IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Marni

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Marni   Czw 19 Sty 2012 - 14:57


Burżujski sklep odzieżowy, kulturalna obsługa, mała kawiarenka i wykształcona pomoc w doborze najpiękniejszych ciuchów!


Ostatnio zmieniony przez Mistrz Gry dnia Pon 27 Sie 2012 - 11:58, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Sob 7 Lip 2012 - 11:28

/weny trochę brak, soł krótko ; )

Bycie Chloe Demarchelier było w takich chwilach jak ta błogosławieństwem, zwłaszcza aspekt dostępności środków na karcie płatniczej. Bo chandra kumulująca się od kilku dni maksimum osiągnęła i potrzebowała rozładowania w postaci porządnych zakupów, że sama napędzi gospodarkę na dwieście procent, zostawiając całe tysiące w kolejnych, ekskluzywnych butikach, kupując rzeczy, których i tak pewnie nigdy nie ubierze, bo nie zdąży, bo zanim ubierze ubrania, które kupiła podczas ostatniej chandry/humoru słodkiego, zakupom sprzyjającego, to te teraz kupione zrobią się niemodne. Proste, logiczne, so Demarchelier.
Po raz milionowy w ciągu ostatniej godziny, gdzieś pomiędzy jednym kompletem jedwabnej bielizny a drugim, otwierała okienko smsa do Kornela i zamykała je smętnie, wzdychając ciężko.
Jednak ciosem dla niej samej było spierdolenie oświadczyn, bo to wyczyn niezły nawet jak na osobę posiadającą tak nieszczęśliwe umiejętności do niszczenia wszystkiego co istotne, ważne i ukochane. Dlatego umierała sobie powoli w środeczku na wyrzuty sumienia, stawiając świeczki na mogile swojej malowniczej i pięknej przyszłości u boku lubego, z gromadką - trójką - ślicznych dzieci, o pięknych ustach, dołeczkach w policzkach i błękitnych oczach, dom w dom z Prudence, by spędzać sobie urocze wieczorki na patio, grając w karty i popijając waniliową kawę przy krzaczkach jaśminu.
W depresję wpędzały ją coraz to piękniejsze i seksowniejsze biustonosze, majtki i inne podwiązkopodobne ekwipunki, z perspektywą iż nawet w przypadku wykupienia całego sklepu, nie będzie mieć chyba w najbliższym czasie możliwości efektownego zrzucenia takiego cudeńka z siebie. Doskonale wiedziała jaki żal Kornel do niej ma i rozumiała nawet jego niechęć, żywiąc sporą nadzieję, że to chwilowe.
Wyszła zatem i przycupnęła sobie na ławeczce, położywszy obok siebie torbę z pierwszym zakupem - obłędną parą obcasów i poprawiwszy sobie sukienkę przymknęła oczy, zastanawiając się ile zniesie dzisiaj jej karta kredytowa.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Sob 7 Lip 2012 - 22:31

Tittle – Tattle powinna definitywnie zniknąć z sieci i zająć się czymś bardziej pożytecznym, zamiast rujnować życie St Bernard. Przez nią na szkolnych korytarzach huczało od takich plotek, przez które niektórym po prostu więdły uszy. Antoinette Demarchelier, pierwsza, która z zimną krwią zakatowałaby na śmierć tę paskudną plotkarę, z każdym jej wpisem miała ochotę zamordować ludzi przebywających akurat w jej pobliżu, w promieniu kilkunastu metrów. Ona! Ta, która z reguły jest osobą wybitnie opanowaną, przyjmującą wszystko ze stoickim spokojem. Póki jednak rozchodzące się z prędkością światła informacje o uczniach elitarnej instytucji nie dotyczyły osób jej bliskich, frustracja zazwyczaj trwała krótką chwilę, kiedy zaś obiektem plotek stawali się jej przyjaciele, żądza zemsty i mordu była silniejsza i roznosiła ją od środka przez dłuższy czas. A z racji tego, że ostatnio zasłyszane przez nią nowiny dotyczyły samej Chloe Demarchelier, Tośka miała ochotę dorwać wredną Plotkarę i osobiście powyrywać jej nogi z dupy, nawet bez względu na to, czy obwieszczenie na temat jej kuzynki wydała Tittle – Tattle, czy inna zołza.
Informacje, które dotarły do uszu Lisicy, były tak przykre, że brak chyba słów, które byłyby w stanie opisać to, co czuła, kiedy dokładnie je sobie przeanalizowała. Miała ochotę przytulić Chloe, pocieszyć, zrobić cokolwiek, co mogłoby jej pomóc. I przede wszystkim – porozmawiać. Szczerze i otwarcie. Ale bała się. Tak, właśnie – bała. O wydarzeniach, które miały miejsce w życiu jej prawie-że-siostry , dowiedziała się wszak z drugiej ręki, co było równoznaczne z tym, że Chloe może najzwyczajniej w świecie na razie nie miała ochoty dzielić się z nią tymi wiadomościami, któż to wie. Kiedy więc na ekranie telefonu Tośki pojawiła się wiadomość od drugiej Demarchelierówny, ta poniekąd się ucieszyła. Miała cichą nadzieję, że może wreszcie będą miały możliwość otwarcie porozmawiać. Jej reakcja na sms była natychmiastowa. Bez zastanowienia porwała swoją torebkę, w której grzecznie siedział sobie portfel z jakże cennymi kartami kredytowymi i wybiegła z pokoju jak poparzona, by jak najszybciej znaleźć się w centrum handlowym. Była to sprawa nie cierpiąca zwłoki, toteż Antosia nawet nie spojrzała w lustro przed wyjściem, nie wspominając o doborze odpowiedniego stroju, co było do niej zdecydowanie niepodobne.
Sklepowym korytarzem pomknęła niczym taran, nie zwracając najmniejszej uwagi na ludzi. Nie miała czasu dreptać sobie powoli za spacerującymi spokojnie klientami. Chciała zobaczyć Chloe już, teraz, natychmiast. Ostatecznie dostrzegła ją na jednej z ławeczek, samą, w towarzystwie jedynie torby z zakupionym towarem. Nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby zapytać, cóż takiego się w niej kryje, chociaż gabaryty wskazywały na to, iż na pewno nie była to żadna sukienka, czy bluzka. A zresztą, nevermind. Nie zdążyła jeszcze podejść do ławki, a już z odległości paru metrów krzyknęła stosunkowo głośno, nie przejmując się absolutnie innymi gośćmi galerii, którzy oczywiście skierowali na nią swój ciekawski wzrok :
– Chloe!

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Sob 7 Lip 2012 - 23:12

Tittle-Tattle było chwilowo najmniejszym problemem Francuzki, bo musiała uporać się z przedziwnym natłokiem emocji, który napierał pod ciśnieniem kosmicznym na jej czaszkę od wewnątrz, w czego łagodzeniu już nawet jej moc okazywała się średnio przydatna.
Bo cały czas przed oczami miała bolesne wspomnienia sprzed kilku dni, gdy to po raz kolejny w jej życiu szczerość okazała się być najgorszym możliwym wyjściem, bo Demarchelier zachciało się być nagle uczciwą, miłą i kochającą na tyle, że przez pryzmat popełnionych błędów jest w stanie pozwolić odejść osobom, które rani przez uleganie słabościom.
Jednej konkretnej tak w sumie, ucieleśnionej w stu dziewięćdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu, zwieńczonej burzą kasztanowych włosów, z nazwiskiem adekwatnym do ofiarowanego jej kiedy prezentu - pięknej szafirowej kolii urodzinowej, ale to jeszcze za czasów swawoli zupełnej.
Nad czym ubolewała teraz mocnomocno, bo ile razy można dać się sparzyć tym samym? Czego nie łagodzi orzech/miód tęczówek powodu, czego nie hamuje oceaniczna akwamaryna oczu lubego, ani przecierany dżins oczu przyjaciółki.
Dlatego aż podskoczyła na widok znajomego, zamszowego spojrzenia kuzynki. Chociaż całkiem możliwe że po prostu wyrwało ja z zamyślenia wykrzyczane jej imię, które poniosło się pogłosem po całej przestrzeni piętra centrum handlowego.
Tosia była teraz jedyną osobą, której towarzystwa Chloe by chciała i które by jej pomogło. Oczywiście, do tej pory miała, ze wzlotami i upadkami, Prudence, jednak przez pryzmat ostatnich wydarzeń, a nawet nie wątpiła, że Kornel się nowiną nie podzielił z Wrightówną, chyba nie miała co liczyć na pomoc z jej strony w tej sytuacji. Pewnie, postępek okropny i znowu (życiowa norma wyrobiona!) to Chloe się przejmowała i dawała zżerać wyrzutom sumienia, tracąc gdzieś między meandrami licznych dram istotę bycia z Demarchelierów. Co, jak wszyscy wiedzieli i co ona widziała co rano, gdy otwierając oczy widziała półkę ze skrupulatnie zbieranymi tiarami z balów nie tylko szkolnych, nie ograniczało się tylko do obsesji na punkcie sukienek Marchesy i występowania czesto-gęsto na języku TT. W czym już nie znajdowała ani grama frajdy, jak kiedyś, najgłośniej ze wszystkich wyśmiewając wszystkie plotki na swój temat, bez względu na ich prawdziwość.
- Och, Antoinette - powiedziała kuzynkę obejmując i uspokajając się jej zapachem. Który kojarzył jej się z domem, bezpieczeństwem, ciepłem, bo tego emocjonalnego - nie wywołanego własną ingerencją było w jej życiu bardzo mało.
- Jak dobrze, że jesteś. Potrzebuję rozmowy, zakupów, porad, ogromnej kawy - dodała, odkleiwszy się od dziewczyny i wyłączywszy telefon schowała go do torebki. Przecież i tak nie będzie w stanie ewentualnie z nikim porozmawiać, a lubiła tak się czasem (no dobra, rzadko, ale zdarza się) odciąć od świata.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Pon 9 Lip 2012 - 21:19

Antoinette miała do Colliera jakąś słabość. Nie przeszkadzało jej to absolutnie w nienawidzeniu go, ale odkąd tylko pojawiła się w St. Bernard i ujrzała na swe oczyska Aidena, coś ją tknęło; coś wybitnie ciężkiego do zidentyfikowania. Jako, że ich relacja ułożyła się tak, a nie inaczej, wpływało chyba tylko na korzyść obojga. Po ostatnich wydarzeniach jedynym, na co miałaby ochotę Tośka w jego przypadku, byłoby zapewne wydrapanie oczu, ale pomińmy ten maleńki szczegół. Teraz była tutaj, w centrum handlowym i stała, patrząc na rozsypującą się Chloe.
Druga Demarchelierówna była dla Tosi jak siostra. Łącząca je od zawsze więź była praktycznie nie do rozerwania. Odkąd Francuzka mogła sięgnąć pamięcią, kuzynka była nieodłącznym elementem jej żywota. Jako małe dzieciaczki razem uroczo bawiły się laleczkami, przebierając je, czesząc i wydając za mąż; później, jako nieco zbuntowane podfruwajki wspólnie biegały w mamusinych obcasach, bądź podkradały im kosmetyki, tworząc na własnych buźkach istne arcydzieła. Znowu jako nastolatki (no, powiedzmy takie młode „nastki”) biegały po centrach handlowych w poszukiwaniu najlepszych ciuchów, jakie luksusowe sklepy mogły im zaoferować, grzały dupcie na słoneczku w czasie wakacji w ekskluzywnych kurortach i spędzały całe noce na plotkowaniu o niczym. Do dzisiaj w sumie niewiele się zmieniło, może tylko na ich twarzyczkach pojawiło się nieco więcej zmarszczek. W każdym razie Tośka nie wyobrażała sobie nigdy życia bez Chloe, a gdy tylko tą drugą coś trapiło, ona też czuła się wyraźnie przygnębiona. Prawdopodobnie stwierdzenie, że byłaby w stanie wskoczyć za nią nawet w ogień, pasowałoby tu wprost idealnie.
Słysząc słowa kuzynki i czując jej uścisk, Tośka poczuła lekką ulgę. Wszelkie negatywne emocje, jakie jej towarzyszyły w drodze do centrum, nieco opadły. Uśmiechnąwszy się delikatnie, odpowiedziała Chloe, gładząc ją po ramieniu: – Cieszę się, że Cię widzę. – Nette naprawdę cieszyła się, że wreszcie będą mogły na spokojnie porozmawiać o ostatnich incydentach. Bardzo zależało jej na tym, żeby chociaż wesprzeć drugą Demarchlier, nawet, jeżeli nie będzie umiała jej pomóc.
– Najpierw proponuję ogromną kawę z nieprzyzwoitą ilością bitej śmietany, cukru i innych niezdrowych, tuczących dodatków, a potem chwilę odprężenia pośród sklepowych wieszaków. Wiesz, przydałyby mi się nowe buty. – dłuuuga, owocna rozmowa przy kubku smakowitej kawy oraz sklepowe szaleństwo były zaprawdę pozytywną wizją dla zakupoholiczki Tosi. Popołudnie zapowiadało się wprost wyśmienicie. – Tak więc komu w drogę, temu czas.

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Wto 10 Lip 2012 - 13:37

Rzadko w życiu Chloe było tak, żeby przywiązać się do kogoś tak bardzo. A cały mechanizm zaczynał się od nikogo innego, a od Demarchelierówny. I wcale nie chodziło o skrajny narcyzm, tylko o miłość siostrzaną-prawie-że. Pachnącą drogimi kosmetykami, nowym jedwabiem ekskluzywnych butików, lodami cynamonowymi, szwajcarska czekoladą i jaśminem. Ale to w sumie wszystko co klołkowe tak pachniało, a skoro klolkowe, to bardzo często było też dobrem tośkowym.
Od kiedy pamiętała, radośnie wymieniały się wszystkim. Sukienkami (Chloe kupiła - nigdy nie ubrała - Tosia pokochała i odwrotnie działało to tak samo) gdy miały lat trzynaście. Pierwszymi butami na bajecznych obcasach mając lat czternaście. Chłopakami, jako gorące piętnastki. Doświadczeniami skończywszy szesnastkę, a teraz transakcja na o wiele bardziej zaawansowanym poziomie psychiczno-emocjonalnym, bo poza Prudence, była pewna jedynie Tosi właśnie.
Niestety tej pierwszej dała bardzo brzydkie podstawy do tego, by nie odwzajemniać żadnego z tych ciepłych uczuć.
- Kawa, tak! - potwierdziła gorąco, zabrała torbę z zakupami i ruszyła w stronę najlepszej kafejki, jedynej, i to jakiej!, na dziale odzieżowym. (przeskoczę opis jak tam szły : D)
Zamówiła dwie wielkie, słodkie kawy czekoladowe i rozsiadła się w miękkim fotelu wygodniej, zastanawiając się jak zacząć opowiadać. Od przypadkowego aktu niepełnego samogwałtu w łazience w piwnicy? Czy może przeskoczyć do najdziwniejszych zaręczyn świata?
Na tą myśl uśmiechnęła się lekko, obracając wokół palca pierścionek.
- Nie wiem od czego zacząć - podjęła nie przejmując się ewentualnym podejmowaniem ostrożności. Przy niej przecież nie musiała. Widziały się nawzajem w takich sceneriach, opowiadały sobie takie historie, ostre mniej lub bardziej, szalone, nieprawdopodobne i spotykające tylko wybrańców, że wydarzenia z ostatniego tygodnia wypadały przy tym co robiły KIEDYŚ dość blado.
- TT napisała ostatnio, że wyszłam z imprezy w piwnicy z Aidenem, po seksie w łazience - zerknęła na kelnerkę, która przyniosła kawę i podziękowała skinieniem głowy. - Co... nie było do końca taką plotką. Bo byłam z nim w łazience i pocałował mnie tam. A wiesz jak to jest jak się go dotyka, jakkolwiek - pauza na opanowanie umysłu. Nie mogła sobie tego przypominać. Ciała wstrząsanego gorącymi dreszczami, uderzającego do głowy szaleństwa, lepszego niż najdroższy szampan i STOP. - Nie spalam z nim - przyciszyła głos - ...bo pomogłam sobie sama - dokończyła, będąc pewną, że Tośka wie o co chodzi. - No i powiedziałam o tym Kornelowi... - dodała ciężko i wreszcie upiła łyka kawy.
Dużego i dającego chwilę na uspokojenie budzących się do życia, again, dławiących emocji. Mimo wszystko - dość pozytywnych, aż ponownie zaczęła bawić się pierścionkiem.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Wto 10 Lip 2012 - 21:40

Tośka ruszyła w ślad za Chloe, dopiero teraz zwracając uwagę na jej torbę z zakupami. Uśmiechnąwszy się szeroko, rzuciła krótko:
– Będziesz mi musiała później obowiązkowo pokazać swój nowy łup.
Kiedy wreszcie dotarły do kafejki, Nette również wygodnie usadowiła się w fotelu, stojącym tuż naprzeciwko tego, który zajęła wcześniej druga Francuzka. Nie mogła spuścić swojego wzroku z tej maleńkiej, ale jakże cudownej błyskotki, połyskującej na palcu Chloe. Gdzieś tam głęboko w serduchu Tosi krzyczała cichutko zazdrość, ale oczywiście nie dała tego po sobie poznać w żaden sposób. Demarchelierówna mogła sobie pozwolić na takie ekskluzywne cudeńka, ale wiadomo, że nieważne, jak drogie by były, nie miały absolutnie nawet w połowie takiej wartości, jak to świecidełko Kłołki.
– Najlepiej byłoby od początku. Tylko powolutku, żebym się gdzieś w połowie nie zgubiła. – Tośka spodziewała się, że to, co zaraz usłyszy, na pewno nie będzie lekką i przyjemną ploteczką, odpowiednią do luźnej pogawędki. Domyślała się, czym Chloe będzie się chciała z nią podzielić, ze względu na wcześniej zasłyszane okropne plotki, którymi żyła wścibska część szkoły.
Kiedy druga Demarchelierówna rozpoczęła swój monolog, Lisica nie zamierzała jej przerywać. Gdy kelnerka dostarczyła nareszcie zamówioną kawę, Tosia od razu chwyciła kubek z trunkiem, upijając pierwszy łyk. Swój wzrok z błyskotki przeniosła na kuzynkę, uważnie się jej przysłuchując. Jej słowa skomentowała dopiero, kiedy ta skończyła mówić:
– Tak, gdzieś już to słyszałam… cholerna TT. – Demarchelier westchnęła ciężko, odstawiając kubek na stolik i chowając twarz w dłoniach. Następnie odgarnęła włosy, opadające na jej buźkę, by po chwili spleść ręce na piersi.
– Całe St. Bernard aż huczy od tych plotek. Jak zwykle wszyscy muszą wtrącać się w nieswoje sprawy, co za beznadziejne społeczeństwo. - Tośka poczuła nutkę frustracji, kręcąc głową z niedowierzaniem. Co tych wszystkich ludzi w ogóle obchodziło popieprzone życie śmietanki towarzyskiej tej elitarnej instytucji? Gdyby TT nie cieszyła się tak wielkim zainteresowaniem, może dałaby sobie spokój z niszczeniem reputacji ciągle tych samych osób. Ale nie, bo jak na złość chętnych na czytanie nowinek było wciąż coraz więcej.
– Pieprzony Collier, jak ja go serdecznie nie-na-wi-dzę. Jest przyczyną 90% problemów, jakie pojawiają się w naszym życiu. – Francuzka miała ochotę użyć zupełnie innych słów, w celu podkreślenia tego, co czuje, ale z racji tego, że była kulturalną damą, powstrzymała się od ubarwienia wypowiedzi paroma siarczystymi przekleństwami.
– Tak, wiem, niestety. Wszystko rozumiem… co na to Kornel? – pytanie w sumie zahaczało o te z rodzaju retorycznych, bo przecież wiadomym było, że Lancaster nie przyjął wiadomości z uśmiechem na ustach i nie skakał z tego względu z radości. Ostatnio sam przeszedł tak wiele, że kolejny, nawet niechciany wybryk Chloe był dla niego wybitnie raniący. – Mam nadzieję, że już wszystko sobie wyjaśniliście i w waszej relacji nic się nie zmieni? – Kłolka ponownie zaczęła bawić się pierścionkiem, tak więc i Tośka po raz kolejny spuściła na niego wzrok, pełen zachwytu. Do głowy wpadło jej jeszcze jedno pytanie, przed którego zadaniem nie mogła się powstrzymać, aczkolwiek zdawała sobie sprawę z tego, że będzie dla Chloe naturalnie trudnym:
– No i… co na to wszystko Pru? – Francuzka delikatnie przygryzła wargę, nie będąc do końca pewną, czy zrobiła dobrze w ogóle poruszając tę kwestię.

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Czw 12 Lip 2012 - 11:40

/przepraszam, że tak długo! : *

Uśmiechnęła się mimowolnie. Ot głupia prośba - pokaż zakupy - ale Chloe się nieco rozpromieniła. W sumie sama nie wiedziała, dlaczego jest aż tak przybita. Kornel wybaczył, wybaczy i Pru, zwłaszcza przy takich a nie innych okolicznościach towarzyszących jakże niewinnemu kwadransowi w tej nieszczęsnej toalecie.
- Och, pewnie - powiedziała i wyciągnęła z torby karton, w którym spoczywała piękna para sandałków na obcasie, którą Demarchelierównie pokazała. - Powiedziały do mnie... mamo - dopiero po chwili zorientowała się co tak naprawdę popłynęło z jej ust i jak niedobrze to brzmi. Z ust dziewczyny, która nawet jeszcze nie osiągając pełnoletności zdążyła przeżyć płomienny romans, zajść z kochankiem w ciążę, poronić i zaręczyć się, wcale nie z niedoszłym ojcem swojego niedoszłego dziecka. Pieprzona telenowela, kiedy to się skończy?
Chloe i Antosia były równie temperamentne, jednak nie miała w sobie tyle z damy, co jej kuzynka. I nie bała się czasem przekląć siarczyście, niezbyt się przejmując co wypada paryskiej-prawie-księżniczce, a co nie.
- Nie wiem kim jest na suka, ale powyrywałabym jej nogi z dupy - odparła, chowając buty. Jak to jest możliwe, że komuś się AŻ TAK nudzi, żeby tak obsesyjnie interesować się czyimś życiem?
- Wiesz, niezbyt mi chwilowo zależy na tym, jakie plotki obiegają szkołę. Chyba się przyzwyczaiłam - zaśmiała się trochę gorzko, upijając kolejnego łyka kawy. - No Aiden... to dziwne. Znam go już tyle czasu, ale ostatni rok, sama doskonale przecież pamiętasz. To wszystko było takie szalone, na wariackich papierach. Dziecko - przełknęła nerwowo ślinę, czując wręcz, jak zapiekła ją blizna na podbrzuszu. Kojelny raz - kłótnia z Prudence, Kornel. Aiden był w to wszystko wplątany, ale chyba jest mi lepiej od kiedy nie kontaktuję się z nim prawie w ogóle. Taki warunek postawił mi Kornel.
To jest ten moment, kiedy piszczy z radości i wykrzykuje na cały lokal tak! oświadczył mi się! jejuniu, Tosia, szukajmy już sukni!? Cała sytuacja wydawała się jej taka irracjonalna, jak cały tamten wieczór. Stres, ból i żal, przechodzący drastycznie w ulgę, wielkie szczęście i orgazm. Niebezpieczna mieszanka, że na samą myśl kręciło jej się trochę w głowie. Nawet z mocą manipulacji emocjami, ledwo poradziła sobie z ogarnięciem tamtego wieczoru.
Zauważyła, jak Tosia patrzy na jej dłoń, którą zdobył tylko i wyłącznie pierścionek. Piękny, trafił w stu procentach w klołkowe gusta. Chociaż zgadywała, że na podobnym poziomie cieszyłaby się nawet z cienkiej srebrnej obrączki z cyrkonią, w końcu chodziło tylko o symbolikę. Uśmiechnęła się zatem do kuzynki dość promiennie.
- Bo tak pomijając cały dramat tamtego wieczoru, oświadczył mi się - uniosła lekko dłoń, demonstrując błyszczący dowód. Ale nie jak podjarana przyszła panna młoda w filmach. Ot drobny gest ręką, którą zaraz objęła, ponownie, swoją kawę.
Nie rozmawiała z Prudence o tym. Jednak była niemalże pewna, iż Kornel się z nią radosną nowiną podzielił. I o ile mogłaby plotkę TT uznać za... no plotkę, to poinformowana przez osobę jej-przyszłego-męża (przedziwnie się na to przestawić) nie będzie mieć wątpliwości na pewno. Zwłaszcza, że nie wydawał się jakby uwierzył w Klołki słowa o TYLKO pocałunku.
- Nie wiem, nie rozmawiałam z nią o tym - powiedziała cicho, wzrok zatapiając w czekoladowym sosie na bitej śmietanie. Cóż za kompatybilność!

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Czw 12 Lip 2012 - 21:25

Antosia słysząc dobiegające z ust Chloe ciche ‘mamo’ zacisnęła mocniej zęby, żeby tylko nie powiedzieć czegoś głupiego, co byłoby bardzo nie na miejscu. Druga Demarchelierówna pewnie nawet nie zastanowiła się nad tym, co mówi, wybierając określenie najgorsze z możliwych, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Nastał ten niezręczny moment ciszy, którą przerwały dopiero całkowicie neutralne słowa Tośki: – O, są naprawdę gustowne. Kiedyś wpadnę je pożyczyć. – dziewczyna starała się wypowiedzieć je takim tonem, jak gdyby w ogóle przez jej myśl nie przeszło wspomnienie o niedoszłym (co za okrutne stwierdzenie!) dziecku Klołki. Nie zabrakło także nikłego uśmiechu na jej buźce, niestety bardzo wymuszonego. Tośka najwyraźniej nie umiała puścić tej uwagi mimo uszu, bo od razu w jej głowie rodził się ten koszmarny obraz rozpaczającej Chloe, która jednego dnia straciła i dziecko i prawie narzeczonego. Demarchelierówna starała się jednak jak najszybciej wyrzucić go z umysłu i normlanie kontynuować konwersację, skupiając się na wcześniej przytoczonej TT. – Jeżeli kiedykolwiek dopadniesz tę wywłokę, bardzo chętnie Ci pomogę. – ciężko stwierdzić, czy komuś naprawdę bardzo się nudzi, czy może przemawia przez niego najzwyklejsza zazdrość i zamiast interesować się własnym życiem, włazi z buciorami w cudze, rozdmuchując różne takie tam malutkie sekreciki na lewo i prawo.
Tośka nie miała najmniejszej ochoty rozwijać szerzej kwestii Aidena i tego, jak narozrabiał w życiu jej kuzynki. Och, nie tylko jej, ale pomińmy już ten szczegół. Daleka była od chęci psucia sobie niepotrzebnie nerwów, podnoszenia głosu i ewentualnego używania niecenzuralnych określeń. Napiła się więc kulturalnie kawy, przecierając usta serwetką, by pozbyć się śladów bitej śmietany. – Kornel postąpił prawidłowo, mam szczerą nadzieję, że faktycznie darujesz sobie wszelkie stosunki z Collierem. – jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, Francuzka oczywiście nie miała na myśli żadnych zbereźnych rzeczy, no gdzie tam. W każdym razie wielka szkoda, jeżeli Chloe miałaby znów nadwyrężyć mocno zaufanie, którym darzył ją Lancaster. Zresztą, po następnym takim wyskoku trudno by było w ogóle mówić o zaufaniu, więc zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby urwała te „stosunki” dosłownie i w przenośni.
Przez chwilę w główce Demarchelier zakotłowały się znów myśli, dotyczące jej relacji z chłopakiem, zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Klołka wyprzedziła ją z przyznaniem się do tego, że w niedalekiej przyszłości stanie na ślubnym kobiercu. Pomimo tego, że Tośka domyślała się, co symbolizuje pierścionek na palcu jej kuzynki, toteż tak długo wlepiała w niego swój wzrok, była nieco zaskoczona. Znów pojawiło się to okropne uczucie zazdrości, z tym, że ze zdwojoną siłą. Co z tego, że miała dopiero te 18 lat, co z tego, że miała całe życie przed sobą… każda dziewczyna marzy w końcu o tym, by wcisnąć się w piękną, białą suknię i odjechać spod kościoła Lincolnem, albo Cadillaciem. Co prawda błyskotka na palcu jeszcze tego w stu procentach nie gwarantowała, ale zdecydowanie bardziej przybliżała tę wspaniałą wizję. Jednakże mimo tego z deczka przygnębiającego uczucia w serduchu, do którego za wszelką cenę nie chciała się przyznawać, cieszyła się szczęściem Klołki. Była dla niej wszak jak siostra, więc nie mogło być inaczej. Chwyciła więc w dłoń palce kuzynki, tym razem z bliska przyglądając się świecidełku, które po prostu zapierało dech w piersiach: – I mówisz to z takim spokojem? Chloe, to cudowna wiadomość! Tak bardzo się cieszę! – druga Demarchelierówna chciała to załatwić po cichutku, nie roztrząsając sprawy, natomiast Nette swoją radość zamanifestowała nieco żywiej, bo oświadczyny nie były taką banalną sprawą. Oczami wyobraźni widziała tę uroczystość pełną przepychu, sukienkę Chloe od najlepszego projektanta, ślub jak z bajki. Sama póki co mogła o takim tylko pomarzyć, bo chwilowo tkwiła w relacji, którą ciężko było nazwać poważnym związkiem, a co dopiero rozpędzać się w tak daleką przyszłość. To, co łączyło ją z Kennym było… dziwne? Tak, to chyba najlepsze określenie. Na pewno nie była to miłość, tak jak w przypadku Chloe i Kornela. Coś wyjątkowo trudnego do zdefiniowania. Dobrze się stało, że Tośka pomyślała akurat o Reventlowie, gdyż doszła do genialnego wniosku, że właściwie dawno się nie widzieli, dawno ze sobą nie rozmawiali, nawet przez telefon. W sumie… tęskniła za nim? Może to niezbyt trafne określenie, którego można by użyć, by zobrazować to, co czuła Francuzka, ale na pewno poczuła właśnie jakąś małą pustkę w środku. Może warto by chociaż napisać?
Gdy tak tkwiła w zadumie, pod przykrywką uśmiechu na ustach, wszak dalej podziwiała pierścionek Chloe, ta odpowiedziała na pytanie, dotyczące Pru. Bach, brutalna rzeczywistość.
– Och, zapomniałam, że pewnie jeszcze siedzi w Norwegii? – Tośka również od razu pomyślała o tym, że Prudence już dawno dowiedziała się od kogoś, co wydarzyło się w St. Bernard. Wolała o tym nie wspominać, zadała więc co najmniej głupie pytanie, biorąc pod uwagę fakt, że w XXI wieku istniało coś takiego, jak telefony komórkowe i Chloe, gdyby chciała, już jakiś czas temu mogłaby porozmawiać z przyjaciółką.

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Pią 13 Lip 2012 - 22:25

Chloe od dziecka była uczona jak rozpoznać co zrobić wypada, co zrobić należy i jak w tym wszystkim charakteru nie stracić, ponieważ zwykle obie te opcje różniły się od tego, co dyktowało serce/rozum.
Przymusowe lekcje, narzucane przez wymagającego ojca i babcię, która sama córki się nie doczekała i całą miłość zaborczej matki do potomkini żeńskiej - diamentu wymagającego szlifierki. przelała na wnuczki właśnie, rolę szlifierki przyjmując właśnie. Gra na klarnecie, walc wiedeński, zajęcia z finansów i bankowości, łacina. Wypadało chodzić, należało za zaangażowanie w rozwój intelektualny i psycho-ruchowy dziękować, za - z góry - benefity w przyszłości.
Nieobce zatem jej było to, że nie zawsze sytuacja szła po jej myśli. I wcale nie chodziło o to, że miała namiętne ochoty na schadzki ze Starszym, bo to była bzdura. Na aktualnym etapie zdecydowanie wolałaby niezobowiązujące rozmówki z Najstarszym (stopniujemy, lubimy <3), które zdarzało jej się przeprowadzać porankami, gdy obudziła się szybciej niż Aiden i w jego koszuli schodziła na dół po sok pomarańczowy. Pogawędki o różnych rzeczach, nierzadko również o interesach, ponieważ przy którymś spotkaniu okazało się, iż papa Collier i papa Demarchelier znali się ze wspólnych działań giełdowych. Tylko wtedy nie była przesadnie zainteresowana niusami europejskiej, i nie tylko, gospodarki, a szybką obsługą sokowirówki i jeszcze szybszym powrotem na piętro.
Po prostu wiedziała, że sama świadomość iż Aiden gdzieś-tam-w-miejscu-bliżej-jej-nieznanym jest, że żyje i miewa się... nieźle; tu: żyje. Potrzebowała tego, jednak nie była tak pozbawiona serca, by powiedzieć to komukolwiek właśnie w takiej formie. Nawet Nette.
- Dba o mnie. Wie, że lepiej, jak trzymam się od niego z daleka - powiedziała cicho, kreśląc paznokciem na szklance jakieś wzorki. Ponieważ widziała na jej twarzy wymuszony uśmiech, który wykwitł sztucznym błyskiem perłowych ząbków na nietrafioną uwagę o macierzyństwie.
Nie chciała na nią wtedy patrzeć. Nie tylko dlatego, że nie chciała okazać słabości. Nie chciała po prostu dziewczynie obrzydzić tych pięknych chwil, które przeżyła matką przez ten krótki czas będąc. Dlatego wargę przelotnie przegryzła i zaczesała włosy palcami do tyłu i dopiero wtedy zdecydowała się na kuzynkę spojrzeć, oczekując gdzieś w głębi ducha, że rozpocznie ona temat nowych butów, ewentualnie nowej kolekcji Jasona Wu, imponującej.
Rozczarowała się nieco, widząc spojrzenie Nette zgoła inne od rozmarzonego, z iskrzącym się odbiciem widzianego szarego jedwabiu sukien w oczach. Bo ujrzała spojrzenie smutne, zazdrosne? Irracjonalne - nigdy nie były zazdrosne o nic, co należało do te drugiej. Albo się tym zgodnie dzieliły (gusta miały na szczęście jednocześnie różne i podobne na tyle, że zwykle się to udawało), albo jedna drugiej ustępowała z miłości.
- Och, oczywiście. Tylko nie umiem się jeszcze przestawić - uśmiechnęła się, lekko acz szczerze. Bo zdecydowanie obrazy z Kornelem w roli głównej były ciekawszą opcją zaprzątania sobie głowy, niż osoba Colliera. O której myśleć nie powinna. Nie, kiedy mowa jest o zaręczynach, czyli ślubie, czyli życiu razem forever and ever i tworzeniu swojej osobistycznej bajki, wersja dla dorosłych z elementami telenoweli. - Znaczy... u nas to wszystko to są takie niespodzianki. Tak było jak zaczęliśmy być razem, tak teraz z tymi zaręczynami. Teraz jak żartobliwie nazywałam go swoim mężem, to... nabiera nowego znaczenia - uśmiechnęła się już szerzej, pozwalając sobie uwolnić dłoń. Przecież innej osobie została ofiarowana.
Postanowiła również dyplomatycznie przemilczeć temat Prudence, gdyż sama jeszcze nie wiedziała co zrobi. A na pewno nie rozważała tak poważnej rozmowy przez telefon - wolała trochę z wyrzutami sumienia powalczyć i poczekać aż przyjaciółka wróci.
- Tak, w Norwegii - powiedziała szybko - A jak układa Ci się z Kennethem? - zapytała, w sumie odpowiedzi ciekawa, dopijając kawę do końca, mając w duchu nadzieję, iż zaraz kuzynka jej się rozgada i tak pozostanie, dopóki nie wyjdzie stąd obładowana torbami i z o kilka zer mniejszym saldem na koncie.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Sob 14 Lip 2012 - 22:54

Chloe zarejestrowała od razu nieco zazdrosne spojrzenie Tośki, zaś ta zaraz uchwyciła rozczarowanie drugiej Demarchelierówny. Zmieszała się na samą myśl o tym, że jej prawie-siostra mogłaby uznać jej wcześniejsze słowa, dotyczące oświadczyn, za fałszywe, wymuszone. Bo wcale tak nie było! Pomimo tej zazdrości w serduchu Tosiek naprawdę cieszył się z tej jakże wspaniałej nowiny. Za wszelką cenę chciała to udowodnić, by przez jakieś swoje durnowate myślenie nie zepsuć tej relacji, łączącej jej z Chloe. Albo nie tyle, co zepsuć, ale niepotrzebnie naruszyć. – Przestawisz się z czasem, na wszystko przyjdzie odpowiednia pora. Tymczasem – kochana, ja tak bardzo cieszę się Twoim szczęściem. Należało Ci się wreszcie trochę radości po tym, co ostatnio przeszłaś. – Tośka postanowiła na chwilę zapomnieć o tym, co dręczyło ją gdzieś tam w środku, bo nie to było przecież teraz najważniejsze. Ba, to w ogóle było nieważne i nie powinno było się pojawiać. – To się dopiero nazywa miła niespodzianka. Myślałaś już o ślubie, czy to raczej odległa przyszłość? – w końcu zaręczyny nie musiały oznaczać natychmiastowego zamążpójścia. Chloe i Kornel mogli żyć w niesformalizowanym związku przez długi czas, więc Tośka z czystej ciekawości zadała to pytanie. Bo jeżeli uroczystość miałaby się odbyć w najbliższym czasie, powinna zacząć szukać jakiejś odpowiedniej kreacji. – Będziesz cudowną panną młodą, później żoną. – Chloe jako przykładna żona, opiekunka domowego ogniska – to wszystko zdawało się być takie nierealne. Nie to, że nie nadawała się do pełnienia takiej roli, brońcie Panie Boże, po prostu wyobraźnia Nette nie była na tyle bujna, by Francuzka mogła to sobie wyobrazić. Mimo wszystko jednak wiedziała (wierzyła?), że jej kuzynka świetnie sprawdzi się w tej nowej sytuacji.
Nietrudno było zauważyć, że temat Prudence był dla Klołki kłopotliwy. Cóż, nie ma się czemu dziwić, ale skoro nie miała ochoty go dalej drążyć, Tosia również zrobiła to samo. Pojawił się jednak kolejny ciężki temat, tym razem niewygodny dla odmiany dla Nette. Nie chodziło o to, że w jej związku z Kennethem coś układało się nie tak. Raczej wszystko było w porządku, bo w ich relacji nie pojawiały się do tej pory jakieś problemy. Sęk w tym, że Tosia nie bardzo wiedziała, o czym ma kuzynce opowiadać. O tym, że widzą się średnio dwa, w porywach do trzech razy w tygodniu? To zabrzmiałoby dość śmiesznie. Dziewczyna udzieliła więc dyplomatycznej odpowiedzi, nie rozwijając tej kwestii: – Z Kennethem? Nie najgorzej, myślę, że jest jakaś nadzieja, by ten związek nie rozpadł się zbyt szybko. – tym zapewne Demarchelier zawiodła kuzynkę. Ta oczekiwała długiej opowieści, a dostała wymijającą odpowiedź. Ale Tośka była na tyle zmieszana, że nie miała bladego pojęcia, co jeszcze mogłaby dodać. Jej związek dla niektórych od początku był zagadką. Bo jak taka wielka dama, jak ona mogła zwrócić uwagę na Reventlowa, który kompletnie odbiegał od wizji chłopaka dla Tośki idealnego. W życiu kierował się kompletnie innymi priorytetami, nie przywiązywał uwagi do rzeczy, które natomiast dla Demarchelierówny były bardzo ważne. Ale coś ich połączyło. Coś sprawiło, że oboje zechcieli być mimo wszystko razem.
Nette, biorąc ostatniego łyka kawy, przeniosła wzrok z kuzynki na przechodzącą obok kelnerkę. Czuła się niezręcznie, co było widoczne na pierwszy rzut oka. Poniekąd wstydziła się sama za siebie, że nawet nie umie powiedzieć nic więcej na temat relacji łączącej ją z chłopakiem i to osobie tak bliskiej, jak Chloe. W duchu zadręczała się, że tak dawno nie odzywała się do Kenny’ego. Ale on niestety wcale nie był lepszy. A co było najlepszym sposobem na poprawienie humoru kobiecie? Zakupy.
– Klołcia, proponuję, żebyśmy wyruszyły w świat boskich torebek, butów i sukienek i nadszarpnęły nieco majątek braci Demarchelierów. A wiesz, że moje propozycje są nie do odrzucenia.

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Marni   Pon 16 Lip 2012 - 17:19

Westchnęła, mimowolnie. Nienawidziła robić z siebie ofiary, nienawidziła ludzi, którzy w ten sposób punktowali u innych - grając pokrzywdzone niewiniątka dotknięte przez los, do których Bóg czy inne Ponadistnienie W Niebiosach odwróciło się plecami. Dlatego nigdy nie użalała się nad sobą publicznie, wylewnie i ekstrawertycznie, pozwalając sobie ewentualnie na momenty słabości tylko przy takich osobach, których była pewna, których kochała i którym ufała. Nauczona była przecież od małego, żeby najbliżej siebie mieć tych, którzy nie wbiją nam noża w plecy i nie przekręcą go radośnie wykorzystując moment. Jedyna przydatna rzecz, jaką nauczył ją ojciec, przezorny i doświadczony już życiem, świadomy co pieniądze robią z ludźmi i jego otoczeniem, jak to otoczenie może się gwałtownie powiększyć o wesołą gromadkę "przyjaciół", którzy zabiorą co mają zabrać i się ulotnią równie szybko jak się pojawili.
Dlatego bardzo dziwnie jej zabrzmiało, że szczęście jej się należy bo dużo przeszła. Pewnie, w 'to do list' normalnej siedemnastolatki nie ma ciąży, poronienia, prawie-utraty ukochanego, ślubu, ale nawet gdy było bardzo źle, gdy Kornelowi nie dawano większych szans na przeżycie, gdy straciła Ophelie, gdy po raz kolejny jej serce rozrywało się na kawałki, przez własną głupotę, podczas konfrontacji (bo to nie były kłótnie, tylko przeraźliwe wręcz walki emocji i uczuć z rozumem i zmysłami) z Prudence, gdzie niezaprzeczalnie coś ponad, jakkolwiek by bóstwa nie nazwać, maczało swoje paluszki, nie narzekała, jak to okropnie potraktowało ją życie (najdłuższe zdanie świata!). Czymże były całe szeregi drogich butów, szuflady jedwabnych apaszek, toaletki z litrami ekskluzywnych perfum i półki kaszmirowych swetrów, jeśli nie można było się tym cieszyć przez osobiste dramy?
Gdyby w ogóle umiała się z tego cieszyć. Nawet obrzydliwe bogactwo powszednieje, jeśli kąpiesz się w szlachetnych kamieniach całe życie.
- Dziękuję, kochanie. Jeszcze się nie łapię w całym tym zawirowaniu uczuć - powiedziała z uśmiechem - Pozytywnych oczywiście! - dodała pospiesznie, żeby ewentualnie kuzynki nie zmartwić, że się nie cieszy z własnych zaręczyn.
I zaśmiała się na jej pytanie, odstawiając na stół pustą szklankę, z ociekającą jeszcze po wewnętrznych ściankach bitą śmietaną.
- Chyba nie myślałam. Znaczy - nie myśleliśmy. On dopiero skończył szkołę, ja mam jeszcze rok. Mamy czas - powiedziała, całkowicie akurat o to spokojna. Chociaż znając Kornela to nigdy nie wiadomo, czy w wakacje nie wywiezie jej do Vegas i nie wezmą ślubu pod wpływem nagłego impulsu, czy w ramach dowcipu nie załatwią sprawy po cichaczu.
Chociaż sama Chloe jeszcze o samej dacie nie myślała, to widziała ich ślub zgoła inaczej, niż rodem z The Hangover. Bo wszystko byłoby romantyczne, we Włoszech, albo w Hiszpanii, długa, kremowa suknia z trenem, mnóstwo ich osobistych elementów - zaczynając od przemyślanej przysięgi, po kosze ulubionych owoców na stołach.
Nie do pomyślenia, Demarchelierówna zrobiła się łzawą romantyczką, z wyraźną tendencją do tracenia w tym wszystkim charakteru.
- Nie wiem czy będę, Kornel mi za parę lat powie - ciągle się uśmiechała. Za to między innymi kochała Nette - za umiejętność odwrócenia jej uwagi od ewentualnych problemów i przeobrażenie miny w roześmianą i wesołą. I nie ważne, czy wykorzystywała do tego swój własny urok osobisty i poczucie humoru, czy środki doraźne - lody i filmy/lody i czytanie starych pamiętników/ lody i ploteczki/zakupy.
Ściągnęła natomiast brwi słysząc wyraźnie zmieszany ton drugiej Demarchelier, tak odmienny od tego sprzed chwili. - Nie najgorzej - powtórzyła zmartwiona i ciekawa, co kuzynka przez to rozumie. - To wręcz przykre, że myślisz o tym, że mogłoby się szybko rozpaść. Dlaczego? Nie dogadujecie się? Za mało czasu spędzacie razem? Kiepski w łóżku? - mówiła otwarcie i bez krępacji, nie miała żadnych obaw jeśli chodzi o Nette, że mogłaby cokolwiek źle odebrać. Nie wtryniała nosa w nie swoje sprawy, a tym bardziej w nie swoje łóżko, czysta troska o swoją siostrę.
Nie podważała jej wyborów, zdając sobie sprawę, że los łączy różnych ludzi i sama była tego niezłym przykładem. Księżniczka i kloszard, książę i żebraczka, muzłumanin i chrześcijanka, biały i murzynka, bywało przecież na świecie przeróżnie, bo koniec końców to nie opakowanie było najważniejsze, co jednak dyskusji podlegało, gdy mówiła/myślała o tym osoba pokroju Demarchelier, o zewnętrzu wymuskanym w każdym calu.
Widząc zażenowanie kuzynki, westchnęła tylko głośno i wyciągnęła z portfela wysokonominałowy banknot i położyła go na talerzyku z rachunkiem, zostawiając obfity napiwek. Wstała i pochwyciła w ręce uprzedni zakup, zniecierpliwionym spojrzeniem taksując kuzynkę.
- No to na co czekamy? - zapytała i uśmiechnęła się, bardzo lisio i bardzo mam ochotę zostawić tu pół miliona funtów.


/możesz zrobić zt :*

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Antoinette Demarchelier
Przywódca Lisów
Uczennica
avatar

Liczba postów : 164
Join date : 04/07/2012
Skąd : Paryż

PisanieTemat: Re: Marni   Sro 18 Lip 2012 - 22:55

– No tak na dobrą sprawę, to nie wiem, czy akurat macie czas. Jesteś już osiemnastoletnią staruszką, jeszcze trochę, a pojawią się pierwsze zmarszczki, którym botoks nie pomoże i jak się wtedy będziesz prezentować jako panna młoda? – Tosia zaśmiała się dźwięcznie i puściła oczko Chloe. Oczywiście zgadzała się całkowicie ze zdaniem kuzynki, że to jeszcze nie najlepsza pora na ślub, ale wolała zadać to pytanie, żeby upewnić się, że duet Demarchelier – Lancaster czegoś przypadkiem nie wykombinował. W końcu wszystko było możliwe. Gdyby Kornel wywiózł Chloe gdzieś na drugi koniec świata do Vegas, bez wiedzy Tośki, ta chyba skróciłaby go o głowę. Nie wyobrażała sobie przecież, że z jakiegoś względu mogłaby nie być obecna na tak ważnej uroczystości. Lepiej więc, żeby nie szykował tego typu podstępów.
– Ależ moja droga oczywiście, że będziesz. Nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Kornel tylko potwierdzi moje słowa. – gdzież się podziała ta pewność siebie drugiej Francuzki? Sama od razu powinna przytaknąć, a nie mówić tego z taką skromnością i nieśmiałym uśmiechem. To było do niej niepodobne! Do Tośki dla odmiany niepodobne było również wypowiadanie się z wyraźnym zmieszaniem, które zbijało z tropu jej rozmówców, aktualnie Chloe. Wiedziała, że ta będzie chciała wyciągnąć z niej więcej informacji, a że była jedyną właściwie osobą, której Nette mogła się zwierzać bez problemu ze wszystkiego, co nie dawało spokoju jej sumieniu, nie owijała niepotrzebnie w bawełnę i nie starała się unikać za wszelką cenę tematu Kenny’ego.
– W sumie… tak myślałam. Jeszcze jakiś czas temu zastanawiałam się, czy ten związek nie był zbyt pochopną decyzją, nagłym impulsem. Ale wszystko chyba jest na dobrej drodze… – pomimo bardzo dramatycznego początku tejże krótkiej opowieści, jej podsumowanie było już zdecydowanie bardziej pozytywne, nawet twarz Tośki nieco się rozjaśniła. – Bo wiesz, jak to jest. Często ludzie wiążą się z miłości, a w naszym przypadku to nawet nie było zauroczenie. Sama nie wiem, jak to określić, to jest w tym wszystkim najgorsze. – jakkolwiek by to nie brzmiało, tak w istocie było. Francuzka nie umiała dobrać odpowiednich słów, by określić tę pokręconą relację. Kenny po prostu ją zaintrygował i już, w drugą stronę zadziałało to analogicznie. – Jeśli chodzi o seks, powiem Ci w sekrecie, że w łóżku Kenny jest cudowny, nie mam na co narzekać. Ba, wręcz przeciwnie. Ale rzadko się widujemy, zupełnie tak, jakbyśmy byli parą od święta. – diabeł tkwi w szczegółach. Ale ten akurat szczegół był największym kłopotem. W dobie telefonów, internetu problem teoretycznie prosty do rozwiązania, ale w przypadku Kennetha i Tośki teoria mijała się z praktyką. Nette czuła, że w osobie Chloe naprawdę ma osobę, która chętnie wysłucha opowiadań o osobistych dramatach, wesprze siostrzaną dobrą radą, nie puści w obieg bzdurnych plotek, toteż nie miała żadnych oporów, by powiedzieć wszystko, co leżało jej na sercu i wcale nie odnosiła wrażenia, że druga Demarchelierówna wtrąca się w nieswoje sprawy.
Po smutnych rozprawach o życiu i śmieci, żalach utopionych w kubku smakowitej kawy przyszedł wreszcie czas na zakupowe szaleństwo. Sklepowe wieszaki zachęcały potencjalnych klientów nowymi kolekcjami od najznamienitszych projektantów, więc siostry Demarchelier musiały je solidnie przetrzepać, by znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.
– Chyba tylko na oklaski! – Tośka klasnęła teatralnie w dłonie, wstając z fotela. Chwyciwszy swoją torbę ruszyła wraz z Chloe na poszukiwanie najpiękniejszych butów na świecie, których cały czas było za mało w jej szafie.
Przed nimi było właśnie parę cudownych godzin, podczas których ich konta miały zostać mocno uszczuplone. Złote karty kredytowe nie służyły wszak po to, by zbierał się na nich jedynie kurz, prawda?


obie Demarchelierówny zt I love you

_________________


tutaj powinien znajdować się jakiś chwytający za serce cytat,
ewentualnie linki do karty/relacji/telefonu,
ale ich nie ma, bo jestem leniwa I love you
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Marni   

Powrót do góry Go down
 
Marni
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Chelsea :: King's Road-
Skocz do: