IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Salon   Nie 26 Sie 2012 - 19:06

[You must be registered and logged in to see this image.]

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Salon   Nie 26 Sie 2012 - 19:06

Nie tak miały wyglądać ostatnie dni wakacji w wykonaniu Antoinette. Owszem, zamierzała spędzić je na totalnym nicnierobieniu, nie przejmowaniu się czymkolwiek i psychicznym naszykowaniu się na nowy rok szkolny, ale na liście jej planów nie znalazło się jednak spędzanie całej doby w łóżku i nieustanne histeryzowanie w poduszkę. Poza tym, po obozie w Bawarii, dzięki któremu udało jej się zrzucić parę kilo, nie miała zamiaru kontynuować tej diety cud, a wreszcie najadać się co dzień do syta, obżerać, czym tylko dusza zapragnie, żeby nie wyglądać jak swój własny cień. Tymczasem, nie wychodząc całe dnie spod kołdry i w zasadzie jedząc jedną dziesiątą tego, co jej pod nos podstawiano, zaczynała powoli przypominać ducha. Na nic zdawały się prośby i groźby zatroskanych rodziców, dzwoniących co parę godzin z Paryża na domowy aparat, bo Demarchelier wcale nie miała ochoty ich oglądać i nie życzyła sobie, żeby pojawiali się w ogóle w Londynie. Nawet pani Harvey, gosposia, którą Nette traktowała zazwyczaj jak dobrą ciocię, aktualnie zbywana była z jej pokoju krzykiem. Dla odmiany tośkowy telefon od paru dni leżał wyłączony, więc Antoinette była niczym człowiek widmo. Przypadek (telepatyczna więź?) chyba chciał, że tego dnia, którego Chloe wysłała kuzynce wiadomość z prośbą o spotkanie, Tośka przywróciła do życia komórkę, sprawdzając spis nieodebranych połączeń i smsów. W sumie Klołka była jedyną osobą, którą druga Demarchlierówna miała ochotę widzieć. Wiedziała, że będzie mogła wypłakać się w jej rękaw, bez żadnego tłumaczenia czegokolwiek, a po prostu posiedzieć w milczeniu. Nie miała jednak pojęcia, co wydarzyło się ostatnio w życiu jej prawie-siostry.
Szykując się na wizytę, raczyła ruszyć się z łóżka, zmieniając piżamę na jakiś zwyczajny t-shirt i bawełniane, dresowe spodnie, których chyba nigdy wcześniej nie miała na sobie, bo przecież po domu nie będzie nosić takich szmat. Swoją drogą ciekawe, jak w ogóle rzeczy te znalazły się w jej szafie. Poza tym związała włosy, będące w stanie opłakanym, w niedbały kucyk, więc ogólnie rzecz biorąc wyglądała jak nie ona, ale jakaś zwyczajna chuliganka z blokowiska. Z twarzą wciąż zaczerwienioną i podpuchniętymi oczami opuściła pierwszy raz swój mały azyl, w nadziei, że panny Harvey akurat w domu nie ma, bo od razu zaczęłaby ją dręczyć. Zmienienie pokoju i tak nic jej nie dało, bo i tak wyszło na to, że zamiast leżeć w łóżku, przeniosła się na kanapę w salonie. Uprzednio jednak otworzyła zamki w drzwiach, żeby Chloe mogła od razu wejść do domu, nie czekając, aż Tośka dowlecze się do wejścia.

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Nie 26 Sie 2012 - 20:47

/przepraszam za elaborat, ale to pierwszy post po śmierci Kornela i musiałam to gdzieś opisać. następne już ogarnę, promys :*


Ile może się w życiu człowieka zmienić podczas jednej doby? Dwadzieścia cztery godziny, tyle trwa dniówka strażaka. Może uratować komuś dorobek całego życia, biorąc udział w akcji, w której broni efekty ciężkiej, ludzkiej pracy przed destrukcyjnymi językami ognia. Mimo wykonywanego zawodu, jednak to nie byłby dzień jak co dzień.
Idąc za ciosem - kilkanaście godzin porodu i od tego momentu życie zmienia się diametralnie, bo pojawia się mała małpeczka, wymagająca opieki, troski i zainteresowania już do końca własnych dni. Nigdy przecież matka nie przestaje się martwić o własne dziecko i wiek nie gra tu żadnej roli. Osiem godzin, czyli typowy dzień pracy, w którym możemy tę posadę utracić. A wraz z nią zarobki, co wpływ na dalsze losy ma, przy słabszej psychice. Staczanie się, uzależnienia, krytyczna biedota, aż wreszcie bankructwo - a wystarczyła ośmiogodzinna zmiana.
Cztery godziny, w ciągu których przeczytasz dobrą książkę. Zmieniającą światopogląd, czyli jednocześnie późniejsze postępowanie, w efekcie zmieniającą wszystko. Dwie godziny poważnej, prawdziwej rozmowy z odpowiednią osobą, gdy uświadamiasz sobie błędy i przewinienia, po której chcesz się zmienić. Zmienić swoje życie. Pół godziny, egzamin, od którego może zależeć dalsza przyszłość, edukacja, kariera.

Wczorajszy dzień był dziwny, obfitujący we wrażenia zupełnie nieklołkowe, chociaż nie od samego rana. Obudziła się przecież z chandrą, okropną, dławiącą, nakierowującą myśli tylko na to, by zostawić kolejne tysiące w drogich butikach, żeby jeszcze ciaśniej upychać ubrania w i tak niemałej garderobie. Co też przecież uczyniła, kolejny raz od kiedy wróciła z Bawarii, nie mając żadnego limitu. Stan konta i tak z ospałością zmieniał liczbę oczek, nie dając satysfakcji wydawania naprawdę dużych pieniędzy. Musiałaby chyba kupić ze cztery nieruchomości, żeby drgnęło coś więcej.
Uskuteczniała więc, niezbyt radośnie ale wciąż, bezmyślny szoping. Kolejna brzoskwiniowa sukienka, kolejna para szpilek Louboutina, czwarta w tym miesiącu kolia z kamieni szlachetnych. I przy każdym szeleście wyciągania karty kredytowej z przegródki myślała z rezygnacją i bezsilnością, że to bez sensu. I tak nigdy nie ubierze tej spódnicy, bo kupuje ją tylko dlatego, że droższej nie znalazła. Dzieci w Afryce chodzą całe kilometry, by napić się szklanki brudnej, zasyfionej wody, podczas gdy ona w jednym sklepie zostawia tyle pieniędzy, że starczyłoby na wyżywienie całej wioski przez cztery lata. I tak każdego dnia, bo jeden od drugiego różnił się tylko outfitem.
Aż wreszcie przełom, rozmowa z Pru, poważny kopniak w ekskluzywnie ubrane cztery litery, chęć zmian, motywacja do działania, do zrobienia czegoś lepszego, ku dobru nie tylko swojemu. Prudence przecież też potrzebowała przyjaciółki, Tosia kuzynki, Aiden platonicznego bffa, a Kornel... jej zrozumienia. Które zamierzała mu dać już następnego dnia, gdy ułoży sobie to, co chce mu powiedzieć, przyjedzie pod ich dom w Surrey, wierząc, że on czekał tak jak ona. Że ten czas spędzony osobno poskutkuje wykwitnięciem jeszcze piękniejszych kwiatów ich związku, że zaczną planować ślub, że wyremontują ostatnie piętro, już razem.

Minuta, bo dokładnie tyle Chloe rozmawiała z oficerem londyńskiej policji i miała wrażenie, że zmieniło się od tego momentu wszystko. Najpierw niedowierzanie, gorąco zaprzeczała. Przestał brać, nie okłamałby mnie, nie mieliśmy w domu heroiny, wyrzucił wszystko, widziałam. Nie chciała na początku wytłumaczyć sobie co się tak naprawdę stało tamtego popołudnia. Zgodziła się jednak przyjechać na komisariat, jako, według dochodzenia policji na podstawie wykonywanych połączeń telefonicznych, osoba najbliższa, o najlepszym kontakcie z ofiarą.
Komisarz okazał się być rosłym, potężnym mężczyzną, który prezencją i chłodem bycia przypominał jej własnego ojca, co też pięknie udowodnił podczas rozmowy z nią. Dystyngowany, wyprany z emocji ton, suche fakty, szklące się oczy Chloe, że pod koniec wątpliwie chłodnej pogawędki nie widziała już nic przez kurtynę łez. Złoty strzał, śmierć według biegłych nie trwała dłużej niż kilka minut. Zaprowadzono ją do laboratorium celem ostatecznej identyfikacji rzeczy, które znaleziono i uznano za istotne. Potwierdziła. Pochodziły z ich domu, należały do jej chłopaka, do jej narzeczonego. Jednak nie płakała aż do momentu, gdy wprowadzono ją do policyjnej kostnicy. Policyjnej, ponieważ sprawa narkotyków podchodziła pod prawne wykroczenie. Dopiero wtedy łzy pociekły strumieniami po jej twarzy. Gdy ujrzała jakby wykrzywioną bólem ukochaną buzię, która jeszcze niedawno uśmiechała się do niej. Którą trzymała we własnych dłoniach. Blade usta, były sztywne i zimne, morskie oczy zasłonięte powiekami. Ciało było nagie, pod żebrami nie biło serce, przyciskając palcami brzuch czuła opór martwych tkanek, a nie ciepło, miękkość i schowaną wewnątrz tętnicę. Stała tam przez kwadrans, łkając cicho, tuląc lodowate ciało, nie rozumiejąc. Przecież chciała wrócić, zapisywała wywiniętym pismem słowa, które zamierzała mu przecież odczytać. Chciała przeprosić, wtulić się znów w ukochanego, z którym chciała spędzić życie. Wiedziała to. Tego wszystkiego była już tak doskonale świadoma.
Nie zdążyła.
Oficer odwiózł ją, milczącą, do Nothing Hill, wyjątkowo pustego - większość personelu, poza wiernym kamerdynerem Hubertem i pracownikiem-złotą rączką-czlowiekiem renesansu-robiącym najlepszą gorącą czekoladę z piankami Barney'em, miała wolne do końca wakacji. Puste oczy niczego nie mówiły, nie odpowiedziała na uprzejme 'dzień dobry' lokaja-stroża, nie zerknęła nawet na Barney'a, ignorując radosne powitanie. Poszła prosto do swojego pokoju, do, o ironio, NIEBA, zamykając się tam, zrzucając z półek wszystko, co tylko wpadło jej ręce, dopiero teraz pozwalając sobie na rzewny płacz. Taki rozdzierający każdy organ ciała, rzewny, głośny i żałosny.
Umarł. Popełnił samobójstwo, przez Ciebie i twoją niepewność.
Płacz na chwilę urwał się, Chloe stanęła na środku garderoby, z rozerwaną sukienką i tylko jednym butem na nodze. Którego szybko zrzuciła, rzucając się do półek po prawej stronie, gdzie powinna, między swetrami być jego bluza. Była. Narkotycznie porwała ją w ramiona, osuwając się na dywan, wwąchując się w materiał. Pachniał jak on, jakby naprawdę tu teraz był, jakby stał naprzeciwko, przytulał, pozwalając się mocno wtulać w szczupły bark. Rozpłakała się znów, zrywając z siebie resztkę nieszczęsnej sukienki, ubierając jakikolwiek top, jaki nawinął się pod rękę, a na niego bluzę. Szare legginsy znalazła po drodze do półek z butami, doskonale wiedząc, że inne obuwie niż czerwone trampki nie wchodzi w rachubę. On przecież zawsze takie nosił. Może miałby na sobie i teraz, bo może właśnie przekraczałaby próg Surrey, przepraszając za niepewność. Zapewniając, że tak, zostanie żoną, będą razem na zawsze, dopóki śmierć ich nie rozłączy.

Wytarła granatowym rękawem zapłakane, spuchnięte oczy, włosy niedbale związując w koka i wybiegła z domu, mając serdecznie dość zimnej pustki, braku ukochanych ramion wokół niej, napisawszy tylko smsa do Nette, ozdobionym znów palcem serdecznym.
Biegła na oślep, płacząc jak bóbr, nie mogąc w to wszystko uwierzyć. Sprintem przemierzyła całe Notting Hill, zahaczając o jakiś park. Śmierć rozdzieliła ich zbyt szybko. Dlaczego się zabił? Przecież tak go kochała! Chciała zostać jego żoną, chciała nosić pod sercem jego dzieci, chciała zamieszkać z nim w Dover, chciała nauczyć się lubić jego rodzinę, chciała, żeby i Lancasterowie ją pokochali, tak, jak ich syn. Chciała zastąpić mu narkotyki, należeć do niego i mieć jego całego dla siebie. Dlaczego nie zdążyła? Dlaczego wolał egoistycznie się zabić w tak koszmarny sposób, niż poczekać, przecież zaakceptowała zaręczyny, była prawie gotowa, a Bawaria bez niego miała ją tylko w tym utwierdzić.
Fools in love,
Are there any other kinds of lovers?

Miała teraz niby się ogarnąć, machnąć ręką i pokochać kogoś innego, jakby ON nigdy nie istniał? Jakby nie był jej najlepszym przyjacielem, jakby nie poprosił jej o rękę? Jakby nie odważył się dla niej rzucić w cholerę tych sproszkowanych świństw, jakby nie powtarzał jej, że kocha ją nad życie o każdej porze dnia i nocy? Tego chciał? To chciał osiągnąć zabijając się?
Fools in love,
Is there any other kind of pain?

Czuła tak potworny ból w każdej części ciała, że miała wrażenie, jakby dosięgał ją paraliż. Dalej biegła jednak przed siebie, ignorując to, że zaczynał padać deszcz. Spanikowała dopiero wtedy, gdy spowolniona reakcja mózgu krzyknęła wreszcie, aby uważała i biegła jak najszybciej do Nette, deszcz zmyje zapach, którym się zaciąga już ponad półtora godziny, co chwilę podczas katorżniczego biegu podtykając sobie ożywczą woń pod nos. Chciała teraz wręcz paść, z bólu i wycieńczenia. Biegła jednak dalej, ignorując kamiennie spięte mięśnie, odmawiające posłuszeństwa z przemęczenia stawy.
Everything you do, everywhere you go now,
everything you touch, everything you feel.
Everything you see, everything you know now,
everything you do, you do it for your baby love.

Umarł, nie wróci. Nigdy już nie ujrzy błękitu jego oczu, nigdy nie ucałuje zgrubień tatuaży. Nigdy nie zje przypalonego omleta, ale ze zrobionym serduszkiem, wyciętym z żółtego sera, położonym nań, podanym ze słowami 'dzień dobry, kocham Cię'. Odszedł, na zawsze wybierając inny świat. Świat bez niej. A pozostały tylko wspomnienia i przedmioty, jak parzący teraz w palec pierścionek i przemoczona już od deszczu bluza, wciąż jednak pachnąca.

Nie miała pojęcia ile biegła, jako wyznacznik mając tylko swoje, już zapewne ze zmęczenia wpółmartwe, płuca. Domyśliła się, że drzwi będą otwarte, toteż pchnęła je, ledwo utrzymując się na nogach. Nieprzytomnym wzrokiem powiodła po strumieniach światła płynących z salonu i tam też się udała, zgadując, że to tam znajdzie Nette. I umrze, jak tylko usiądzie w miękkim fotelu, bo nie miała już ochoty żyć.
Stanęła w progu, patrząc na zwiniętą na kanapie kuzynkę, obrazem nędzy i rozpaczy, mokrej w dodatku jak pies, będąc. Podeszła do sofy i usiadła na podłodze, opierając tylko na meblu ręce i kładąc na nich głowę, oddychając ciężko i czując szalejące pod żebrami serce. Którego już nie chciała. Niczego nie chciała, w głowie mając tylko najczarniejsze scenariusze, dlatego też zupełnie nie wpływała na swoje emocje, pozwalając im szaleć do jeszcze większego bólu. A nuż umrze z żalu, tęsknoty i cierpienia?

_________________

[You must be registered and logged in to see this image.]
Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 27 Sie 2012 - 11:10

/zakładam, że Tośka jeszcze nie dostała informacji o rewolwerze, ani liściku, który miał Kenny, o co zadba jakiś miły MG :*


Tośka leżała skulona na kanapie, patrząc się w ścianę naprzeciwko niej. Nie wiedziała sama, ile czasu tkwi nieruchomo w tej samej pozycji; czy trwa to pięć minut, piętnaście, a może już pięćdziesiąt. Tego feralnego dnia, kiedy była świadkiem śmierci Kenny’ego, straciła rachubę. Czas się dla niej zatrzymał. Wciąż miała wrażenie, że na zegarku dopiero wybija południe, a Big Ben radośnie o tym przypomina. Zaraz znowu zobaczy chłopaka, a on się do niej uśmiechnie…
W tośkowej głowie nie było aktualnie miejsca na inne myśli. Wszystkie skupiały się na tragicznym wydarzeniu sprzed kilku dni. Nieustannie przed oczami miała obraz umierającego Kennetha, a także minę lekarza z karetki, który zabił resztki nadziei na to, że chłopak może jeszcze z tego wyjdzie, że wbrew pozorom da się go uratować. Czuła każdy kamyczek, leżący na asfalcie, który wbijał się w jej kolana, kiedy klęczała na ulicy, niemalże siłą odciągnięta od ciała, wbijając wzrok w czarny worek, którym przykrywali zwłoki. Ból, rozdzierający jej serce był nie do zniesienia. Poczucie winy za ten wypadek wcale nie zamierzało opuścić sumienia Antoinette. Gdyby wybaczyła mu wcześniej, przecież by do tego nie doszło. Albo gdyby nawet nie pojawiła się wtedy na moście, Kennethowi też nie przyszłoby na myśl przeskakiwanie barierki, żeby jak najszybciej do niej podbiec. Jednak tym, co spędzało sen z tośkowych powiek i przede wszystkim nie dawało jej spokoju, były słowa, wypowiedziane przez nią w Bawarii. Tam też odprawiła Kennetha stwierdzeniem, że nigdy więcej nie chce go widzieć, ani mieć z nim w ogóle do czynienia, a więc stało się tak, jak sobie życzyła. Teraz wiedziała, że nigdy nie wybaczy sobie tego zdania, rzuconego bez namysłu, w przypływie tylu negatywnych emocji.
Wcześniejsza wiadomość od Chloe nie nastrajała Tośki pozytywnie. Dziewczyna też zmagała się z jakimś problemem, jak można było wywnioskować z wiadomości ciężkim, z którym sama sobie nie mogła poradzić. Demarchelier bała się, że w związku z tym, z czym sama się zmagała, nie będzie w stanie pomóc kuzynce, mimo usilnych chęci. Nie spodziewała się jednak, że w rzeczywistości było gorzej, niż mogła sobie wyobrazić. Nigdy przez myśl by jej nie przeszło, że Chloe mógł spotkać jakże podobny los.
Huk, który rozniósł się po mieszkaniu, kiedy druga Demarchlierówna trzasnęła drzwiami, wyciągnął Tośkę z letargu. Zanim jednak zdążyła podnieść się z miejsca i powiedzieć cokolwiek, Chloe już była obok niej, zalewając się łzami. Wyglądała koszmarnie – mogłaby być z powodzeniem lustrzanym odbiciem kuzynki. Co się dzieje? Tośka zaledwie parę razy widziała ją płaczącą, ale nigdy wcześniej nie przypominała dziecka wojny i rozpaczy, cokolwiek by się nie działo. Zaskoczona i poniekąd wystraszona otarła ręką mokre oczy, by za chwilę i tak znów się rozpłakać, co w ostatnim czasie wychodziło jej najlepiej. Położyła dłoń na klołkowym karku i głosem zachrypniętym i łamiącym się wyszeptała: – Boże, Chloe…co się stało? – intuicja podpowiadała Tośce, że wcale nie chce znać odpowiedzi na to pytanie. Przedtem naiwnie myślała, że po śmierci Kennetha już gorzej być nie może, teraz czuła, że to jednak nie była prawda. – Z Kornelem wszystko w porządku, prawda? – na klołkowym palcu cały czas lśnił zaręczynowy pierścionek, więc nic nie wskazywało na to, że pomiędzy tą dwójką coś się popsuło. Może coś stało się Prudence? A może Chloe znów jest w ciąży? Przynajmniej na parę chwil Tośka zapomniała o Kennym, zastanawiając się, z czego wynika fatalny stan drugiej Demarchelier.

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 27 Sie 2012 - 12:35

Miała teraz ochotę pobiec na komisariat, wpaść do kostnicy i oddać nadprogramowe uderzenia własnego serca, żeby jemu je oddać. Żeby jego ciało znów zrobiło się ciepłe i miękkie, żeby powieki się uchyliły ukazując błękitne oczy, żeby usta wygięły się w tym najukochańszym z uśmiechów.
Czuła się taka bezsilna, jakby była zupełnie puchem marnym, już nie zważając na sylwetkę, a na znaczenie w tym świecie. Czym były teraz pieniądze, które płynęły złotem, platyną i kamieniami szlachetnymi między kartami płatniczymi w klołkowym portfelu, kiedy żadna suma nie przywróci go do życia. Cały ten majątek był niczym, był po prostu psującym ludzkie wnętrza n i c z y m, ograniczeniem wręcz, powodem, dla którego ludzie popadają w obłędy, dla których zaniedbują rodziny i bliskich, dla których dopuszczają się przestępstw, przez które mają zaburzone pojęcie prawdziwej potrzeby. I na co jej były te wszystkie szmaty otaksowane burżujskimi metkami, skoro nie będzie miała się dla kogo w nie stroić. Równie dobrze mogła wziąć z jadalni obrus i obwiązać się nim - przecież teraz to wszystko już się nie liczyło.
Nie miała siły podnieść głowy, była tak potwornie ciężka od nadmiaru depresyjnych emocji. Naprawdę nie miała ochoty się podnieść. Tylko zostać tu i umrzeć z głodu/smutku. I poczucia winy które teraz miażdżyło ją bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo nawet gdy robiła w swoim życiu świństwa innym ludziom, nikt nie umierał. Młoda osoba, która miała jeszcze tyle pięknych chwil przed sobą, wspólnych chwil w perspektywie spędzenia ze sobą reszty życia. Gorzki chichot losu? Będę z Tobą aż do śmierci?
Uniosła się znów płaczem, lecz teraz ciszej, kuląc się przy kanapie, obejmując się ramionami, z kolanami pod brodą. Obracając kciukiem pierścionek na serdecznym palcu, zupełnie nie reagując na dźwięki podnoszenia się Tosi, na jej dłoń położoną na klołkowym karku, na jej słowa. Unosząc głowę dopiero po dobrej minucie, nie mając jednak kompletnie siły by stanąć się na nogach i usiąść naprzeciw kuzynki. Spojrzała na nią zatem, jak, zapewne, wielokrotnie zgwałcona i pobita biedna dziewczyna, biorąc Tosię za rękę.
- Nie mogę tego powiedzieć, jeszcze. Ale Ty mów, co się stało, że jesteś ubrana w dres? - powiedziała cicho, zachrypniętym głosem, a następnie po całym pokoju rozeszła się fala gruźliczego niemalże kaszlu, wydostająca się z klołkowej krtani. I pod tym jakże uroczym ukazaniem sytuacji pełnym finezji, polotu i żartu, jakoby ubranie dresu było czymś dziwnym (not anymore, who cares now?) kryło się ważniejsze pytanie, ogólne, co się stało. Jej konkretnie, bo Chloe nie miała jeszcze siły, by powiedzieć na głos to, w co dalej nie wierzyła, choć przytulała lodowate, kamienne ciało, widziała akt zgonu, obiecała półprzytomnie zająć się sprawą pogrzebu. Jakby to było po prostu najbardziej przykrym z dowcipów w stylu "ukryta kamera", a zaraz zza rogu wyskoczy uśmiechnięty Kornel, idealnie ogolony i idealnie ubrany prezenter z uśmiechem bielszym niż heroina, a wszędzie pojawią się balony i konfetti.
Chloe Demarchelier, znalazłaś się w Ukrytej Kamerze!
Jednak mijały sekundy i nikt z telewizji ani prasy się nie pojawiał, by oznajmić, że to tylko wpędzający do grobu żart i że tak naprawdę to wygrywają ekskluzywny (dla plebsu) dwudniowy pobyt w podrzędnym spa za Londynem.
Znalazła gdzieś ostatnią resztkę sił, żeby dźwignąć się na ramionach i powoli usiąść na kanapie, patrząc kuzynce prosto w oczy, równie zapłakane. Niczego więcej nie wyciągając, jakby słowa ugrzęzły jej w gardle, blokowane poczuciem winy, wyczerpaniem, skrajnym rozżaleniem i utratą wszelakich chęci do utrzymania funkcji życiowych.

_________________

[You must be registered and logged in to see this image.]
Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Salon   Pon 27 Sie 2012 - 14:33

Tośka westchnęła cicho, nie podejmując nawet próby wyciągania czegokolwiek z Chloe. Pomijając to, że widziała, iż dziewczyna nie ma ochoty na razie o tym rozmawiać, to sama nie miała siły, żeby bawić się w psychologa i udawać, że zna milion trików na wydobywanie z ludzi informacji, wbrew ich woli. Uszanowała więc decyzję kuzynki, nie odzywając się ani słowem, nie zastanawiając się też nad tym, czy prędzej czy później dowie się czegokolwiek, czy nie. Jeżeli druga Demarchelier w ogóle nie będzie gotowa porozmawiać o swoich problemach, a zamiast tego zechce posiedzieć w milczeniu, niech i tak będzie. Tośka ścisnęła więc klołkową dłoń, starając się zebrać w sobie i opowiedzieć o tym, co się stało. Chciała na chwilę powstrzymać cieknące nieustannie łzy, dobrać odpowiednie słowa, by nie wypalić niczego prosto z mostu i ten jeden, jedyny raz znaleźć w sobie siłę, by ogarnąć emocje i mówić spokojnie, nie unosząc się histerycznym płaczem. Ilekroć jednak próbowała coś z siebie wydusić, łzy same cisnęły jej się do oczu, a głos grzązł gdzieś w gardle. Ostatecznie i tak zaniosła się szlochem, puszczając rękę Chloe i chowając twarz w dłoniach: – Kenny nie żyje… Mój Kenny… – i znów powtórka z rozrywki. Rozpacz, wracające wspomnienia, ucisk w klatce piersiowej. Po Kennym nie pozostało Tosi nic. Zupełnie nic. Żadna bluza, koszulka, nawet złamany kluczyk z pęku, który nosił na szyi. Nic, oprócz bolesnych wspomnień. Nie wyobrażała sobie kolejnych dni, miesięcy, ze świadomością, że już go nie ma. Że nigdy więcej już nie zobaczy jego uśmiechu, że wyśmieje jego okropnych trampków, nie spotka w Lustrzanej Sali, ich miejscu. Zawsze też będzie omijać szerokim łukiem Tower Bridge, gdzie przeżyła najgorsze chwile swojego życia.
Z każdym kolejnym dniem uświadamiała sobie, że naprawdę darzyła go uczuciem znacznie głębszym, niż do tej pory myślała. Wmawiała sobie, że to nic, zauroczenie, że może przerodzi się to w coś innego – teraz wiedziała, że sama siebie oszukiwała, bo to, co do niego żywiła, potocznie nazywa się miłością. Tylko co z tego, skoro Kenneth odszedł ze świadomością, że Tosia już go nie chce, że przestaje jej zależeć, że mu nie wybaczy…
Gdy Demarchelier uspokoiła się na chwilę, znów spojrzała na Chloe, chcąc powiedzieć coś jeszcze, jednak dalej nie miała siły, by wydusić z siebie jakiekolwiek słowa. Patrzyła na te smutne, mokre od łez oczy, w których dostrzegała straszny ból i cierpienie, nie znając przecież ich przyczyny. Jednocześnie chciała krzyczeć i milczeć, przytulić Chloe, prosząc, by szybko nie opuszczała jej mieszkania i zostać sama, siedzieć zamknięta w czterech ścianach i uciec gdzieś daleko.
To zdecydowanie była jakaś Ukryta Kamera, w której nagrodą będzie pakiet wizyt u psychologa.

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Wto 28 Sie 2012 - 19:02

Gdzieś pomiędzy własnym egoistycznym cierpieniem, a własnym egoistycznym bólem, myślała o tym, co takiego przytrafiło się Nette. Dlaczego reprezentowała stan, jaki Chloe miała nadzieję osiągnąć za kilka tygodni, gdy skończą się już jej łzy i zaopiekuje się nią specjalistyczna kadra lekarska uzbrojona w nabite uspokajaczami strzykawki (jak ta, którą widziała w dowodach na policji, też ze swoistym lekarstwem na złość - takim o wiecznym działaniu), kaftany bezpieczeństwa i pokoje bez klamek, w których spędzi pewnie resztę życia.
Coś z jej rodzicami? Z nią samą/ Może jest chora na coś potwornego i nie potrafi tego zaakceptować? Może rzucił ją Reventlow? Albo spłonęła jej garderoba? Mnóstwo pytań rodzących się w głowie młodszej [?] Demarchelierówny, jednak nie miała w sobie siły, by którekolwiek udźwięcznić.
Siedziała już naprzeciw niej, kiedy tak naprawdę dotarły do niej słowa Nette. Nie żyje. Kenneth umarł. Kornel umarł. Chloe aż miała ochotę unieść brew, zapleść ramiona na piersi i przesyconym ironią głosem powiedzieć, że to bardzo kiepski żart. To nie było możliwe, żeby takie wydarzenia, dotykające tak mocno właśnie obydwie Francuzki, zbiegły się w czasie tak irracjonalnie blisko. Bo to była kwestia dni, zaledwie kilku, jak mniemała, ponieważ Nette była w o wiele lepszym stanie, porównując z Klołką.
- Jak to, nie żyje? - wykrztusiła tylko, przyciągając do siebie kuzynkę i przytulając ją mocno, zauważając, że jej serce i płuca się względnie uspokajają i na tych kilka sekund opuszcza ją chęć dalszego uskuteczniania odwadniania się. Ignorowała w dalszym ciągu to, że była calutka mokra od deszczu, a jej brudne, czerwone trampki, które kupiła gdy Kornel leżał w szpitalu i obiecywała sobie nosić je codziennie, dopóki rzeczony z niego nie wyjdzie, brudziły brzydkim brązem jasną tapicerkę mebli. Miała to jednak tak głęboko w dupie, że aż sama się sobie dziwiła. Odkupi jej kanapę. Na własny koszt odremontuje jej cały parter jak będzie trzeba, jednak to nie był moment na zmartwienia tego typu. Aż poirytowała się, że jej umysł zajęła teraz taka błahostka, gdy miała świadomość, że Nette musi zmagać się ze śmiercią swojego chłopaka już od jakiegoś czasu. A ona nic nie wiedziała.
Czy zapobiegłaby własnej tragedii, gdyby wiedziała? Miała tak koszmarne poczucie winy, że teraz miała wrażenie, jakoby pod jego ciężarem zmalała kolejnych kilka centymetrów, jednak dalej mocno tuliła do siebie Tosię, Nawet jeśli łapała się wzrostem pod karłowatość.
- Och Nette, tak mi przykro - wyszeptała, chociaż nadal do niej to nie docierało. Nie godziła się ze śmiercią własnego chłopaka, a teraz miała jeszcze chować chłopaka swojej niemalże siostry? Może miały urządzić podwójny pogrzeb, tak jak śmiały się z pomysłu podwójnych randek? Aż jej się słabo robiło od tego, jak okrutnie gorzko los z nimi zagrał, czekając na jakikolwiek desperacki, skazany na jeszcze większą dozę bólu krok.
Schowała nos pod mokrym materiałem bluzy, dalej czując delikatny jej zapach. Kornel, jakby tu naprawdę był.
Zamknęła oczy i miała wrażenie, że to on ją obejmuje, pociesza, mówi, że wszystko będzie dobrze. Kupił sok jabłkowy, żartowniś - zawsze kupował pomarańczowy. I lody cynamonowe, pamiętał, że to Chloe ulubione.
Będzie dobrze, wszystko będzie dobrze, Mała.
Otworzyła natychmiast oczy, bojąc się popaść bardziej w destrukcyjne myśli, znów mając w oczach wezbrany ocean łez, którym ponownie pozwoliła naznaczyć swoje policzki.
- Gdybym wiedziała... gdybym tylko wiedziała, przyszłabym. Nie byłabyś z tym sama - wybełkotała zanosząc się płaczem, dopiero teraz lekko popuszczając żelazny uścisk wokół tośkowych ramion. I patrząc na nią, zbolałą, teraz też z mokrymi ubraniami. Jak odbicie, chociaż z całą pewnością Tosia nie była aż tak zapłakana, zmęczona i rozżalona jak Klołka. Nadal nie mogąc pojąć, że jak pojedzie do Surrey to dom będzie pusty.

_________________

[You must be registered and logged in to see this image.]
Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 30 Sie 2012 - 14:29

Po tośkowych plecach przeszły nieprzyjemne ciarki, kiedy Chloe objęła ją ramionami. Była cała przemoczona, zimna, a ona nawet nie zaproponowała jej żadnych suchych ubrań, żeby mogła się przebrać i nie skończyć za parę dni z zapaleniem oskrzeli. Była zbyt skupiona na swoich problemach, żeby wcześniej zwrócić na to uwagę. W tym momencie również nie odezwała się słowem, bo tkwiąc w klołkowym uścisku przez moment poczuła się szczęśliwa, pierwszy raz od paru dni, a nawet tygodni. Ciepło, rozchodzące się po całym jej ciele i siostrzane uczucia, którymi emanowała Chloe, sprawiły, że Tośka na chwilę zapomniała o wszystkim. Pragnęła, by trwało to jak najdłużej, co jednak graniczyło z cudem. Łzy bowiem same cisnęły się znów do oczu, nad czym Demarchelier nie była w stanie zapanować. Ściskając mocniej kuzynkę, powiedziała szeptem, co parę słów ucinając zdania i rozpoczynając kolejne, bo sama nie wiedziała, co dokładnie chce przekazać drugiej Francuzce: – Ja… On umierał na moich oczach… Ja nawet nie zdążyłam… Ten samochód… To działo się tak szybko – obraz Kennetha bezwładnie opadającego na jezdnię będzie prześladował ją do końca życia, tak samo jak poczucie winy za ten wypadek. Tośka wciąż nie mogła darować sobie tego, że nie wybaczyła mu wcześniej, że zdecydowała się w ogóle przybyć na to spotkanie na moście. – A to wszystko przeze mnie – kiedy Chloe rozluźniła uścisk, odsuwając się nieco, Antoinette otarła ręką łzy i westchnęła ciężko. Do tej pory jej życie było zupełnie jak bajka o księżniczkach, kolorowe, pełne wielkich pałaców, jedwabnych sukienek i diamentowych kolii. A w końcu takie bajki kończą się zawsze dobrze, bez wyjątków. Każda księżniczka spotyka swojego księcia i żyją razem długo i szczęśliwie. Bajka Tośki najwyraźniej była wyjątkiem, potwierdzającym regułę. Nie skończyła się happy endem, zabrakło tego fragmentu o szczęśliwym życiu z królewiczem. Generalnie bajka o księżniczce zamienić się mogła w pseudo-baśń o pustelnicy, samotnej, opuszczonej, skazanej na zamknięcie w czerech ścianach. – Och, Chloe, nie chciałam nikogo obarczać swoimi problemami. Stwierdziłam, że wypłakiwanie się w poduszkę w samotności będzie lepszym wyjściem – ale w rzeczywistości wcale tak nie było. Demarchelier zdała sobie sprawę z tego dopiero teraz, kiedy mogła wreszcie z kimś bliskim podzielić swój smutek. Z kimś, kto rozumiał ją dużo lepiej, niż mogła się spodziewać. – Może chcesz coś suchego? Przeziębisz się jeszcze – rzuciła bez namysłu, nie zdając sobie sprawy z tego, że bluza, która ma na sobie druga z dziewczyn nie jest kwestią przypadku. Na chwilę zostawiła swoje dramy, by skupić się na czymkolwiek innym.

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 30 Sie 2012 - 22:25

Obydwie były skupione na swoich dramatach, chociaż Chloe, podejrzewając, że do końca życia będzie mieć zakwasy po tym dzisiejszym biegu, no chyba, że jednak umrze z żalu i zmęczenia tu-i-teraz, postanowiła te namiastki mocy, które ją jeszcze przy tym lichym życiu trzymały, zebrać do kupy i zdobyć się na objęcie drżącej Antoinette ramionami, bo ta najwyraźniej już z tą śmiercią się... zaznajomiła. Już zdawała sobie z tego sprawę - Chloe jeszcze nie, czując jedynie ucisk, jakby ktoś jej położył kowadło na mostku.
Na słowa kuzynki aż zacisnęły się wszystkie jej trzewia a jelita splątały się w szereg efektownych, żeglarskich węzłów. I może nie poczuła się jak szczęściara, podejrzewając, że minie jeszcze trochę czasu, kiedy znów poczuje cokolwiek pozytywnego, jakiś surogat radości, jednak współczucie tak ścisnęło klołkowe jestestwo, że mocniej przycisnęła do siebie dziewczynę, nie umiejąc powstrzymać obrazów w swojej głowie. Wizji, jak obserwuje, jak heroina mocnym wstrzyknięciem dostaje się z tłoka, przez igłę, do kornelowej żyły i rozchodzi się po całym ciele; jak widzi wstrząsające nim dreszcze, twarz wykrzywioną, najpewniej dziwnym uczuciem umierania (które sama też by pewnie wyczuła, przeżywając najgorsze sekundy życia), aż wreszcie ujrzy, jak nagle oczy robią się puste, a ciało bezwładnie opada na łóżko. A ona, sparaliżowana, nie mogłaby nic zrobić. Nie mogłaby wyrwać strzykawki, celem wyrzucenia jej przez okno, albo wstrzyknięciu sobie samej narkotyku, żeby ilość okazała się za mała, by mógł on od niej umrzeć.
Nagle poczuła się dużo gorzej, wyobrażając sobie masochistycznie takie sceny, podczas gdy do rzeczywistości trochę przywróciły ją kolejne słowa Nette.
- Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym wiedziała od razu - powiedziała, patrząc na zapłakaną kuzynkę, samej również znów ostatkami sił powstrzymując łzy. Ścisnęła jej dłonie w swoich. - Ale już wiem, nie jesteś z tym sama - podjęła ponownie, zaciskając oczy, jeszczejeszcze hamując płacz. Nette nie wiedziała, jeszcze, jak dosłowna jest teraz Chloe. Że dokładnie to ma na myśli - rozumie, co czuje teraz Tosia, bo jest w tej samej sytuacji. Aż miała ochotę pogratulować losowi tak wyrachowanego zagrania, nic tylko powinszować, jako Lisica, powinna się może nawet zachwycić.
- Nie, nie mogę tego zdjąć, to było Kornela - odpowiedziała na propozycję przebrania się, bardzo głęboko w poważaniu mając grypę, przeziębienie i zapalenie oskrzeli. Bluza, choć mokra od deszczu, ciężka i zimna, nadal pachniała, choć już słabiej. Jeden koniec sznureczka miał odbite ślady zębów, musiał miętolić to w ustach, gdy robił coś i się skupiał, zawsze tak robił, nawet gdy Chloe karciła go, że już przecież wyrósł z gryzaków.
Poczuła teraz jednak zmęczenie, ponieważ oparła się wygodniej i zapragnęła tylko zasnąć, uciec od tego, co tu się działo, daleko od problemów i trosk. Nie miała jednak siły, żeby opykać jakiś alkohol, wspomagacz zapominania, chociaż może to i nawet dobrze. Jeszcze wpadnie z depresji w alkoholizm i sama będzie musiała się udać na jakiś odwyk.

_________________

[You must be registered and logged in to see this image.]
Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Salon   Czw 6 Wrz 2012 - 10:54

Było Kornela? Ale jak to było? Co Chloe miała na myśli, używając czasu przeszłego? Czyżby się rozstali? Nie, to przecież niemożliwe. Po tym, co razem przeszli, po tym, jak zdecydowali, że będą ze sobą już na zawsze, to nie mogło się wydarzyć. Zresztą, Demarchelier miała na placu pierścionek zaręczynowy, a gdyby związek z Kornelem został zakończony, pewnie od razu by ją zdjęła. Ale z drugiej strony – z jakiegoś względu w końcu płakała i nie bez przyczyny wyglądała jak chodzące nieszczęście. O co innego mogło więc tutaj chodzić? Logicznie łącząc ze sobą oba fakty, bez problemu można było dojść do wniosku, że to musi chodzić o Lancastera. Może to on ją zostawił, lekceważąc dane obietnice i uciekł od odpowiedzialności, bo doszedł do wniosku, że na wiązanie się na zawsze jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie i on nie jest na to gotowy?
Tośce przez myśl nawet nie przeszło, że mogło się zdarzyć coś znacznie gorszego, czego nie spodziewałaby się nawet po okrutnym losie, który z niej samej tak sobie zakpił. Była pewna, że powodem klołkowej rozpaczy jest Kornel, ale nie przypuszczała, iż jest to, mówiąc wprost, martwy Kornel.
Skoro jednak Chloe nie chciała zdjąć jego bluzy, Antoinette bez słowa podniosła się na chwilę z miejsca i opuściła pokój, by po kilkunastu sekundach pojawić się z powrotem, z kocem w ręku. Podała go kuzynce, aby ta użyła go w należyty sposób, chociaż trochę minimalizując ryzyko grypska, czy tam innego zapalenia płuc. Sama zaś znów usadowiła się obok niej, wbijając w nią nieco zdezorientowany wzrok. Obiecała sobie wcześniej, że nie będzie dręczyć Chloe pytaniami o przyczynę jej smutku, skoro ewidentnie nie jest gotowa, by to tym porozmawiać. Jednakże cały czas w jej głowie dźwięczały klołkowe słowa, z interpretacją których nie umiała sobie sama poradzić, a które brzmiały wyjątkowo niepokojąco, więc Tośka postanowiła rozwiać swoje wątpliwości: – Dlaczego twierdzisz, że była? – zapytała głosem niepewnym, przez ciągły płacz brzmiącym także jak skrzypiąca szafa. Demarchlierówna zadając to pytanie nie spodziewała się najgorszego, bo intuicja w tym momencie siedziała sobie cichutko, niczego jej nie podpowiadając. Owszem, bała się odpowiedzi Chloe, bała się usłyszeć jakichś smutnych wieści o Lancasterze, ale nie oczekiwała wiadomości o tym, że Kornel nie żyje, że sprawił sobie złoty strzał, że jej kuzynkę mógł w ogóle spotkać podobny los. Można by się pokusić o stwierdzenie, że nawet jeszcze gorszy, bowiem Chloe musiała się tak niedawno pogodzić z odejściem nienarodzonej córki, równocześnie martwiąc się o Kornela, którego życie po wypadku również było zagrożone.
Nad rodem Demarchelier bez wątpienia zawisło jakieś fatum. Za całe zło, wyrządzone do tej pory, przyszło im płacić wysoką cenę; czemu aż tak?


popłakały i zasnęły - zarządzam zt (Kociałka)

_________________
[You must be registered and logged in to see this image.]

tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa [You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Salon   

Powrót do góry Go down
 
Salon
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Demarchelier (Knightsbridge)-
Skocz do: