IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 National Gallery

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: National Gallery   Czw 2 Maj 2013 - 18:55

Prezentuje zbiory malarstwa z lat 1250–1900. Posiada szczególnie dużą kolekcję brytyjskich impresjonistów i kilkanaście dzieł Vincenta van Gogha. Jest to galeria państwowa, udostępniona bezpłatnie (oprócz wystaw tymczasowych), licząca ok. 2300 dzieł.


Ostatnio zmieniony przez Isaac Salinger dnia Czw 2 Maj 2013 - 19:05, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Czw 2 Maj 2013 - 19:04

- ...warto też zwrócić uwagi na owoce, niektóre nadgryzione, może to symbolika grzechu? Albo zwycięstwa nad plugastwem? Jest wiele szkół, także takie, które bardzo jednoznacznie odczytują brak brody przez Jezusa, jako nawiązanie do dzieła z Kaplicy Sykstyńskiej... -głos Isaaca roznosił się po prawie pustym muzeum, potęgowany przez echo, bezsensownie zresztą, bo grupka Chińczyków stojąca przed obrazem Caravaggia i tak słyszała tylko jego przetworzony informatycznie głos, a nie miękki i stanowczy ton.
Czasy się zmieniały, mało kto w ogóle słuchał żywego przewodnika, ubranego w brązy i beże, schludnie i z klasą, z bardzo jasnymi włosami; w świetle wpadającym przez okna sufitowe końcówki wydawały się wręcz siwe...i właściwie tak było. Co wcale mu nie przeszkadzało, kryzys wieku średniego przeszedł bezboleśnie, w Holandii, z ustami poplamionymi czerwonym winem i odciskami palców, osoby, o której nie myślał od dobrych kilku lat.
Zamknął za sobą wszystkie drzwi, na wszystkie dostępne zamki, i teraz czuł się bezpieczny. Praca kustosza i przewodnika po muzeum była rutyną, nie zaglądał tu już prawie nikt, turyści przestali się zjawiać w Londynie, ważne dzieła zakrył kurz a posadzki przestały świecić nowością. Czas mijał nieubłaganie, i - o ironio - najwyraźniej widać było jego upływ w towarzystwie nieśmiertelnych arcydzieł.
Które właśnie mijał bez słowa, kaszląc cicho i przechodząc przez korytarz impresjonistów. Sisley. Zatrzymał się, odruchowo, na chwilę, poprawiając okulary na wąskim nosie i wdychając zapach kurzu pomieszanego z farbami.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Czw 2 Maj 2013 - 20:51

Londyn nie niósł ze sobą bólu. Trzewia Blejsa nie wykręcały się boleśnie gdy przechadzał się po miejscach, które odwiedzał niegdyś, z tą szaleńczą energią, tak typową dla narwanych, niespokojnych artystów mających po kilkanaście lat. Artystą był nadal, a przynajmniej chciał się tak widzieć. Sztuka, niegdyś nieopanowana, wybuchająca jak wulkan albo milcząca jak górska przepaść, teraz była użytkowa, dysponowana z umiarem i wykorzystywana intensywnie tylko gdy bawił się z Willem. Ileż przecież emocji można włożyć w jeden, idiotyczny mebel, utworzony i tak w modnej konwencji, którą kupi amsterdamskie społeczeństwo ambitnych, wrażliwych snobów? Minęły czasy brudnych od farby swetrów i włosów pachnących mieszanką terpentyny i pomarańczowego szamponu.
Jednak coś go tknęło, nie przepadł chyba jeszcze na tyle fatalnie w rutynie zwykłego, rodzinnego życia by zignorować taką okazję jaką dawał mu Londyn. Amsterdam może i miał imponujące muzea i wystawy, ale to przecież nigdzie indziej a właśnie tutaj uczył się tej wrażliwości. Lub też ulepszał tą już posiadaną. Nie wiedział kiedy od spacerku po Trafalgar Square, zostawiając pierworodnego z mamą i spotkaną przyjaciółką po latach, trafił pod gmach galerii. Oglądając zdjęcia w Internecie był zazdrosny, że ci holenderscy kustosze nie potrafią zorganizować niczego ciekawego. I gdyby nie był pochłonięty własnym biznesem i rodziną to z całą pewnością udzielałby się w jakimś artystycznym światku i Sisley wisiałby tam, u niego, już od dawna. Dosłownie u niego, wszystko dało się załatwić, a Holendrzy przecież słyną z dość luźnego podejścia do wszelakich spraw.
Nogi niosły go same, od razu plecy się prostowały i specyficzny zapach sztuki wnikał do jego organizmu, jakby miał się nim nacieszyć na zapas. Krążył między obrazami i nieco nieobecnym wzrokiem błądził po ozdobionych ścianach, że nie usłyszał głosów. Co go ocknęło - nie wiedział. Może w powietrzu poczuł domieszkę czegoś innego, znajomego, utęsknionego? Wtedy ujrzał znajomą blond głowę, choć wydawało mu się że jeszcze kilka lat temu miał mniejsze zakola.
- Isaac? - wyrwało mu się zanim zdążył masochistycznie przeanalizować stojącą nieopodal sylwetkę i przywołać przed oczy wspomnienia. Setki wspomnień. Nie czuł nagłej suchości w ustach, wręcz przeciwnie. Jakby na języku znów miał smak tamtego białego wina, które pili podczas jego czterdziestych trzecich urodzin.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Czw 2 Maj 2013 - 21:21

Nie wiedział, czy przyglądał się obrazowi dziesięć sekund czy kilkadziesiąt minut, przecierając okulary chusteczką z butonierki (to takie classy). Czas już nie miał dla niego znaczenia, dni płynęły leniwie, nie musiał z niecierpliwością wyczekiwać weekendów, sprawdzać cen przelotów, ze zdenerwowaniem obserwować pogodę i zamykane lotniska, ze zniecierpliwieniem wybiegać po taksówkę, z bijącym szybciej sercem stawać przed tym pięknym domem w Amsterdamie, z jedną małą walizką, czasami nawet bez. Nie potrzebował wiele do szczęścia, jednak gdy w końcu zostało mu zabrane, czuł się tak, jakby ktoś wyrwał mu serce z piersi.
Wcześniej wyśmiewał tak banalne sformułowania w książkach, uważając je za grafomańskie, ale kiedy tych kilka lat temu ostatni raz powracał do Londynu, nie oglądając się za siebie ani razu (czego mocno żałował w każdej sekundzie teraźniejszego życia; nie pamiętał już kolorów, a to przecież najważniejsze dla kogoś takiego jak Salinger), naprawdę to czuł.
Już nie suche literki na kartach taniej książki dla nastolatki, ale...prawdziwa otwarta rana w piersi, sączące się osocze i limfa, pourywane żyły, ziejąca pustka, powolna zapaść wszystkich organów - wszystko to przy maksymalnej przytomności, bo mózg jeszcze działał i mógł nawet dotknąć tego braku.
Nigdy nie dramatyzował, ale tamte miesiące były najgorszymi w jego życiu, gorszymi, niż te po stracie Gertrude, po której w końcu przestał nosić obrączkę - dosłownie tydzień temu odłożył ją na półkę i dziwnym trafem zniknęła. Nie doszukiwał się w tym jakiegoś głębszego sensu, jak zresztą we wszystkim. Nie miał nadziei na cuda.
Nawet tak spektakularne i rzeczywiste jak ten głos. I te oczy, które rozpoznał po powolnym odwróceniu się. Już nie ten zapach (teraz czuł jakieś dziecięce proszki?), nie te oczy (więcej zmarszczek?), nie ten strój (automatycznie zjechał wzrokiem do jego zachwycających obojczyków, zakrytych teraz przez płaszcz) i...
Zatrzymał się w tym dziwnym półobrocie, nie uśmiechając się porozumiewawczo ani nie odwzajemniając pytającego powitania. Słyszał o zlocie, podejrzewał, że Collierowie mogą się tam pojawić, ale zamierzał to miejsce omijać szerokim łukiem, nie chcąc narażać się na konfrontację z Meredith. I spotkanie z Blaise'm - jeszcze przedwczoraj był pewien, że na jego widok totalnie by zwariował.
Teraz jednak czuł się sparaliżowany (znów banały książkowe), niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, oprócz zdradzieckich źrenic i głębokiego wdechu.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Czw 2 Maj 2013 - 21:48

Najpierw był Sisley, stary dobry Sisley. Do dnia dzisiejszego największa inspiracja, chociaż mając lat prawie trzydzieści odbierał go inaczej, niż wtedy, gdy dostał album z chaotycznymi notatkami od... Właśnie. Nie tylko to się zmieniło, nie tylko interpretacja dzieł, ale okoliczności ich interpretacji. Zbyt często chciał widzieć w obrazach coś więcej, chciał wskazówek i podpowiedzi, jakby te lata temu Bogu ducha winien Sisley miał zgadnąć, co się stanie w życiu niejakiego Colliera. Skłonność do nadinterpretacji, tej mimowolnej, ukrytej głęboko w jego wnętrzu, była nadal, wbrew tej typowej ignorancji, którą wciąż pokazywał światu zewnętrznemu.
Patrzył na obraz, wyłączając otoczenie. Pamiętał tamto sierpniowe popołudnie w galerii. Pamiętał jak niesamowita była tamta chwila, jak chłonął ten obraz całym sobą, skąpany w ciepłych promieniach słońca. Pamiętał niemalże każdą grudkę farby, każdy dbale przyciśnięty do płótna pędzel żłobiący fakturę i nadający głębię. Dopiero później, po chwili sam na sam z obrazem włączał sobie widzenie tego, co działo się wokół. Grupa skarłowaciałych Chińczyków była nieważna, zresztą i tak się oddalała by pstrykać setki zdjęć aparatami najnowszej generacji. Historia się trochę powtarzała, znów był on, Sisley i Isaac.
Wszystko wróciło, przed oczyma puszczono mu film w przyspieszeniu, wszystkie te wieczory i poranki, przedpołudnia i popołudnia, croissanty i piwo, piłka ręczna i program o najwspanialszych rzeźbach nowożytności. I te oczy, w które patrzył tak często, które zawsze patrzyły na niego tak samo, które uspokajały, doprowadzały tętno do regularności, które rozśmieszały, pocieszały. Nawet tych kilka metrów niczego nie zmieniło. Specyficzna zieleń tych tęczówek nie była do podrobienia, ilekroć nie próbował mieszać najróżniejszych jej odcieni na setkach palet by uzyskać z powrotem chociaż to.
Nie spodziewał się na niego tutaj trafić. Choć kontakt urwał się całkowicie, od skrajnej bliskości przeradzając się do wielokilometrowego dystansu w kilkanaście sekund, jakoś tak spodziewał się, że Isaac pozostał w St.Bernard, tak bardzo nie lubił zmian. Teraz jednak bał się nawet zrobić krok w jego stronę, targany tak silnymi emocjami, że zaniemówił na tą chwilę z ich nadmiaru. Był tu, znów tu był, tak jakby to mogło zmienić cokolwiek, co wydarzyło się po pamiętnej niespodziance. Słyszał spazmatyczny wdech - on sam chyba porzucił na chwilę funkcje życiowe.
Nerwowo wplątał rękę we włosy, nie mając jednak na tyle odwagi, by zerwać kontakt wzrokowy. - Ja... może przyjdę kiedy indziej - miał ochotę sam sobie przyłożyć, za ten nazbyt drżący głos. I choć pragnął, już dla samego Isaaca, wyjść by nie kazać mu na siebie patrzeć, to jego nogi przyrosły do kamiennej posadzki i ani myślały ruszyć się w stronę wyjścia.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 8:43

Może byłoby lepiej, gdyby w muzeum, jak za dawnych czasów, przepływał tłum turystów. Na pewno by się nie zauważyli w różnokolorowej zbiorowości, sam Isaac przemykałby chyłkiem, w całej swojej beżowości zlewając się ze ścianami; może po prostu by sobie pomachali z daleka, albo przeprowadzili kulturalny small talk, jak przystało na ludzi wychowanych, połączonych jakimiś więzami przeszłości, już luźniejszymi, nie krępującymi nadgarstków.
Ale było pusto i cicho, jedyny zapach, który mógł Isaaca rozproszyć to ten z farb, a przecież po tylu latach pracy z malarstwem stał mu się nieco obojętny, wzroku też odwrócić nie miał na co, uszu nie zatykała mu głośna muzyka albo nawet tupot stóp na posadzkach. Nic, wszystko skupione na postaci Blaise'a, chwilowego centrum wszechświata.
Rana w piersi zapulsowała nieprzyjemnie, ale to przecież nie była wina Blaise'a, wtedy. Ani Meredith. Tylko jego samego, wszedł w uświęcony związek z butami, z malarstwem, z namiętnością i winem, nie myśląc zupełnie o przyszłości, oszołomiony szczęściem, którego posmakował pierwszy raz w życiu właśnie z Collierem.
Zapewne dlatego tak bolało; gdyby miał inne szczęśliwe wspomnienia mógłby skupić się na nich, ale zostały mu tylko te kradzione weekendy na nieswoim łóżku (albo podłodze), z nieswoim mężem.
Który teraz stał przed nim, może przejęty, może nie, Isaac tego nie widział, całkowicie zapadając się do środka i nawet nie słysząc jego grzecznościowej formułki.
Nie miał pojęcia co może powiedzieć po tylu latach, kiedy to rozstali się w ciągu kilku minut. Nie pamiętał nawet o czym rozmawiali jako ostatnim, kojarzył tylko gorący oddech Blaise'a na swojej szyi i jego pewne ręce na swoim ciele i... sekunda, wszystko skończone. Definitywnie, dlatego to spotkanie całkowicie wybiło go z marazmu i rytmu codzienności.
Zrobił odruchowy krok w jego stronę, potem drugi i trzeci, chociaż najchętniej odwróciłby się na pięcie i po prostu odszedł. Ale nie potrafił nad sobą zapanować, musiał być chociaż o te kilka metrów bliżej, dalej bez słowa, tylko z tym wiele mówiącym wzrokiem, z którego można było wyczytać wszystko.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 12:25

Rzadko kiedy dopadał go strach. Wręcz uczucie to uważał za irracjonalne, doświadczając tego zaledwie kilka razy w życiu. Gdy jako pięciolatek stłukł jakąś potwornie cenną wazę (bardziej rozpaczał nad tym, że ją uprzednio pięknie pomalował markerami i stłukła się po tym, jak się napracował); bał się przez tą sekundę, gdy prosił Mer o rękę; bał się w momencie, gdy Mer wkroczyła do mieszkania o kilkanaście godzin za wcześnie i gdy jechał do Prowansji ledwie skupiony na drodze, bojąc się o swoje małżeństwo. Teraz jednak bał się bardziej niż kiedykolwiek, bo pierwszy raz w życiu był świadomie i boleśnie rozdarty. O wiele łatwiej było leczyć ranę, gdy Meredith utraciła świadomość zdrady i żyła szczęśliwie jak wcześniej, a Blaise przeżywał piekło w swojej ambiwalencji. Trzy lata to długo. A wszystko na co zapracowali przez te trzy lata znaczyło dla niego tyle, co wszystko, co udało mu się stworzyć z Meredith. Zastanawiał się nawet czy po prostu nie został stworzony do poligamii, bo serce nie mogło wybrać. Nie wybrał umysł, wybrało prawo - prawnie był związany właśnie z Mer.
Był w tym momencie przerażony, choć prawdopodobnie brązowe oczy błyszczały jak zwykle, tylko jego twarz nieco zbladła. Doskonale, boleśnie pamiętał jak normalny był pocałunek, dotknięcie ręki, torsu. Jak zwyczajny był uścisk i bliskość. Nie zdążył się z nim pożegnać, choć w sumie całkiem możliwe, że nigdy by to nie nastąpiło tak całkowicie. Jednak fakt, że był tak blisko i mógł być jeszcze bliżej kazał mu stać w miejscu.
Najwyraźniej Isaac dał się ponieść innemu bodźcowi. Z każdym jego krokiem blejsowe serce przyspieszało kilkakrotnie, jakby zaraz miało wyskoczyć zza żeber i uciec jak najdalej. Był niemalże na wyciągnięcie ramienia gdy się zatrzymał; stał przed nim w tych swoich nieśmiertelnych beżach i brązach, z zielonymi oczami i twarzą przeoraną już głębszymi zmarszczkami. A jednak coś się zmieniło, utracił tę delikatną brzoskwiniową barwę wesołości, kąciki ust nie były uniesione, oczy się nie śmiały, a właśnie tak to wyglądało kiedyś.
Co miał mu teraz powiedzieć? Że go przeprasza? Źe go kochał i kocha nadal, ale równocześnie miał też żonę i dwoje dzieci, których darzył równie silnym uczuciem? Dlatego stał, zaciskając usta i zęby, wbijając boleśnie paznokcie w śródręcze i drżąc w gęstej ciszy, przesyconej emocjami, które kipiały z obrazu jego twarzy. Nie chciał kazać mu nic mówić, ale też czuł, że sam nie powinien. Skrzywdził go wystarczająco, krzywdząc też siebie, na co rozwiązania nie było.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 12:51

Nie wiedział, dlaczego do niego podszedł, to było zbyt masochistyczne i niepojęte, ale byłoby największym idiotyzmem, gdyby teraz się cofnął. Przystanął więc niecały metr od niego, przymykając oczy na chwilę, żeby przestały być t a k i e - stęsknione, zakochane, rozpaczliwe, wręcz błagające - i gdy je otworzył ponownie wszystko było normalnie, tylko z pozoru. Spotkanie po latach, przyjacielski uśmiech; nie mógł się jednak powstrzymać od tego cholernego odruchu, podniósł dłoń i przejechał powoli po jego szyi i brodzie, czując, że zaraz zemdleje z bólu.
Co innego widzieć, co innego naprawdę czuć, po czterech latach, z n o w u.
Ziemia się jednak nie zatrzęsła i ta sekundowa czułość się skończyła, chociaż Isaac czuł, jak drży mu ręka. Schował ją do kieszeni marynarki, dobrze wiedząc, że nie jest w stanie nad sobą panować i jeśli się szybko nie ogarnie, to po prostu złapie Blaise'a za włosy i przyciągnie do siebie, miażdżąc mu usta w stęsknionym pocałunku, jak w te piątkowe wieczory, kiedy stawał przed kolorowymi drzwiami i słyszał jego kroki po drugiej stronie.
- Przyjechałeś na zjazd - powiedział, nie zapytał, bardzo pogawędkowo, ale tylko dlatego, że musiał wypróbować swój głos i być pewnym, że nie zrobi mu przykrej niespodzianki w postaci mutacji. W wieku prawie pięćdziesięciu lat. - Jak...- zaczął, zapewne chcąc zapytać genialne jak tam, ale przerwał w połowie, zaczynając się nerwowo śmiać, dość histerycznie, jakby zaraz miał przejść w krótki szloch. Ogarnął się jednak, zaciskając usta i dając sobie kolejne trzydzieści sekund na uporządkowanie swojego chaotycznego światka. - Malujesz jeszcze? - spytał po prostu, czując jak nieznośna jest ta odległość i nie zauważając nawet, że patrzy się w usta Blaise'a jak zagubiony na pustyni w butelkę źródlanej wody. Schłodzonej.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 13:35

Trudna mogła być krzyżówka, albo sytuacja gospodarcza krajów środkowej Azji. To, co tu się chwilowo działo było okrutne, bawiło się z Blaisem w kotka i myszkę, balansując na granicy emocjonalnej wytrzymałości. Nie pamiętał czy kiedykolwiek ktokolwiek doprowadził go do takiego stanu, a najgorsze było w tym wszystkim to, że to była wina niczyja i wszystkich. No może poza Mer, chociaż bywały chwile, gdy był zły i żałował, że ona, Sokolica z krwi i kości, nie zadzwoniła wcześniej a postanowiła się wybić z tłumu organizując mu niespodziankę z prawdziwego zdarzenia.
Gdy tylko poczuł jak jego drżąca dłoń przebiega powoli po szyi i żuchwie, odwrócił lekko głowę, mrużąc oczy, nie wiedząc przez tą chwilę jak się nazywa, zapominając o obrączce, która powinna go teraz parzyć, piec, swędzieć i niemalże wydawać alarmowe dźwięki. Przepaść, która po Isaacu została w jego życiu zaczęła jakby zionąć, czuł zimny wiatr, przez który drżały jego mięśnie i czego nie mogła zastąpić ani Meredith, ani Will, ani pływający jeszcze w wodach płodowych mały Noah. Chyba odkrywał w sobie masochistę, który samemu jest sobie winien, że ma uczucia i niewłaściwie je rozlokował. Albo właściwie, tylko do tego powinien być sklonowany.
Wziął głęboki oddech, siląc się na spokój. O który było mu teraz cholernie trudno, gdy rozedrgany i w takim położeniu musiał walczyć z równoważnymi dla siebie rzeczami. W życiu by nie pomyślał, tych pięć lat temu, że kiedykolwiek będzie się tak przy Isaacu czuł, to nigdy tak nie wyglądało i nie miało wyglądać. Nigdy nie miał się przy nim czuć nieszczęśliwy, zwłaszcza, jeśli powodem tego nieszczęścia jest on sam. - Tak, zjazd - nie umiał się uśmiechnąć, choć wiele by dał, by potrafić. By poklepać go po ramieniu, uścisnąć jak przyjaciela i życzyć powodzenia. Odwrócił głowę, gdy Isaac zachichotał. Zbyt wyraźnie słyszał w tym niepewne hamulce, które powstrzymywały go przed tym, co i Blaise usiłował zdusić w dołku.
- Rzadko - wykrztusił z siebie, z bólem znów zwracając twarz w jego stronę; z bólem że nie powinien, a tak łaknie naoglądać się na zapas, jakby Isaac był tylko wytworem jego chorej wyobraźni, a tak naprawdę stoi tu sam. Czemu jednak nadal czuł ciepło w miejscach, w których dotknął go palcami? - Zbyt rzadko, mojej żo... Meredith się zdarza częściej - dodał cicho, wciskając ręce głęboko w kieszenie spodni, jakby to miało cokolwiek pomóc.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 16:23

Gdy wspomniał o Meredith, poczuł się jeszcze gorzej (nie sądził, że to możliwe), jakby poruszył jakiś potworny temat tabu, przez który w ziemię uderzy asteroida i przynajmniej zginą razem, przygnieceni uczuciami, Sisleyem i budynkiem najlepszego muzeum w Europie. To byłby dobry koniec, o niebo lepszy niż tamten sprzed kilku lat.
O którym nie chciał już nigdy sobie przypominać, ale teraz musiał, stojąc przed Blaise'm i powoli ulegając swoim chorym odruchom.
Może był już za stary i hamulce miał już gorsze a może po prostu czuł, że nie ma nic do stracenia. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu, patrząc nie w blejzowe oczy a na jego rękę, z wbitymi paznokciami; na ogół jego spiętego ciała, ukrytego w jakimś londyńskim płaszczyku i czuł, że nie jest jedynym, który teraz czuje się okropnie.
Co wcale nie poprawiło mu humoru ani nie sprawiło, że się wycofał.
Kiedyś jeszcze uważał na konwenanse, w szkole, ale potem...z każdą porą roku razem był coraz mniej ostrożny, całował Blaise'a w galeriach sztuki, na nadmorskich deptakach, nawet w pociągu, kiedy latem wracali z jakiegoś kulinarnego festiwalu, pachnąc przyprawami na kilometr.
Teraz czuł się jednak tak, jak za pierwszym razem, w podobnych okolicznościach przyrody, kiedy pochylał się nad nim, muskając jego usta w lekkim pocałunku, niewinnym, przyjacielskim i...
To na pewno przez to, że obawiał się, iż Blaise zaraz mu ucieknie: pogłębił pocałunek, mocniej, silniej, wręcz na siłę przejeżdżając językiem po jego podniebieniu i czując się tak, jak eksplodująca gwiazda (kosmiczne porównania), pełna tęsknoty, żalu ale i smakująca szczęścia, po raz pierwszy od kilku lat. I zapewne będzie tego żałował, gdy serce pęknie mu kolejny raz, ale na tych kilka sekund czuł się wolny.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Pią 3 Maj 2013 - 19:54

Blaise doskonale widział, jak wielkim trudem jest dla Isaaca zadanie mu jednego, prostego pytania. Randomowego, bezpłciowego zdawałoby się. Jednak gdy ludzie się znali, a Collier wierzył, że Salingera znał dobrze, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Mgiełka udawanego spokoju znikała przy kolejnym oddechu, a zaszklonych oczu wcale nie ratował fakt niemalże przebijania sobie skóry paznokciami, byleby tylko trzymać ręce przy sobie. Kiedyś nie musiał, w pewnym momencie nawet się ze swoim związkiem nie kryli, wręcz czasem Blejsa zadziwiało, że to i tak udało się trzymać w tajemnicy tak długo. Wszystko wracało, jednak do tej chwili tylko w formie słabego roztworu wspomnień, który był bezpieczny, bo tak naprawdę nie był prawdziwy.
Przez jedną piorącą umysł sekundę był niemalże pewny, że to się nie dzieje na jawie. Niemalże wystraszył się tego, co ma w swojej głowie, że to wszystko czuł tak realnie, usta Isaaca na swoich, delikatny zapach kremu po goleniu, smak warg, aż miał wrażenie, jakby był przy tym, gdy Isaac pięć minut temu pił słodką kawę z mlekiem. Zanim do niego dotarło, że to wcale nie był ani sen, ani jakaś podła iluzja, już trzymał w dłoniach jego twarz i oddawał namiętnie pocałunek ustami stęsknionymi właśnie za nim, dokładnie za tą wysokością, miękkością, kształtem i fakturą.
Czuł się tak, jakby dokonał cudu i spotkał umarłą osobę, tak niegdyś bliską, która jednak zdawała się odejść na zawsze. Blaise'owi tylko jeszcze większy ból sprawiała wiedza, że przecież Isaac żyje, w równoległym, angielskim świecie przeżywając ich rozstanie, zaszywając drżącymi dłońmi ranę, którą mu zostawił, jakkolwiek sam Collier nie starałby się nadal swojemu małżeństwu rangi wyższej. I w tej chwili, przez tych kilka(naście?) ulotnych sekund czuł ten specyficzny rodzaj szczęścia, inny niż pierwsze bazgroły Willa rzekomo będące obrazem ich rodziny.
Nie umiał się powstrzymać, wciąż tkwiąc w intensywnym pocałunku nieopatrznie uronił kilka wielkich, słonych łez, które teraz rozcierali ustami, kiedy Blaise popychał ich w kierunku ściany. Gdy poprzez ciało Isaaca poczuł jej opór, udało mu się oderwać, choć nie dzielił ich większy dystans niż centymetr. Naparł rękami na ścianę po obu stronach jego głowy, zwieszając ciężko własną na bok, oddychając głośno i świszcząco.
- Isaac - jego zachrypnięty głos cicho zamajaczył gdzieś wokół nich samych, drżąc i będąc wysyconym niepewnością. Wziął wdech, licząc na trzeźwiącą i ożywczą moc tlenu, jednak mocno się przeliczył. Bo gdy znów patrzył na Isaaca, jego dłoń powoli przejeżdżała po jego policzku, linii żuchwy, a zamknięte w klatce zaciśniętych zębów usta, boleśnie, znów miały ten smak.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Sob 4 Maj 2013 - 9:01

Nie myślał sensownie, gdy zaczynał go całować - to był odruch, chora fantazja umierającego organizmu, który ostatkiem sił sięga po to, za czym tęsknił najbardziej. Wszystkie porównania do ożywczego łyku wody, pierwszy promieni słońca po długiej zimie i intro na koncercie ukochanego zespołu - wszystko było zbyt płytkie i banalne, by ująć to, co poczuł Isaac, gdy Blaise odwzajemnił jego pocałunek, intensywniej niż się spodziewał.
I niż pamiętał, chociaż pewnie większość jego wspomnień pokryła już brzydka patyna, owszem, nadająca szlachetności i wiekowości, ale po raz pierwszy wolał świecącą stal niż relikty przeszłości, już wystarczająco go nawiedzające.
Nie opierał mu się wcale, gdy brunet popychał go w kierunku ściany, ba, nawet tego nie zauważył, całkowicie pochłonięty odwzajemnianiem gorących pocałunków, szybko, mocno, jakby znów miał szesnaście lat i po raz pierwszy dotykał się ze swoim kolegą, w ciągłym strachu, że ktoś zaraz wejdzie do pokoju.
Tu prawdopodobieństwo towarzystwa było, o paradoksie, jeszcze bardziej znikome. Co najwyżej mógł mignąć im gdzieś woźny, ze swoją starodawną miotełką, grający w Simsy na iPadzie, ale Isaac wcale się tym nie przejmował, totalnie zatracając się w jego zapachu, w dotyku dłoni, w gwałtowności ruchów i...
Odsunął się od niego, nawet nie wiedział, czy po sekundach czy po godzinach, ale z jego ust wyrwał się autentyczny jęk zawodu, tak zawstydzający, że po chwili jego policzki zakrył czerwony rumieniec, barwiący mu również szyję.
Patrzył na Blaise'a z takim głodem, że gdyby obserwował siebie gdzieś zza pleców Colliera, pewnie zakryłby twarz ze wstydu, to nie przystoi osobom przed pięćdziesiątką, kustoszowi muzeum, w miejscu publicznym, TAK patrzeć, z największą tęsknotą i największym pożądaniem.
Złapał gwałtownie bruneta za koszulinę czy też płaszcz, przyciągając ponownie do siebie, tak, że zderzyli się boleśnie nosami, ale pewnie pulsujący ból zauważy dopiero później. Rozsunął językiem jego wargi, pieszcząc podniebienie, drugą rękę wplatając w jego przydługie włosy i ściskając mocno tuż nad karkami, ostatkami przytomności powstrzymując się od szarpnięcia go na dół, tak jak wtedy.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: National Gallery   Sob 4 Maj 2013 - 12:54

Wszystko ożywało. Każde pojedyncze wspomnienie miało teraz swoje kilka sekund na zmartwychwstanie, na żarliwe wyskoczenie spod pieczołowicie zbieranego kurzu, na wyjście z ukrycia w najciemniejszy kąt, gdzie Blaise chciał upchnąć wszystko, co tylko mogło mu sprawiać większy ból. Nigdy nie robił z siebie ofiary losu, ale gdy Isaac był daleko, a Meredith była pod wpływem hipnozy, czuł się z tym całym problemem piekielnie samotny. A niemożność podzielenia się tym sprawiała, że zamykał się w sobie, znajomym tłumacząc to problemami w pracy, albo kiepskim ciśnieniem.
A teraz? Pomimo całej szarości muzeum, pustki korytarzy, zapachu stęchlizny i starości, jego umysł zajęła cała feeria barw, smaków, zapachów, jakby tym jakże intensywnym doznaniem na chwilę oderwał się daleko od brzydkiego Londynu i znalazł się poza wszelką przestrzenią i czasem. Znalazł się w miejscu, za którym tak cholernie tęsknił i będąc niemalże niespełna rozumu chłonął to wszystko na zapas, wiedząc, że to nie może trwać.
Ile trwała ta pauza? Pięć sekund? Piętnaście? Minutę? Nie wiedział, czuł tylko rosnące napięcie. Widział purpurę na twarzy Isaaca, tak... pragnącą, ale jednocześnie jakby wstydzącą się sięgać po pragnienia. Czemu nie zdążył się nadziwić - zaskakująco łatwo przecież Blaise uległ; przez te cztery lata tęsknił tak samo. Nie poczuł bólu, gdy w kolejnym pocałunku zdarzyli się nosami, przygryzł jego język, mocno wdychając powietrze w jego usta, gdy poczuł ściskanie jego włosów w pięści. To było tak bardzo inne, tak potrzebne, że gdyby był świadomy tego, co się dzieje, zapewne by żałował, że rzeczywiście nie jest zdeklarowanym poligamistą. Żona w ciąży, rzadki seks, a gdy już się pojawiał, był delikatny, ostrożny i zachowawczy, choć wciąż przyjemny. Może sam przed sobą wstydził się tego, czego naprawdę pragnął; może wstydził się niezdecydowania.
Miał wrażenie, że w pocałunku już wciska Isaaca w ścianę, gdy przebłysk świadomości wygrał i Blaise odskoczył gwałtownie do tyłu, odsuwając się o dwa, długie kroki.
- Stop - nie poznał swojego głosu, acz był pewien, że to z jego gardła wydobył się ten zachrypnięty zgrzyt. Czuł, jak drży na całym ciele, a jego twarz jest mokra, więc mało delikatnie roztarł oczy i odchrząknął. - Nie możemy do tego wrócić. Bo ja nie będę mógł zostać - powiedział, starając się brzmieć stanowczo. Czy żałował, czy chciał zostać, czy pragnął tylko zaciągnąć go w jakiś zacieniony róg i nigdy nie kończyć tego, co Isaac tu zaczął - miał w głowie tylko obraz Mer, z brzuchem i trzymającą Willa za rękę. I wiedział, że właśnie dlatego nie może.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: National Gallery   Nie 5 Maj 2013 - 15:03

Zapewne gdyby Blaise powiedział tylko to hamujące słowo, nie zatrzymałby się, całując go tylko mocniej i zaciskając pięści na płaszczyku tak, że mógłby wyrwać mu materiał. Ale Blaise był zapobiegawczy, odsunął się, cały, zostawiając Isaaca samego - znowu - wybitego z rytmu - jak wtedy - z prawie wyciągniętymi dłońmi i zamkniętymi oczami.
Był zbyt podniecony, by zacząć płakać, jedyne słone łzy spłynęły dziś z policzków Blaise'a; Isaac mógłby wydawać się wręcz niewzruszony przez tych kilka sekund, stojąc oparty o jasną ścianę, prawie się z nią zlewając, gdyby nie wielkie oczy, w końcu otwarte, obserwujące Colliera oddalonego o całe kilometry, z rozczochranymi włosami, czerwonymi ustami i stanowczym tonem, ucinającym wszystko w zarodku.
Nie, żeby miał jakąkolwiek nadzieję na coś jeszcze - a może się jeszcze łudził? - więc nie czuł się gorzej niż przedtem. Właściwie był wdzięczny ścianie, że utrzymuje jego wysoką i chudą sylwetkę jeszcze we względnym pionie, bo miał bardzo nastoletnią ochotę doczołgać się do swojej sypialni, zawinąć w koc i pooglądać jakieś reprodukcje. Przez tydzień, rok, dekadę, byleby tylko nie musieć skonfrontować się ponownie z Blaisem i jego...odrzuceniem.
Które to dotarło do niego dopiero po dłuższej chwili, odsunął się od tej ściany, stawiając pierwsze kroki, już nie tak gwałtowne, raczej ostrożne, jakby chodził po szkle ich wspomnień.
- Tak, nie możemy - przyznał chaotycznie, wycierając okulary w róg koszuli; nie mógł powstrzymać drżących rąk, jak u jakiegoś napalonego małolata. - Masz przecież Meredith i...ja...przepraszam, Blaise, za dużo - kontynuował, chaos coraz większy, podniósł po raz ostatni spojrzenie zielonych oczu, czując, że zaraz się rozsypie i pozostanie po nim tylko kupka popiołu na posadzce. - Za dużo sobie pozwoliłem -dokończył, wykręcając sobie ręce i odwracając się na pięcie. - Powinienem już iść - powiedział resztkami racjonalności i spokoju, ciągle czując na ustach jego smak i niemalże filmowo czując, jak z każdym jego krokiem w stronę jego biura napręża się jakaś linka pomiędzy jego sercem a nieruchomym Blaisem.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: National Gallery   

Powrót do góry Go down
 
National Gallery
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Planten un Blomen

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
-
Skocz do: