IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Andrea Rosen Gallery

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 9:16





Niezwykle popularna i niesamowicie poważana galeria sztuki. Jeśli sprzedasz tutaj swoją pracę, możesz uważać się za szczęściara. Często można tu spotkać brodatych artystów, zupełnie nie pasujących do tych burżujskich wnętrz. Jednak alternatywność jest teraz w modzie i nikt nie krzywi się na przypadkowych przechodniów, oglądających niezwykłe obrazy i rzeźby.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 16:24

Blaise już chyba znał tę galerię jak własną kieszeń, gdyż bywał w niej średnio dwa razy w miesiącu. Od dawna już rozpoznawała go główna pani mecenas, sprzątaczki przybijały mu piątkę, dyrektor artystyczny lubił prowadzić z Młodszym długie dysputy na temat aktualnej wystawy, racząc najlepszą brytyjską herbatą, jaką tylko można było wypić w Londynie. Mawiał, że nawet herbatka Jej Wysokości się przy jego osobistej umywa, co Blaise potwierdzał, załapując się na nią mniej więcej raz w miesiącu.
Ku jego wielkiej radości sprowadzono do galerii dwa bezcenne obrazy Sisleya, czyli blejsowego guru impresjonizmu, zaledwie przedwczoraj, lecz niestety pogrążony w przedziwnym stanie ducha i ciała Młodszy nie zawitał w nieskromnych progach Andrea Rosen, zatem przywitany został z jeszcze większym entuzjazmem, kiedy tylko wszedł. Przez większość personelu, nawet szczególnie tę śliczną rudą praktykantkę - koordynatorkę wycieczek grupowych (:*), z naprawdę wielkimi aspiracjami na konkretnego pracownika galerii. Która najwyraźniej mimo tego, że jeszcze do niedawna przychodził tu z Indianą, postanowiła nie rezygnować, co w tej chwili Colliera cieszyło jakoś bardziej.
Nie był to jednak dzień na pożal się Boże flirt, toteż udał się bezpośrednio do sali impresjonizmu, pokierowany uprzednio przez kustoszkę, gdyż obrazy wpasowano w styl, a nie w wystawę specjalną, jak to Blaise dyrektorowi podpowiadał, bo najchętniej, to by umieścił je na środku i na całym terenie umieścił strzałki otagowane 'kieruj się głównie tam', gdyż reszta obrazów teraz jakby mu blakła, w perspektywie ujrzenia oryginału spod sisley'owskiego pędzla.
Stanął zatem naprzeciwko, gdy dotarł na miejsce, niemalże narkotyzując się zapachem starego płótna, wyczuwalnego nawet z odległości i zza szyby pancernej. Po prostu stał, z gęsią skórką na plecach (niezbyt normalne, żeby aż tak emocjonować się odrobiną emalii na kawałku naciągniętego na drewnianą ramę materiału) i wodził wzrokiem po każdym centymetrze kwadratowym malowidła, przypominając sobie inne obrazy, które widział i wyobrażając sobie niemalże paryską pracownię Sisleya, charakterystyczne ruchy nadgarstka, powodujące żłobienia w gęstej strukturze farby. Widział, że kolory są dobierane tą samą techniką, zadziwiająco łatwo dostrzegał te wszystkie podobieństwa, chociaż przypatrując się już tylu jego obrazom, ciężko było nie zapamiętać tych osobliwości.
Stał zatem, autentycznie z a u r o c z o n y, ignorując podglądającą zza roku rudą Claire, napawając się całą tą aurą, wyganiając z siebie całą artystyczną obojętność ostatnich dni.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 17:00

Słońce wpadało przez wielkie przeszklone okna galerii Rosen, na całe szczęście nie odbijając się w szybie pancernej, chroniącej obraz, ale tylko wzmacniając jego przekaz, jak gdyby naturalnie złocąc zboża na brzegach rzeki, cieniując fale wody i wzmacniając wysokie wiązania mostu. Wszystko wydawało się tak namacalne, tak bliskie, jakby patrzył na rzeczywistość, nie na płótno, pokryte sztucznymi barwnikami. Gdyby znał się trochę lepiej na nowoczesnej technice, zapewne porównałby obecne odczucia do oglądania genialnego filmu w jakimś piątym wymiarze, gdzie wszystko pachnie, wciąga i pochłania, sprawiając, że jest się uczestnikiem, nie biernym obserwatorem.
Którym i tak nie był. Nigdy nad sobą nie panował, zwłaszcza, gdy natrafiał na jakikolwiek rodzaj sztuki, dostając dreszczy na widok wyjątkowo udanej fotografii w codziennej gazecie albo radosnym bazgrołom na marginesach zeszytu. Nic dziwnego, że tutaj, wobec WIELKIEJ sztuki, nie potrafił po prostu stać z założonymi rękami. Zwłaszcza, że przebywał w galerii od dobrego kwadransa, wpatrując się w dzieło Sisley’a jak urzeczony, nie ogarniając, czy komuś zawadza czy też zasłania.
Stał dobre kilka metrów od obrazu – na sam początek chciał odczuć jego przesłanie, pierwsze wrażenie, tak jak nutę głowy w perfumach – jednak przyszedł już chyba czas na otrzęsienie się z pierwszego transu i podejście odrobinę drżącym, prawie lunatycznym krokiem jak tylko dało się najbliżej. Tak, że prawie potykał się o gruby, złoty sznur, którym odgrodzono malowidło.
Zsunął okulary na jasną, blond czuprynę, przyglądając się pojedynczym pociągnięciom pędzla. M i s t r z o w s k i e.
Nie wiedział, ile stał, kontemplując najmniejsze szczegóły malowidła. Ocknął się jednak po zapewne długiej chwili i odwrócił się, będąc zupełnie jak w transie. W szczęśliwym transie, bo Isaac zupełnie zapomniał o porannej nerwówce, o ciężkiej rozmowie z dyrektorką (może w tym roku uda się mu być Jelenim opiekunem, do czego dążył od tych pięciu lat) i przygnębieniu powakacyjnym. Obcowanie ze sztuką zawsze poprawiało mu nastrój, znacząc drobnymi zmarszczkami uśmiechu jego pociągłą twarz.
Zrobił kilka kroków i założył okulary – na całe szczęście, bo pewnie przegapiłby t e g o chłopaka, zapatrzonego w obraz jak… w hm, w obraz. Z błyszczącymi oczętami i rozbieganym wzrokiem, jakby próbował wchłonąć najmniejsze drobiazgi i atmosferę obrazu, jakby doznał jakiegoś objawienia, ukojenia i pocieszenia. Kiedyś taki wyraz twarzy widział u swojego ojca po wieczornym czytaniu Tory, kiedyś patrzyła tak na niego Gertrude; teraz obydwaj wpatrywali się w Sisley’a. Z takim samym umiłowaniem i zachwytem.
Czyli z podobnymi emocjami, które miał wypisane na twarzy Isaac, podchodząc do Blaise’a i dotykając go delikatnie za ramię. Ale to dopiero po chwili obserwowania jego mimiki, jego spojrzenia, jego chłonięcia obrazu. Rzadko kiedy ktoś reagował na sztukę tak mocno, jak Salinger. Co czyniło Colliera jeszcze bardziej pociągającym ulubionym uczniem. O c z y w i ś c i e.
- Wspaniały – stwierdził miękko zamiast przywitania, przesuwając jednak wzrok z Blaise’a na malowidło, opuszczając dłoń z jego ramienia. – Jestem zachwycony, że zdobyli ten obraz. Sisley preferował pejzaże jesienne, zimowe, mniej słoneczne, niż ten, ale…to jego najlepsza praca. Według mnie. To idealne rozdzielenie kompozycji ciemniejszym mostem, te prawie niewidoczne postacie w tle…geniusz- zaczął rozemocjonowanym tonem, zawzięcie gestykulując i wskazując kolejne elementy obrazu. Jednak nie jak profesor, pokazujący co jest ważne, ale jak jakiś naćpany pięknem człowiek, nie wiedzący, co zauważyć najpierw i co bardziej go zachwyca.
Wiedział jednak, że nie musi kontynuować, bo czuł, że Blaise odwzajemnia te emocje. Zamilkł więc, odwracając się z powrotem do Blaise'a i obdarzając go lekkim, nieco nieprzytomnym uśmiechem. Rysującym mu siatkę zmarszczek wokół szarozielonych oczu.


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 18:04

Początkowo Blaise kompletnie nie zarejestrował czyjejkolwiek obecności obok niego, bo kręciło się tu kilkoro ludzi - jednak ktoś jeszcze uznaje normalną sztukę za godną nie tylko oglądania, ale też zachwycania się nią. Bo owszem, umiejętne graffiti również były piękne i Blaise'owi się podobały, zwłaszcza gdy ożywiały szare budynki swoją krzykliwością i manifestem - często dotykały przecież problemów, jako sztuka uliczna. Jednak teraz piękno i kunszt w całej swej istocie miał przed oczyma, półtora metra od siebie.
Orzechowy wzrok ślizgał się po każdym załamaniu się faktury obrazu, błyszcząc się nawet nie samym zachwytem, ale też odbijając też w jego oczach setkami drobnych, złotych plamek liczne światła oświetlające wnętrze. Niemalże czuł na skórze wiatr, który wtedy przed sisley'owskimi oczami poruszał liśćmi drzew w tle, czuł ciepło słonecznego dnia, zapamiętywał każdy, najsubtelniejszy odcień błękitu nieba - mistrzowsko namalowanego, że rzeczywiście wyglądało na bezdenną, piękną przestrzeń, a nie na jednolitą kopułę, którą krejzi architekt kazał strzelić na królewsko.
Niesamowicie ożywiony obraz, poprzez umieszczenie sylwetek ludzi w tle i genialne umiejscowienie kajakarzy, byli poboczni, nie rzucający się w oczy od razu, ale jednak dynamika została perfekcyjnie ukazana, niemalże jego wyobraźnia tworzyła teraz skopiowaną stopklatkę, w zmieniając tylko napięcie mięśni pływaków, cienie na falach wody, może akurat w pole widzenia wsunęła się nieśmiało jakaś chmura. Blaise to widział, każdy, najmniejszy element, który był ożywiany przez jego oczy, że obraz nie był tylko jednym, pojedynczym ujęciem, a całym filmem niemalże.
Kontrast ciemnych cieni pod drewnianą bryłą mostu, kontrastująca z nasłonecznioną powierzchnią wokół; perfekcyjne oddany ruch wody; niepozorny pomost z pustym kajakiem, jakby podkreślenie, że mimo życia wokół, mimo tłoku, ścisku i koniec końców jednak występowania ludzi koegzystujących z widzem, istnieje samotność. I to chyba ta najgorsza, bo nie taka zupełna, a własnie ta dołująca - mimo istnienia społeczeństwa zaraz obok, jest się samym.
Blaise'owi było jednak teraz całkiem fantastycznie, samemu we własnym świecie, mimo obecności innych ludzi w pokoju - również samotnych jak ten nieszczęsny kajak, jednakże gdy ujrzał, kto go z artystycznego letargu budzi, uśmiechnął się lekko, jakby sennie.
- Ach, Isaac - powiedział lekko, zachowując się tak, jak zwykle, gdy widywał profesora już poza sztywną barierą klasowej formalności. Zupełnie niezaskoczony, w końcu kogo innego mogło tu przywiać? Odwrócił się początkowo do Isaaca twarzą, bowiem miał on aparycję przyjemną, a Blaise, jako że piękno dostrzegał, w tak, wydawałoby się, nudnej powierzchni, jaką mogła być dla kogoś twarz Salingera, widział coś znacznie bardziej skomplikowanego. Jak sympatyczne zmarszczki powoli okalające płytko oczy, wąskie usta, oczy, z których dalej biła młodość. Cały Salinger, piękny tak, jak rzeczy, w które tak często się wpatrywał.
- O tak, jest po prostu niesamowity. Idealna kompozycja, dobranie kolorów, zabawa światłem. Chciałbym tak kiedyś umieć - pozwolił sobie na ciche, choć zupełnie niedramatyczne westchnienie. Po prostu wziął głębszy oddech, ot, dla zadumy. Żadne ochy i achy jak w wyjątkowo kiepskich filmach. - Cieszę się, że galeria postanowiła zdobyć akurat Sisley'a. Chcę żyć w świadomości, że miałem w tym swój udział. Całe godziny spędzałem na rozmowach z dyrektorem, szalenie subtelnie wspominając akurat to a nie inne nazwisko - dodał uśmiechając się, stając z profesorem ramię w ramię. W tym pięknym, prawie jak ten obraz, milczeniu, kontemplując go niezupełnie w samotności. Bo przy Isaacu miał wrażenie, że patrzyli na to samo, zauważali w jednym momencie akurat taki, a nie inny szczegół. Perfekcyjnie zgrani, harmoniczni i dopasowani w swoich sposobach pojmowania każdego rodzaju ekspresji i artyzmu.
Spojrzał na niego w tym samej chwili, w której i on zdecydował się odwrócić głowę. Był całkowicie spokojny, szalejący w ostatnich dniach nastrój uspokoił się, a wystarczyła do tego znana i lubiana sylwetka; twarz uśmiechająca się lekko i błogo. O nic się teraz nie martwił.
- Jak Ci mijały wakacje? Nie widzieliśmy się nawet na kawie - spytał, bo z Salingerem czuł większą więź niż z jakimkolwiek innym nauczycielem. Chyba nawet z żadnym innym nie chciał się tak spoufalać, że wspólne wyjście na kawę było normalnością, a nie jawnym lizusostwem. Ot dorosły, dojrzały przyjaciel.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 18:38

Wpatrywanie się w twarz Blaise’a przypominało kontemplacje obrazu. Obrazu wyjątkowego, pozbawionego sztywnych, ciężkich ram, za jedyne ograniczenie mając wyjątkowo wystające kości policzkowe i nieco przydługie włosy. Obrazu powszechnie podziwianego – nawet do nauczycielskich uszu docierały dziewczęce westchnienie; niejedna uczennica uwieczniała te pełne usta na swojej pracy semestralnej. Używając zdecydowanie za dużo barwnika, tak, że wargi chłopaka wyglądały jak pogryzione do krwi. Ileż to razy używał terpentyny, by przywrócić mu normalne barwy; stonowane, uspokojone; nie te namiętne i niemoralne. Nie pasowały. Albo Isaac nie chciał, by jego obraz stał się właśnie taki, zbyt agresywny, przerysowany niebezpieczny.
Lepiej było mu w zieleniach i granatach – tak idealnie akcentujących jego mleczno-czekoladowe spojrzenie, rozpływające się przy wpatrywaniu się w oryginały obrazów, krzywiące się na reprodukcje i tężejące, gdy pracował. Skupiony na płótnie, jednak nie zamknięty; jakby chłonął – magicznie? w końcu to szalona szkoła – z powietrza niewidoczne inspiracje i siły witalne. Rozczochrane włosy, zaciśnięte usta, pewne prowadzenie pociągnięć farby, podciągnięte rękawy jegoulubionego, zielonego swetra.
Czy normalny profesor posiada u l u b i o n e części garderoby swojego ucznia? To było co najmniej dziwne, jednak Isaac zdążył się do tego przyzwyczaić przez cały ubiegły rok szkolny. Tak naładowany zmianami, wydarzeniami, dorosłością swoich uczniów. Minęło pięć lat jego pracy w St. Bernard; z wzruszeniem pożegnał ostatni rocznik, pełen utalentowanych osób (Roomsey wystawiał swoje prace nawet tutaj, zapraszając Salingera na uroczystą inaugurację; tak dumny nie czuł się od dawna), zauważając przy tym wielkie zmiany w młodszych klasach. Z nieopierzonych trzpiotek, rysujących pokraczne koniki czy wróżki wyrastały kobiety, szkicujące nagie ciała i malujących huragany; irytujące łobuzy zaczynały się skupiać na szczegółach swoich obrazów. Owszem, nie uczył malarstwa, jednak wiecznie roztrzepana i romansująca Linda nie miała do swoich uczniów tyle cierpliwości co Isaac. Dlatego jego lekcje historii sztuki przypominały bardziej zajęcia z wrażliwości i kreatywności, wpisanej w daną epokę czy styl. Zabawa konwencjami i założeniami danego okresu czasowego; próbowanie własnych sił w odzwierciedleniu uczuć artystów. Uwielbiał uczyć, uwielbiał zaciekawiać i nakierowywać, co skutkowało znacznym podniesieniem malarskich morali w St. Bernard. Nie u każdego, ale zdarzały się jednostki genialne.
Z jaką teraz, stojąc w pełnym świetle sierpniowego popołudnia, miał do czynienia. Blaise miał niepowtarzalny talent, urok osobisty; do tego był skromny i miał koneksje rodzinne - idealny materiał na artystę niebanalnego, odkrywczego, emocjonalnego. Który nie musi martwić się o wiązania końca z końcem, bo na to też Isaac patrzył, podpowiadając biedniejszym uczniom wybranie jakiegoś bardziej…życiowego kierunku studiów. Oczywiście zachęcając do dalszego tworzenia. Był szalenie opiekuńczy i wyrozumiały, uczniowie go lubili, z wzajemnością. Która jednak nigdy nie przeradzała się w coś aż tak intensywnego.
I szalenie…nienormalnego. Co Isaac’owi było trudno ukryć. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że może być zakochanym, ckliwie, głupio, słodko, jak kolejna nastolatka. I nie chodziło o to, ręce mu nie drżały, nie myślał o nim przed snem, nie wzdychał do każdej jego pracy, oceniając ją obiektywnie i krytycznie. Jednak chłopak miał w sobie coś tak pociągającego, że wyłączały się Isaacowi wszystkie racjonalne odruchy, pozostawiając te podświadome. By częściej się z nim widywać, być bliżej, by móc prawie przejechać dłonią po tych jego wiecznie rozdbryngolonych włosach, podyskutować o sztuce, pokłócić się o wyższość jednego malarza nad drugim. Zatrzymać się w tym samym momencie na środku skrzyżowania, bo właśnie światło padło W TEN sposób, barwiąc wszystko na odcienie fioletu.
Od tak dawna nikt nie odwzajemniał salingerowskiego spojrzenia na świat, że początkowa fascynacja Blaise’m wcale nie umarła, wżerając się w ajzakowski mózg jak jakaś śmiertelna choroba. Opanowująca nie tylko umysł, ale i ciało, co było o wiele gorsze. To był u c z e ń.
Między innymi dlatego Isaac powstrzymywał się od kontaktu z Collierem przez całe wakacje. Mimo obiecanych wspólnych wojaży po angielskich muzeach. Musiał od niego odpocząć, poświęcić się Gertrude, wyrzucić wszystkie niemoralne myśli.
Które teraz wróciły z podwojoną siłą; czuł jego pociągający zapach, widział rozświetlone oczy i delikatny uśmiech, podzielał zafascynowanie obrazem. Słuchał blejsowskich słów, zupełnie nie rozumiejąc przekazu, skupiony tylko na brzmieniu jego głosu i układzie ust.Aż go ścisnęło w gardle; dobrze, że się przynajmniej nie rumienił. Zacisnął tylko – niewidoczne, bo w kieszeniach – dłonie w pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę.
- Minęły…szybkoi szkoda, bo jeszcze jeden miesiąc i bym o tobie zapomniał i szkoda… że jednak się na ten odwyk zdecydowałem, dobry boże, co ja tu robię i o czym ja do cholery m y ś l ę Wiesz, wizyty u rodziny, krótki urlop w Szwecji, naprawdę nie miałem chwili spokoju. Ale…mamy przecież cały rok, prawda? – kontynuował ciepłym tonem, czując się dziwnie sparaliżowanym, gdy ich spojrzenia się spotkały. No pięknie. – Tworzyłeś coś? Musisz mi pokazać. Dalej spotykasz się z Meredith? Wiesz, tą od niesamowitego obrazu szkwału, to była najlepsza praca na całym roku. Nawet lepsza od Twojej – kontynuował swobodnym, lekkim tonem, dopiero po chwili rozumiejąc, że zachowuje się idiotycznie. A przynajmniej tak mu się – przewrażliwienie – wydawało. Który nauczyciel pyta ucznia o związki? Jakiekolwiek?
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 20:08

To, że Blaise darzył nauczyciela wielką sympatią, było jasne i logiczne. Zero noży ciskanych oczyma, gdy szedł korytarzem, jak to miało miejsce ze znienawidzonym nauczycielem łaciny - nienawidził Colliera za to, że nic nie może mu zrobić za całkowite olewanie jego przedmiotu, bo w końcu kolejny syn bogatej rodziny, który takie sprawy załatwia czekiem na potrzeby szkoły; a Collier nienawidził za to, że skurwiel chce go posadzić, panosząc się, jakby rzeczywiście wierzył, że marny nauczyciel tak nieistotnego generalnie przedmiotu naprawdę się tu liczył. I choć Blaise'owi daleko było do popierania takich zagrywek, z lubością patrzył na jego poirytowaną, czerwoną twarz, po kolejnej nieudanej próbie wniesienia skargi na niepilnego ucznia.
Z Salingerem było inaczej, zupełnie, bo Blaise wręcz zabiegał o jego uwagę, początkowo, mając wrażenie, jakoby profesor miał równie ciekawe podejście do sztuki, co on sam. No i sprawiał wrażenie, jakby chciał go unikać, a to zdecydowanie łaskotało collierską nienawiść do bycia lekceważonym. Toteż zdobył - uwagę i, jak mu się wydawało, sympatię, niezbyt jednak zdając sobie sprawę z tego, jak ową sympatię widzi Isaac. Dla Blejsa był on przyjacielem, powiernikiem, artystyczną bratnią duszą płci tej samej, z którym naprawdę chciał jechać na wakacyjny maraton sztuki, tułając się od jednego stężenia artyzmu do drugiego, wokół całej Anglii. Zawiedziony był nieco zatem, że nie wyszło, jednakże miał też ochotę pogłaskać go po policzku ze śmiechem, celem demonstracji współczucia. Biedny, tyle spraw na jego artystycznej głowie - sprawy rodzinne wszelkiej maści musiały być koszmarem, którego Młodszy, już wiedział, że nigdy nie będzie chciał. A pewien był stuprocentowo, że rozwiązłość Aidena opłynie wreszcie w owoce, zatem o brak dzieci swoich się nie martwił, ze świadomością, że jego rodzony brat-lustrzane odbicie najpewniej nadrobi za niego.
- Szkoda... a jak pobyt w Szwecji? Nigdy nie byłem, musiałbym sobie to dopisać do planów wakacyjnych na przyszły rok - powiedział uśmiechnięty, patrząc na profesora łagodnie i odbierając od niego całe to ciepło i błogą aurę, którą wokół siebie roztaczał. Tego chyba potrzebował. Może dlatego trafił właśnie tu? Podświadomie licząc, że Isaac tu będzie, że ujrzy jego szczupłą sylwetkę, spojrzy w, dzisiaj kocio-zielone, oczy i porozmawia w świetle sierpniowego słońca na tematy, które przecież w ich wypadku nigdy się nie kończyły. A Sisley był o tyle idealny, ze ukochany przez ich dwóch, nawet, jeśli Salinger wolał ekspresjonizm, a to Blaise zacięcie walczył o delikatność impresjonizmu w wojnie z ciętymi uwagami nauczyciela.
Podświadomie przez te dwa miesiące brakowało mu tego kontaktu z nim, a zdał sobie z tego sprawę dopiero teraz, gdy jego twarz jaśniała w jakby wstydliwym uśmiechu, a włosy były w niecodziennym nieładzie. Jakoś przywykł, że wizerunkowo stanowią zupełnie odwrotne bieguny. Jednak, o ile w ogóle mógł - to w końcu nauczyciel - Salinger mu się podobał, jak mu się wydawało, platonicznie, no i miał te niesamowite, jasne oczy, które zawsze błyszczały wesoło i nie dało się w nie nie patrzeć.
Patrzył zatem, uśmiechając się lekko bez przerwy, słuchając go do końca. Nie skrzywił się jednak na wspomnienie o Mer, przynajmniej Isaac widział jakieś... przypasowanie, co Blejsa wręcz ucieszyło.
- Cały czas coś maluję, szkicuję. Zwykle sam, chociaż ostatnio robiłem z Meredith pracę wakacyjną na zajęcia plastyczne. I... ostatnio się nie spotykaliśmy - w sumie nie skłamał, bo spotykanie się było raczej jakąś regularnością, której jeszcze nie nadrobili.
I wcale nie wydało mu się dziwne, że Isaac o to pyta. Zwykła ciekawość, może troska, dalej jednak nie widział w tym tego drugiego typu zainteresowania.
Przyjrzał mu się jednak uważniej, dostrzegając na policzku jasną, długą rzęsę. Przyłożył zatem mu dłoń do twarzy i strzepnął ją kciukiem, uśmiechając się jakby przepraszająco. - Rzęsa - wyjaśnił, powracając znów do obrazu. - Niesamowity, naprawdę niesamowity. Nie mogę się napatrzeć na to perfekcyjnie namalowane niebo, jakby rzeczywiście, po przyłożeniu ręki, zatopiła się ona w bezdenną przestrzeń... - mówił, również wkładając ręce do kieszeni swoich granatowych dżinsów.

_________________
Powrót do góry Go down
Isaac Salinger
Nauczyciel
avatar

Liczba postów : 32
Join date : 19/07/2012
Skąd : Londyn, UK

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 20:51

Uśmiech Blaise’a czynił każdy dzień znośniejszym i przyjemniejszym. Jakby ktoś dosypał mu do porannej kawy jakiegoś narkotyku, poprawiającego nastrój. Pamiętał, że zawsze wyczekiwał zajęć z (wtedy) piątą klasą. Co tłumaczył sobie różnorodnie. Najpierw, że bardzo podoba mu się kreska tamtego sokolego rudzielca, szkicującego zawsze na okładce zeszytu od matematyki dziwne, niepokojące bohomazy. Bardzo nurtujące. Potem zaczął zauważać talent Tremaine – nieco zbyt dziki, nieokiełznany; jakby jeszcze nie do końca wiedziała, co chce przez swoje prace powiedzieć. Następnie jego uwagę przykuł właśnie Collier, ten lepszy Collier, bo Starszy zawsze przynosił mu – tak jak się na początku umówili, gdy Isaac zobaczył jego tragiczne szkice - tylko solidnie napisane wypracowania o historii sztuki. Chłodne, oschłe, rzeczowe.
Zupełne przeciwieństwo Blaise’a, który wydawał się ciągle tętnić emocjami, życiem, niewykorzystaną weną. Zawsze wyobrażał go sobie z tym nieco nieprzytomnym wzrokiem, jak maluje coś w zaciszu swojego pokoju; swobodnie, bez napięcia, z ubrudzonym farbą policzkiem, ramieniem, torsem i… to zdecydowanie nie były mądre i odpowiedzialne wyobrażenia. Sam nie wiedział kiedy dokładnie się zaczęły – po zimowym kryzysie z Gertrude? po kolejnej przeprawie z dyrektorką odnośnie bycia opiekunem? po tym wciągającym szkicem aktu, nad którym dyskutowali z Blaise’m przez całą przerwę śniadaniową, pochylając głowy nad kartką tak, że gdyby się odrobinę cofnął, mógłby pocałować go w odsłonięty kark? Nie było to jednak ważne, już nie, bo z każdym kolejnym blejsowskim słowem całkowicie zapominał o tym, że miał go znów unikać. Nabrać dystansu, świeżego powietrza. Bo owszem, zrobi to, odciął się od niego na całe dwa długie miesiące, jednak teraz wiedział, że postąpił naprawdę głupio. Bo nie widziany tak długo chłopak się…zmienił. Wydoroślał? Jeszcze bardziej? Włosy miał na pewno dużo dłuższe, fale robiły się coraz wyraźniejsze. Urósł? Isaac zawsze czuł się wśród uczniów jak wysoki, szczupły pałąk albo osoba na szczudłach, jednak teraz mógł spokojnie patrzeć w brązowe oczy Blaise’a. I udawać, że szalenie interesuje go każde jego słowo.
Właściwie…nie udawać, to nie było tak. Chciał usłyszeć jak najwięcej, chciał Blaise’a poznać jak najbardziej i najdokładniej, jednak dziś wyjątkowo nie mógł się skupić. Wiedział, że będzie mu dużo łatwiej w szkole, gdzie obowiązywały ich wszystkie profesorskie układy, gdzie oczy chłopaka były tylko jednymi z trzydziestu wpatrzonych w niego. Teraz jednak było zupełnie inaczej, jakby słońce wpadające przez wielkie okna – tak bardzo impresjonistycznie, musiało się mu tutaj podobać – odcinało ich od rzeczywistości. Przez chwilę Isaaca naszła irracjonalna myśl, że bardziej jest zachwycony obecnością Colliera niż największego dzieła Sisley’a, jednak zaśmiał się cicho – trochę nieogarnięcie, ale to przecież takie artystyczne – zastanawiając się, jak daleko ta psychoza zajdzie.
Słuchał go więc z lekkim uśmiechem, próbując zgadnąć, co też Blaise szkicował. Swoje rozliczne kochanki? Wichrowe wzgórza? Kawę i papierosy, rozłożone na kraciastej ceracie w jednej z tych modnych knajpek w Soho? – Szkice. Pokażesz mi je. W sensie, podrzuć mi je jakoś w szkole, dobrze? – podsunął entuzjastycznie, po sekundzie ogarniając, że znowu to robi. Że znowu szuka z nim kontaktu, z uczniem, zaledwie przeciętnym, tak, właściwie nie ma w nim nic specjalnego, nic interesującego, nic…
Nic sprawiającego, że zwykłe dotknięcie policzka, sekundowy kontakt milimetrów (dosłownie) skóry, zatrzyma mu akcję serca. Albo wręcz przeciwnie, znacząco ją przyśpieszy.
Isaac nie był jakąś mimozą, która przy dotyku swojego…przyjaciela widowiskowo mdleje, rumieni się i dostaje apopleksji. Na całe szczęście, bo mimo tego, że Blaise odwrócił wzrok, z powrotem na obraz, na pewno ogarnąłby nieogar rysujący się na twarzy Isaaca. Który poczuł, jak nieprzyjemnie mrozi go całe ciało. Żaden tam pałający ogień namiętności: tylko lodowate dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Spinające skórę, czyniąc ją wrażliwszą i podatniejszą. Na wszystko.
Odwrócił się więc, nieco zbyt gwałtownie, znów w kierunku Sisley’a, ogniskując wzrok na obrazie. Tak, piękny, naprawdę, wspaniały, masz rację Blaise, ale muszę uciekać, żeby p o w a l i ć sobie głową w mur albo inną powierzchnię płaską.
- Uwielbiam słuchać, jak opowiadasz o tym, co widzisz – powiedział w końcu, spokojnie, acz mocno, , wpieprzając się mało kulturalnie w jakieś tam blejsowskie zdanie. Bez banalności, bez spiny. Stwierdzenie faktu, z uśmiechem – nieco nieogarniętym ale ciągle ciepłym. – Ale muszę iść…wiesz, rada pedagogiczna, rozpoczęcie roku. – dodał szybko, jakby chcąc zatrzeć wrażenie za tym jawnym uwielbieniem. Po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi, oddychając głęboko, jakimś nirwanistycznym rytmem.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   Wto 28 Sie 2012 - 22:20

Bardzo się Blaise'owi to podobało, że nie był pupilkiem, tak jak to z nim i Mer czyniła Barlshomen. Nienawidził tego, bo uważał to za kompletny brak jakiś umiejętności - tych pupilków - do samodzielnej pracy na swoją ocenę, a nauczycieli za zwykły przejaw nieprofesjonalizmu. Podobało mu się, że powiedział o pracy Mer, że była lepsza - bo była, sam dobierał jej kolory, a nie przyznał tego Blejsowi z czystej uprzejmości; podobało mu się, że uśmiechał się ciągle i oczy miał rozbiegane i jakby nieogarnięte jak zawsze; podobało mu się to, że po dwumiesięcznej przerwie spotkali się akurat tutaj, przed obrazem genialnego, ukochanego Sisley'a. Lepszego przypadku los nie mógł zorganizować, z czego Młodszy naprawdę się cieszył.
- Oczywiście, przyniosę któregoś dnia. Zależy mi na Twojej ocenie - powiedział, patrząc mu prosto w oczy, bo naprawdę cenił jego zdanie, jako znawcy i krytyka o wyjątkowym guście, bardzo wysublimowanym, jednocześnie bardzo wąskim zakresem zagadnień i motywów ulubionych i bardzo szerokim. Kolejna rzecz, która Blaise'a ujmowała w Salingerze - widział piękno dosłownie wszędzie, był prawdziwym impresjonistą, tylko nie przelewał tego na papier/płótno. I nie przyznawał się do tego. Blaise sam był świadkiem - zabytkowa rotunda, wyjątkowo trafne logo firmy cukierniczej, okładka płyty jakiegoś niszowego zespołu elektro, Sisley. Nie tylko ta banalna sztuka ukazywana w muzeach i galeriach się dla niego liczyła, miał on znacznie szersze horyzonty, których sam Blaise dopatrywał się idąc jego śladem.
Jak teraz, chciał widzieć to co on, na temat obrazu oczywiście, zatem dobrze, że nie patrzyli teraz bezpośrednio na siebie, a przed, w tym samym kierunku. I czy nie na tym miała polegać idealna relacja? Właśnie nie bezmyślne gapienie się na siebie, a patrzenie razem w tym samym kierunku.
- Aż tak? - zapytał, na jego dość bezpośrednie słowa. - Odbiorę to jako komplement - dorzucił, odwzajemniając uśmiech, bo niewątpliwie i to Isaac miał na myśli.
Nie zdążył jednak kontynuować ani słów ani myśli. - No oczywiście, rozumiem. Do zobaczenia! - powiedział, choć zaskoczony nagłym wyrwaniem się Salingera z tą konferencją, aczkolwiek i tak dobrze, ze sobie o powinnościach służowych przypomniał, bo sam Blaise był teraz tak nieobecny i obrazem pochłonięty, że z całą pewnością nie wybierał się stąd nigdzie, a na pewno nie w ciągu najbliższej godziny.
Usiadł zatem na kanapce niedaleko i patrząc dalej na obraz, nie umiał się nadziwić jego perfekcyjności, gdzieś marząc, by kiedyś umieć tak właśnie malować.

zt

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Andrea Rosen Gallery   

Powrót do góry Go down
 
Andrea Rosen Gallery
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Enzo Andrea del Verrocchio

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Chelsea-
Skocz do: