IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 pokój Blaise'a

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: pokój Blaise'a   Czw 20 Gru 2012 - 19:27



W i d a ć, że prawowity właściciel bywa tu rzadziej niż rzadko. Tylko dzięki temu panuje tu porządek, nic nie jest zachlapane farbą, zadymione, ani nieuporządkowane. Wszystko to sprawia, że Blaise'owi nawet nie chce się tutaj zadomawiać, skoro czekałoby go tyle pracy ze zrobieniem w tego miejsca jakkolwiek przytulnej i swojskiej przestrzeni.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Czw 20 Gru 2012 - 19:45

W pokoju na piętrze, jakkolwiek pięknym i reprezentacyjnym, Blaise czuł się źle. Przytłaczała go paradoksalnie ta pustka, ten brak jakiejkolwiek oznaki, że tu ktoś żyje i funkcjonuje. On miał swój świat, w Hampstead, wśród sztalug, otoczony ścianami, na których wisiało pełno rysunków, wycinków, zapisów nutowych, pamiątek i całe mnóstwo innych rzeczy, stanowiących część jego samego. Bo będąc tutaj, czuł się pusty jak ten pokój. Bez charakteru, osobowości i pasji.
Słychać było szum ludzi na parterze, choć drzwi do pokoju były zamknięte. Jednak nawet w tym zwartym chaosie wyróżniał się tubalny głos wuja George'a, który przebijał od czasu do czasu wszystkie inne odgłosy. Blaise jednak zupełnie nie czuł tej atmosfery, nie tak ON sobie wymarzył święta, bo z całą pewnością w tych planach nie było spodni od garnituru i idealnie wyprasowanej błękitnej koszuli, z białym kołnierzykiem i białymi mankietami. Bez spinek - to akurat dał radę swojej ukochanej matce wyperswadować, tak jak kamizelkę i muchę. Poza tym nie miał najmniejszej ochoty schodzić na dół, potykać się o małe kuzynostwo, znosić biadolenie ciotki Ethel i fochy ciotki Ruby. Cieszył go jedynie fakt, że całą oficjalną otoczkę związaną ze swoim własnym małżeństwem ma już za sobą. Mer dostała oficjalne błogosławieństwo głuchej jak pień seniorki rodu, a Blaise przeżył lamenty wszystkich babć, że kiedy on to wyrósł na tak poważnego, młodego człowieka.
Chociaż może nie chciał schodzić na dół, bo wiedział, że jego brat też tam będzie z... nawet w myślach nie dopowiadał imienia. Był zły i zazdrosny, nawet, jeśli przecież był już szczęśliwie żonaty całe dwa tygodnie.
Z racji iż Mer spędzała Wigilię z rodzicami, dopiero dzisiaj mógł dać jej prezent, co już za chwilę zamierzał uczynić. Najpierw jednak (przyjmuję, że leżeli sobie na łóżku xd) uciekał przed nieuniknionym, obejmując swoją żonę jedną ręką, dłonią drugiej wodząc po jej obojczykach. Czyż nie należy mu się chwila samotności ze swoją lubą na wieki?
- Postaram się zwinąć nas z tego obiadku jak najszybciej - obiecał solennie, całując ją w czubek głowy, patrząc na ekran pyrkającego sobie po cichu telewizora. - Wcale nie chcę tu być, ale moja mama chyba by nas zabiła - dodał pół żartem, pół serio, bo nigdy nie śmiał wątpić w ognisty temperament swej matki.
Prawda jednak była taka, że sto razy bardziej wolałby siedzieć w domku w górach, przy kominku z palącym się pachnącym drewnem, w sweterku z bałwankiem, albo innym reniferem, sam na sam z nią, niż odstawiać oficjalne szopki przy króliku pieczonym w migdałach i drogim, różowym winie.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Czw 20 Gru 2012 - 21:38

Przerażający był ten pokój w Kensington - miała z tym miejscem złe wspomnienia, lądując tutaj po pewnej sierpniowej eskapadzie, którą zdecydowanie chciała wymazać ze swojej pamięci - i wcale nie pasował do jej męża, już prędzej do niej, chociaż w czasie ostatnich miesięcy ona także zaczęła wyzbywać się zupełnego perfekcjonizmu ze swojego życia. Metodycznie je reorganizowała, dążąc do wypracowania kompromisu - ład pomieszany z chaosem, wypośrodkowanie spontaniczności i pełnej kontroli. Tak, jakby zsumować ich charaktery i podzielić na dwa, tak wyglądała perfekcyjna miksacja osobowości. I dlatego, to stawiając jako swój ideał, zauważała wszystko, co do wizji świata nie pasowało.
Sztywny, rodzinny obiad nie był szczytem jej marzeń, nawet jeśli wcześniejsze spotkania z rodziną Blaise'a były całkiem przyjemne, kiedy starsza pani pozwoliła jej pocałować swój pomarszczony, pachnący różanym kremem policzek, a mała Claire, zafascynowana jej fuksjową sukienką, uroczo zarządziła, że muszą kiedyś pójść razem na zakupy, bo ona chce taką samą sukienkę jak Meredith.
Dla towarzystwa tych wszystkich ludzi, którzy naprawdę ją zaakceptowali, mogła się pojawić tutaj z przyjemnością, nieco odbieraną przez fakt obecności tamże osób najbliższych Blejsowi. Nie umiała wybrnąć z niezręczności całej tej sytuacji, szczerze jej dobijającej. Niemniej jednak starała się odepchnąć od siebie wszelkie negatywne myśli i skupić na pozytywnej części - właśnie tej chwilowo prywatnej.
- Alaia jest cudowna, tak długo jak nie zaczyna mówić o swojej pracy - westchnęła z uśmiechem, przytulając policzek do jego klatki piersiowej. - A babcia Gertrude zdaje się cię uwielbiać, więc gdy uśmiechniesz się wymownie, na pewno pomoże nam się wymknąć - obróciła głowę, tak, żeby na niego spojrzeć. To też ciągle było nie do końca realne - Blaise należał do niej, a ona do niego. Każdy taki moment wprawiał ją w bezbrzeżne zdumienie połączone z euforyczną radością. I nie chciała jeszcze rezygnować z tego stanu.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Pią 21 Gru 2012 - 20:47

Mimo surowości pokoju, świadomości, jak niezręczna będzie sytuacja, gdy zejdą na dół, miał dobry humor. Święta nastrajały go pozytywnie, zwłaszcza, że miał plan możliwie najszybciej zmyć się stąd, pojechać do Hampstead i był nawet skłonny obejrzeć którąś z tych idiotycznych komedii świątecznych, byleby spędzić te święta rodzinnie - przecież to Mer była teraz jego najbliższą rodziną. Do czego nadal się przyzwyczajał, niezbyt umiejąc faktycznie myśleć o niej "moja żona" tak z automatu. Chociaż pokręconą satysfakcję miał, gdy patrzył na jej obrączkowany, serdeczny palce i miał świadomość, że to jemu jest poślubiona i jest jego żoną, niczyją inną. Odzywał się w nim chyba instynkt małego zaborcy.
Kochanego, tak czy inaczej, bo... spotulniał? ogarnął się? Służyło mu w każdym razie myślenie za dwoje, z czego akurat był zadowolony, bo takimi małymi kroczkami był na drodze do osiągnięcia swojego celu. O ile miłość w ogóle była celem, bo do tej pory postrzegał to raczej jako dodatek od losu, a nie główne przeznaczenie życiowej wędrówki.
- Alaia jest jedną z najbardziej irytujących pedantek, oczywiście jak włączy jej się ten tryb. Dlatego się dogadujecie - stwierdził, całując ją w czoło i usiadł na brzegu łóżka. - Babcia Gertrude kocha wszystkich, nawet swojego amerykańskiego szwagra Sama - dodał i podszedł do szafy, wyciągając zapakowany (bardzo ładnie zresztą, trzeba było Blejsowi przyznać, że we wszystkich pracach związanych z jakąkolwiek estetyką był po prostu utalentowany) w złoty papier prezent. Nic byle-jakiego, żaden zestaw mgiełka do ciała+balsam, czy inne chujstwo, które kupuje się pod choinkę, gdy nie ma się pomysłu. A Blaise pomysł miał, dlatego składanie swojego prezentu zaczął krótko po ślubie, bo wymagało to przesiedzenia ładnych kilku godzin na przeglądaniu swoich licznych składowisk rysunków by odtworzyć ich znajomość.
Bo dokładnie to Blaise zrobił, dziękując Bogu za nawyk sygnowania i datowania wszystkiego, co tworzył. Mianowicie zrobił album, zaczynający się dokładnie 20 września 2010 roku, gdy to durna (chociaż może, zważywszy na efekt, nie aż tak) profesor Pickett połączyła ich parę w jednym ze swoich nowatorskich pomysłów artystycznych projektów. I wtedy też Blaise po raz pierwszy naszkicował ją, co umieścił jako pierwszy wpis. Tak po prawdzie, to nawet nie wiedział, kiedy tworząc ten album mijał mu czas, bo miał wrażenie, jakby chwilę temu jadł kolację, a praca tak go pochłaniała, że orientował się o brzasku, że siedział nad tym całą noc. Egoistycznie jednak robił to też dla siebie, chciał przypomnieć sobie wszystko to, co stanowiło ich esencję, co było nimi i było ich uczuciem. Dlatego z lubością dopasowywał daty do swoich szkiców, robiąc ich własną kronikę. Obfitą, bo nie spodziewał się, że aż tyle w niej zawrze. Nie chciał jednak pomijać niczego, dlatego z dumnym uśmiechem na ustach niósł teraz swój prezent, który położył przed nią i patrząc na nią intensywnie, nie chcąc stracić ani ułamka sekundy jej reakcji.
- Wesołych świąt, kochanie - powiedział tylko i (nie)cierpliwie czekał.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Nie 23 Gru 2012 - 10:37

Nie chciała zmuszać Blaise'a do niczego, nie chciała, by czuł się w obowiązku do zrobienia czegokolwiek - to przecież wypaczałoby calutki sens ich relacji. Nigdy w ich związku nie było przymusu, konieczności czy silnych zobowiązań. Jeśli teraz to troszeczkę się zmieniło, w chwili gdy przysięgali sobie miłość i i wzajemną troskę, Meredith nie mogła od niego żądać czegoś więcej, otrzymawszy przecież najcenniejsze zapewnienie tego, że Młodszy chce z nią być. Jeśli nie kocha, to przynajmniej nie odrzuca jej uczucia, przyjmuje je. Dlatego nie chciała, żeby na siłę starał się ją pokochać, wolała drobne, stałe elementy ich relacji, świadczące o jakimkolwiek uczuciu. Spontaniczne, zaskakujące, wymagające wstawania o trzeciej nad ranem i wkradania się do mieszkania o piątej; pełne farb i terpentyny; i tak dalej, i tak dalej. Acz te drobne czułostki wprawiały ją w jeszcze bardziej euforyczny nastrój i nie miała nic przeciwko nim.
- Ej, przecież przestałam być pedantką kiedy wyrwałam cię z National Gallery tylko po to, żeby pomalować mój własny pokój w najróżniejsze kolory - zaprotestowała ze śmiechem, wcale nie dodając, że kiedy Blaise wyszedł, spędziła dobrą chwilę, czyszcząc podłogę ze śladów farby. Ściany mogły być pomalowane bardzo chaotycznie, ale jej zmysł perfekcjonizmu nie dopuszczał aż takiego... Nieporządku.
Kiedy wstał z łóżka, ona też się podniosła, zaciekawiona, co jej mąż planuje teraz zrobić. No i oczy jej się zaświeciły, kiedy zobaczyła prezent - kto nie lubi prezentów, zwłaszcza, kiedy to ich pierwszy małżeński prezent? Sama też miała dla niego wcale nie drobiazg, dzięki wszystkim bogom na Ziemi - bo początkowo planowała (i nawet kupiła) podarować mu perfumy, które w końcu i tak wsunęła do paczki - na dwa dni przed świętami kurier przywiózł jej obraz ze Stanów, ten sam, dzięki któremu wygrała owo stypendium. Wernisaż się skończył, a rektorka szkoły zadecydowała, że obrazy powędrują do ich autorów. I teraz, widząc prezent od Blaise'a, Mer szczerze się ucieszyła, że zmieniła jednak zamiar i w porozumieniu z kamerdynerem dnia jeszcze wczorajszego przemyciła tu pakunek, chowając go pod łóżkiem.
- Też mam coś dla ciebie - Jeszcze przez chwilę odwlekała otwarcie prezentu, zwieszając się głową w dół i wyciągając z kryjówki czerwono-zielony pakiecik. Przesunęła go w stronę Blaise'a i z niecierpliwym uśmiechem otworzyła swój prezent, zamierając na moment po otworzeniu kroniki na pierwszej stronie. Oczy od razu zaszły jej mgiełką łez, kiedy kartkowała album, widząc siebie - ich - od pierwszego spotkania, kiedy połączył ich Tycjan, szkic siebie i tej dwa lata starszej dziewczyny, kiedy pozwoliły się zahipnotyzować i spędziły miłe popołudnie, rysowane przez Blaise'a, kończąc na zdjęciu z Norwegii.
- To... To jest wspaniałe - wyszeptała, muskając strony dłonią. Potem podniosła się szybko i wspinając się na palce (vide płaskie buty) pocałowała go szybko, z wdzięcznością. Jak mogła go nie kochać?

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Nie 23 Gru 2012 - 23:09

Blaisowi podobała się ta nowa rola - bo właśnie w ten sposób traktował swój aktualny stan, zanim wkroczy on w upragnioną fazę akceptacji i zrozumienia, że no halo, oni serio TO zrobili, zburzyli najtrwalsze, blejsowe mury opierające się jakimkolwiek poważniejszym zobowiązaniom. A tak fantastycznie mu szło do tej pory! Tyle czasu maszynka funkcjonowała, pracując wydajnie i dając pożądane efekty, jak również spełniając wymagania, chociaż jak to sobie przemyślał, biorąc pod uwagę specyficzną emocjonalność Meredith (w końcu na co dzień zimna, musiała w końcu na kogoś przelać całą swoją miłość), przecież niemożliwe by było, żeby wyparła się ona tej podstawowej przypadłości kobiecej, jaką jest absolutna nieprzewidywalność. Objawiającej się takim właśnie rzucaniem bomby, pe-es kocham Cię i wyjeżdżam na miesiąc do Stanów, nie dając Ci nawet szansy się z tym wszystkim oswoić i ogarnąć na spokojnie.
Sporo się jednak zmieniło, nie miał jej niczego za złe, bo koniec końców nie żałował swojej decyzji, ani przez sekundę nie wahał się, ani nie zastanawiał się nad tym, jak by teraz wyglądało jego życie, gdyby nie wzięli tego ślubu. Prawdopodobnie znacznie rzadziej widywałby państwa Tremaine i nosiłby mniej biżuterii. Chociaż nawet ten element dzielnie znosił, jako zapalony przeciwnik męskich ozdobników, które nie były zegarkiem, ewentualnie jakimiś rzemykami.
Zignorował jej uwagę, bo nie musiała dopowiadać, żeby domyślił się co się stało, gdy tylko opuścił jej pokój. Chociaż nadal z uporem... cierpliwego męża wierzył, że jego działania przynoszą skutek i po prostu Mer jest wyjątkowo opornym materiałem, jeśli chodzi o wykorzenianie jej z gleby pedanterii i drażniącego perfekcjonizmu. To akurat był bardzo ciekawy temat do rozkmin, co Blaise często uskuteczniał. Bo zastanawiał się nad ich wspólnym domem, nad miejscem, w którym osiądą i założą rodzinę. Jakie będzie? Czyj wpływ będzie widoczniejszy? I prawdopodobnie utonąłby w tych myślach, jak wczoraj, gdy obserwując ją śpiącą właśnie to zaprzątała mu umysł, kołacząc się wewnątrz czaszki.
Teraz jednak coś znacznie ciekawszego miało się stać, bo musiał przyznać przed samym sobą, że się stresował. Nadal nie był przyzwyczajony do tej związkowej poufałości, do tego, że tego rodzaju czułość jest naturalna i potrzebna. Obawiał się, że przesadził, że lepiej by zrobił, kupując jej ładne, skórzane rękawiczki, albo coś innego, równie stosownego i neutralnego. Nie umiał nawet spojrzeć na jej prezent, tak zajęty wpatrywaniem się w nią i chłonięciem jej reakcji, której był tak ciekawy. Jakże żałował, że nie kręci tego wszystkiego, żeby potem zamknąć się z taśmą w pokoju i szkicować od nowa ulubione stopklatki. Może powinien ją o to poprosić?
Jednak jego serce, które zdążyło wsunąć się dławiąco w gardło, uspokoiło się i pozwoliło znów Blejsowi oddychać. Łzy były dobrym znakiem, zwłaszcza z taką miną i tak ostrożnym i uważnym studiowaniem każdej stronicy. Wystarczająco zadowolony postanowił zostawić ją z oglądaniem albumu w większej intymności, bo bez wwiercającego się czekoladowego spojrzenia i zająć się misternie zapakowanym jej prezentem. Na widok którego Blejs zmieszał się, widząc siebie. Siebie tak emocjonalnego, tak do przesady dopieszczonego (pod względem malarskim ofc, dokładnie widział nerwowe poprawki na wpół zaschniętej farbie i mnogość drobnych pociągnięć pędzelkami), że natychmiast jasne się stało, kogo tak naprawdę przestawia obraz. Portret Blaise'a wzbogacony o smugi idealizującej miłości, która wylewała się z każdej strony płótna, podtapiając nią oglądającego.
Ile trwał w tym ukochanym stanie totalnego wsiąknięcia w obraz, nie wiedział. Bardzo dobrze jednak, że chociaż ona ogarnęła, całując go, tym samym wymuszając powrót na ziemię i oczywiste oddanie pocałunku z równą mocą. Dojrzewał jednak i nie miał już ochoty zerwać z niej w takiej sytuacji ubrań w trybie natychmiastowym. Bo z każdą taką chwilą, jak ta sprzed minuty miał wrażenie, jakby otulało ich to przywiązanie, którego jeszcze nie mógł udźwięcznić, choć wiedział jaką przyjemność by jej to sprawiło. Gdyby powoli dopieszczając językiem każdą zgłoskę wyznał jej miłość w tak pięknych okolicznościach.
- Obraz również, dziękuję - bezpieczniejsza forma, o wiele, chociaż ani na centymetr się nie cofnął, poprawiając jej teraz z uśmiechem jakiegoś niesfornego kosmyka, który wydostał się z misternej fryzurki.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Sro 26 Gru 2012 - 20:43

Gdy chodziło o niezależność, wolność - Mer nie sądziła, by ślub miał tu jakieś znaczenie. Ani przez minutę nie pomyślała, by stać się kimś napastliwym, pytającym o wszystko, dowiadującym się o każdy szczegół, z niepokojem wydzwaniającym kiedy nieobecność wydłuża się o pięć minut. Pewnie nawet gdyby zniknął na kilka dni, zostawiając tylko liścik 'wrócę w piątek', nie mogłaby mieć mu tego za złe. Zbyt dobrze rozumiała jego potrzebę ucieczki, zdystansowania się, bycia samemu ze sobą. Zbyt go kochała, by narzucać mu granice, które go unieszczęśliwią. Przede wszystkim jednak mu ufała i wierzyła w to, że on ją szanuje na tyle, by mówić jej o tym, co musi wiedzieć. Wiedziała, że on jej nie kocha, była tego boleśnie świadoma, ale była na tyle egoistyczna, że nie umiała odpuścić sobie go tak po prostu, kiedy on mimo tego braku uczuć chciał z nią być. Liczyła tylko na to, że jeśli zmieni zdanie, ona dowie się o tym jako pierwsza i będzie mogła z godnością się pożegnać. Więcej chyba nie mogła chcieć, bo on odwzajemniający jej miłość - szczyt najgłębszych marzeń.
Ona sama dobrze wiedziała, jak ich życie mogłoby wyglądać - wspólna przestrzeń, pełna konfliktów drobnych, śmiesznych, zabawnych, przesyconych ciepłem, wiecznie żyjąca - rzeczy przekładane z miejsca na miejsce, porządkowane i rozrzucane na zmianę. Obok przestrzenie prywatne, urządzone w stylu rządzącym duszami państwa Collierów, terytoria autonomiczne, na które drugie ma wstęp tylko gościnny. Nic innego u nich by nie zadziałało - bo byli przecież partnerami, nie stroną dominującą i uległą.
Póki nie zobaczyła tego obrazu po przylocie do Nowego Jorku, nie była w stanie odtworzyć go w pamięci. Nie wiedziała, o czym mówi przewodnicząca jury, mając na myśli uczucia wypisane na płótnie, nie malowała go z taką intencją. Tworząc ten portret, radziła z sobie z mindfuckiem ponorweskim, pożegnaniem, smutkiem, całą tą miksacją nierozwiązanych emocji, z którymi sobie nie umiała poradzić. Wtedy nie patrzyła na ich relację w ten sposób. Malowała z precyzją, każdy element poprawiała póki nie był perfekcyjny, póki nie przedstawiał Blaise'a takiego, jakim on naprawdę jest w jej oczach, ale nie czuła wtedy tej miłości. Spojrzenie na niego, kiedy na wernisażu stała przy sztalugach, odbierając bukiet i gratulacje na oficjalnej gali dało jej dopiero zupełny ogląd na sytuację. Dla osoby bezstronnej (a teraz i zaangażowanej) Miłość włożona w ten obraz była widoczna jak na dłoni. I dopiero taka osoba, zupełnie nie znająca sytuacji, mogła uświadomić Mer o sile jej uczuć.
- Dziękuję - szepnęła jeszcze, uśmiechając się delikatnie. I przygryzła lekko wargę, odsuwając się o krok. Wiedziała, że tkwiąc w jego ramionach, będzie chcieć powiedzieć mu znowu, że go kocha, mówić to wciąż i wciąż - a nie sądziła, by dla niego było to komfortowe. - Ale to jeszcze nie wszystko, w pudełeczku jest coś jeszcze - dodała, żeby zatrzeć to wrażenie odsunięcia się.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Sro 26 Gru 2012 - 23:35

Blaise był jej niejako wdzięczny, że na niego nie naciska. To znaczyło, że była świadoma wszystkiego co robi, bo choćby takim mówieniem mu, że go kocha, sprawiałaby mu chyba największy w tym wszystkim ból. Wystarczająco, paradoksalnie, cierpiał, widząc to wszystko w jej błyszczących oczach. Swoje odbicie zabarwione miłością, jej inne pocałunki, czulsze, delikatniejsze, choć jednocześnie zaborcze - czego nie miał jej za złe. Po to przecież właśnie wziął z nią ślub, dlatego została jego żoną - miała mieć to poczucie bezpieczeństwa, miała pamiętać i być świadomą tego, że on jest dla niej, jest jej, całą swoją jednocześnie banalnie prostą i niezmiernie skomplikowaną osobą.
Teraz jednak wiedział jedno. Skoro nie potrafi jej jeszcze kochać, powinien ją uwielbiać najmocniej jak potrafi. Była jego żoną, miał spędzić z nią resztę życia, miała mu urodzić dzieci, miała go wspierać i od niego wsparcie otrzymywać. Najlepsze jednak było to, że on chciał się starać i być dla niej jak najlepszym mężem, żeby nie miała wrażenia, że marnuje przy nim życie, albo co gorsza - żeby za trzydzieści lat nie mogła mu zarzucić, że zniszczył jej wszystko. I to właśnie było teraz jego celem, dążyć z całych swoich sił do tego, by spełniać się w nowej roli, ucząc się tych wszystkich rzeczy, przed którymi się bronił, przed czułością, zobowiązującymi sytuacjami, które mieli pokonywać we dwoje. W tym momencie akurat aspekt miłości był wyjątkowo uspokajający, bo wiedział, że gdyby stało się cokolwiek złego, nie zostanie sam. Skoro kocha, nie odejdzie i nie pozwoli upaść, w co egoistycznie (i to jak!) wierzył.
Pierwszym tego egzaminem miał być obiad, który zbliżał się nieubłaganie i chyba dlatego, przez tą ciążącą świadomość, nie chciał jej puścić. Nie interesował go w tym momencie drugi prezent, nie na tyle, by rzeczywiście się od niej oderwać. Szkoda, że zrobiła to sama, więc nie pozostało mu nic poza sięgnięciem po misternie zapakowane maleństwo, z którym szybko się rozprawił. A zobaczywszy co to właściwie było uśmiechnął się szeroko i rozbrajająco.
- No tak - zaśmiał się. - Teraz już niczego mi nie brakuje - powiedział, psikając raz perfumem w szyję i odkładając go gdzieś, wracając spojrzeniem do obrazu. Patrząc na niego trochę jak na swój cel, punkt, do którego zmierzał. Chciał być taki, by czynić ją szczęśliwą i dostał od niej najlepszą wskazówkę, jak to zrobić.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Czw 27 Gru 2012 - 12:21

Dla niej także wymawianie tych słów było bolesne, bo przecież nie mogła usłyszeć odwzajemnienia, tylko niezręczną ciszę. I widzieć zasmuconą twarz Blaise'a - a przecież miłość to pragnienie szczęścia drugiej osoby. I kiedy o to chodziło, ona brała wszystko bardzo dosłownie, za swój cel stawiając właśnie szczęście Blaise'a, nawet kosztem własnego. To dla niej nie było awykonalne - poświęcanie siebie miało w sobie coś nawet kuszącego, uwodzącego. Ale znów, póki mogła, cieszyła się swoim egoizmem, życiem z Młodszym w harmonii dostępnej tylko małżeństwom i chciała ten stan utrzymać jak najdłużej.
Czasem, kiedy noce spędzali samotnie - bo szkoła, bo coś - leżała i wyobrażała sobie ich przyszłe życie. Ich dzieci, na początku córeczka, może o imieniu Laura, drobniutka kruszynka o jego kolorze oczu, delikatnych, różowiutkich usteczkach i jasnej cerze, uwielbiająca spędzać czas w ramionach Blaise'a. A rok albo dwa później synek, Will, na cześć Najstarszego. Koniecznie wysoki, z karnacją ojca, z odziedziczonym talentem i własnym poczuciem piękna. Nie mogła nie chcieć takiego przebiegu wypadków, wspólnoty i stabilnego, ale intensywnego życia, ze sztuką, ciepłem, radością w tle. Pewnie jedyny rodzaj miłości jakiego mogła od niego żądać to miłość do dzieci, z czystą sympatią do siebie by sobie poradziła.
Niechętnie się odsuwała, wiedząc, co ją - ich - czeka. Obiad, Aiden, Indiana, cała familia Collierów. Ta część, którą zdążyła już poznać, nie przerażała jej aż tak, zresztą rodzina wcale nie była straszna, gorzej miało być z Indią i Starszym. Nie rozumiała ich, nawet wiedząc to już od urodzin Chloe.
- Obydwoje jesteśmy teraz euforyczni - zażartowała, jednak łapiąc jego dłoń. Uścisnęła ją, dodając sobie i jemu otuchy na przyszłe kilka godzin spędzone w zdecydowanie gorzkiej atmosferze. Ale jeśli przez to przebrną razem, starcie z bratem/szwagrem i bratową swoją miłością/przyjaciółką, to potem niewiele będzie mogło ich złamać.
- To co, idziemy? - spytała po chwili, wyraźnie niechętnie. To był ich obowiązek, jedyny na dzisiaj. A potem mogli stąd uciekać gdzie ich oczy poniosą, hm?

/Azerbejżdżan, przepraszam :* Zetniesz? <3

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   Czw 27 Gru 2012 - 13:11

Mimo tego, że z punktu widzenia obiektywnego obserwatora, nie powinien być w związku z osobą, której nie kocha. W związku oficjalnym, udokumentowanym słowem i pismem, przysięgą, podpisem, przypadkowym świadkiem, poproszonym o nietypową przysługę z zaskoczenia, gdzieś pomiędzy zmienianiem piosenki na iPodzie, a intensywnym szukaniem czegoś w torbie. Swoją drogą, okazało się że ów osobnik (Scott-student-architektury) jest przemiłą osobą, która niejako ze sztuką jest związana. No i jak Blaise spotkał się z nim tak o, w sumie na jego prośbę, bo biedaczyna chciał ogarnąć czyjego ślubu w ogóle był świadkiem, to chłopak okazał się naprawdę spoko ziomeczkiem, umówili się na kolejne piwo kiedyś w przyszłości i Blaise został zaproszony na wystawę szkiców technicznych grupy studenckiej Scotta.
Może to był jeden z pierwszych dobrych znaków, które wróżyły ich związkowi świetlaną przyszłość, w którą Blaise naprawdę wierzył? Nawet jeśli była to tylko czcza pożywka dla umysłu, domagającego się powrotu do homeostazy uczuciowo-każdej-innej, przeanalizowawszy sobie, że przecież niewiele zmienia ta obrączka na palcu, doszedł do przyjemnych wniosków, że pozostaną tym samym duetem, który ciumka się w farbach i uprawia seks w toaletach, bo najwyraźniej to miało być ich wyzwoloną dewizą. Tylko teraz dojdą do tego myśli o przyszłości, tylko teraz ewentualnie zaplanują co nieco związanego z ich eurotripem, choćby biorąc pod uwagę dostosowanie podróży do dzieci. Które chciał mieć, nawet jeśli nie teraz.
Koniec końców chyba wyjdzie mu na dobre związek z Mer, bo wprowadzi do swojego życia więcej harmonii i poukładania, pozwoli sobie posegregować niektóre sprawy, odświeżyć jedne, jak na przykład obopólna chęć zobaczenia Sydney, zakamuflować drugie - te średnio nadające się jako temat małżeńskich pogaduszek, jak rejs po Morzu Śródziemnym z przeuroczymi trojaczkami ze Słowacji. Byli spójni, co Blaise wiedział, widział i utwierdzał się w tym z każdym pocałunkiem i najdrobniejszą pieszczotą - różnica między Mer a wszystkimi innymi dziewczynami, które były dla niego mniej lub bardziej ważne (Indiana?), widoczna była teraz wyśmienicie. Z całą resztą mógł być, bo radził sobie od nich odseparowany. Czas pokazał mu jednak, że rozłąka z Mer nie wchodziła w grę, nawet, jeśli nie może jej jeszcze odpowiedzieć miłością na miłość.
Uśmiechnął się na jej dowcip, choć trochę wymuszenie. Zbyt dręczyła go perspektywa spędzenia gorzkiego popołudnia, szerząc hejtowaną sztuczność.
- Tak, dobrze powiedziane - przyznał, również ściskając jej dłoń, całując lekko w policzek. Wziął głęboki oddech, wolną dłonią rozpinając najwyższy guzik koszuli. - Chodźmy - powiedział cicho. Im szybciej to załatwią, tym szybciej będą mogli zająć się sobą, co teraz wydawało się Blejsowi wystarczającą zachętą, by przetrwać ten nieszczęsny obiad, dlatego nie puszczając jej dłoni (i bawiąc się obrączką na jej palcu) zeszli na dół, od razu wskakując na głęboką wodę konwersacji międzycollierkich.

zt

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: pokój Blaise'a   

Powrót do góry Go down
 
pokój Blaise'a
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: