IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 kuchnia.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 13:02

Nadmiar alkoholu i splątanych emocji nie wpływał na nią dobrze. Nim zdążyła się całkowicie zorientować w sytuacji, całowała się z Aidenem - tym znienawidzonym Collierem, którego mogłaby bez wahania zamordować, gdyby dał jej porządny pretekst. Nie miałaby żadnych skrupułów, zwykle za źródło wszelkich nienawiści, problemów i dramatów jego uważając. Naturalnym stanem w jego obecności była co najmniej irytacja, uskuteczniana z zamiłowaniem. A dzisiaj? Wszystko wywróciło się do góry nogami, była wobec niego miła(!), sympatyczna(!!) i - przez jego moc, ale zawsze - chciała się z nim pieprzyć na podłodze w kuchni, w towarzystwie Blaise'a na obrusie, który szczerze nienawidziła.
Zanim zdołała się z tym w swoim umyśle uporać, przez dłuższy czas nadal z reakcjami ciała walcząc, rejestrowała pasję braci, tak do siebie podobnych, tak identycznych, tak idealnie pasujących do siebie. Chyba nie traktowała tego jako pocałunku, widziała w tym raczej samą namiętność, pożądanie, ogień. Jej szeroko otwarte oczy wpatrywały się w nich nie jako w Blaise'a i Aidena, ludzi, których zna, nie jej byłego kochanka i znienawidzonego brata owego byłego, ale w dwa byty, toczące walkę o dominację. Widziała w tym sztukę przesyconą erotyzmem i pasją, widziała natchnienie i inspirację.
Zarejestrowała rzuconą do siebie paczkę papierosów i z przyjemnością zapaliła jednego, wyjętego zeń. Zaciągając się dymem, zbierała myśli, próbowała słowa w gardle, smakując gorzką nikotynę, wędrującą po jej oskrzelach.
- Muszę to namalować, bez twarzy, ale muszę - powiedziała po chwili, biorąc do ręki butelkę z szampanem, jak się okazało. Pociągnęła z niej łyka, w zasięgu dłoni kieliszka tudzież szklanki nie mając i dopiero wzrok na braciach skoncentrowała. - Mam nadzieję, że nie będę tego pamiętać, ale to było idealne - westchnęła, jako jedyny komentarz do całej sytuacji tylko to głosząc. Alkohol wyjątkowo sprawił, że tolerancyjna i wyrozumiała była.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 13:36

Kuchenna szafka była doskonałym oparciem, ciepłe drewno, coś stałego za plecami, co podtrzymywało cały wszechświat. Właściwie, gdyby na blatach zawiesić prześcieradła, to znaleźliby się w trójkę w jakimś przytulnym kanionie pomiędzy dębowymi drzwiczkami i złoconymi klamkami. W miejscu, w którym nie obowiązywały żadne zasady, w którym zupełnie zapominało się o jakichkolwiek powiązaniach i miłosnych relacjach.
Aiden nie czuł się jak w trójkącie, nie czuł się zbędny, mimo tego, że wiedział jak silna więź łączyła Blaise'a i Meredith, którzy teraz praktycznie siebie nie zauważali, jakby każde z nich wykreowało swój własny, pijacki wszechświat. Mnóstwo butelek wokół nich, ekologiczna żarówka w jednym z kinkietów przepaliła się, dym z papierosa, ostry zapach nalewki - jakby nagle otworzono im przed nosem sklep owocowy - opary alkoholu. Aż dziw, że w powietrzu nie unosiła się jakaś łatwopalna mgiełka, która z powodzeniem mogłaby ich zabić na miejscu przy każdym mocniejszym zaciągnięciu się papierosem.
Które Collier uskuteczniał, wcale się nie uspokajając. Zazwyczaj z każdą dawką śmiertelnej nikotyny czuł się łagodniej, lepiej, ba, często bywał po prostu sympatyczny (to dlatego palił jak smok, by być lepszym dla świata! ach, to poświęcenie), jednak teraz serce może i mu spowolniło, ale cały czas czuł się potwornie rozpalony i nagrzany, usta cały czas miał spierzchnięte i ciągle czuł na nich zęby Blaise'a.
Zgasił papierosa w pustej szklance po whisky, przejeżdżając dłonią po rozczochranych włosach (bardzo Blejsowski gest <3) i ledwie powstrzymując się od siarczystego policzka. Wymierzonego samemu sobie. Bo po raz pierwszy od dłuższego czasu nie panował nad sobą, jakby każde spojrzenie Blaise'a było czystą hipnozą, jakby z tym gwałtownym kontaktem wbił mu w usta nie tylko swoje zęby ale i czystą heroinę. Uzależnienie? Raczej złoty strzał, pokazujący całkiem nowe doznania.
I nie chodziło o czułą brutalność, do tego Aiden był przyzwyczajony. Jednak od naprawdę długiego czasu nie robił czegoś po raz pierwszy - o czym wspominał w trakcie tej dziwnej wczorajszej rozmowy z Kennethem - a to...doświadczenie, które miał za sobą, zupełnie go pochłonęło. Co innego całować się z mężczyzną, a co innego ze swoim odbiciem, które nie reagowało na jego moc. To chyba właśnie ten aspekt tak mocno na Aidena zadziałał. Zero chaotycznych ruchów, zero dramatycznego rozpinania mu rozporka, zero nerwowości. Wszystko było naturalne, bez dziwnych pobudzaczy (nie licząc hektolitrów alkoholu), wszystko było tak czyste i dziewicze, jak to tylko możliwe.
A wszystko przez n i e g o, stojącego teraz nad nimi i opartego biodrem o szafkę, z butelką w jednej dłoni, z drugą we włosach (własnych); kpiący uśmiech, rozszerzone źrenice.
- Och, pieprz się, Blaise. P i e p r z s i ę - powiedział nagle, a właściwie wymruczał cicho, wrogo i do siebie, przymykając oczy i chwytając się za włosy na czubku głowy. Musiał się ogarnąć. Teraz. Zaraz. Wsadzić głowę pod lodowatą wodę. Albo przelecieć Meredith, rozpływająca się teraz nad ich idealnością. Nie wiedział, co bardziej by mu pomogło.
Na pewno to, gdyby Blaise przestał tak wyglądać. I gdyby nagle on sam wytrzeźwiał.
Sięgnął więc po butelkę (logika) kończąc jakiegoś podejrzanie taniego szampana i odstawił ją nieco zbyt gwałtownie. W końcu podnosząc wzrok na Blaise'a - i od razu tego żałując.
- Chcesz ją zahipnotyzować? - spytał, dalej z nazistowską chrypką, odpalając kolejnego papierosa. Nie pomagało. - Jak tak, to równie dobrze możesz ją teraz przelecieć, i tak nie będzie tego pamiętać - dodał pseudozdystansowanym tonem, mówiąc o Mer w trzeciej osobie, jakby już dawno im odpłynęła. A fakt faktem, była mocniej pijana niż oni - wyżsi i na pewno ciężsi faceci.
Opętani jakimś chorym...zafascynowaniem. Lustrzanym. Aiden ponownie oblizał wargi, ciągle czując na nich swoją krew i smak Blaise'a. Którego nie zmył nawet alkohol ani nie przyćmił dym. Zacisnął dłoni w pięści, opierając się mocniej o szafkę i odchylając głowę do tyłu. R o z p i e r d o l, zarówno emocjonalny jak i fizyczny.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 15:19

Nie podobał mu się sposób, w jaki Aiden na niego patrzył. Niezbyt wiedział, mając naturalnie zamknięte oczy, jak wyglądał, gdy się z nim całował, ale doskonale pamiętał jak patrzył, zanim to się stało. Zupełnie inaczej. I chociaż był pozbawiony tego kazirodczego rodzaju myślenia o swoim bracie, chyba i w jego oczach był ten niezidentyfikowany błysk, sugerujący coś mimo wszystko innego. Bo dokładnie to widział teraz w czekoladowych oczach Aidena, nawet jeśli nazistowsko zmrużonych, to wciąż płynących, maślanych, karmelowych.
Własnymi teatralnie wywracając, dość intensywnie jak na osobę bardzo pijaną myśląc o tym, co zrobić teraz? Przecież to nie miało żadnego, popierdolonego prawa zniszczyć ich braterskiej relacji, ale też nie widział mu się ewentualny awans na jakiś wyższy, kazirodczy stopień, nawet jeśli ewentualności skrzyżowania podobnego DNA nie było, przez brak możliwości posiadania hipopotetycznych dzieci.
- Och, nie bądź już taki wrażliwy, Aiden - prychnął, odpychając się od szafki biodrem i podszedł bliżej, żeby finalnie jednak usiąść z powrotem na podłodze, niczym menel z butelką opartą o udo wyciągniętej nogi, bo drugą zgiął i oparł o nią ramię. Ignorując wszelkie wulgaryzmy płynące z aidenowych ust, których smak już teraz znał, i który ćmiąco nie dawał o sobie zapomnieć. I który czuł pijąc cokolwiek, co się tu znajdowało, po pociągał właśnie łyka Martini. Wszystko było w jego ustach, teraz znacząc usta blejsowe. Bardzo, bardzo dziwne. Niepoprawne. Kuszące.
Rzucił na Mer zdezorientowane spojrzenie. Nie chciał zostać uwieczniony, chociaż mógł sobie wyobrazić, jakby taki obraz wyglądał. Jakby nie malowała go ręka Tremaine - o wiele lepiej wychodziły jej rzeczy delikatne, eteryczne i miękkie. Natomiast to, byłoby bardzo odmienne; kontury byłyby wyraźne, kolory ciemne i ciepłe, chociaż widział tam też chłód królewskiego błękitu, albo świeżej zieleni. W ramach akcentu, żeby podkreślić właściwe części obrazu, namalowane bordem, ochrą, karmazynem. Sam by tak zrobił. Oczywiście postacią o wiele wyraźniejszą nie byłby on sam, nigdy nie malował autoportretów i nie zamierzał, uważając to za zbyt czysty egoizm, żeby wdrażać go i w swoją sztukę, która byłą od tego uwolniona. On sam byłby nieszczególny, byłby istotnym, ale wciąż dodatkiem, drugim elementem, bo to lustrzana postać byłaby znacznie precyzyjniej zaznaczona.
I to wszystko teraz widział, co zapewne wypływało rozmarzeniem na jego oczy, patrząc na Aidena. Poza tym, byłoby mu samemu świetnie w takich właśnie kolorach. Ciepłych, ale ciemnych.
- Nie wiem - odparł. - Dowiem się zapewne jak wytrzeźwieję - dodał, osuwając się mocniej na szafce, nie przestając pić. Nie chciał trzeźwieć, nie chciał powrócić do nudnego świata, chociaż z ciekawą koncepcją kolejnego malowidła, które jednak byłoby tym, które by ukrył, jako swój największy sekret i obawę. Jak Dorian Gray. Bo mimo tego, że byłby niewyraźny i tak by się tam znajdował. Złączony z Aidenem już chyba nie tylko ustami, ale też czymś większym, metafizycznym, nadnaturalnym, niezrozumiałym.
- Ja bym pamiętał. Nie mógłbym tego zrobić ani jej, ani sobie. O czym Ty w ogóle mówisz, jak możesz? - wstał jednak, mając wrażenie, że wybuchnie, jeśli dłużej będzie tkwił w bezruchu na tym, rzeczywiście obrzydliwym, obrusie. Bo prawda byłą taka, że nie miał teraz ochoty na nic, co mógłby zrobić. I co teraz wwiercało mu się w umysł ostrym bagnetem NIEWŁAŚCIWOŚCI i całego szeregu innych tegoż słowa synonimów, gdy odpalał papierosa.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 15:54

Menelska kuchnia, no tak, czegóż innego można by się spodziewać po młodych Collierach: niespełnionym artyście i przyszłym prawniku. Sprowadzanie po nocy (!), bo zapewne już północ się zbliżała, młodej malarki, upijanie jej winem (i wszystkim, co było pod ręką, dobrze, że w amoku nie wyciągnęli z szafek jakichś spirytusów czy innych domestosów do czyszczenia podłóg i złotych klamek) i bałaganienie (bo kuchnia wyglądała jak po przejściu całego tabunu Anonimowych na głodzie) dobrze wpisywało się w oczekiwania Rodu wobec jego latorośli. Szkoda, że zachowywali się w miarę cicho - bez wrzasków i krzyków - bo może kamerdyner wpadłby do pomieszczenia, robiąc mało profesjonalną sesję zdjęciową. Która potem - w wersji wywołanej, oczywiście - trafiłaby do rączek tatusia.
Ciekawe dywagacje, którym Aiden nie poświęcał ani sekundy swojego cennego czasu mózgowego, zaciągając się papierosem tak, jakby od tego zależało jego życie. Na pewno w ciągu tych kilku minut wyhodował sobie potrójnego raka, ale jakoś wyjątkowo go to nie obchodziło, jakby zaraził się od Blaise'a mam wyjebanizmem. Przynajmniej w tej kwestii.
To nie tak, że był wrażliwy, przejęty i rozmymłany, raczej ze sporym mindfuckiem, bo nie spodziewał się, że to będzie aż tak przyjemne. Zazwyczaj całowanie stanowiło środek, a nie cel sam w sobie, ale Aiden zdawał sobie sprawę, że teraz było zupełnie inaczej i mógłby spędzić na barbarzyńsko czułym make oucie z Blaisem, bez jakiejś wyższej potrzeby. Frajda sama w sobie, dopasowanie, żyć nie umierać.
Do takiego wniosku doszedł dopiero po trzech kolejnych fajkach i usadzeniu się przez Blaise'a obok niego. Co go jakoś dziwnie uspokoiło i z nastroju tykającej bomby atomowej przeniosło w cudowny czilałt i kochanie całego świata. Nawet upierdolonej jak szpadel Mer, napieprzającej coś o namalowaniu ich - czym, alkoholem na szafce? Cudnie.
- Och, błagam, nie bądź taki pruderyjny - powiedział podobnym tonem, także wywracając oczami, przez co Mer mogła mieć wizję jakiegoś kalejdoskopu, akcja, reakcja, powtarzanie gestów, cóż, pijaństwo i ćpaństwo w burżujskim wydaniu. - To by Wam pomogło, serio - dodał tonem mega czułym (!) i opiekuńczym, obserwując jak teraz jego kopia wstaje i jakoś dziwnie się miota. - I może mógłbyś się zahipnotyzować do lustra? Sam siebie? Idealne wyjście z sytuacji! - podsunął GENIALNY pomysł, całkiem zlewając na razie Mer, jakby była wyjątkowo mało urodziwym manekinem, rozłożonym na równie brzydkim obrusie. - I naprawdę nieźle całujesz, jestem pod wrażeniem - kontynuował pijacko-intelektualnym tonem, tak specyficznie aidenowskim, mówiąc zupełnie szczerze. Bo co jak co, ale doświadczenie w takich sprawach miał i jego ocena blejsowskich możliwości poszybowała ponad poziom. Jakikolwiek.
Wrócił wzrokiem do Meredith, uśmiechając się do niej...po swojemu. - Ale skoro TY z nią nie chcesz... -patrzył na brunetkę, ale mówił do bruneta (osiem-de), tonem naćpanym i uduchowionym. - Mer, idziemy na górę? - spytał uprzejmie, przejeżdżając dłonią po jej policzku, na krótko, nie, żeby od razu rzuciła mu się do rozporka, ale żeby...sobie powzdychała. I otrzeźwiała.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 16:19

Blaise faktycznie mógł widzieć jedną postać jako wyraźną, drugą nie. On w tym akcie uczestniczył. Meredith, widząc wszystko z boku, widziała jedną nieregularną plątaninę ciał, włosy jednego stawały się częścią drugiego, usta jednoczyły ich w jedną istotę. Tu nie byłoby miejsca na wyraźne kontury, kolory, chłód. Ona widziała to wszystko w półmroku brązu, przydymionym obrazie pełnym bordowej czerwieni, granatu i wszechobecnej sieny. Przenikaliby się, łączyli, mieszali, tworząc byt idealny, pełen erotyzmu, namiętności, uwodzicielskiej pasji. Wszystko rozedrgane, przesycone seksem i uczuciami. Kusicielskie, w gruncie rzeczy niewinny, skłaniałby do pójścia z najbliżej stojącą osobą do łóżka.
- Nie rozmawiajcie o mnie tak, jakby mnie tu nie było - wydmuchała obłok dymu z ust, mówiąc przeraźliwie jak na nietrzeźwą osobę wyraźnie. - To, że jestem pijana, nie oznacza, że głucha i niema - parsknęła, niezadowolona z ignorowania jej w tak wyraźny sposób. Może była słabsza, może bardziej jej w głowie szumiało, może miałaby problemy z ustaniem na nogach i równym chodem, ale głowy zupełnie nie straciła, zmysły jej jeszcze funkcjonowały, przez nikotynę nakręcane.
- I nie będę sypiać z nim - przewróciła znacząco oczami. - Przyjaźń z Indianą jest ważniejsza niż seks z Blaise'm, nawet jeśli go pożądam - zapomniała, że alkohol tak bardzo otwiera usta, pozwalając na słowny ekshibicjonizm. Na trzeźwo tego by w życiu nie przyznała, ale nie wszystkie procesy myślowe jej działały, zaburzając hierarchię ważności, rozsądek i wszystkie inne świętości, a przede wszystkim niszcząc chłodny dystans do rzeczywistości. Zbyt pusty miała umysł, by pamiętać, że ma chłopaka, że przecież jest dla niej ważny, najważniejszy, że dla niego mogłaby wszystko - pamiętała za to, że jest India, że Blaise jest jej, że nie może zrobić nic, co mogłoby zniszczyć odnowioną relację z Indianą. Młodszy Collier był więc zakazany ostatecznie, ale Starszy... Czemu nie?
Zwłaszcza, że elektryzujący dotyk dłoni - powinna go szczerze znienawidzić potem - wyjątkowo nie pomagał. Nie wiedziała, czy chce się z nim przespać, bo jednak jeszcze naprawa z Blaisem relacji przed nią była, a to mogło nie pomóc. Wstała powoli, opierając się o szafkę niepewnie.
- W sumie... - zaczęła, przenosząc spojrzenie z Aidena na Blaise'a i na powrót, tak kilka razy. Nawet zrobiła krok w przód - ale znowu się zatrzymała. Spojrzała na Aidena z dziwnie trzeźwym chłodem i po prostu znów usiadła, teraz już bez słowa. Jednak są pewne granice, których przekroczenie nawet w stanie najebania w trzy dupy dla brzydkiej, zimnej Meredith możliwe nie jest.
A Aiden będzie jej jeszcze za to wdzięczny.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 24 Sie 2012 - 20:11

Blaise'owi było teraz bardzo ciężko. Jednak domowej roboty nalewka nie należała do najsłabszych, a w ciągu trzech minut wypił mniej więcej połowę zawartości butelki, już nawet się nie krzywiąc na imponujące stężenie alkoholu, jak na wyrób, który nie jest spirytusem. Jeszcze. Bo mieszanka WSZYSTKIEGO właśnie w tym momencie dopierdalała Młodszego, gdy ten rekreacyjnie spacerował sobie po kuchni, bijąc się z myślami.
Niestety, wszystkie były złe, jedna gorsza od drugiej. Mimo zajebanego alkoholem umysłu (i ciała, które robiło się coraz cięższe, choć jeszcze nad nim panował całkiem nieźle) docierało do niego to, co stało się przed chwilą, dopiero teraz. Kiedy oblizywał usta - te, które smakowały Aidena, zaciskał kciuki pięści - w których zaciskał jeszcze chwilę temu jego włosy, co było cholernie niezdrowe. Bo chociaż wiedział, że już by tego nie powtórzył (teraz), to nie zmieniało faktu iż było to zdecydowanie doświadczenie... inspirujące. Na swój sposób.
No i jeszcze ta nieszczęsna Mer, z witkami wijącymi się po nie tej podłodze, po której powinny, bo najlepiej to się komponowały z blejsowym pokojem. Ale do samej Mer to wrócę za chwilę.
- To Ty mi byś mógł o pruderyjności poopowiadać - odpowiedział spokojnie, ignorując podejrzanie racjonalne słowa Tremaine, które wydały mu się zupełnie niewłaściwe (kolejny raz tego wieczoru), ze względu na totalne szaleństwo upierdolenie alkoholowe. Bo to nawet już nie było pijaństwo, ani najebanie nawet. A i pewien nie był, czy uprzednio użyte słowo było wystarczające, bo już czuł, jak będzie umierał, kiedy wreszcie będzie miał tylko promile alkoholu we krwi, a nie promile krwi w alkoholu, jak to z całą pewnością miało miejsce teraz.
Jednak dopiero po dłuższej chwili dotarły do niego jej właściwe słowa, te całkowicie konkretne, które go zainteresowały, bo chwilowo zupełnie nie myślał o takich bzdetach jak przyjaźnie. W ogóle nie myślał, nie ta pora, nie ten stan - miksacja generalnie każdego nieogaru świata, od po-sekso bez seksu, po najzwyklejsze nawalenie się w trupa bez zgonu, jeszcze.
Nawet jeśli go pożądam, nigdy chyba nie usłyszał na swój temat tych słów wypowiedzianych całkowicie wprost. Owszem, wiedział, kiedy się podoba, a kiedy nie; kiedy ochota na seks jest, a kiedy jej nie ma. jednakże Mer była tego rodzaju osobą, od której przedziwnie mu się tego słuchało, bo, powracając do wcześniej urwanego wątku, to właśnie to rozpierdalało mu teraz system. Chęć na Mer, nawet jeśli ta trajkotała o Indianie. Co mu podsunęło pewien pomysł. Spławienie natrętnego "idźcie się pieprzyć" Aidena, spławienia "idziemy na górę?" Aidena i uratowanie chociaż jednej wątroby, tej meredithowej, bo jeśli mu się uda, to rzeczona się elegancko wyrzyga i nie będzie jutro umierała tak jak Młodszy.
Podszedł do niej zatem energicznie, na ile pozwalało mu własne ciało, i podniósł Mer z podłogi, przerzucając sobie jej chudą rękę przez ramię, że wisiała teraz na nim dość bezwładnie. - Idziemy do mnie, Mer - powiedział, poprawiając ją lekkim podrzuceniem, akcentując dokładnie gdzie idą.
I ruszył, chwiejnie, w kierunku drzwi.


zrób zt Ajduś :*

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Sob 25 Sie 2012 - 7:32

Przyjaźń z Indianą, pla, pla, pla. Aiden naprawdę nie ogarniał (po raz drugi w życiu, święto!) dlaczego ludzie są tak przywiązani do swoich bratnich duszy nawet w stanie lekkiego upierdolu. Cóż, może dlatego nie miał zbyt wielu bffów, ale w danej chwili zupełnie mu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, czuł się (nagle) irracjonalnie, zajebiście szczęśliwy. Bo nie był w żadnym krępującym związku, nie musiał się martwić o reakcję osoby, którą kochał (bo miał ją obecnie na oku, pochłaniającą hektolitry mega słodkiej nalewki) i która była mu najbliższa (bo leżała bezpiecznie w swoim łóżku w Richmond), nikogo nie zdradził (w końcu, co za genialne uczucie) i ogółem czuł się bardzo na miejscu.
Nie ma to jak prawdziwa radość życia po alkoholu, co tłumaczy fakt, dlaczego przez większość swojego abstynenckiego życia był depresyjnym skurwielem.
Nie przejmował się więc nieogarem Meredith, która wyglądała, jakby miała zaraz zejść z tego świata. Właściwie doszedł do wniosku, że pewnie w łóżku nie było z niej większego pożytku, oprócz ewentualnej rozrywki w postaci kontemplowania rzygania tęczą. Zaśmiał się więc krótko na jej dramatyczną odpowiedź, od razu zauważając dość...elektryzującą reakcję Blaise'a. Bohatersko ratującego swoją przyjaciółkę z rąk oprawcy (jego samego). I kierującego swoje kroki do swojego, Blejsowskiego pokoju w skrzydle zachodnim posiadłości.
- Powodzenia. Nie zgub jej gdzieś na schodach - pożegnał ich całkiem sympatycznie, zastanawiając się, jak też Blaise dowlecze Tremaine do swojego łóżka po tych wszystkich schodach, śliskich chodnikach i kamiennych murkach. Cóż, nie zamierzał się tym przejmować, tak samo, jak sprzątać. Na pewno dostanie ochrzan od kamerdynera, który pod nieobecność pani Halloway pełnił funkcję sprzątaczko-opiekuno-woźnego, ale kiedyś go przeprosi. I nawet zadba o podwyżkę.
Podniósł się chwiejnie z podłogi, odpalając fajkę od fajki i wykończył samodzielnie wszystkie butelki. Po czym ewakuował się z kuchni do ogrodu, bo nie ma nic lepszego niż otrzeźwiający spacer po nocy.


zt

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 21 Gru 2012 - 18:53

Jakichkolwiek wspomnień przez mgłę alkoholu zamazanych z tym pomieszczeniem nie miała, jednak nawet krótka ucieczka od rodzinnego szumu była wskazana, a kuchnia była najbliżej. Uścisnęła krótko rękę Blaise'a, rzuciła w powietrze krótkie przeprosiny i spokojnie powędrowała do królestwa kucharek, siadając na stołku barowym w towarzystwie szklanki czystej wody.
Miksacja przeżyć była dla niej czymś niewątpliwie nowym, koncepcja posiadania tak ogromnej rodziny zdawała się ją przerastać. Każdy był głośny, ekscytował się czymś innym i starał zagłuszyć ludzi dookoła. Nikt nie panował nad świątecznym chaosem w otoczeniu choinek i gałązek ostrokrzewu, taką atmosferę raczej doceniając. Ona najwyraźniej będzie musiała się do tego przyzwyczaić, chwilowo jednak mając dość.
Uśmiechając się do szklanki, w pierwszej chwili nie zauważyła Aidena, będącego gdzieś w pobliżu, robiącego coś trudnego do sprecyzowania, co zapewne za chwilę sprecyzowane zostanie. Uniosła głowę dopiero po jakimś czasie i kontemplowała oszczędne, nazistowskie ruchy jej szwagra. Nie rozmawiała z nim od poprzedniej wizyty tutaj? Czegoś w tym stylu? Jednak nie sądziła, by zbyt pozytywnie był do niej nastawiony, znała relacje Blejza z rozmów i ślepa na złowrogie spojrzenia także nie była. Niemniej jednak, ciekawa była przyczyn - co, oprócz owej wzajemnej niechęci - mogło wywołać reakcję tak alergiczną na sam fakt noszenia przez nią francusko brzmiącego nazwiska?

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 21 Gru 2012 - 19:07

Świąteczny chaos w domu Collierów był dla Aidena czymś wspaniałym. Mimo niechęci do jakiegokolwiek manifestowania uczuć i przynależności kościelnej - dziwnej, bo nie anglikańskiej - zawsze czekał na spokojne grudniowe wieczory, z kominkiem, mnóstwem ludzi w posiadłości, długich dysputach przy stole. Brak takiej atmosfery jako dziecko odzyskiwał teraz, ciesząc się z każdej sekundy spędzonej na wysłuchiwaniu pijackich opowieści ciotki Esthel, czyszcząc koszulę z czekolady, którą podarowała mu mała Claire czy po prostu sącząc wino w kącie pokoju, obejmując swoim ciepłym (!) spojrzeniem pokój pełen ludzi, w żyłach których płynęła mniej lub bardziej czysto collierska krew.
O dziwo, w tak rodzinnych sytuacjach mało myślał o swojej matce, przypominając sobie tylko o jej istnieniu gdy przypadkowo wyciągał jej zdjęcie z szuflady. Te same wielkie, brązowe oczy, wąskie usta, zapewne - co tylko podejrzewał, wyciągając z niechętnego ojca opowieści o niej - z podobnym darem. Kiedyś wydawało mu się, że zaprzepaszcza swoje prawdziwe dziedzictwo i odrzuca prawdziwe, bękarckie pochodzenie, ale było to w czasie nastoletniego, głupiego buntu. Teraz było inaczej, znalazł swoje miejsce w świecie i czuł się całkowicie spokojnie.
Nawet mając - po raz enty dzisiejszego wieczoru - pokaźną plamę na rękawie, którą postanowił sprać, przez co musiał opuścić salon pachnący świeżą choinką i udać się do przerażająco cichej kuchni, gdzie ze stoickim spokojem ścierał z rękawa pozostałości po różowym puddingu, którym karmił Claire, wyjątkowo ruchliwą i brudogenną.
Humor jednak miał dalej w rozkwicie a właściwie miałby, bo gdy już poddał się w kwestii czyszczenia i odwrócił się od zlewu z zamiarem ponownego przebrania się w coś w pokoju, zorientował się, że nie jest w kuchni sam, a z najbardziej go irytującą osobą na całym świecie. Obrzucił ją niechętnym spojrzeniem, poprawiając mankiety i zaciskając usta, obiecując się, że się po prostu do niej nie odezwie i z gracją wyjdzie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pią 21 Gru 2012 - 20:14

Czymże byłby świat bez Bożego Narodzenia? Bez tego nerwowego oczekiwania na świąteczny poranek, żeby zobaczyć przystrojoną choinkę, i noc, kiedy nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, zdecydowanie życie byłoby mniej barwne. Nie byłoby niesamowitej atmosfery na ulicach już od listopada, setek światełek, czerwieni, zieleni i złota, tego magicznego blasku. Grudzień na pewno nie byłby wtedy taki fajny!
W tym roku wszystko wyglądało odrobinę inaczej. Ekscytacja świętami przysłonięta była ślubem; czas na przygotowanie się do przeżycia świąt właściwie został zredukowany do minimum, ignorując aspekt religijny dość znacznie. Nie żeby nie dziękowała Bogu za takie życie jakie miała teraz, miała jednak ważniejsze rzeczy na głowie. Kuzynka Constance opowiadała o swoim ślubie, żądając szczegółów na temat przebiegu całego związku Mer i Blaise'a, Ruby narzekała, że powinny poznać się dużo wcześniej, a Lucas zajął miejsce na kolanach Meredith i ciągle zadawał pytania 'a dlaczego? a czemu? a po co?'. Wszystko to było naprawdę zajmujące i na dłuższą metę dla osoby nieprzywykłej męczące.
Dlatego cicha kuchnia wydawała się być ostoją spokoju. Zauważenie Aidena spokój ten nieco zburzyło, jednak utrzymała jego spojrzenie i nawet przyjaźnie (!) się uśmiechnęła.
- Wesołych świąt, szwagrze - powiedziała, z perfidią uśmiechając się do niego z całą sympatią, na jaką ją było w tej chwili stać. A biorąc pod uwagę nadal dość euforyczny nastrój, sympatii było w niej całkiem sporo.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Nie 23 Gru 2012 - 15:21

Aiden miał naprawdę świętą cierpliwość. Powinien popylać po świecie z jaśniejącą aureolą i zastępem pociągających anielic, mając pod sobą czerwony dywan.
Meredith naprawdę go irytowała, niezależnie od tego jak by sympatyczna nie była i ileż by sobie na twarz nie nałożyła mejkapu i jakiej to świątecznej kiecki by na siebie nie wciągnęła - nie dało się zaprzeczyć, że była pokraczna. Może to sobie wmawiał - albo po prostu beznadziejnie przeciętny charakter Mer wypływał na wierzch- ale brzydła z każdym spotkaniem, a teraz, siedząc przy tym wysokim blacie, pod którym się kiedyś z nią całował (FEFEFEFEFE) jawiła się mu jak najgorszy koszmar.
Czyli - był cholernie zazdrosny. Na myśl o tym, że jego brat ją dotykał, całował i robił gorsze rzeczy miał mdłości, autentyczne mdłości, wynikające nie tyle z obrzydzenia fizycznego (bo też) ale z czystego wkurwienia, któremu do miałkiej niechęci było bardzo daleko.
Do tego to jej szwagrze, te uśmiechy, te bratanie się z jego rodziną na jego oczach. Przystanął, stosunkowo niedaleko jej, zaciskając wargę i wyjmując automatycznie z kieszeni papierosa - dobrze, że przekonał babkę, że nie trzeba instalować tutaj czujników dymu, przecież to KUCHNIA, dlaczego nikt tu nie był na tyle logiczny by wyciągać sensowne wnioski - i zapalając go szalenie szybko, jakby od kolejnego bucha nikotyny zależało życie całego Układu Słonecznego - oprócz Meredith, rzecz jasna.
Jednak nic nie było go w stanie uspokoić, bo Meredith była jego drzazgą, nie pozwalającą mu na cieszenie się świętami i swoim życiem.
- Dlaczego się uśmiechasz, Tremaine? - spytał chłodno, gratulując sobie w duchu wstępnego opanowania, bez papierosa by mu się to nie udało. - Blaise Cię nie kocha - dodał, patrząc jej prosto w oczy, bez uśmiechu, czyste stwierdzenie mrożącego w żyłach faktu. - Może i jesteś jego chwilowym kaprysem, który piszczy na widok kupowanych mu prezentów, ale... my jesteśmy ważniejsi. Indiana jest dla niego ważniejsza - dokończył swobodnie, odwracając się na pięcie z zamiarem opuszczenia kuchni i nieznośnej malej Tremaine.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Nie 23 Gru 2012 - 18:46

O ile w sytuacjach innych Aiden był zdecydowanie solą w oku Mer, tym razem chciała mu odpuścić. Przez cały obiad starała się nie skupiać na nim uwagi po jakże na miejscu informacji, że on i Indiana wzięli ślub - jak mogła to przeoczyć? - i generalnie starała się zachować pozytywne nastawienie.
Robienie sobie problemów z całością nowej rodziny jej nie leżało.
Nie rozumiała dlaczego on tak bardzo nie chce jej w życiu Blaise'a. Nie miała przecież zamiaru stawać między nimi, kazać swojemu mężowi wybierać między nią a bratem, wymyślać całego steku bzdur, żeby oczernić Ajdę. Chciała go zaakceptować jako osobę spowinowaconą, w pewien sposób bliską, drugą połowę duszy Blejza i tyle. A nie odstawiać dramy.
- Collier, jeśli łaska - rzuciła przez zaciśnięte zęby, jeszcze spokojna i opanowana. Planowała nie dać Aidenowi satysfakcji i nie pozwolić się sprowokować, wysłuchać jego uszczypliwości z cierpliwością, a potem wrócić znów do rodziny i nadal się uśmiechać, czarować, świetnie bawić. Niestety, nie było jej to dane. Starszy poruszył zbyt napiętą strunę w jej duszy, nie mogła powstrzymać drżenia wargi i dłoni, nerwowo zaciśniętych na kryształowej szklance. - Myślisz, że o tym nie wiem? - wybuchnęła, dając ujście wszystkim swoim obawom. - Wiedziałam to, kiedy godziłam się za niego wyjść i wiem nadal. Wiem, że w sytuacji kiedy będzie chodziło o wybór między mną a tobą, wybierze ciebie. Ale Indiana jest twoją żoną, a on przysięgał mi. I jest na tyle uczciwym i dobrym człowiekiem, żeby tych przysiąg dochować - przygryzła lekko wargę, zła na siebie, że dała się tak podejść. I podminowana tym, że Aiden zniszczył całą satysfakcję płynącą z tych świąt.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Nie 23 Gru 2012 - 20:20

Gdyby nie był tak zirytowany i zdenerwowany mógłby wręcz Meredith przyklasnąć. Bo rozegrała to perfekcyjnie. W końcu widział na jej pokręconej twarzy jakieś emocje, jakby dotknął jakiegoś jej czułego punktu rozżarzonym końcem papierosa, nie tyle sprawiając jej ból, co ją aktywując. Nareszcie przestała zachowywać się jak autystyczne dziecko - z początku ją o to podejrzewał, taka miałkość, dobre uzdolnienia artystyczne - nareszcie zareagowała.
Jego uwadze nie uszły jej trzęsące się ręce i drżący głos ani ogniki w pustych, do tej pory, oczach. Nie było śladu po sympatii, nawet tej wymuszonej. Ale wracając do perfekcyjności...gdyby podejrzewał, że to wszystko jest czystą grą i starannie zaplanowanym podstępem, mógłby ją tylko wyśmiać, ale to wszystko zabrzmiało naturalnie. Przyznanie się do słabości - wyszła za Blaise pomimo tego - potem pochwała Aidena i wskazanie na niezniszczalność (czyżby?) relacji z Blaise'm i w końcu gloryfikacja brata, jako dobrego człowieka. Z czym się zgadzał, Blaise był dla niego najważniejszy, kochał go najmocniej i uważał, że jest człowiekiem idealnym. Którego Tremaine nie była godna, ale to inna sprawa.
Zaciągnął się mocniej, nie spuszczając z roztrzęsionej Meredith wzroku, jakby powtarzając w nieskończoność jej słowa. Co innego wiedzieć o tym, jak wiele znaczy dla Blaise'a a co innego usłyszeć to z ust swojego...wroga?
- Kocham go - powiedział sucho, oschle i nieprzyjemnie, jakby w buzi miał kilogram żwiru. Krótka przerwa na oddech i świadomość, że zwierza się właśnie ze swoich uczuć komuś takiemu jak Tremaine. - Nie powinien być z Tobą, powinien być z kimś lepszym - dodał, jakby wyjaśniając całą ognistą niechęć pomiędzy nimi.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Nie 23 Gru 2012 - 21:30

Nie znosiła okazywania uczuć, wiedząc, że to słabość, którą łatwo można wykorzystać. Nie widziała też powodu odkrywania siebie dla ludzi, którzy tego nie docenią. A Aiden był dla niej takim typem człowieka, który z chęcią użyłby każdego możliwego sposobu by ją zniszczyć i podeptać. Nie ufała mu za grosz, więc starała się być opanowana i zimna, lodowa kukła, może i pusta w środku. Jego opinia była dla niej nieistotna tak długo, jak długo nie chodziło o szczerość i głębsze uczucia.
Gdyby udawała, nie poległaby aż tak - albo wręcz przeciwnie, histeryzowałaby aż do przesady. Tymczasem zbladła tylko, zaciskając trzęsące się dłonie aż do pobielałych kostek, wąskie usta niemal zupełnie zniknęły z jej twarzy, ukazując się tylko, gdy gorączkowo wciągała powietrze jakby nagle jej żyły wypełnił sam dwutlenek węgla. Nie była wyrachowana, nie chciała osiągnąć tym żadnego celu. Jak już mówiłam, opinia Colliera była jej obojętna - Meredith świetnie wiedziała, co czuje i jaka jest jej sytuacja, nie zamierzała go przekonywać jak jest z nią naprawdę.
- Ja też - Zdziwiło ją, że Aiden tak łatwo mówi o swoich uczuciach - nie podejrzewałaby go o taką swobodę w uzewnętrznianiu siebie. On był dla niej raczej kamienną ścianą, zza której nic nie przenikało, a jeśli nawet, to w tak zniekształconej formie, że tylko nieliczni byli w stanie rozszyfrować przekaz. Dlatego tak wątpiła w szczerość wszelkich związków Colliera Starszego i nie umiała wyobrazić sobie zdrowych z nim relacji. Ale przymykała na to oko, to w końcu nieważne. - I jestem na tyle egoistyczna, by chcieć go mieć przy sobie. Nie oczekuję, że mnie polubisz - wstała ze stołka i podeszła kilka kroków do Aidena. Będąc niższą o niemal dwadzieścia centymetrów, czuła pewien dyskomfort w pewności siebie (szpilki tak niesamowicie pomagająąą), ale mimo to starała się wyglądać na zdecydowaną, chociaż nadal drżały jej dłonie - Ale skoro go kochasz, powinieneś zaakceptować to, że on chce być ze mną, nie kimś innym - patrzyła w twarz Ajdy hardo, mając nadzieję, że nie wygląda na rozpaczliwie kurczakowatą kukiełkę.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: kuchnia.   Pon 24 Gru 2012 - 12:18

Gdyby ktoś kiedyś zorganizował konkurs na wygłaszanie najbardziej oczywistych oczywistości, z pewnością Mer i Aiden w tej sytuacji zajęliby jedno z czołowych miejsc. Doskonale wiedział, że Tremaine kocha Blaise'a: nie dało się go nie kochać. Był przystojny, bogaty (na to patrzyły dziewczęta), dobry, utalentowany, czuły, pomysłowy, przyjacielski i ciepły, jak kot, który grzeje w naprawdę chłodne dni i mruczy przy każdej okazji. Jednocześnie nie był jakimś lelawym paniczykiem, potrafił się postawić i niestety to robił, mając za nic zdanie swojego fizycznego, lustrzanego odbicia. Prosić Aiden nie potrafił, groźby nie działały, szantaże może tak, ale nie chciał zatrzymywać brata przy sobie siłą. Wolał, żeby jego związek z Meredith rozpadł się ot tak, po prostu i żeby znów mogło być tak jak za czasów dziecięcych - zawsze razem, chociaż na odległość. Nie musieli przebywać ze sobą non stop, wystarczyła świadomość, że gdyby naszła ich taka potrzeba, mogliby się spotkać. W każdej sytuacji.
A teraz? Czy Blaise przywitałby go z otwartymi ramionami gdyby postanowił zrobić mu niespodziewaną wizytę w środku nocy tylko dlatego, że nie miał z kim zagrać w szachy? Szczerze w to wątpił, dlatego Meredith jawiła mu się jako ciężar, chwiejący braterska równowagą. Która...właśnie, czy jeszcze istniała? Nie rozmawiał z Blaise'm od czasu przedprzedostatniego rodzinnego obiadu, kiedy to rozstali się z żalem i mocnym postanowieniem separacji, przynajmniej ze strony Starszego. Teraz też nie czuł się zobowiązany do prowadzenia jakichkolwiek rozmów i doszło do tego, że nawet nie złożył mu życzeń.
To było naprawdę ciężkie, jednak Aiden wiedział, że musi się ustabilizować. I ogarnąć. Miał teraz ku temu naprawdę perfekcyjne warunki, żona, wspólne konto bankowe, ojciec przebąkiwał coś o kamienicy w centrum Londynu i specjalnym toku studiów. Mogło się ułożyć, ale do tego potrzebował Blaise'a, który obecnie stał się przeciwnikiem numer jeden, wyprzedzając Lanvin. Chyba nigdy nie przestanie tak o niej myśleć.
- Nie mogę Cię zaakceptować, mogę jedynie ignorować - odparł po chwili brzęczącego milczenia i obserwacji trzęsących się rąk Meredith. Nieładnych, z za długimi palcami i krzywymi kostkami. Po czym pozwolił sobie na spojrzenie w tremainowskie oczy - już bez tego zdenerwowania, raczej z typową obojętnością (dziwnie było tak na nią spoglądać z wysoka, dziwne, że się kiedyś całowali) i wyszedł z kuchni, zapominając nawet o zmianie koszuli

zt

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: kuchnia.   

Powrót do góry Go down
 
kuchnia.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» [P2] Kuchnia ze spiżarnią
» Kuchnia z jadalnią
» Kuchnia
» Kuchnia
» Kuchnia z jadalnią na parterze

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: