IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 salon.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: salon.   Sro 22 Lut 2012 - 17:15


_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Czw 30 Sie 2012 - 12:18

Chloe nadal miała klucze do domu Aidena, jeszcze z tych wesołych czasów, kiedy testowali każdą możliwość powierzchnię w posesji w Hampstead, rozdziewiczając ją dość dosłownie, czyli jakaś zamierzchła epoka, osiem i pół dramy temu. I nie używała tego klucza od ponad pół roku, czyli mniej więcej od momentu, kiedy ponownie zeszli się z Pru; poza tym nie było ku temu żaden okazji, urodzin, imienin, Święta Uporządkowanego Biurka, no a w roku szkolnym i tak mieszkali w internacie. Zatem przekraczając próg, zapach collierskiego domostwa uderzył ją mocniej niż zwykle, o dziwo wcale nie wprowadzając panicznego drżenia kolan ani poczucia bycia w niewłaściwym miejscu, a uspokajając niemalże, że chwilowo jej myślami zawładnęły wspomnienia, zgoła inne od tych, które maltretowała od trzech dni.
Nadal nie doczekała się u siebie tego uczucia otępienia, wraz z faktem dopuszczenia do siebie myśli o śmierci Kornela, zatem jej oczy wcale nie były puste, jak t często bywa u ludzi, którzy tracą tak bliską osobę, a były najzwyczajniej w świecie smutne. Nieozdobione żadnym makijażem oczy rozglądały się powoli po wnętrzu przedpokoju, budząc w umyśle przeszłe obrazy. Seks na szafce, na podłodze, ścieżki z ubrań plączące się po całym domu, zaczynające się jednak zwykle właśnie tutaj; nieco bolało ją teraz to, jak niezwykle blisko, nie tylko fizycznie byli kiedyś, chociaż uspokajała ją myśl, że przecież bez żadnych problemów zgodził się, żeby przyszła dzisiaj, choć tak diametralnie wszystko się pozmieniało.
Przeszła korytarzem do salonu, w którym świeciło się światło, zgadując że właśnie tam natrafi na Aidena. Który nie mógł od razu zorientować się o jej żałobie, bowiem nosiła ją jeszcze tylko wewnętrznie, ubrana będąc całkiem normalnie, choć bez zwyczajowych butów na obcasie, a na płaskim. Bo choć ostatnie dwa dni spędziła tylko śpiąc, budząc się tylko żeby cokolwiek zjeść i skorzystać z toalety, nadal czuła dziwne zmęczenie, więc bieganie w obcasach postanowiła sobie jeszcze darować. Zresztą stwierdziła, że może odwlekając moment ubrania się w całości na czarno, odsunie od siebie też też konieczność przywdziania takiego a nie innego koloru, jakby to miało cokolwiek zmienić, albo przywrócić Kornela do życia.
Weszła do salonu, rozglądając się niepewnie z tej swojej perspektywy dziesięciolatki, nie spotykając jednak Aidena w pokoju, słysząc jednak krzątaninę w kuchni. Do której postanowiła nie wchodzić, bo wolała poczekać tutaj, w salonie, w którym było niezmiennie przyjemnie. Aura była jakaś pozytywna, no i generalnie miła odmiana po wiktoriańskich, chłodnych wnętrzach jej domu w Notting Hill, gdzie na każdym kroku, jak miała wrażenie, śmierdziało smutkiem i żalem, no i przepaść pomiędzy atmosferą collierskiego salonu, a domem w Surrey, w którym była zanim przyjechała do Hampstead. Z którego wyszła na skraju załamania i jeszcze głębszej depresji, bo na każdym kroku widziała pamiątki, które przedstawianymi sobą wspomnieniami wrzynały się w każdy choć trochę zagojony obszar jej umysłu, jaki tylko udało się jej (i Prudence) nieco podreperować.
Wyjęła z telefon, który położyła na stoliku i usiadła w fotelu, czekając aż znajoma, grecko-bożkowa sylwetka wyłoni się z któregoś wejścia do salonu i ujrzy Klołkę, w stanie już o niebo lepszym od tego, w którym zastała ją Wright dwa dni temu.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Czw 30 Sie 2012 - 13:31

Dziwne rzeczy się działy. Dziwne i podejrzane, na tyle, że nawet racjonalny Aiden zaczynał się odrobinę denerwować nagłym rozpieprzem życiowym wokół niego i podejrzewać istnienie sił pozaziemskich. Wyjątkowo upierdliwych, robiących wszystko, by jeszcze bardziej zepsuć i znienormalnić jego żywot. Nie wierzył w Boga ani żadne inne metafizyczne potwory spaghetti, jednak coraz bardziej przekonywał się do teorii o istnieniu czegoś takiego jak los. Nie przeznaczenie - w to nie uwierzy nigdy; takie szmery bajery o miłości od pierwszego spojrzenia i przypadkowym spotykaniu bratnich dusz uważał za KRETYŃSKIE - ale los, coś, co rzuca kłody pod nogi, zatrzaskuje drzwi przed nosem, zabija przyjaciół, wstrzykuje komórki raka do ciał osób ważnych i ogólnie rozpieprza życia. Tak dla czystej frajdy.
Bardzo mu się to nie podobało. Chciał mieć wszystko pod kontrolą, wszystko wyważone, czyste, stonowane i nudne w swej przewidywalności, a otrzymywał coś zupełnie innego. Mieszankę emocji, dram, zaskakujących zwrotów akcji i ciężaru psychicznego. Którego - nijak, od rozmowy z Pru - nie mógł się pozbyć. Nawet przez zaczadzenie się papierosami czy długie i męczące dysputy z Bernierem, które przynosiły coraz...żywsze emocje. Przez co zmieniał się w skurwiela, noale coś za coś: niepohamowany popęd seksualny sprawiał, że stawał się osobą nieprzyjemną, chamską i odrzucającą. Nihil novi.
Ale przynajmniej teraz miał świadomość, że jest to pożądany efekt. Odmówił przyjmowania leków - czułby się jak wykastrowany pedofil, ku uciesze Franny - obiecując jednak wyłączenie mocy. Co też, już tydzień temu, uskutecznił. Tydzień. Tydzień zabawy w pielęgniarkę z Wendy (platoniczną), tydzień spędzony na wpatrywaniu się w nierozpakowany jeszcze rewolwer, tydzień mindfucków i...nieogaru.
Jak on tego nie cierpiał. Wręcz nie mógł doczekać się szkoły - pieprzyć Oxford, miał większe problemy niż niespełnione ambicje - żeby wszystko uporządkować. I wrócić do starego rytmu, odmierzanego przez zajęcia a nie przez otwarcie szpitala.
Z którego wrócił przed pięcioma minutami. Z nakazem od Wendy, żeby coś zjadł. Bo niby wychudł, bzdura, może tylko trochę mniej napakowany się zrobił. I twarz mu się zapadła, dramatycznie. Ale przecież słoik Nutelli dziennie całkowicie zaspokajał zapotrzebowanie na...wszystko.
Dlatego teraz własnie kończył swój pierwszy posiłek tej doby, wyrzucając czekoladową łyżeczkę do zlewu. I słysząc trzask drzwi i ciche kroki w salonie, za drzwiami.
Nie musiał się domyślać kto to. Blaise'a już trochę nie widział, rodzice mieli wrócić dopiero w pierwszym tygodniu września i o ile duch Kennetha nie postanowił go nawiedzać, to w salonie zaległa mu Chloe Demarchelier. W swojej żywej postaci i ze swoimi prywatnymi zmarłymi marami.
Odkąd dowiedział się o śmierci Kornela często o Lisicy myślał. Ale bez dramy, bez współczucia. Śmierć Lancastera wręcz przywracała Aidenowi wiarę w siłę własnego planowania. Bo czyż nie wspominał, że do końca tego roku Cornelius skończy zaćpany na śmierć? Zero zdziwienia. Zero płaczu. I może naprawdę był nieczułym skurwysynem, ale nie zamierzał płakać i rozpaczać, zirytowany ilością pogrzebów wokół siebie. Chciał jak najszybciej o tym zapomnieć i zrzucić z siebie okowy NARZUCONEGO (bo pogrzeb, bo żałoba, bo tak WYPADA) smutku. W którym było mu wyjątkowo nie do twarzy.
Miał tylko nadzieję, że Chloe nie pojawiała się u niego w stanie zupełnego upierdolu/zaniedbania. Na całe szczęście, gdy wszedł do salonu - dziwnie opuszczonego i sterylnego, z wystrojem bardzo kiczowatym - ujrzał Demarchelier...jak zawsze. Owszem, niższą, ale nie w jakichś brudnych dresach, bez skołtunionych włosów, bez rozmazanej maskary i bez 'All by myself' granego z przenośnego bumboksa. Wyglądała...ładnie, pociągająco jak zwykle, z tym, że smutno. No cóż, przynajmniej jedna z jego stałych kochanek zachowała swój urok. I wszystkie włosy.
- Chcesz porozmawiać, upić się czy - czy pieprzyć na podłodze jak za starych, dobrych czasów? - się wypłakać? - zapytał bez żadnego przywitania, wchodząc do salonu z dwoma szklankami i rodzicielską whisky, które po chwili postawił na stoliku. Mając teraz chwilę na spojrzenie Chloe - wydającej się jakąś małą wróżką w wieeelkim fotelu - prosto w oczy. Kontrolne, brązowo-brązowe spojrzenie. Czy nie ma zamiaru zaraz zacząć wyć albo szlochać. - Radzę wybrać tę drugą opcję, bo naprawdę nie mam zamiaru Cię pocieszać. Ani mówić o tym, jakim to Lancaster był oddanym przyjacielem i cudownym człowiekiem - dodał swobodnie, wcale nie agresywnie i chamsko, acz tłumacząco i zapobiegliwie. Ale chyba nie powinna spodziewać się niczego innego, przychodząc tutaj. Wobec czego nie dał jej nawet chwili na podniesienie zgrabnych pośladków i wyjście (w akompaniamencie trzasku drzwiami), tylko nalał alkoholu do obydwu szklanek (dalej nieumiejętnie, ale kto by się tam przejmował), po czym usiadł na kanapie, zapalając szybko papierosa i patrząc na Chloe...przeszywająco, pytająco, wyczekująco, prowokująco. Do szlochu, do racjonalnego opowiedzenia mu o swoich uczuciach albo do czegokolwiek. Co pozwoli mu logicznie ocenić jej stan w skali od 1 do 10. Dzięki czemu będzie wiedział, jak z nią postępować.
Zaciągnął się więc mocniej, zastanawiając się, czy nie powinien wcześniej skoczyć pod prysznic bo śmierdział na odległość dziesięciu kilometrów szpitalem. Środkami dezynfekującymi, domestosem, lekami i cytrynami. Pfe.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Czw 30 Sie 2012 - 21:49

Nadal w tym fotelu, na środku, gdzie mniej więcej każdy siedzący parcelował swe pośladki, była wyżłobiona dziura, nienaprawiona od... najwyraźniej dawna, skoro Chloe ją pamiętała. Obraz nadal wisiał krzywo, nieznacznie ale wciąż; waza na półce wciąż miała to niewielkie pęknięcie. Zastanowiła ją na chwilę ta niezmienność, bo ostatnio dość często zauważała to, że jej życie, pomijając rozpierdol wewnętrzny potężny, zrobiło się takie, jakie miała dwa lata temu. Przyjaźń z Pru, znów funkcjonująca dobrze, bezpośrednia, acz w ogóle występująca relacja z Aidenem, brak Kornela, to samo wnętrze collieskiego salonu, nawet chyba już wtedy miała tę ukochaną torbę.
Ciężko jej się przechodziło z jednej fazy rozpaczy do drugiej, bowiem przeżywała spore mindfucki, ilekroć tylko nie była zajęta spaniem. To wszystko było dla niej wciąż tak nierealne, że nie potrafiła w to uwierzyć. Straciła Ophelie, teraz straciła też Kornela, pozbawiona została zatem przez los niemalże wszystkiego, co się przez ostatni czas w jej życiu działo. I nie potrafiła się cieszyć tą niesamowitą okazją, bo jak? Uśmiechać się wybierając nagrobek albo kwiaty? Nie potrafiła się sama z siebie teraz uśmiechać (jakby kiedykolwiek była takim dzieckiem radości i słońca, by zachwycać otoczenie perlistym uśmiechem otoczonym pełnymi ustami), poza tym i tak jeszcze nie zrobiła nic w sprawie pogrzebu, poza jednym telefonem do, jak wyczytała, najbardziej renomowanego zakładu pogrzebowego w Londynie. Co też ją zastanowiło, jak dom pogrzebowy mógł mieć renomę? Zmarli klikają 'like' na facebookowym fanpage'u?
Zapadła się trochę w dużym fotelu, jakoś tak się składając, że spokojnie zmieściłaby się na nim dwa razy i miałaby jeszcze trochę miejsca na kolejną poduszkę, w oczekiwaniu na Starszego kreśląc jakieś niezidentyfikowane bohomazy paznokciem na swoim kolanie. Zamyślona. Nie czuła się źle NIE nosząc czerni, domyślając się tylko, że Kornel wcale by nie chciał, żeby Chloe z jego śmierci robiła konieczność do zaopatrzenia się w większą ilość czarnych ubrań. Poza tym, zaczynała powoli ulegać miksacji żalu i złości, bowiem nie zdążyła z nim porozmawiać, a on tak stchórzył, tym razem robiąc jej, za pośrednictwem heroiny, najgorszą rzecz z możliwych. A przecież tak naiwnie uwierzyła, że rzucił to na zawsze. Że wtedy, kiedy spuszczał zawartości saszetek w toalecie, na jej oczach, pozbył się wszystkiego, że pogiął wszystkie igły i połamał wszystkie strzykawki. Że naprawdę z tym wygrał, żeby oni mieli sens i przyszłość, wolną od niszczącej wszystko, sproszkowanej, białej przyzwoitki.
Szelest stóp na podłodze usłyszała szybko, kierując brązowy, błyszczący wzrok na wchodzącego Aidena. Szczuplejszego, z zapadłą, poszarzałą twarzą, co też jej się kojarzyło bardzo źle - z Kornelem sprzed odwyku, gdy też bardziej przypominał upiora niż siebie. I nawet jeśli aparycji Colliera było bliżej do objawu poważnego problemu, Chloe już oczami wyobraźni i zapędami do tworzenia czarnych scenariuszy miała wizję jego, staczającego się na dno, co zapewne byłoby swoistym symbolem końca świata - coś złamało Aidena Colliera.
- Upić. Mówić o tym jeszcze niezbyt umiem, a od nadmiaru płaczu jestem podobno odwodniona - powiedziała cicho, postanawiając przemilczeć ostatnią część jego wypowiedzi. Pamiętała złowróżebne słowa Aidena na temat przewidywań, kiedy Kornel w końcu umrze z przećpania, a wcale nie chciała się teraz denerwować, gdy choć na chwilę uspokoiła serce i płuca. Była naiwna, jednak nie wiązała tego z miłością. Kochała człowieka, razem z jego uzależnieniem, skoro było to pakietem. Chociaż owszem - element odwyku brała za konieczność, bez której nie ruszą dalej, jeszcze wtedy z perspektywą młodocianego macierzyństwa.
Wzięła szklankę, z trunkiem nalanym najwyraźniej od serca i upiła łyk, trochę się krzywiąc na cierpkość whisky. Z autopsji niegdyś imprezowiczki wiedząc, że to tylko początek, za kilka łyków poczuje tam już nie gorycz alkoholu, a słodycz miodu i inne aromaty użyte w produkcji trunku. Po czym spojrzała na Aidena, siedzącego z papierosem na kanapie.
- Dalej to do mnie nie dociera, chociaż brakuje mi... niektórych rzeczy. Naturalnych, czułych, rozumiesz... - zaczęła, decydując się na kolejny łyk. Po czym odstawiła szklankę i śmiało podniosła się, siadając obok niego, żeby jakoś wkomponować się w jego bok.
Za tym głównie tęskniła, za męskim ciałem, nawet jeśli ten zwyczajowy zapach aidenowych perfum tłumiła dziwna, laboratoryjna woń, jakby przesiedział ostatni tydzień w szpitalu. Co jej nie obeszło, bo zwyczajnie potrzebowała bliskości, jak myślała - jeszcze nie tej skończonej - ale na tą chwilę wystarczały jej przytulające ją męskie ramiona.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 5:47

Opiekowanie się osobami w żałobie nie było mocną stroną Aidena. Owszem, kochał dbać o dzieci do lat trzynastu, co traktował jako szalone sokolskie wyzwanie. Bo należało przewidzieć co też taki łobuz zrobi, co na siebie ściągnie i w co przypieprzy małą główką; należało sporządzić listę niebezpieczeństw, pozałatwiać bezpieczniki na kontakty, specjalne naklejki na rogi mebli; trzeba było ciągle uważać, mieć się na baczności i operować spokojem. Bo spokojny rodzic/opiekun= spokojne dziecko. Czasem widywał rozpieszczone, drące się w hipermarketach bachorzyska i miał ochotę ostro zjechać ich rodziców, którzy wydawali się bardziej zagubieni niż ich pociechy.
Jednak opieka nad kimś - teoretycznie - dorosłym, kto irytował niepomiernie bardziej, miał jakieś problemy psychiczne (mocniejsze niż wymyślony przyjaciel; czy Ken takim dla niego zostanie?) i przeżywał żałobę niemal książkowo, jak jakaś heroina (!) w gorsecie, było naprawdę...uciążliwe. Nigdy nie stykał się z takimi tragediami i omijał je z daleka, pewien, że nawet w tak ułożonym życiu, jakie prowadzi on sam, będą potrafiły czymś zachwiać, coś zepsuć. Jednak los bywał złośliwy i z premedytacją obrzucał go wielkimi dramami, o coraz większym kalibrze. Wykazując w swojej upierdliwości kunszt właściwy najlepszym autorom literackim. Co będzie następne? Dowie się, że ma AIDS? Naprawdę posądzą go o subtelne zabójstwo i wyląduje na następne piętnaście lat w więzieniu? Collierzy stracą fortunę? Wendy umrze?
Przerażająco (dla niego) smutna twarz Chloe prowokowała w Aidenie właśnie takie pytania. Co jeszcze się spieprzy? No, dalej. Na które nie chciał znajdywać odpowiedzi, żadnej, zrezygnowanie pewien, że w końcu i tak się dowie. Na własnej skórze. Nie, żeby był strasznym pesymistą - po prostu realizm w dzisiejszym świecie równał się czarnowidztwu.
Nie chciał teraz otwierać Demarchelier oczu i prowadzić krucjaty Lancaster był skończoną ciotą; po kim, do cholery, rozpaczacie?, bo wiedział, że będzie to bezsensowne. Za dużo naiwnych uczuć, ckliwych marzeń, romantycznych wyznań, pierścionków zaręczynowych i całej tej lukrowej, miłosnej otoczki, mającej zasłonić to, jakim śmieciem był Cornelius. Podobno o zmarłych nigdy nie myślało się źle, ale Aiden i Jakiekolwiek Zasady nie szli ze sobą w parze. Nawet w tak delikatnej kwestii.
Zaciągnął się ponownie, patrząc na Demarchelier spod półprzymkniętych oczu. - Nie rozumiem, dlaczego to tak przeżywacie - przyznał szczerze, bo całkowicie nie ogarniał hierarchii wartości. Jak można płakać za kimś, kto zranił, kto zachował się po szczeniacku, kto wyrządził krzywdę? To było tak nielogiczne, że naprawdę nie potrafił tego w jakikolwiek sposób sobie ułożyć. Postanowił więc nie drążyć tematu, gasząc papierosa na stoliku (teraz Alaia Z PEWNOŚCIĄ go zamorduje, z premedytacją) i obserwując, jak Chloe podnosi się i...już po chwili czuł ciepło jej ciała na swoim boku i nieco wilgotny oddech na swojej szyi.
Dziwna zamiana miejsc. Niespodziewana. Zwłaszcza z tymi słowami. - Mam Ci go zastąpić w tych rzeczach? Czułych, naturalnych? Nie bądź głupia, Chloe - spytał z ironią, jednak nie odepchnął jej - tak jak zamierzał, bo przez sekundę poczuł się jak jakiś tani substytut - wręcz przeciwnie, obejmując ją ramieniem. Przez co czuł jej silny zapach, rysujący mu przed oczami chwile baaardzo odbiegające od bycia zamiennikiem. Wspomnienia, jej naga skóra, rozszerzone źrenice; ten suczy wyraz twarzy, który uwielbiał obserwować w starciach z jakimiś jej pseudoprzyjaciółkami. Rozczochrane włosy, spuchnięte usta, wyuzdanie w każdym słowie i geście. Chloe z przeszłości, Chloe pewna siebie, zawsze w centrum uwagi; nie bierny, zagubiony człowiek, łkający (jak podejrzewał) tkliwie w jakąś szarą bluzę Lancastera. Taka wizja go wręcz odrzucała. Nie dlatego, że nie cierpiał słabych ludzi - w jakiś sposób mu imponowali swoją zdolnością do totalnego zapadnięcia się, bez patrzenia na konsekwencje - ale nie cierpiał takiej Chloe. Z którą samej zainteresowanej też na pewno nie było wesoło.
Zaczął leniwie bawić się jej włosami - jak inne; kosmyki nie zostają mu pod palcami, nie są szorstkie i nieprzyjemne - podtykając jej pod nos swoją szklankę z alkoholem, nietkniętym. - Powinnaś wrócić do siebie, Chloe, długo tak nie pociągniesz - dodał tonem dobrej rady i nie chodziło mu o wypitolenie Demarchelier teraz-zaraz za drzwi a o zaprzestanie dram. Na rzecz przeszłej, dobrej Demarchelier, królowej szkoły na niebotycznie wysokich obcasach z równie niebotycznymi ambicjami i przerażająco suczym charakterem.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 12:24

Chloe nie potrafiła się odnaleźć w nowej sytuacji i jako osoba o zapędach kierowniczych na każdym swego życia poletku bardzo źle, zwyczajnie źle czuła się, nie mając nad czymś kontroli i nie wiedząc co zrobić, ażeby sytuację zmienić. Nigdy wcześniej nie umarł jej nikt bliski, bo tylko ciotka Ettienne kilka lat temu, na zawał serca, przez swoją niezdrową otyłość, ale Chloe specjalnie jakoś tego nie przeżywała, zwyczajnie z krewną niezżyta. Chociaż owszem, kierowana poleceniami babci ubrała czarną sukienkę i kapelusz, jednak to było raczej gwoli kwestii odpowiedniości i robienia tego co wypada ("umarła bliska krewna znanego francuskiego polityka - rodzina w żałobie"), niż rzeczywistego opłakiwania zmarłej.
Było to jedne, jedyne doświadczenie jeśli chodzi o jakiekolwiek kwestie pogrzebne, tak cholernie nieprzydatne w tym przypadku, że rozpaczliwie nie wiedząc co ma zrobić, Chloe zwyczajnie starała się podejść do sprawy maksymalnie po swojemu. Czyli przygnębiona pożerała ósme już pudełko cynamonowych lodów, schowana pod kołdrą, ubrana w swoją najlepszą sukienkę Marchesy, nawet jeżeli na zadbanie o fryzurę nie starczyło jej czasu, energii i siły, toteż siedziała w najzwyklejszym kucyku. Niestety, o ile pomagało to na klasyczną chandrę, nie sprawdziło się w tym wypadku.
Desperackie szukanie sposobu na ulgę, bo wyimaginowane kowadło wciąż jej ciążyło na piersi, kiedy pomysł, olśnienie. Bliskość, inna niż ta, którą zapewniała jej Pru i inną niż ta, którą w miarę możliwości własnych Chloe dawała Antoinette. Bliskość z mężczyzną, choć nie seks. Silna ramiona, zapach, przewaga, no i w wypadku Aidena otrzeźwiająca, nazistowska nuta, bo tylko on ze znanych jej osób mógł w takich chwilach bez żadnych skrupułów nazwać ją kretynką, że przejmuje się śmiercią ćpuna. Skończył swoje dzieło, z krótkim przerywnikiem w postaci odwyku - teatrzyku odgrywanym dla ciężarnej dziewczyny. Chociaż w dalszym ciągu, nawet podsycana słowami Aidena, nie potrafiła być zła. Jeszcze za bardzo bolało, zbyt tęskniła za swoją miłością, bo Kornela zabrakło, a uczucie zostało.
- Akurat ja nie muszę Ci chyba mówić dlaczego - kochaliśmy się, mieliśmy wziąć ślub i być szczęśliwi; miał mi zrobić tatuaż, mieliśmy zwiedzić cały świat, miał być pierwszą osobą, która wytapla Chloe Demarchelier w błocie i nie będzie to w okolicznościach odnowy biologicznej.
Po chwili już nie czuła dziwnej, szpitalnej woni, a ten przebłysk collierstwa, wymieszanego z jakąś bardzo ładną wodą kolońską, wypełnił ją szczelnie od środka, na kilka sekund tłamsząc wszelkie paskudne uczucia, towarzyszące jej od tych kilku dni.
Była już tym potwornie zmęczona, a to przecież był dopiero początek. Dopiero miała się przekonać jak będzie jej ciężko za miesiąc, za dwa, kiedy tęsknota ją będzie miażdżyć powoli, acz sukcesywnie i nic jej nie pomoże. Żadna ulotna bliskość, przypadkowy seks, zaliczane kolejne imprezy, z których wychodziłaby pachnąc mieszanką kilku różnych mężczyzn, może nawet i kobiet, tracąc się w błędnym przekonaniu, że tak przyćmi chęć posiadania kogoś blisko, maksymalnie blisko. Ten miał sztywniejsze włosy, tamten szersze biodra, a wczorajszy dziwne, małe dłonie jak na faceta, za to tamta brunetka musiała się przespać wcześniej z kimś, kto pachniał dokładnie tak jak on....
- Nie jesteś w stanie go zastąpić, Ciebie nigdy tak nie kochałam - powiedziała powoli, niezbyt zastanawiając się nad tym, że zawarła w tym zdaniu jeszcze coś innego, do głównej myśli dodając poboczną. Chociaż czy nie powiedzieli sobie tego kiedyś? - Nie chciałabym z rozpaczy zacząć się puszczać, bezpieczniej dla mnie samej było przyjść tutaj - dodała, przymykając oczy, czując silne ramiona wokół siebie.
Teraz nie wiedziała nic poza tym, że czuje się, właśnie, bezpiecznie. Sama w wielkim domu w Notting Hill, ponieważ uprzejmie kazała lokajowi i temu-drugiemu-od-wszystkiego wypierdalać, podejrzewając, że o wiele lepiej jej będzie, gdy spędzi trochę czasu sama ze sobą, myśląc nad tym co się stało. I co w niej przeważa, smutek i rozpacz, czy złość i niezrozumienie. Nie pokłócili się przecież nawet, po prostu powiedziała, że powinni dać sobie trochę czasu. Co, pokrótce przecież oznaczało i tak cudowny come back i dalsze uskutecznianie sielanki i rzygania tęczą, wybierając kwiaty i obrączki. Jednak pozostawanie samej w ogromnym domu, pustym, zimnym i jałowym wcale jej nie pomagało. Było lepiej, kiedy miała obok siebie Prudence, kiedy sama bawiła się w psychoterapeutę spędzając czas z Nette, dzieląc się nabieranymi powolutku siłami. Choć było jej bardzo ciężko cokolwiek kumulować, bo wystarczała jej byle głupota, wypadające z szafki zdjęcie, pierścionek, który trzymała w portfelu, jego rzeczy wszędzie, na każdym kroku, boleśnie przypominające, że kogoś tu brakuje.
Dlaczego postanowiła poprosić o taką przyjacielską przysługę akurat Colliera? Może dlatego, że miała wrażenie, jakby powoli naprawiało się między nimi to, co ich łączyło i było poważnie nadszarpnięte. A przecież był całkiem istotnym elementem jej przeszłości, ojcem dziecka, kochankiem, przyjacielem. Przyjaciół poznaje się w biedzie, choć tylko tej psychiczno-emocjonalnej Demarchelier mogła doświadczać. Najwyraźniej wystarczało.
- Myślisz, że będę jeszcze umiała, chociaż po części, do tego wrócić? - zapytała, robiąc palcem jakieś wzorki na jego torsie. Niezbyt wiedząc, czy chciałaby wracać do starej Chloe tak całkowicie, w końcu jako tamto wydanie zrobiła niejedno świństwo, którego skutki odczuwa od dzisiaj. Ironia, że mówią o tym właśnie tu, na tej kanapie?

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 14:13

Wywrócił oczami na jej słowa, prawie widząc obrazki, które pojawiły się w myślach Chloe. Tak, oczywiście, kochała Lancastera a przynajmniej tak jej się wydawało. Jednak obecnie miłość była dla Aidena czymś niepojętym, krzywdzącym, dzikim i nie dającym się ująć w żadne ramy. Kiedyś myślał - właściwie całkiem niedawno - że to będzie bardzo proste, odruchowe i mechaniczne, książkowe, podręcznikowe. Znajdzie kobietę - tą jedną jedyną, którą pokocha, rzecz jasna z wzajemnością - nagle pozbędzie się swoich...skłonności do rozwiązłości, oświadczy się, założą dom, będą mieli mnóstwo dzieci i będą żyli długo i szczęśliwie. Jednak teraz wiedział, że były to czyste mrzonki, równie realne, co wyobrażenia Chloe o perfekcyjnym życiu z Lancasterem.
Nie miał zamiaru jej - teraz - wyprowadzać z błędu, uważając to za bezcelowe strzępienie języka, słuchał więc jej tylko uważnie, gdzieś pomiędzy jednym a drugim słowem zauważając kilka doznań czysto fizycznych. Ciepło jej ciała, rytm, w którym oddychała, leciutkie naleciałości z francuskiego w tej specyficznej głosce, zapach jej ciała, miękkość włosów. Wszystkie te doznania były tak kojąco znajome, że Aiden po raz pierwszy od kilku dni poczuł się spokojnie. Nie martwiąc się swoją mocą, mógł teraz czuć się swobodnie.
Nawet mimo odrobinę...ingerujących w jego idyllę słów Chloe. O miłości. Skrzywił się więc lekko - gdzieś w podświadomości przemknęła mu Wendy, ale tylko na krótką chwilę - czego nie mogła zauważyć, opierając się o niego z przymkniętymi oczami. Jak kociak, który czuje się bezpiecznie, na miejscu. Prawie go to rozczuliło, gdyby nie natychmiastowa i mobilizująca wizja puszczającej się Chloe. Oksymoron dla każdego, kto czyta Tittle-Tattle. Tak jak bezpieczne ramiona Colliera. Weeeird.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś nie wspominała przy o mnie miłości. - powiedział teatralnie przymilnym tonem, usadzając się wygodnie i opierając brodę o jej głowę. - Lepiej opowiedz o swojej wizji puszczania się. To bardziej w moim stylu - kontynuował pogodnie i wyczekująco, starając się ignorować demarchelierowskie chuchanie w jego osobistyczną szyję. I dłonie, na jego torsie. Nie rozrywające guzików, nie wbijające mu paznokci. Co też było nietypowe, zwłaszcza w takich okolicznościach przyrody. Pusty dom, wygodna kanapa, cała noc dla nich. Nigdy nie marnowali takich okazji, wykorzystując je do ostatniej minuty i ostatniego zachrypniętego krzyku.
Czy potrafiliby do tego wrócić? Czy Chloe potrafiła? I chciała? Wcale nie czuł się jakimś psychoanalitykiem, kiepsko ogarniając nawet swoje emocje, jednak był pewien, że - o ile nie spadnie w otchłanie rozpaczy - Demarchelier sobie poradzi. Owszem, miała skłonności do dramatyzowania i popadania w skrajności - typowe dla Lisic - ale miała też upiorny charakter. Którym mu często imponowała.
- Do tego? Do siebie? Oczywiście, że tak, o ile nie zaczniesz płakać obcym facetom w łóżku w trakcie seksu i nie zaczniesz ubierać się w H&M. Wtedy będę zmuszony do zerwania kontaktu z Tobą - dodał po colliersku bardzo, przechylając się i nalewając Chloe kolejnej porcji alkoholu. Zmuszając ją później do wypicia i zdezynfekowania się. - Niewygodnie mi, kiedy zrobiłaś się taka koścista? - dodał nagle, prostując nieco nogi, lecz nie zmieniając pozycji. Jeszcze.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 16:46

Tego, że kocha(ła) Kornela była w sumie pewna. Z iloma facetami już łączyło ją coś na zasadzie przypadkowy, jednonocny seks powtarzający się regularnie, albo z iloma tworzyła już "związki"? Był Charles, był Heath, był Aiden, było ich już kilku i Chloe nigdy, przy żadnym z nich nie czuła się jak przy Lancasterze. Nie była wtedy bogatą paryżanką, herbacianą Damą, z którą fajnie było się pokazać na szkolnych korytarzach i która u czyjegoś boku na znaczącej imprezie podnosiła owego absztyfikanta rangę gdzieś w okolice Jej Wysokości albo Brada Pitta. Z Kornelem było inaczej, była przy nim pozbawiona tytułów i udogodnień z nimi związanych, była kochana za bycie sobą, a nie swoim wyhiperbolizowanym obrazem wystawianym na oko publiczne.
Najwyraźniej, zakochana Chloe Demarchelier - oksymoronyoksymorony! - to zbyt mało, by chcieć żyć, a kilka słów, wcale nie ostrych, kończących wszystko, zrywających kontakty czy wulgarnie obwieszczających koniec, wypowiedzianych w ramach późniejszego 'będzie lepiej' okazało się wystarczającym bodźcem by znów sięgnąć do sproszkowanych trucizn, w ramach zakończenia egoistycznie swojego życia.
Broniła się jednak przed wściekłością, zdając sobie sprawę że i na nią przyjdzie z całą pewnością odpowiedni czas, tęskniąc, rozmyślając o wspólnie spędzonych chwilach, rozdrapując, nawet jeszcze nie blizny, grzebiąc we wspomnieniach i torturując się patrzeniem na wspólne rzeczy.
Magia, bo krótkie zdanie Colliera (nie uprzejma prośba, którą przemilczała, a to następne) wywołało na jej twarzy półuśmiech, a z ust wydobył się cichy, krótki śmieszek. Deja-vu? Objęta na kanapie z Collierem i rozmowa na wyuzdane tematy? Wtedy rolą wstępu, a teraz?
- Doskonale wiesz jak to działa. Tak jak my kiedyś, tylko na większą skalę. Albo jak Ty... jeszcze dawniej - ugryzła się w język, żeby nie przytoczyć innych, o wiele świeższych przykładów, o których, w chwilach, kiedy jeszcze było dobrze, Prudence zapewne Chloe powiedziała. Mówiła jednak spokojnym głosem, ubarwionym na żart. I choć przez okoliczności bliżej temu było do tonu, którego użyłaby pracownica domu pogrzebowego opowiadając dowcip z serii 'czarny humor', to jednak zawsze miła odmiana po zachrypniętym głosie, który towarzyszył jej pierwszego dnia, przypominającym jakieś odezwy z zaświatów.
Poprawiła się nieco, czując jak i on układa się nieco inaczej, co sprawiło, że była w niego wtulona jeszcze ciaśniej, dodatkowo zamknięta w przestrzeni przez jego brodę na swojej głowie. Z trudem zatem skoordynowała się, żeby pociągnąć z dość pełnej szklanki kilka łyków złocistego napoju. Już się nie krzywiąc tak, jak pijąc jeszcze chwilę temu.
Uśmiech numer dwa, bo wyobraziła sobie siebie w jakiejkolwiek taniej sieciówce, albo gorzej - ubrana w kupione tamże łaszki, wyglądająca jak pół Londynu, zarz po tym, jak w jej głowie pojawił się obraz zrozpaczonej, płaczącej, nagiej Chloe i komicznie zdezorientowanego chłopaka, który musiałby być świadkiem demarchelierowskiej rozsypki w łóżku. Może by pomyślał, że jest aż tak kiepski, że doprowadził ją aż do płaczu? Może nawet by przepraszał, wprowadzając ją w jeszcze większy szloch? Dlatego uśmiechnęła się, co może nawet Aiden mógł poczuć przez unoszenie się policzka przyciśniętego gdzieś do niego, po czym upiła jeszcze dwa porządne łyki. Jednak się krzywiąc, piekło w gardle, ale był to jakiś miły dyskomfort. O wiele lepszy ten fizyczny, niż permanentny od kilku(nastu) dni psychiczny.
- Nie, nie sądzę, żeby którakolwiek z tych opcji była prawdopodobna - powiedziała, jeszcze raz przechylając szklankę, przez tą chwilę nie biorąc oddechu, że nie czuła palącego smaku. - Ty też schudłeś, może to dlatego? - dodała, całkiem rozsądnie, przesuwając się odrobinę. Wyżej, że miała głowę na jego barku i tuż przed nosem jego szyję, która pachniała już zupełnie inaczej niż ubrania - jakby je wietrzył w aptece. Pachniał znów znajomo, ciepło, męsko, ale nie dławiąco. Dlatego, żeby odciągnąć od tego swoje myśli, przyłożyła do ust szklankę, przechylając teraz resztę znajdującego się tam płynu, czując jak znajome uczucie alkoholowego ciepła powoli ogarnia całe jej ciało.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 17:33

To nie powinno być takie ł a t w e.
Nie powinni teraz tak po prostu rozmawiać, lekko, bez zacinającego milczenia, bez nieprzyjemnych podtekstów, bez czarnych chmur nad ciężkimi od problemów głowami. Nie powinni być tak blisko, oddzieleni kilkoma warstwami ubrań; nie powinni leżeć na tej samej kanapie, tak jak robili to ponad rok temu. Nie powinni się śmiać, nie powinni prowadzić dwuznacznych dyskusji. Nie powinni czuć się tak swobodnie we własnym towarzystwie.
Kiedyś - przyjacielskim, później miłosnym, rodzicielskim, nienawistnym. Aiden zdawał sobie sprawę z tego, jak mocno wpłynął na życie Chloe, jak wywrócił je do góry nogami, ile razy coś spieprzył w typowy dla siebie, ignorancki sposób. Nie czuł jednak żadnych wyrzutów sumienia, nie czuł potrzeby przepraszania Demarchelier na kolanach, nie był skrępowany przeszłością, tak, jak to było w jego relacji z Prudence. Z Chloe iskrzyło, odchodzili od siebie, obchodzili się szerokim łukiem, po czym znowu się spotykali, bez większych zapaści nerwowych.
Gdyby miał dobry kręgosłup moralny, wszystko to mogłoby mu się wydawać nie na miejscu - przecież leżała na nim prawieżerozwódka, która straciła miłość swojego życia - jednak nie czuł się wcale inaczej. Jakby nic się nie zmieniło, odkąd leżeli w takiej samej pozycji, tylko w większej dekompletacji stroju. Jakby nie przeszli razem bez tyle dram i tragedii. Jakby się przy niej totalnie nie rozkleił, płacząc po stracie dziecka; jakby Chloe nie pieściła się na jego oczach. Jakby te wszystkie wspomnienia budowały a nie niszczyły. Nigdy nie czuł się przez Demarchelier zraniony ani zawiedziony, oczekując po niej mniej niż po Wright. Ale...kolejne nie powinien, nie powinien porównywać, ciągle czując w sercu powiększającą się zadrę, po spotkaniu z tą ostatnią.
- Puszczanie się to przeszłość, moja droga - powiedział teatralnym głosem, słysząc - i czując - jak się cicho śmieje. Gorący strumień powietrza na jego szyi, jej usta, wilgotne od alkoholu; tak jak my kiedyś. My niezobowiązujące, a pomimo tego my stałe, kompletne, nie zazębiające się a wzmacniające. Jedno ciągnęło drugie wyżej, mocniej, jaśniej; działało to też w drugą stronę, dobrze pamiętał tą rozdzierającą rozmowę przed jego wyjazdem. Jednak w gruncie rzeczy, podsumowując wszystko sokolską notateczką, Chloe była snem idealnym.
Choć trochę niskim, co nieprzyjemnie poczuł, gdy się jakoś dziwacznie podsunęła, prawie wybijając mu zęby swoją szklanką. Którą ładnie wykończyła, co Aiden wykorzystał, odchylając się od niej nieco i nalewając do pełna, znów. Sam był trzeźwiutki - naprawdę UMIERAŁ po wydarzeniach z Kensington i zastanawiał się, czy zostanie AA jest warte zmartwychwstania - jednak zaczął święcie wyznawać alkohol jako środek zaradczy na wszystko. To nawet medyczne wskazania miało, które chętnie by Chloe zacytował, gdyby go tak nie dekoncentrowała. - Pij - podsunął jej tą szklankę ponownie, wzrokiem nazisty nakazując nie pierdolenie a picie. Co też, chcąc nie chcąc, musiała uskutecznić. - I naprawdę, wyobrażam sobie Ciebie i...hm, Leistner, ubraną tak samo. Na rozpoczęciu roku. - dokończył swoją szaloną wizję, uśmiechając się ironicznie. I starając się zignorować uwagę o wychudzeniu, bo dla niego chude=pedalskie. Ofc u facetów, u dziewczyn mu to tylko doskwierało, gdy wyjątkowo ostrymi kościami miednicy wbijały mu się w uda. A włosy wpadały do buzi, tak, że musiał je odgarnąć, przejeżdżając dłonią po jej rozgrzanej szyi. Prawie widział pulsującą - żywą - krew przepływającą przez jej tętnice, ledwie widoczne pod gładką, ciepłą, pachnącą skórą.
Chwila zawieszki, sekunda, ręka opadła. Odbierając Chloe szklankę. Dla bezpieczeństwa własnego, oczywiście. - Pobaw się m n ą. - powiedział jej do ucha, bardzo dwuznacznie, tonem niezamierzenie mruczącym, ot, łagodna wersja nazisty. - Dawno tego nie robiłaś - dodał, jakby chciał usprawiedliwić swoją chwilową zachciankę. Też przeszłą, wręcz historyczną, ot, Collierskie poddanie się mocy Demarchelier. Czasem zabawne, czasem tragiczne, zawsze związane z emocjami. Co u Aidena było nowe, dzikie i szalenie fascynujące.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 18:42

Aiden, pomimo kontrowersyjnych przymiotów charakteru miał jedną, wielką zaletę, mianowicie nie chował urazy. To, co miało miejsce dwie godziny temu, było nieistotną już przeszłością, nawet, jeżeli skutkiem odczuwalnym teraz było przykładowo zmęczenie po przypadkowym, ale satysfakcjonującym seksie. Albo coś innego. Ale przeszłość to przeszłość, nieistotna teraz była kłótnia podczas Balu Semestralnego, nieistotny był pamiętny lunch w La Brasserie, rozmowa przed wyjazdem Aidena z Wendy, wypadek z poronieniem jako skutkiem. I chociaż sama Chloe miała tendencje do dramatyzowania i popadania w związku z takimi wydarzeniami w głęboką depresję, przeżywaną na własny sposób - głównie wewnętrznie, dla odmiany, bo na co dzień jednak dużą uwagę przykładała do powierzchowności - wcale nie kłóciło się to nigdy z zupełnie odwrotnym, stałym i rzadko zmieniającym się nastawieniem Aidena. Zazębiali się? Teraz to przecież takie popularne...
W tym momencie Chloe było daleko do myśli na temat działań, które powinna, lub nie, podejmować. Bo zaczęłaby się znów martwić, wpadłaby w schizofrenię i na zawsze pozostałaby Chloe 'Mimozą' Demarchelier, ubraną w parszywą w dotyku sukienkę z Zary. Płaczącą komuś obcemu w łóżku. Tak w ramach depresji i konieczności stałego nadzoru służb medycznych prosto ze szpitala psychiatrycznego.
- Dojrzeliśmy. Starzejemy się - kontynuowała, początkowo poważnym głosem, jednak szybko przeszła w, znów, swoiste rozbawienie. Od kiedy bawiła ją wizja pomarszczonej skóry, siwych włosów i jeszcze niższego wzrostu? Przecież zawsze tak panicznie bała się tego nieuniknionego w swym postępie procesu, z przerażeniem obserwując w lustrze, jak podczas uśmiechania się powstają jej wokół oczu drobne zmarszczki, nijak dając sobie wytłumaczyć, że taki już urok ludzi. A teraz leżąc z nim, nie obok, nie na nim, nie w jego towarzystwie, a zwyczajnie z nim, mówiła niebezpiecznie spokojnie o jednej ze swoich największych obaw. Czyż nie o tym kiedyś zdarzało im się w żartach rozmawiać? Że seks seksem, ale jeszcze zobaczysz, nie odpędzimy się od siebie tak prędko, choćbyś chciał/a. Tylko dlaczego nagle ta wizja była... bardziej realna?
Zerknęła przelotnie na butelkę, widząc ile już wypiła. To dlatego.
Wzięła jednak podawaną jej szklankę, pijąc jej zawartość powoli, acz miarowo. Chloe Demarchelier i Aiden Collier, leżący sobie na kanapie, uskuteczniający niekoniecznie zobowiązującą pogawędkę, popijając whisky, Królowa i Król, pomijając podteksty - spotkanie niemalże platoniczne. Nawet gdyby ktoś ich teraz zobaczył i powiadomił TT i tak niczego by nie wrzucono do obiegu, przecież obrazek był tak irracjonalny, że aż śmieszny.
- Chyba znalazłabym w sobie tyle siły, żeby sprawić, że Clements znów byłby singlem - odpowiedziała, nawet nie chcąc myśleć o tym jak potężnie by się wkurwiła, bo to już nie podejmowało się pod jakikolwiek rodzaj złości, gdyby Leinster pojawiła się w tej samej sukience, co ona. Teraz już nawet nie kryła się ze swoją nienawiścią do byłej (tak jest! giń, Leinster!) Przywódczyni Lisów, hejtując się z nią bez pardonu.
Zdążyła wypić ponad pół szklanki, kiedy Aiden zabrał ją i dźwięcznym szeptem wypowiedział kapryśne żądanie. Na które uniosła się, patrząc na niego mieszanką zdziwienia, podejrzliwości, ale też dość lisiej ciekawości. Pobawmy się w uczucia; dawno tego nie robili, co też Klołkę zastanowiło, czy Collier ma w tym jakiś cel, czy zwyczajnie dalej uprawiamy wspominanie złotej, płynami ustrojowymi i drogim szampanem płynącej przeszłości. Poza tym kiedy ostatni raz próbowała skorzystać ze swojej mocy, działając na samą siebie, nie potrafiła niczego zdziałać, chcąc odsunąć od siebie choć trochę smutku, kiedy te kilka dni temu miała wrażenie, że umrze z żalu. Chociaż czy była wtedy w stanie wykrzesać z siebie cokolwiek pozytywnego, żeby zastąpić nim niechcianą emocję?
Czy będzie umiała zrobić to teraz?
Zsunęła ze stóp buty, pozostając w czarnych, wyciętych do półbutów skarpetkach i usiadła mu na kolanach, okrakiem, przodem do niego oczywiście. Widząc, jak jego mina jest niecodziennie łagodna, jaki jest rozluźniony i spokojny, czując to bardzo mocno patrząc mu w oczy. Już dawno zorientowała się, że kontakt wzrokowy czyni jej moc silniejszą, łatwiej nawiązuje połączenie z tą drugą osobą, lepiej też odczuwa jakie emocje ta osoba już ma w sobie. Że teraz sam moment połączenia się z jego emocjami nastąpił niemalże automatycznie, jakby jej umysł pamiętał umysł Aidena. I nic nie mówiąc, tylko uśmiechając się lekko, w palcach lekko trzymając materiał jego koszulki, skupiła się, najpierw robiąc sobie bazę odrobiną zaufania, potem tworząc zachwyt. A raczej potrzebną namiastkę, która już chwilę później opanowała Colliera.
Doskonale czuła teraz to, co on, modyfikując lekko tego charakter. Był czymś zwyczajnie zachwycony, ale nie na tyle, żeby teraz razem z nią, przerzuconą sobie przez ramię, zacząć skakać po całym pokoju. Ot, coś porównywalnego do olśnienia, delikatny zachwyt, powodujący, że jego oczy popłynęły znajomą czekoladą, a wilgotne usta delikatnie się uchyliły. Klołkowe prawdopodobnie też, synchronicznie, w zachwycie jego anielską miną.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 19:12

Chloe spokojnie mówiąca o starości? Ba, nie tyle spokojnie, co z rozbawieniem? Jakby nie przerażały ją kurze łapki, wątłe kości i zgarbienie do ziemi, tak, że osiągnęłaby dosłowny głos skrzata? Dodatkowo: Chloe nie szlochająca o starości spędzonej samotnie, skoro jej ulubiony ćpun na zawsze pozostanie młody. Dodatkowo 2: Chloe uśmiechająca się, dołeczki w policzkach, zmarszczki mimiczne. Dziwne.
Czas się nie zatrzymał - zapętlił, acz nie jak śmiertelna pułapka, powodująca schizofrenię ale jak ulubiona piosenka, odtwarzana w kółko, przyprawiająca o szybsze bicie serca i produkująca endorfiny. Tak potrzebne Demarchelier.
Może właśnie tym dla niej był? Nie przyjacielem, nie kochankiem, nie bratem, a...osobnikiem gwarantującym dobre samopoczucie. Niezależnie od okoliczności, pory czy stanu upierdolu alkoholowego. Mógłby czuć się nawet wykorzystywany, gdyby nie działało to w obie strony. Demarchelier miała w sobie coś tak niezobowiązującego i odprężającego, że kojarzyła mu się głównie przyjemnie. Owszem, miał chwilę dzikich napadów - któżby ich nie miał, po tylu dramach? - ale to była przeszłość. Mglista, nie aspirująca do zostania teraźniejszością. I o ile Aiden zawsze był wielkim fanem planowania, to ciążył mu umysł realisty, wiedzącego (już), że los jest kapryśny. Dlatego też nie układał tego, co stanie się za chwilę, nie pisał scenariuszy, pragnąc kontynuować odprężający wieczór. Po ciężkiej przeprawie emocjonalnej.
Chloe i Pru, zawsze we dwie, i on sam między nimi, próbujący jakoś pogodzić wyższe uczucia z wyższymi potrzebami. Miliony dram, setki kłamstw, ale nigdy z niewyraźnym pytaniem: którą. Którą wybrać, którą kochać, z którą wizualizować sobie następne czterdzieści lat, którą mieć. To byłoby zbyt płytkie; Collier wiedział, że obydwie szanuje i do obydwu coś czuł. Więź z Prudence była silniejsza, bardziej zagmatwana, tajemnicza, niespodziewana. Nie wiedział w którym momencie się zakochał, jak to się potoczyło, co miało wpływ na ten irracjonalny napad miłości. Wyliczanka losu, przeznaczenie, Sokolskie zaziębienie, może. Zaufał jej zupełnie, obnażył się, wziął wyznania za pewność i…może nie tyle się przeliczył, co został cofnięty na sam początek. Zaangażowanie się, odwzajemnienie, wszystko poszło na marne, jakby ktoś przekreślił całą jego powolną przemianę. Ktoś? On sam.
Nie powinien i nie porównywał ich, wcale nie uważając, że żyje w jakimś trójkącie. Egoistycznie myślał, że skoro on świetnie sobie radzi w takim układzie, to wszyscy inni także będą zadowoleni. I byli. Jakiś czas, kilkaset kłamstw temu. Potem rollercoaster wydarzeń, emocji i meta tutaj, na kanapie, z twarzą Chloe piętnaście centymetrów od własnej, z jej biodrami na swoich. Z ubraniach. Z zapachem szpitala, Wendy, kostnicy i mąki, wyniesionym z kuchni Wright. Za dużo emocji, za dużo osób; trzeba było się zdystansować; otworzyć okno i zaczerpnąć świeżego powietrza. Spadając z trzeciego piętra prosto na trampolinę.
Nie miał nawet chwili, by zareagować skojarzeniowo – biodra o biodra, pozycja typowo erotyczna – na Chloe prawie obejmującą go nogami, bo brązowe spojrzenia się spotkały i Collier całkowicie zapomniał o jakichkolwiek smętnych rozkminach. Nie odleciał, nie zmienił charakteru; ciągle czuł gorący oddech Chloe na swoich ustach i wiedział, że jest w swoim rodzinnym domu, ale przez całe jego ciało przeszedł prąd. Czystego… zachwytu.
Pierwsza udana jazda konna, otworzenie podwojów do biblioteki w Kensington po raz pierwszy, kolejka torowa kupiona mu przez dziadka. Nawet najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa nie mogły równać się z tak intensywnym odczuciem. Jak na karuzeli: chyba każdy uśmiechał się, gdy ruszała, z dźwiękiem, niespodziewanie, z tym specyficznym uczuciem w dole brzucha.
Oczy rozbłysły mu czekoladą i przejechał dłonią po włosach, zachwycony jak dziecko w świąteczny poranek. Albo jeszcze bardziej, mocniej, intensywniej. Zagryzł wargę, dalej się uśmiechając, w lekkim zdziwieniu, niedowierzaniu, entuzjazmie. Był jak oczarowany; bez racjonalnego powodu. Kiedyś próbował się zastanawiać, czy to reakcja chemiczna, czy hormony czy psychika, ale ciężko było się mu skupić, gdy Chloe bawiła się z jego emocjami. Może działała na niego tak mocno, bo zazwyczaj nie okazywał nic? W porównaniu z taką wyniosłością, każda aidenowska reakcja była na wagę złota.
- Zmień – powiedział, chcąc brzmieć kapryśnie, ale tylko się zaśmiał, serdecznie, czując, że admiracja, która go przepełnia, zaraz ucieknie mu z gardła z jakimś radosnym okrzykiem. Na razie jednak złapał Chloe za rękę, ściskając ją mocno, jakby chcąc, by też poczuła to, co tak pozytywnie go nakręcało.


_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 20:02

Wypity alkohol już zapewne zaczął się wchłaniać, jednak Chloe nie czuła się pijana. Ot zwyczajnie było jej ciepło, była bardziej rozluźniona i wraz z falami whisky płynącymi przez jej gardło, odpłynęła część depresyjnych myśli. Tak jakby ten salon był objęty na chwilę niewidzialną barierą odgradzającą go od świata zewnętrznego. Od tego, do czego Chloe będzie musiała wrócić i nie miało znaczenia czy za pół godziny czy jutro rano. Ale, znów zbawienne działanie nawet niewielkiej ilości alkoholu + przyzwyczajenie, że nie ma się wyznaczonej wieczornej pory powrotów do domu + perspektywa pustego domu sprawiały, że myśli te było odległe o tysiące lat świetlnych, poza tym Chloe była teraz maksymalnie skupiona, bo jej osłabiona moc wymagała większego angażu niż to bywało niegdyś, kiedy była dobrze wyrobiona i wytrenowana. Czy to nie przypadkiem, kiedy lubili sobie tak właśnie z Aidenem bawić się w emocje?
Znów odnośnik do przeszłości? Kolejny, zaraz obok siedzenia na nim okrakiem, patrzenia mu głęboko w oczy, trzymanie się za rękę, bliskość, tylko teraz nie była niebezpieczna i nie zapowiadała (?) niczego więcej.
Czuła, choć oczywiście słabiej, to co on, odbierała ten ogarniający go zachwyt, chociaż sama była bardziej zachwycona tym, jak czysta emocja wypływa na jego twarz, jak jego oczy błyszczą miodem, płyną czekoladą, jak z przejęcia przeczesuje włosy, jak zagryza lekko usta. Już zdążyła zapomnieć jak wspaniały był, bez maski nazisty-skurwiela, a Aiden w krystalicznej formie, emocjonalny, bez hamulców w postaci swoich dziwnych upodobań, przekonań i poczucia (nie)właściwości.
Zgięła ściśniętą rękę, zsuwając się bliżej niego, czując jakby delikatny trzask, pstryknięcie w swojej głowie, szwank - rozproszyła się. Nauczyła się jednak w takich sytuacjach opanowania, jednak zdążyła wkraść się tęsknota, którą przekazała przypadkiem, widząc jak zaszczepiony w nim surogat emocji pęcznieje, twarz natychmiast mu stężała, oczy zrobiły się wilgotne, smutne i jakby pytające.
Patrzyła też na niego, obserwując tęskniące teraz odbicie tego, co przecież tylko przez sekundę poczuła sama. I na chwilę, kilka, najwyżej piętnaście sekund, zamarła, obserwując obraz, ucieleśnienie tęsknoty, zastanawiając się, czy i ona wyglądała tak żałośnie, czy też była żywym okazem czystej, panującej nad nią emocji, która wymknęła się spod kontroli. Błędne koło, bo sama zapętlała się w smutku i tęsknocie, przez co i Aiden wręcz kurczył się w sobie, wyglądając już jak człowiek w głębokiej depresji.
Szybka reakcja była teraz ograniczona przez to, że wciąż ściskał jej nadgarstek, z każdą chwilą coraz mocniej i ciaśniej, ona coraz mocniej zginała rękę, że kiedy ocknęła się z tego tęskniącego letargu ich twarze dzieliło nie więcej niż dziesięć centymetrów, a ona uciekła wzrokiem, patrząc na zaróżowioną już swoją rękę. Trzymaną przecież przez Aidena...
Decyzja podjęta w lekkiej panice, jednak jej myśli, na sygnał 'dotyk Aidena' pobiegły tylko w jednym kierunku, który szybko potrafiła w sobie stworzyć. Wystarczyło użyć wspomnienia - jakże łatwo było z nich korzystać, kiedy musiała operować mocą w nerwowej sytuacji. Ponownie uniosła głowę - nie byli już na równi wysokością, jak wtedy, gdy była trochę dalej, toteż pomogła sobie wolną dłonią, przekrzywiając jego głowę tak, by patrzył na nią. Jak się czuła gdy ją dotykał? Rozlewające się po ciele ciepło, powoli kiełkujące pożądanie, bo zwykle powstrzymywane przez własną moc, ochota na seks, w momencie czerwieńsze usta.
Był teraz lustrem, obrazując to, co Chloe przez daną emocję widziała. Teraz jednak bombardowała się średnio umiejąc nad tym zapanować, wspomnieniami tylko podsycającymi, najwyraźniej, emocję zaszczepioną w Collierze. Lato, piękny dzień, który jednak zaskoczył ich ulewą, seks w kroplach deszczu w starym lesie; pewien zimowy wieczór, spontaniczny wyjazd z Londynu na weekend - dwudniowy maraton seksu, pachnący grzanym winem, ogniem z kominka, świeżo wypraną pościelą, pod koniec przesiąkniętą gorącą namiętnością.
Cały ten wieczór był pętlą, która teraz mocniej zacieśniała się wokół nich. Chloe wspominająca, Aiden czynnie odczuwający - tak silnie, że i Chloe powoli ulegała emocji, którą sama w nim umieściła.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Pią 31 Sie 2012 - 20:36

Rollercoaster wrażeń i emocji. Coś, czego normalni ludzie nie musieli wypatrywać z niecierpliwością a dostawali w pakiecie z każdym nowym dniem. Usta otwarte w zdziwieniu, radosny śmiech, histeryczny szloch, zadurzony uśmiech. Ciężko byłoby wymienić chociaż pięć osób, które kiedykolwiek widziały Aidena w całej palecie emocji. Bez wyniosłego i aroganckiego wyrazu twarzy, bez zaciśniętych ust, bez firmowego, sarkastycznego uśmiechu.
Dla Aidena też było to nowe i...dziwne. Bo nie do powstrzymania i nie do przewidzenia. I nawet, jeśli Chloe bombardowała go negatywnymi emocjami - dobrze pamiętał, jak dwa lata temu wpadł w tragiczną rozpacz, płacząc i rwąc włosy z głowy - które go niszczyły, to zaraz przychodziła radość, zachwyt, euforia.
Tęsknoty jeszcze nie zasmakował, dlatego widząc chwilowe nieogarnięcie Chloe szykował się raczej na coś...ciepłego i spokojnego. Zaskoczenie może? Zdziwienie, takie maksymalne? I zapewne, gdyby mógł zapanować nad swoimi odruchami, to zdziwiłby się niepomiernie, że został potraktowany tęsknotą.
Ssące uczucie pod sercem, nagła pustka w ramionach - i w myślach. Coś uwierało, coś nie pozwalało spokojnie odetchnąć. Szklące się oczy, chwilowe przerażenie, zaciśnięte wargi i roztrzepane spojrzenie za kimś, za czymś, kto nie istnieje, kto jest wytworem wyobraźni i przecież powinno być racjonalnie...
I znów zmiana. Dosłownie sekunda wytchnienia - obydwoje spojrzeli na tą nieszczęsną, klołkową rękę - i poczuł się doprowadzony z otchłani piekielnej tęsknoty, sprawiającej, że prawie zgrzytał zębami do rozpalenia. Nie zauważył nawet, że Chloe - dość władczo - łapie go za szczękę, by spotkać się z nim spojrzeniem.
To było jak...wyjście z gorącej sauny na zimny poranek, dreszcze na całej skórze i te - najbardziej odczuwalne - wzdłuż kręgosłupa. Jakby całe ciało ładowało się, zapalały się bezpieczniki, wszystko stawało do pionu. Jedna emocja, setki wspomnień. I to nie tak, że Demarchelier była magikiem, mającym wpływ na całe to szacher-macher z reakcjami organizmu, ale...wszystko było połączone.
Wziął głęboki, spazmatyczny oddech, czując, jak jego serce przyśpiesza w tempie najnowszej wyścigówki i jak jego ciało reaguje. Mocno i z pewnością wyczuwalnie dla Chloe, siedzącej tak blisko niego. Może próbowała się odsuwać albo przysuwać, nieważne; istotne, że się poruszyła, doprowadzając go na skraj szaleństwa. Dosłownego.
Zacisnął mocniej dłoń na jej ręce, zagryzając własną (!) wargę niemal do krwi. Nie czuł się tak jak wtedy, gdy Peony odbiła jego moc. Panował nad sobą, myślał trzeźwo, jednak pragnienie buzowało w jego żyłach. Jakby nie uprawiał seksu od miesiąca i właśnie oglądał najbardziej jarający występ striptizerek. Koniecznie lesbijek. W koronkach i różnych innych pobudzaczach męskich fantazji. Albo jakby...jakby pięć centymetrów od swojej twarzy miał usta swojej niedoszłej kochanki, spełniającej jego najskrytsze pragnienia.
Kochanki w teoretycznej żałobie.
Przybliżył się jeszcze bardziej tak, że stykali się nosami, oddychając jak jakiś maratończyk. Milimetry od jej ust. Puścił jej rękę, sięgając do jej ciała, jednak zamiast dotknąć jej talii albo pośladków, wbił paznokcie w narzutę kanapy, zaciskając dłonie w tak specyficzny, łóżkowy sposób. Zmięte, poszarpane prześcieradła.
Przygryzł (swoją!) wargę do krwi, czując, że nakręca się coraz bardziej, jakby Chloe z każdym wspomnieniem wlewała w jego żyły jeszcze więcej żaru i koncentracji tylko na jednym. Mógłby teraz wycharczeć błagania o zatrzymanie tej wesołej zabawy, ale wargi go piekły i...boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie przestanie być podniecony ot tak. Przynajmniej nie fizycznie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Sob 1 Wrz 2012 - 11:43

Powinna się chyba czuć wyjątkowo. Ilu ludzi na świecie miało okazję oglądać Aidena Colliera przedstawiającego wachlarz przeróżnych emocji, które samemu się wywołuje. Nawet jeśli sztucznie, to przecież różnicy nie czuł, on przynajmniej, zwyczajnie ogarnięty takim a nie innym odczuciem. Radość, zachwyt, zakłopotanie, wstyd, rozpacz, złość (choć tego starała się unikać, nie wiedząc do czego Collier jest w furii zdolny), zdumienie; to wszystko widziała na jego twarzy, malujące się odpowiednią mimiką, ciesząc oko.
Korciło ją, żeby kiedyś zaszczepić w nim miłość. Jak wyglądałby prawie-prawdziwie zakochany Collier, myślący o jednej, konkretnej osobie, wierny, czuły, delikatny, romantyczny jak francuski kochanek. Może się bała go takiego ujrzeć? Może bezpieczniej było znać tylko oblicze skurwiela-nazisty, którym czasem targały jakieś skrajne emocje, które koniec końców NIE BYŁY miłością. Może bała się, że sama zakochałaby się w takim Collierze? Niegdyś przecież kategorycznie nie mogła sobie na to pozwolić, była przecież Prudence, bff foreva, a Aiden był wtedy przyjemnym dodatkiem, czasem nie tylko łóżkowym i wcale nie chodzi o odniesienie do miejsc, w których się kochali uprawiali seks.
Kiedy ostatni raz widziała Colliera obrazującego sobą tak depresyjną emocję? Kiedy sam był w niejako depresji po poronieniu? Tak, właśnie wtedy. Pierwszy raz widziała go płaczącego naprawdę, bo sama kiedyś doprowadziła go do płaczu, ale to znów podczas zabawy w uczucia. Aiden tęskniący, jego wzrok uciekł, jakby rozglądał się za tym, za czym musiał tęsknić, bo bardzo rzadko jej się zdarzało, żeby ktoś potrafił się samodzielnie spod wykreowanej przez nią emocji wyswobodzić. Mogła być taka kapryśna; na jej osobiste widzimisię mógł teraz rozpłakać się jak zgubione w sklepie dziecko, mógł zacząć zaciskać sobie ręce na głowie z bezsilności, zagryzać policzki od środka do krwi w zażenowaniu. Dlaczego zatem wcale nie chciała, aby tak się działo? Dlaczego nie chciała dać mu nauczki? Miała przecież idealną okazję, sprawić by poczuł palący wstyd - w domyśle przez to, co zrobił Prudence - i zostawić go takiego niemal tym przytłoczonego jakby spadającym ze szczytu wieżowca fortepianem wyrzutów sumienia, a jednak nie sprawiało jej radości patrzenie na to, jak jest smutny.
Zmiana potoczyła się dość szybko, ostre wejście w kolejny zakręt, pisk opon, a już mina Aidena uległa drastycznej zmianie na... o wiele przyjemniejszą. Nawet jeśli powoli drętwiała jej już ręka, nie było to teraz istotne. Czuła na twarzy jego gorący oddech, widziała rozchylone, wilgotne usta, przymrużone oczy. Lepiej. Zdecydowanie wolała Aidena podnieconego, niż do szaleństwa smutnego i przybitego tęsknotą - wystarczyło, że sama tęskniła tak bardzo, z króciutką przerwą na właśnie tą zabawę w uczucia.
Pociągnięcie, sekunda lekkiego szarpnięcia i już siedziała bezpośrednio na nim, czując pod sobą dość jednoznaczny objaw wysokiego podniecenia, jego nos przystawiony do jej, jakby zaraz miał ją pocałować, co jednak się nie stało. Bo nawet z tak bliska, patrząc trochę w dół, widziała jak karmazynowa kropla krwi zbiera się w miejscu, gdzie sam się ugryzł, nagle puścił jej rękę, dalej będąc tak blisko - bo już stykali się niemal całą powierzchnią ciała - i zaciskał w pięściach narzutę kanapy.
Jedną dłoń mocniej zacisnęła na jego koszulce, drugą podnosząc do jego ust, palcem przejeżdżając po tak dobrze jej znanej wypukłości. Miękkie usta już wyślizgnęły się spod białych, ostrych zębów, poczuła pod sobą, jak jego biodra zaczynają się lekko ruszać. Na co czekasz? Nie chciałaś czasem bliskości? Dużo czasu minęło, od kiedy miała okazję posmakować jego krwi, jednak zwykle samej gdzieś go przygryzając, mając potem ten specyficzny posmak na języku. Przejechała po jego dolnej wardze palcem raz jeszcze, rozmazując na nich jego własną krew. Umknął jej moment, kiedy unosiła podbródek, czuła tylko, ponownie, metaliczno-truskawkowy smak, zasysając jego dolną wargę, wyginając plecy w łuk. Moc jeszcze działała? Czy rozpalała go dalej, myśląc o tym, jak słodkie i miękkie ma usta, jak pyszne są, gdy kosztuje ich po tak długim czasie od ich ostatniego, prawdziwego pocałunku (nie licząc łazienkowego, bo to inna kategoria)? Jak wspaniale jest, kiedy nie musi być maksymalnie skupiona, trzymając go jedynie za rękę, nie mówiąc już nawet o czymkolwiek intensywniejszym, a może całą swoją uwagę skupić tylko na tych collierskich ustach, na zapachu, na tym, że zarost delikatnie drapie ją w policzki? Może jednak bezpieczniej, paradoksalnie, było, kiedy jednak miał tę moc.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Nie 2 Wrz 2012 - 9:48

Widział jej rozszerzone źrenice, czuł dotyk opuszków palców na swoich wargach - pieszczota czuła, praktycznie nie-erotyczna, ale w innych okolicznościach i między innymi osobami. W ich przypadku nawet muśnięcie dłoni w wyjątkowo wąskim przejściu skończyłoby się iskrą. I samoczynnym - sztucznym - zapłonem, zapałką, rzuconą na sawannę albo innym zjawiskiem pirotechnicznym.
Nie wiedział, na ile to jej moc, pobudzająca go do takiego napalenia, a na ile jego zwykłe, naturalne odczucia ciała. Przez ostatnie dwa tygodnie prawie wcale nie miał ochoty na seks; za dużo psychologicznych pogadanek, za bardzo był zdecydowany i uparty, za dużo problemów, zbyt wielkie zmęczenie, jednak teraz wszystko się odwróciło. Jakby obudził się z głębokiego snu, nabierając chęci do życia, do działania, do przyjemności.
Naprawdę chciał się powstrzymać. Dlatego zaciskał dłonie na narzucie a nie na jej piersiach, dlatego zagryzał wargi, centymetry od jej twarzy, dlatego usilnie starał się przywrócić do porządku. I może by mu się to udało, może nagle opanowałby go przerażający smutek albo nieskończone wkurwienie, gdyby go nie pocałowała. Zetknięcie warg, kolejna fala pożądania, które już nie mógł się oprzeć, gwałtownie rozsuwając językiem jej wargi i przejeżdżając wzdłuż jej zębów, po chwili pogłębiając pocałunek. To było...jak smakowanie czegoś od nowa, jak rozpoznawanie aromatu z dzieciństwa, jak dobre wspomnienia zamknięte w gorącym dotyku jej ust.
Złapał ją za ramię i popchnął (delikatnie!) do tyłu, tak, że po chwili znalazła się na plecach, z ciężarem jego ciała na swoim, bez przerwania pocałunku i dotyku ich ciał. Czuł na jej języku własną krew i coś mniej zauważalnego, słonego; dużo ostatnio płakała? D la c z e g o.
Jej moc mogła się wyłączyć już dawno, ale to nie oznaczało chluśnięcia lodowatą wodą, wręcz przeciwnie, dalej czuł wrzątek w swoich żyłach. Przesunął swoją dłoń na jej szyję, czując przepływającą krew, pulsującą, żywą.
Gwałtownie przerwał pocałunek, unosząc się na wyprostowanych rękach; zdyszany, rozgrzany do granic możliwości. I opanowania, której powoli mu wracało.
- Ja jestem pod wpływem mocy - wyszeptał w jej usta, nie zamykając oczu i patrząc w jej ciemnobrązowe tęczówki z odległości wystarczającej, by dramatycznie nie zezować. - Jakie jest Twoje usprawiedliwienie? - spytał, zupełnie poważnie ale ciągle zduszonym głosem, nie mogąc jednak powstrzymać nieco spazmatycznego ruchu bioder i przylgnięcia do niej mocniej, całym ciałem; dzielące ich ciuchy niemal fizycznie sprawiały mu ból, tak szorstkie i obce w porównaniu z ciągle żywym wspomnieniem jej nagiej, gładkiej, gorącej skóry.
Jednak był już przytomniejszy, chociaż ciągle zaplątany w sztuczne-prawdziwe emocje. Potrafił racjonalnie sobie wszystko poukładać, nawet nos w nos z Chloe. Żałobną. On też powinien przybrać czarny kolor po podjęciu dość chaotycznej decyzji w związku z Prudence. Zero niezdecydowania, zrozumiał w końcu - po tak długim czasie roztrzepania i bólu - że nie ma szans na powtórkę, na ratowanie czegokolwiek, na składanie od podstaw. To było niemożliwe. Automatycznie więc będzie spychał Wright na peryferie swojego umysłu, traktując ją jako schizofrenicznego pariasa, którego w najlepszym przypadku tylko się ignoruje. W najgorszym - traktuje jak śmiertelnego wroga, raniąc, nawet w ten nieświadomy sposób, popełniając te same zbrodnie i wykroczenia, leżąc z tą samą osobą na tej samej kanapie i czując smak jej ust na swoich wargach.
Myślał, że przyjdzie mu to trudniej, ale wyraźnie te kilka miesięcy odaidenowienia, próbowania dla Pru i emocjonalnego rozpierdolu wystarczyły, by potrafił teraz skupić się tylko na zamknięciu rany i rozpoczęciu życia na nowo. Zgodnie ze starym scenariuszem. W którym była obecna Chloe? Której nie powinno tutaj być?
Kochała Corneliusa, co robiła więc teraz, leżąc pod nim i odwzajemniając jego, collierskie pocałunki? Nie powinna wyć mu w rękaw? Obiecywać sobie i całemu światu prowadzenia cnotliwego trybu życia?
Bawili się w uczucia. To określenie było tak akuratne do ich całego powiązania: nic naprawdę, jakieś półkłamstwa, wmawianie sobie o banalności ich związku, zero stałości. Ale Aiden nie chciał być już zabawką, jakimś cudownym wynalazkiem na zapomnieniem, gwarancją rozkoszy i orgazmu, chwilowego szczęścia. Z jednej strony pragnął jej teraz jak już od dawna nikogo, z drugiej jednak był świadom, że może być tylko jej przejściowym kaprysem, błędną decyzją, którą podjęła pod wpływem alkoholu i rozpaczy. Nie powracał więc do pocałunków, oddychając szybko, patrząc na nią wyczekująco.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Nie 2 Wrz 2012 - 14:30

Pętle, pętle. Odejścia i powroty, dramy, życie wywirowane w pralce na najwyższych obrotach, a jednak za każdym razem znów lądowała w tych samych ramionach, nie zważając, czy właśnie całuje się namiętnie z nieszczęśliwą byłą miłością swojej najlepszej przyjaciółki, czy czasem nie zdradza swojego ukochanego, czy nie powinna się wreszcie ogarnąć i odciąć, bo zacznie coś czuć naprawdę.
Jak naiwna musiała być, żeby w ogóle obrać sobie akurat jego za tą multifunkcyjną osobę, kochanka, przyjaciela, motywatora, wroga, rozmówcy, hejtera, pocieszacza, wiernego w swojej niewierności spowiednika. Kim był dla niej teraz, w tym momencie, kiedy rozsuwał jej wargi językiem, że po chwili w całych ustach miała miksację smaku jego ust i jego krwi? Kim był rozpaczliwie broniąc się przed dotykiem zaciskając materiał narzuty w pięściach? Kim był, że potrafił sprawić, że zapominała o najważniejszych w swoim życiu rzeczach, umysł i racjonalność zostawiając za drzwiami. Zamkniętymi na cztery rodzaje zamków i łańcuszek dla pewności, żeby czasem nie zrobiła się przy nim konkretna, trzeźwo i odpowiedzialnie myśląca, czy żeby przypadkiem nie robiła tego co powinna (żałoba, wierność przyjaciółce, żałoba, żałoba, ewentualnie jeszcze opłakiwanie zmarłego narzeczonego; czy to nie czasem to samo?). Więc do wyliczanki dochodził jeszcze pozbawiacz zmysłów w nieerotycznym sensie, choć w erotycznym też, dopełniając wesołe kółeczko wyrażeń o przeciwstawnym znaczeniu, tworząc już jakiś obraz.
Był dla niej Aidenem Collierem, prawdziwym sobą, tym z emocjami, i sztucznymi i prawdziwymi, wieloobliczowym Sokołem, do którego chciała/musiała wracać. Nie wiedząc co ją aż tak ciągnęło, w końcu obok ojca jej dziecka był też niesamowitym skurwielem. Był tak rozpaczliwie sprzeczny w sobie samym, że Chloe by się nad tym zastanowiła, zapisując w designerskim notesie odpowiednie wnioski, zapewne coś pomiędzy "unikaj jak ognia" a "spędzaj z nim maksymalnie dużo czasu", gdyby nie była teraz zajęta namiętnym pocałunkiem.
Jęknęła cicho, gdy pchnął ją, drugi raz gdy poczuła jego ciało na sobie, oddając łapczywe pocałunki, wbijając mu lekko paznokcie w kark, czując pod kciukiem jak szaleńczo pulsuje mu tętnica. Od niego całego buchało gorącem, że dostała wręcz gęsiej skórki, kiedy się uniósł. Co początkowo wydało jej się... dziwne, acz wciąż miała przymknięte oczy, czekając na dalszy ruch. Niczego spektakularnego się jednak nie doczekała, bo jedyne co robił, to powoli poruszał biodrami i naciskał na nią, będąc niebezpiecznie blisko, jak na tę odległość, którą stworzył między ich twarzami i tylko między tym.
Otworzyła oczy i ujrzała płonące niemalże jego wpatrzone w nią tęczówki z wymalowanym w nich pytaniem? wyczekiwaniem? na pewno jednak stanowczością, choć niebrutalną.
- Moc przestała działaś gdzieś w momencie, gdy zacząłeś ściskać w dłoniach narzutę - powiedziała oddychając głęboko, patrząc na niego z niejakim oczekiwaniem. Jakie było jej usprawiedliwienie? Miała chcicę? Na swój osobistyczny sposób tak odreagowywała długie godziny spędzone na płaczu w poduszkę, przyciskając do siebie wspólne zdjęcie z Kornelem? Brakowało jej tego? Opanowały ją wspomnienia? Kochała go, żyjąc w błędzie, że naprawdę istnieje instytucja niezobowiązującego i niewymagającego angażu emocjonalnego wesołego fwb?
Miała w tym momencie taki kosmos w głowie, że nie wiedziała na ile się zawiesiła, tonąc w czekoladowych oczach, jednak nie przygryzając nerwowo wargi ani w ogóle nie pokazując sobą, jak intensywne procesy myślowe w niej teraz zachodzą. Po prostu patrzyła, zastanawiając się co tak naprawdę podpowiada jej serce, co powinna teraz zrobić.
Łaknący rozkoszy, zmęczony żałobą ośrodek myślenia aż krzyczał, żeby powiedzieć byle co, suczego = wiarygodnego i wrócić do pocałunków, zdejmując z siebie bluzkę. Racjonalność podpowiadała, że powinna stąd jak najszybciej wyjść. Poczucie utraty bezpieczeństwa chciało poprosić, by usiadł normalnie, żeby mogła się jeszcze poprzytulać. Tęsknota kazała się rozpłakać. Podniecenie, które jej się udzieliło, w sojuszu z tą niebezpieczną bliskością, chciało rozpiąć mu pasek od spodni. A ona dalej leżała. A cały ten skomplikowany proces trwał jakieś zawrotne dwie sekundy, czego Chloe już nie wiedziała.
- Potrzebuję usprawiedliwienia? I tak przecież jestem ta najgorsza - powiedziała, próbując się pod nim ruszyć, w dalszym ciągu mając ręce na jego plecach, żeby się, wbrew sobie, spod niego wydostać. Jednak był zbyt ciężki by jej się to udało, zatem przepełniona podejrzeniami wpatrywała się w niego, zastanawiając się co się nagle stało. Był Collierem, powiedziałby otwarcie gdyby miał jakiś problem, a gdyby tym problemem była ona sama, już dawno pożegnałby się z nią, zatrzaskując drzwi. Nie wiedziała, a chciała wiedzieć. Zdawała sobie jednak sprawę, że, jak zawsze, nie będzie tak prosto, bo przecież dowie się tylko tyle ile on zdecyduje się ukazać.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: salon.   Nie 2 Wrz 2012 - 18:51

Wyprostowanie się na rękach powinno dać Aidenowi wystarczająco dużo miejsca na rozmyślania. I na złapanie dystansu, większego niż zawsze. Bo zawsze czuł się od Demarchelier...daleki, niezaangażowany. Nie zabiegali o swoje towarzystwo, nie wiązali się żadnymi obietnicami, nie oglądali się za siebie - na siebie; w żaden sposób nie czuł się do Chloe przywiązany. A przynajmniej tak sądził kiedyś, żyjąc w swoim racjonalnym światku, nieskażonym nawet odrobiną dram. Bo wtedy Chloe była zawsze przy nim, a gdy jej nie było, to widywał ją na horyzoncie. Z Corneliusem czy też bez, zapłakaną czy roześmianą, jako królową balu i zapłakaną wariatkę, przychodząca do niego bez obcasów i pełnego makijażu. Nigdy jej nie stracił bo też nigdy jej naprawdę nie zyskał. O ile Pru od razu doczepił etykietkę własnościową, dającą mu wszystkie prawa i czyniącą z Wright osobę bezwolną i wręcz mu poddaną, to z Demarchelier nigdy tak nie było. Nigdy nie był o nią chorobliwie zazdrosny, ale też nigdy nie wyobrażał sobie z nią jakiejkolwiek stałej przyszłości.
Wszystko jednak stanęło na głowie, a on dalej nie potrafił ułożyć tej układanki. Niektóre elementy się pogubiły, nie było pełnego obrazu, czegoś brakowało, nie potrafił się skupić tak, jakby chciał.
Także w tej sytuacji, czując ciągle jej wargi na swoich, mimo, że przecież się odsunął. Zauważając jakieś nieudolne próby wyswobodzenia się spod niego. Ale nie wyglądała na przekonaną, nie wyglądała na cudownie uspokojoną, nie mówiła aha, Aiden, masz rację, zapomniałam, że powinnam płakać po moim narzeczonym, to teraz wstajemy i dajesz mi chusteczki i Arnaldsa w tle poproszę. Zresztą, czegoś takiego zupełnie nie chciał, widząc w jej oczach niezdecydowanie. Jakby odczuwała za dużo emocji na raz, nie dających się jednoznacznie określić i wyrazić.
Nie potrafił też ich odgadnąć, chociaż naprawdę próbował. Zaraz się mu rozpłacze? Sięgnie mu do spodni? Spoliczkuje? Powróci do pocałunków, mocnych, namiętnych, do krwi? Zaśmieje się i opowie jakąś zabawną anegdotę odnośnie kłótni o sukienkę Marchesy? Chloe była nieprzewidywalna, rozedrgana, jakby nadawała na kilku częstotliwościach jednocześnie. Powinno go to przerażać - w końcu sam był niesamowicie stabilny - ale zazwyczaj fascynowało.
Tak jak teraz. Nie wiedział, czego się spodziewać, ale i nie zamierzał czekać, aż Chloe w końcu zdecyduje się na jakąś nieracjonalną reakcję o znikomym prawdopodobieństwu. Pochylił się ponownie, prawie nie dając jej dokończyć słowa najgorsza i pocałował ją, krótko, baaaardzo spokojnie jak na Aidena, odwzajemniając się jednak silnym ugryzieniem jej dolnej wargi. Byli równorzędni, nie zamierzał traktować jej delikatnie i nie zamierzał dawać się traktować jak...zabawka? Tymczasowa odskocznia? Oaza spokoju, bez dram, bez oczekiwań? I wyjątkowo nie zamierzał słuchać ciała, które nakazywało mu pogłębienie pocałunków i wyrwanie kilku drogocennych włosów z demarchelierowskiej głowy, gdyby zaciągał ją do łóżka na górę.
Zamiast tego odsunął się od niej i usiadł na kanapie, gibko i szybko jak na osobę dość pokaźnego wzrostu, prawie w tej samej sekundzie wysupłując z tylnej kieszeni dżinsów paczkę papierosów. Cichy pstryk zapalniczki, głęboki oddech, kłęby dymu, Demarchelier rozłożona na kanapie centymetry od niego i potworne podniecenie.
Obrócił się w jej stronę, bez uśmiechu, raczej wyczerpany i zdziwiony tym, że właśnie nie ściąga jej bluzki i nie całuje jej szyi. Dojrzeli? Może. - Wróć do mnie, kiedy już nie będziesz o nim myśleć - powiedział szybko, rozkazującym tonem, całkiem spokojnym jak na osobę tak podjaraną i tak zmindfuckowaną mieszanką emocji, którą odczuwał zaledwie kilka minut temu. Może przez nią najpierw wypowiedział te słowa, dopiero potem pomyślał. Zastanawiając się, co też jego podświadomość może chcieć mu powiedzieć; coś na tyle ważnego, że przebijało się przez całe to erotyczne napięcie, rozsadzające mu czaszkę. Za godzinę umrze z migreny. Albo sprowadzi sobie do domu jakąś uroczą blondyneczkę, zaprzepaszczając psychiatryczne obietnice. Whatever.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: salon.   Pon 3 Wrz 2012 - 14:35

Nie ma sytuacji w całości czarnych lub w całości białych. Wybór między opcjami jest zawsze i od nas samych zależy co uznamy za dobre, a co za złe. Tylko w sytuacji, gdy sprawa jest tak skomplikowana, już nawet zatraca się to poczucie dobra i zła, bo chwilowo Chloe miała wrażenie, że czegokolwiek by nie zrobiła i tak będzie źle. Nie chciała wychodzić, nie mogła też zostać, pocałunki były przyjemne, ale miała ochotę wtulić się i zasnąć, zapominając o problemach bez jego języka w swoich ustach.
Kiedy pocałował ją, tak przelotnie, lekko, bardzo NIE po ajdowemu, miała już w głowie zupełny kosmos. Nadmiar wszystkiego ją przytłaczał, dodatkowo jeszcze cały syf związany z tym, co działo się przez ostatni kwadrans, wymieszał się już z dramą, towarzyszącą jej od kilku dni. Czuła teraz, że Kornela irracjonalnie zdradziła, czuła, że postąpiła niefair wobec Prudence, jednak sama nie była wcale przekonana o tym, czy to na pewno jest rzeczywiście niewłaściwe, dla niej samej, już bez względu na innych ludzi.
Odchyliła głowę w tył, zamykając oczy gdy się podniósł, wyginając obolałe plecy, po czym opadła, oddychając ciężko. Słyszała pstryknięcie zapalniczki, ciche trzaski palącego się papierosa, wdechy i wydechy Aidena, czuła zapach dymu. Jak fajka po seksie, gdy ona jeszcze leżała rozkosznie przeciągając się w pustym łóżku, patrząc na jego idealną sylwetkę, na to, jak przeczesuje włosy palcami, jak oblizuje usta, jak wraca, przykrywa ją i kładzie się obok.
Uniosła się na łokciach, szybko jednak podejmując decyzję, by usiąść prosto i ubrać buty. Poprawiła tylko przekrzywioną bluzkę, zaciskając oczy. Za dużo się wydarzyło, rany są zbyt świeże, a wszystkie taki sytuacje były tylko wyżerającą solą na nie kładzioną. Miała cierpieć, miała ogłaszać, że idzie do zakonu prowadzić cnotliwe życie, miała przecież czarny kolor w duszy, obrazy w głowie, które ciągle jej przypominały bolesną żałobę. Czemu zatem miały służyć słowa? Powiedział to w pełni świadomie, chcąc niejako jej coś obiecać? Że będzie czekał? Czy może zupełnie się nad tym nie zastanawiał i kierowała nim resztka poczucia poprawności, że jednak pieprzenie się z dziewczyną, której cztery dni temu umarł chłopak jest odrobinę nieodpowiednie?
Wstała biorąc do ręki torbę i wyciągając wpół wypalonego papierosa z jego palców, samej się zaciągając. Mimowolnie (!) się uśmiechając na smak, który zdążył pozostać na filtrze.
- Do zobaczenia - powiedziała, biorąc jeszcze ze stołu telefon, cały czas paląc zabranego mu papierosa i wyszła, dopiero zamknąwszy za sobą drzwi pozwalając sobie na zaprzestanie uśmiechania się lekko i lisio, na rzecz zaszklonych oczu i zaciśniętych nerwowo ust, pomiędzy którymi jeszcze tliła się fajka.

zt

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: salon.   

Powrót do góry Go down
 
salon.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Mały salon
» Główny Salon
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Studio Piercingu i Tatuażu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Collier (Hampstead)-
Skocz do: