu gdzie jest patelnia. I ogarnąwszy - again - siebie, odrobinę. Bo kontakt z Prudence był za krótki, by rozpieprzyć jego poukładany od nowa światek, ale wystarczająco silny, by mocno poprzestawiać fundamenty, na jakich chciał zbudować ich nową relację. Ale to dopiero za chwilę, jak rozpocznie kuchenne rewolucje, ciągle czując jakiś dziwny ciężar. Emocjonalny. - Nie był wart tego, co teraz przechodzisz - dodał nagle, szalenie szczerze, odwracając się znowu do niej przodem i zauważając zmiany. Przez oświetlenie - a może przez zrozumienie - wydawała mu się bledsza, bardziej śmiertelna i bliższa. Nie wiedział tylko, czy uaktywnia u niego instynkt opiekuna czy łowcy.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Pią 31 Sie 2012 - 12:25

Obserwowanie Aidena z tej perspektywy - Aidena blisko, Aidena uważnego, rozszyfrowującego wyraz prudensowskiej twarzy, słuchającego i na słowo wyjaśnienia oczekującego - było dla Pru doświadczeniem zapomnianym. Specjalnie, z premedytacją i pełnym zaangażowaniem odsuwanym od siebie. Wolała widzieć go z tej drugiej strony, gdzie nie spełniał obietnicy, gdzie manipulował, gdzie z niezachwianą pewnością siebie egzekwował swoje, polegając na swoim doświadczeniu i wiedzy o tym, jak z Wright należy się obchodzić. Z racji pamięci o wszystkich upokorzeniach, na które pozwoliła (tudzież którym się przysłużyła - cóż za autowpierdol mentalny), zdradach i collierskiej sile perswazji, Pru wyparła ze swojej żądnej nienawiści głowy wszystko to, co mu zawdzięczała, jak gdyby chcąc się bronić przed zależnością.
Prudence byłą dumna. Dumna i wytrwała, śmiesznie i niemądrze wyniosła. Nie znosiła być zależna, ograniczona czyimś wpływem, broniła się nogami, rękoma i gorącymi zaprzeczeniami przed zaakceptowaniem faktu, że coś się rozwiąże jedynie z czyjąś konkretną pomocą.
Oczywistym faktem jest, że właśnie z racji tej chorej, niedojrzałej postawy nie potrafiła jak dotąd normalnie z Aidenem Collierem rozmawiać. Po rozstaniu ofc. Przerażało ją, jak świetnie i dogłębnie zna jej osobę tak bardzo, że nie była w stanie zaakceptować faktu konieczności zwrócenia się do niego o pomoc. W ramach uniesienia się dumą. Która też miała swoje granice - co Prudence doskonale wiedziała teraz, niezaprzeczalnie ogarniana przez... właśnie, kogoś, komu już nigdy nie chciała na to pozwalać. Widziała jego intensywne spojrzenie, na które sam sobie przecież nie pozwalał od dobrego miesiąca, była pewna, że właśnie w tej chwili próbuje czytać z niej, zafascynowany i przejęty, tak jakby... niekoniecznie runął postawiony byle jak, na szybko mur, ale ktoś skrzętnie i po cichu wydłubywał ledwo zaschniętą zaprawę spomiędzy cegieł, coby otworzyć między nimi małe okienko.
Wciąż za wąskie, żeby faktyczny i całościowy obraz odsłonić. Dlatego Prudence pokręciła nieznacznie głową, pozostawiona na blacie, machinalnie łącząc składniki w misce, ustawionej jej na kolanach.
Wystarczająco szerokie, żeby Prudence rozwiązał się odrobinę język. Żeby mogła mówić w miarę naturalnie.
- Wściekłość, czyli aktualnie główny stan, nim spowodowany, to chyba nie to - stwierdziła, zawieszając spojrzenie gdzieś w okolicy czujnika dymu, zawieszonego przy czarnym okapie. Czuła się trochę jak pacjent terapeuty (tym bardziej teraz, kiedy czuła znów taksujące ją spojrzenie Colliera), któremu być może nie ufała do końca, ale miała wrażenie, że nie ma nic do stracenia. - Po prostu... słuszne decyzje nie pozwalają mi czuć się lepiej, spokojniej - automatycznie przeniosła wzrok na Aidena, mocno uświadomiona, czym była owa słuszna decyzja i że wciąż sama gówno wie o wypośrodkowaniu emocji, co mogłoby dać jej ów wymarzony spokój. Pomyślała też o Blaisie. O jego niewyobrażalnie przykrym dla Pru zachowaniu w Bawarii, przedziwnym ostatnio, kiedy wymienili serię nieogarniętych smsów. - Tak jakby wszystko dawało mi znać, że ja nie jestem tego spokoju warta. Bo naprawdę próbuję się nie rozsypywać - dodała, zwilżyła językiem nieco spierzchnięte (czyżby gorączka?) wargi, zsuwając się z blatu i wyposażona w drewniany wałek wyminęła Aidena, żeby zająć się przygotowanym ciastem, z którego po kilku chwilach poczęła wycinać nożem kwadraty, prostokąty, romby i pochodne wielokąty.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Pią 31 Sie 2012 - 13:37

Przypominanie sobie tylko złych cech swojej...byłej miłości było szalenie banalne. I pomocne, bo zawsze lepiej przedstawiać kogoś ważnego w barwach ciemniejszych i odpychających niż skupiać się na pozytywach. Które nieodwołalnie minęły, bez szans na ponowne ich doświadczenie. Aiden miał podobnie, łatwiej mu przychodziła niechęć i agresja niż jakakolwiek czułość i sympatia, ale i tak mocno się pogubił w swoich emocjach odnośnie wątłej Pru.
Emocjach, które teraz - zgodnie z wytycznymi swojego przewodnika duchowego w ciele Clooney'a - próbował nazwać. Po cichu, będąc odwróconym plecami do Pru, bo zajmował się ogarnianiem patelni, na którą zaraz miały polecieć niezdrowe, pulchne przaśniaki.
Swoją drogą: idealna sceneria do takich rozkmin. Za jasno, za blisko, za głośno, za spokojnie właśnie. I za...czysto, tak, że Aiden zdecydowanie nie mógł niczego określić. Chyba, że drogą wielokrotnych skreśleń. Na pewno nienawiść, pogarda, żal, współczucie i litość nie istniały na liście odczuć do P. Wright. Ale w takim razie co się zaliczało? Bał się przyznać, że ciągle coś do niej czuje, coś, co bardzo mu nie pasowało, kłuło i niszczyło idealny obraz świata. Bo o wiele łatwiej było odczuć tą poharataną skinny love i zastąpić ją czystą przyjaźnią.
Mogliby siedzieć godzinami w kuchni, rozmawiać, kłócić się; mógłby opiekować się Mattiem, mógłby naprawiać ten irytujący kran; mógłby dyskutować, mógłby zaczadzać się na śmierć; mógłby ją nawet pocieszać, pomóc przyklejać jej zdjęcia Lancastera na ścianę, kibicować przy związku z jakimś smukłym blondynem, opieprzać ją za nieudolność i motywować do działania. Składać, prostować, naprowadzać na właściwe ścieżki żywota i...być. Tuż obok, na wszelki wypadek i na całe szczęście.
Ale to było niemożliwe. I trudne, teraz, w takiej niejasnej dla niego sytuacji. Od której drętwiała mu skóra i cierpły komórki nerwowe. Czyli: też nie miał świętego spokoju, tak jak ona, a przecież chciał dobrze. Ale to Prudence podejmowała słuszne decyzje, niszcząc wszystko, co sobie logicznie zaplanował.
Nie miał teraz zamiaru się tłumaczyć, prosić o ponowne wysłuchanie, rozżalać się ani wyrażać swoich emocji w racjonalnych słowach. Albo gestach. Bo nie czuł się na siłach, by ją objąć, pocałować albo chociaż dotknąć, tak jak przed chwilą. Wszystko było zbyt zagmatwane. I postanowił to uprościć, prawie całkowicie lekceważąc wzmianki o Lancasterze. Był martwą, gnijącą zbitką komórek; Aiden nie miał zamiaru zapychać sobie umysłu czymś tak...nieżywym i niemającym wpływu na rzeczywistość.
Bardzo naiwne i szalenie pomocne w radzeniu sobie z nieprzewidywalnymi kolejami szalonego bernardowskiego życia.
Gdy Pru stanęła obok niego, by rzucać na patelnie kawałki ciasta - sokolskie kwadraty; jak zawsze najgorzej wychodziły jej jakieś gwiazdkopodobne formy - odwrócił się do niej, robiąc krok do tyłu. W ramach ustąpienia jej miejsca albo nabrania dystansu; do siebie, do słów, do wszystkiego.
- Żałujesz, że nie jesteśmy już razem? Czy czujesz się teraz lepiej? - spytał spokojnie, nie z dziką ciekawością; raczej badawczo, ostrożnie (!) i mimo wszystko bezpośrednio. Mając nadzieję na szczerą odpowiedź, która chociaż nieco mu ustawi światopogląd. - Nie wiem nawet co do mnie czujesz - dodał po chwili, nieco...wstydliwie wręcz, jakby przyznawanie się do niewiedzy, jakiejkolwiek, było dla niego czymś potwornie żenującym. Co poniekąd było prawdą.
Oparł się o blat, sięgając do kieszeni po papierosy i zapalniczkę, żeby już po chwili zaciągnąć się głęboko dymem. Na uspokojenie, na urojenie, na tę krótką chwilę, kiedy nie było tu Mattie'go i mógł się trochę pozatruwać. Patrząc na Prudence i dopiero teraz, na tej małej kuchennej przestrzeni, uświadamiając sobie jak bardzo mu jej brakuje, pomimo teoretycznej bliskości. Wyciągnięcie ręki, tylko tyle, aż tyle.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Pią 31 Sie 2012 - 14:20

Prudence czuła źle psychicznie. I w ogóle psychicznie. Ale to co innego czuć się źle i mieć przed sobą szerokie pole manewru do rozsypywanka jakiegokolwiek, nieograniczonego, zależnego jedynie od kreatywności i poziomu gówna, w jakie się wdepło cudnie, a co innego czuć się źle i to analizować, nie widzieć póki co wyjścia ale mieć świadomość, że jakieś jest, tylko należy do niego powoli, z przyświecającym hasłem ogaru i komendą zebrania się do... kupy.
Kontynuując bullshitowe dywagacje - Pu nie chciała srać ogniem przy każdej okazji, kiedy perspektywa obcowania z Aidenem Collierem, przebywania w jednym pomieszczeniu i dzielenia stolika w bibliotece jest BLISKA. A do skoków na głęboką wodę nie była przyzwyczajona. Dlatego musiała się zacząć p r z y z w y c z a j a ć (i przy okazji traktować go jako swojego prajwat-osobistycznego terapeutę z przymusu). Dlatego chciała uniknąć konieczności zachowywania się jakby-nigdy-nic i mieć za sobą te pierwsze w miarę neutralne i ludzkie kontakty. Bez syknięć, rozjuszenia, najeżonej sierści, ostrej ofensywy i znaczenia terenu.
Zastępując je szczerością, opanowaniem, rujnowaniem dystansu po to, żeby mieć fundament. Za który kiedyśkiedyś uważała pełne zaufanie, a który - jak się okazało w późniejszych obserwacjach i bolesnych retrospekcjach - był od spodu podgryzany i pleśnią skażony. Został zlikwidowany? Doszczętnie? Wyłyżeczkowany teren, plac pod budowę? Nie jałowa gleba, nie pustynia czy jakieś miejsce gdzieś, bo Aiden miał zajmować w... hmm, umyśle? sercu? Pru miejsce konkretne, nie przypadkowe, nie zapomniane i wykreślone z legendy pod mapą życia Wright.
Było go w nim za dużo. Wyżłobiony prędzej czasem, intensywnością, faktem figurowania jako miłość pierwsza, miłość realna, pierwsza osoba, z którą się kochała. Jedyną. A przynajmniej że do tej pory tak było Prudence miała ogromną nadzieję - nie mogło się przecież dziać nic więcej krótki, mało intensywny kontakt z tamtym yorkshireowskim Francuzem, który pozostawił na jej szyi blaknącą już malinkę. O której zapomniała, stojąc teraz uzbrojona w ostry nóż przed Aidenem i koniecznością nazwania swoich do niego uczuć. Co chciała zrobić, Aiden prosił - Pru mogła mu entuzjastycznie przyklasnąć i spropsować - i wymagał, Pru chciała i potrzebowała tego. Dla siebie, Dla Aidena. Obróciła się w miejscu, odkładając narzędzie na blat nie ze strachu, nie z racji trzęsawicy pospolitej. Wystarczająco otrzeźwiona była. Pytaniem Aidena? Jego obecnością? Całością działań i bardzo swoim zachowaniem. Nie czuła paraliżującego strachu, przyspieszonego oddechu, miękkich kolan. Raczej ulgę (again) - tak jakby sama się nie mogła tego doczekać. I być może dlatego jej pierwsze zdanie spłynęło, jak gdyby dopiero poganiane myślą. Na szczęście bardzo kompatybilną z brzmieniem słów.
- Wydaje mi się, że jeśli jeden raz poczujesz, że kochasz kogoś naprawdę to... to raczej nie mija - zaczęła z apogeum mindfucka w głowie z racji takiej iż o najbardziej pogmatwanej rzeczy, w porównaniu z całym syfem postkornelowskim i obawą o Chloe, mówi z gigantycznym spokojem. Takim dojrzałym i każącym spierdalać wszystkim szczeniackim urazom. - Nie byłam chyba przygotowana, nie spodziewałam się, że to wciąż będzie trwać, mimo tej pewności, że dobrze, że nie jesteśmy razem - pokiwała lekko głową, zaplatając lekko ufyfrane ciastem i mąką palce obu dłoni gdzieś na wysokości ud i nie spuszczając wzroku z Aidena. Aidena, który prawdopodobnie nie miał pojęcia, jak swoim prostym, bezpośrednim pytaniem i bardzo sokolskim nastawieniem pomógł Prudence Wright. Odetchnęła głęboko, opuszczając nieco wzrok, coby nie musieć konkretnie szyi wykręcać - odzwyczaiła się - by co kilka sekund, zachwycając się swoim pełnym opanowaniem, wracać spojrzeniem do twarzy Aidena.
To nie było proste. Nawet nie oczywiste. Niewątpliwie zarówno stwierdzenie, że kocha i płacze za Ajdą, jak i że nie kocha i szczęśliwa bez niego jest wyjaśniałoby więcej, bo łączyłoby raczej logiczne dwie kwestie. Ale przy okazji świadczyłoby o kłamstwie. Czego Pru nie znosiła i raczyć nim Colliera nie chciała.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia   Pią 31 Sie 2012 - 15:50

Miłosne rozkminy. Emocjonalne dywagacje. Uczuciowe smęty-rymęty. To było Aidenowi tak obce, tak nieswoje, tak niepokojące i tak wybijające z rytmu, że naprawdę czuł się ze sobą nie w porządku. Bo przecież niedawno obiecał sobie, że nie będzie poruszał żadnych takich tematów, odsuwając od siebie jakiekolwiek dramy. Dlatego próbował trzymać Wendy na dystans, dlatego chciał wykrzesać z siebie mnóstwo negatywnych emocji do Pru, dlatego mocno wariował (wewnętrznie), czując się strasznie rozjeżdżonym.
A przecież nie miał złych intencji, miało być tak idealnie.Wielka miłość, odwzajemniona, cierpliwa, łaskawa, wyrozumiała, dziewicza i wierna. Wyobrażał sobie swoją przyszłość z Prudence u boku, z Pru w kuchni, z Pru - matką angielką. Wszystko ułożyłoby się cudownie, może z małymi, sporadycznymi skokami w bok, z jego strony, oczywiście. Nudne, przewidywalne życie, jakie chciał wieść, zmartwiony tylko wojnami na świecie i głodem w Afryce.
Zamiast tego miał teraz rozpieprz emocjonalny przy kuchennych rewolucjach i Pru mówiącą językami ludzi i aniołów o miłości. O tym, że go kocha, że go kochała, że (być może) będzie jeszcze przez chwilę kochać, bo nie może przestać.
Z e r o logiki. Owszem, dostał w miarę klarowną odpowiedź, ubraną w normalne słowa a nie schizofreniczne dywagacje, ale...nic się nie układało. Wolałby, żeby się zaśmiała (chociaż, w takiej depresji?) i przyznała, że w ogóle już o nim nie myśli. Byłoby łatwiej, czyściej, chirurgiczniej. Mógłby spokojnie wrócić do przyjaźni i przekonywać się - mozolnie, ale z uporem - do tego, że również nic do niej nie czuje, że jest tylko rachityczną Sokolską znajomą, z którą kiedyś sypiał i którą rozdziewiczył. Nic nowego, kolejna kreska na męskim koncie, kolejne sympatyczne wspomnienie.
Ale nie, jak zwykle musiało być chaotycznie. I o ile Pru normalniała w oczach, oddychając z ulgą i zbierając z patelni pyszności (i guess), to Aiden poczuł się irracjonalnie o s z u k a n y.
Czego nie okazał, popalając dalej, odrobinę szybciej i bardziej nerwowo (?) co jednak było niezauważalne dla przeciętnego zjadacza chleba i innych węglowodanowych bomb kalorycznych. Wiedział, co powinien odpowiedzieć, by być zupełnie szczerym, jednak za nic nie przeszłoby mu to przez usta. Zresztą, nawet gdyby, niczego by to nie zmieniło, otwierając tylko zasklepioną ranę.
Zgasił papierosa w milczeniu, prostując się i zagryzając dolną wargę. Wcale nie z napływu apetytu na widok przaśniaków, czekających tylko na skomponowanie z nutellą albo czymś równie zdrowym; raczej z nagłego napadu smutnej świadomości. Ciągnącej się wyjątkowo krótko w przyszłość.
- Nie mija - przyznał zgodnie po chwili ciszy, tonem jakiegoś nawiedzonego wieszcza - Ewoluuje - dodał wieloznacznie, czując, że właśnie coś mu się wymyka. Jednak zamiast się zatrzymać i próbować cokolwiek odzyskać, wyprostował się, doznając tego nieprzyjemnego olśnienia. Że nie da się ciągnąć w nieskończoność tej dwuznacznej gierki; że skoro coś do niego czuje - z tą dziką, niechętną wzajemnością - to nie zostaną przyjaciółmi. Ani znajomymi. A przynajmniej Aiden nie będzie mógł sobie na to pozwolić, bo teraz został nakierowany przez instynkt samozachowawczy, jasno kojarzący, że uczucia = ból, Pru = odepchnięcie, zaangażowanie = strata. Pejoratywnie bardzo.
- Myślę, że mogę zacząć Cię nienawidzić - powiedział w końcu, nie ostrzegawczo, nie wrogo, acz spokojnie i z jakąś nadświadomością. Nawet westchnął sobie lekko, gorzko i niepewnie, po czym - odpalając kolejną fajkę i nawet nie zjadając jednej nutellowej pyszności - wyszedł z kuchni. Nie mogąc się zdecydować, czy to olśnienie ma zapisać do rozpierdalaczy jego życia czy do zdarzeń budujących je na nowo.

i możesz krótko zetnąć <3

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: kuchnia   Sro 5 Wrz 2012 - 12:10

Niewielkie nadzieje. Kolosalne obietnice i zarysy wstępne planu na najbliższe tygodnie, lata, miesiące. Prudence chciała się... zrzec? Aidena. Pragnęła go nienawidzić i niedojrzale ignorować, spychać na ostatni poziom podświadomości fakt jego istnienia skutecznie, sukcesywnie i z trybie now - to wszystko miało być skutecznie i wytrwale realizowane od momentu jej ostatniej wizyty w pokoju Colliera Starszego. Podejrzewała, że nie będzie łatwo, sukces nie nadejdzie prędko i spektakularnie wśród fanfar i rozbłysków fajerwerków, że okupi to mnóstwem pośrednich wkurwień, irytacji, zmartwień i wyrzeczeń. Że nie zdoła powstrzymać się przed infantylnymi zachowaniami, reprezentowaniem ogromnej dumy i przekory, że to ona będzie musiała trzymać się na dystans, dopóki jej serce nie podąży roztropnie za myślą.
Swoją decyzję, podejmowaną etapowo, przeciągle i powoli, uważała za jedyną słuszną i dającą jakiekolwiek perspektywy normalnego, w miarę spokojnego ogaru - wystarczyło jedynie przeczekać okres buntu jednostki organizmu, odpowiedzialnej za uczucia (nie, Prudence wcale nie uważała, że to faktycznie serce). Początkowo sądziła, że nie będzie trudno - przecież doskonale słyszała pełne wyrachowania i ignorancji słowa Aidena z jego pokoju, poddające pod wątpliwość cały emocjonalny wyrzut Pru,przecież niejednokrotnie czuła awersję i faktycznie doceniała przyjemnie spędzany czas bez niego. To już było coś. Coś, dające nadzieję. Nie wielką, nie taką, na którą rzuciła się z entuzjastycznym okrzykiem i oddaniem. Raczej mały płomyczek, krótki impuls, który sugerował, że może uda się na serio czuć tak jak myślę, ale nadszedł czas obietnic. Aidenowskich. Takich, które jedynie zmiotły z powierzchni globu najmniejszy ślad po istnieniu owego impulsu, które ugasiły płomyczek, rozjuszając Prudence. Nie spodziewała się tego, wtedy na pastwisku to był czas, w którym, stąpając pośród krowich placków i kęp koniczyn, już nie liczyła na jakiekolwiek zrozumienie, nie mówiąc o deklaracjach. Nawet tych najmniej istotnych.
Powoli docierało do niej od tamtej pory, jak błędną taktykę obrała, w celu wyleczenia się z Aidena Colliera. Że to nie w tą stronę, nie tak, unikanie, ucieczka, odszczekanie i pogarrrrda to zła droga. Bezcelowa - co okazało się również w przypadku Chloe. Co (tym razem Pru) zrozumiała gdzieś w średnio określonej czasoprzestrzeni oi chciałainaczej. Lepiej. D o s k o n a l e j. Szczerze i z możliwym ograniczeniem wszelkich wykrętów i konieczności odczytywania realnych intencji między wierszami.
Czego dowodem były jej słowa. Które dotknęły Aidena. Na co dowodem z kolei były słowa jego. Krótkie, pojedyncze, bezpośrednie i łatające wszelkie ubytki, okienka, szpary w niezniszczalnym murze. Mniej więcej wtedy, kiedy Aiden odwracał się od niej i stawiał pierwsze kroki w stronę kuchni, Prudence pojęła, że tak nie chciał. Że, prawdopodobnie, nie zależało mu na czymkolwiek, co ją - osobę, która tak okrutnie go zraniła, tak niesamowicie bezczelną się okazała i tak w collierskie ego ugodziła - wyposażyłoby w nieco mocniejszy, bardziej znaczący spokój, będący z jego osobą związany w jakiś sposób, ale kontrolowany nie przez niego. Co musiało być przecież niebezpieczne. Co spowodowało, że Wright, ściągając wąsko usta, bezwiednie właściwie zaciskając do białości dłoń na uchwycie patelni, była pewna, że dla Colliera jest wciąż najistotniejszy pieprzony koniec w ł a s n e g o nosa.


zt
po takim czasie, wiem! ale już się mobilizuję i czas dla czarmsa jeest <3

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: kuchnia   

Powrót do góry Go down
 
kuchnia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Wright (Hampstead)-
Skocz do: