IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Tiffany & Co.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Tiffany & Co.   Pon 27 Sie 2012 - 11:19




Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Nie 28 Kwi 2013 - 19:23

Decyzja o wizycie w Londynie, będąc w szóstym miesiącu ciąży, nie należała do najmądrzejszych. Meredith gorzko jej pożałowała, kiedy natychmiast po wyjściu z samolotu i odetchnięciu brytyjskim powietrzem poczuła, jak całe zmęczenie idzie jej do głowy i osadza się na skroniach, zaciskając ciężką obręcz wokół mózgu. Na szczęście był Blaise, niezawodny w opiece nad Willem i rozpraszaniu go skutecznie. Mogła swobodnie oddać się odpoczynkowi, pewna, że podczas jej drzemki w pokoju, syn i ojciec znajdą sobie zajęcia, o których później nawet nie będą chcieli jej opowiedzieć.
Jakiś czas później, już wypoczęta i wyglądająca wreszcie promiennie, jak przystało na kobietę w widocznej, zdrowej ciąży, postanowiła przejść się ulicami miasta swojego dzieciństwa. Niewiele się zmieniło od jej ostatniej wizyty; nadal był tłok, hałas, zabieganie. Chelsea nigdy nie cichło, tu nie bano się nadnaturalnych. W Chelsea chodziło o pieniądze. Sama Meredith czuła się tu jak ryba (no cóż, chwilowo może wieloryb) w wodzie. Sklepy, w których widziała ubrania jej marki; ludzie rozmawiający wreszcie po angielsku, z pięknym, brytyjskim akcentem. Powrót do lat dziewczęcych, po prostu.
Z drugiej strony jednak wszystko było inaczej. Nie te same, długie włosy (teraz sięgające nieco za brodę, mocniej niż kiedyś falujące), nie ta sama kanciasta sylwetka, a wreszcie kobieco zaokrąglona, z wypukłym brzuchem. Już nie ta zimna obojętność na świat, a lekki uśmiech na twarzy, wywołany przez hormony. Jakoś tak samo, a właściwie totalnie inaczej.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Nie 28 Kwi 2013 - 19:40

India nie mogła sobie odmówić małego rajdu po jednej z ulubionych ulic miasta, które cały czas budziło w niej pozytywne uczucia. Chociażby nie wiem jak negatywnie nastawiona tu przyjechała, londyńskie powietrze podziałało na nią orzeźwiająco i pobudzająco, chociaż nie była nawet rodowitą Brytyjką. Wspomnienia dodały jednak młodzieńczej siły (no, może nastoletniej, bo wcale jeszcze taka stara nie była), która pozwoliła jej załatwić spotkanie migiem, przez co teraz wydzwaniała do Aidena, chcąc spędzić resztę dnia ze swoimi dziećmi. I zabrać je w kilka miejsc, czego pewnie nie docenią, ale jej samej wycieczka bardzo się przyda, w końcu t ę s k n i ł a.
Niczym głupiutka nastolatka weszła do sklepu, z podobnym uśmiechem na twarzy, zapominając o swoim poważnym wyglądzie, zgrabnie upiętych włosach, dojrzałym makijażu i bardzo biurowym stroju, żeby oglądać pierścionki i naszyjniki, jakby wcale nie mogła sobie pozwolić na kupno chociaż połowy z nich. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie jej ulubiona marka, głównie przez pewien naszyjnik, który dostała bardzo, bardzo dawno temu, a który leżał teraz głęboko w jakiejś szafie, zupełnie jak do tej pory zapomniany.
Zdegustowana zmarszczyła lekko brwi i ruszyła do wyjścia, zupełnie ignorując ekspedientkę, pytającą po raz trzeci czy może w czymś pomóc. Na swoje nieszczęście wpadła na kobietę mniej więcej swojego wzrostu, trochę przy kości, jak mylnie na początku oceniła, co doszło do niej po ułamku sekundy.
- Meredith? – zapytała, oczywiście bezbłędnie poznając dziewczynę. W końcu widziały się nie tak dawno temu, chociaż kontakt poza tym drobnym przerywnikiem był nijaki. – Jej, przepraszam. Jesteś w ciąży? – zapytała totalnie zaskoczona.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Nie 28 Kwi 2013 - 20:20

Niech jej chłopcy się bawią. Meredith nadal nie narzucała ograniczeń na nikogo, osiągając perfekcję w dawaniu swobody, a przy tym przypominaniu o swojej obecności. Nie wątpiła, że oni zdążą za nią zatęsknić, zwłaszcza mały Will, prosząc tatę, by zadzwonił do mamusi i poprosił, żeby przyszła jak najszybciej, bo tatuś jest fajny, ale mamusia jeszcze fajniejsza, no i dawno nie przytulał się do brzuszka. Takiemu wezwaniu żadna matka nie mogła się oprzeć, ale póki co... Kobieco egoistyczna część jej zdecydowanie mocno dochodziła do głosu, żądając odrobiny uwagi i zadbania o siebie.
Chwilowo może nie dla niej były opinające fatałaszki ani nic w pasie ciasnego, ale miętowemu płaszczykowi oprzeć się nie mogła. Podobnie jak balerinom na leciutkiej koturence (Blaise kategorycznie zabronił nosić jej szpilki aż do porodu, to samo tyczyło się kupowania ich) i przepastnej torebce od Miu Miu, do której właśnie przekładała rzeczy ze swojej dotychczasowej, może niezbyt inteligentnie stojąc na środku chodnika tuż przed wejściem do sklepu.
Oczywiście ktoś musiał ją szturchnąć, na szczęście jednak dzięki obecnie wyćwiczonej do perfekcji sztuce łapania równowagi i chronienia brzucha zdołała ustać w miejscu i nawet się obrócić, by powiedzieć owej osobie, co myśli o popychaniu ciężarnych.
- India! Nic się nie stało - Znajomy głos wywołał lekki uśmiech na twarzy Mer. Nieco niezdarnie uściskała przyjaciółkę szwagierkę, pewnej lekkości w okazywaniu uczuć, tak niecodziennej dla niej, nauczona obcowaniem z synkiem. Niezręczność sytuacji, w końcu dramami mimo wszystko nasyconej, jakoś jej po raz pierwszy nie przestraszyła. - Jak widać - uśmiechnęła się ciepło, opiekuńczo obejmując brzuch. - Już szósty miesiąc. Ale dobrze cię widzieć, świetnie wyglądasz - skomplementowała poważnie wyglądającą Lanvin. Mimo lat nic się nie zmieniła, może tylko trochę nabierając dojrzałości, jaka przystaje kobiecie interesu.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Nie 28 Kwi 2013 - 20:50

No tak, kobieta sukcesu, co teraz poczuła całą mocą, prostując się. Zupełnie nie wyglądała jak matka trójki dzieci, nie pozwoliła sobie tak wyglądać, co z resztą nie było takie trudne w NY, bo nikt sobie na to nie pozwalał. I chociaż gardziła amerykanami jako społeczeństwem, tą jedną rzecz namiętnie od nich ściągała, dbając o sylwetkę, może nawet trochę bardziej teraz wysportowaną, niż za czasów, kiedy razem z Mer mieszkały w jednym pokoju.
I chciała to wszystko pokazać, dlatego przyjęła komplement Meredith z pewnym siebie uśmiechem osoby, która koniec końców dopięła swego, jakkolwiek bardzo by się na to nie zapowiadało. Chociaż szczerze mówiąc od zawsze się na to zapowiadało i jedynym niefartem, częścią która poszła nie tak, była właśnie ta trójka dzieci, której w tym momencie nie oddałaby za nic na świecie. Ba, nawet Aiden plasował się w szczęśliwej gromadce osób, które były jej niezbędne do życia, co w końcu pozwoliło jej rozmawiać z Mer bez poczucia zagrożenia czy jakiejś głupiej niższości, którą mimowolnie czuła od kiedy jej krótki związek z Blaise’m się skończył. Teraz nie mogłaby być bardziej obojętna na los tej dwójki, chociaż przełknęła pytanie o to, czy to dziecko jest właśnie z nim, czy kimś zupełnie nowym.
- Zawsze dziwnie mi było widzieć osoby, które znam, jak są w ciąży – przyznała się trochę impulsywnie, bo głównie o tym teraz myślała. Że Mer jest szczęśliwa, że jest w ciąży i okazuje to i się uśmiecha, podczas gdy Indiana oba razy zahaczała o depresje, reprezentując sobą skrajny stan zagubienia i zdając sobie sprawę, że to nie jej miejsce w życiu, żeby leżeć w łóżku i rodzić dzieci. Dlatego jakkolwiek Aiden by nie przebąkiwał, że chce kolejnych potomków, tak ona wzbraniała się i z ogromną zaciętością regularnie odwiedzała ginekologa, żeby do żadnej wpadki nie dopuścić. Było w tym też coś takiego intimidating, bo cała Mer emanowała miłością i szczęściem, tak że India przez krótką chwilę w ogóle nie miała najmniejszej ochoty jej dotykać. No cóż. – Myślałam, że zobaczymy się dopiero na zlocie – uśmiechnęła się. – Chodź, może wybierzemy się na jakiś… Sok. Na pewno jest mnóstwo rzeczy, o których chciałabyś mi powiedzieć. Jak się ma mój chrześniak? – Nadal jednak była sukcesem swojego życia, toteż mogła sobie pozwolić na podejście bardzo przychylne, bo po prawdzie dawno za sobą miała już czasy tupania nogą i obrażania się. Z resztą i tak było za późno, z dziesięć lat.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Nie 28 Kwi 2013 - 21:29

Po Meredith nie było widać, że do światka biznesowego też się w pewien sposób zalicza. W lekkiej sukience, na przekór angielskiej pogodzie, wyglądała raczej na studentkę, która wpadła. Nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby jej mężatką od prawie jedenastu lat, matką trzyletniego syna i właścicielką domu mody, prosperującego na najwyższych obrotach. Zresztą Mer właściwie nigdy nie dążyła do takiego ideału, perfekcyjnej, zadbanej kobiety sukcesu. Artystyczny pierwiastek zawsze miał w jej osobowości spore znaczenie, nawet jeśli potrzebował dużej pracy, by uwypuklić go w sposób zadowalający; teraz Meredith cieszyła się wypośrodkowaniem, znalezieniem tego miejsca w życiu, gdzie mogła być i nieco chaotyczną artystką, i opanowaną właścicielką firmy.
Zabawne - Mer długi czas bała się Indiany. Nawet po ślubie, kiedy z jednej strony wiedziała, że Blaise jej nie zostawi, z drugiej czuła, że to nie jest tak, jak miało być. Aiden uwielbiał jej o tym przypominać, pokazywać wyższość swoją i Indie nad Mer. Nawet kiedy Blaise powiedział, że to ją kocha, a India na spotkaniach rodzinnych udawała, że znają się tylko ze szkoły, przelotnie, to i tak w Meredith ten strach tkwił. Potem jej przeszło, ten długi czas, kiedy się nie widzieli, wiele zmienił. Ale i tak często się zastanawiała, co by było gdyby ich życie potoczyło się w odwrotnym kierunku, gdyby nie ten jeden obraz, malowany w Hampstead, zmieniający wszystko. Mer nie odkryłaby, że Blaise'a kocha, on zostałby z Indianą, ona z Dorianem i... Dalej jej wyobraźnia nie sięgała, podsuwając różne, najdziwniejsze wizje.
- Bo ciąża wszystko zmienia, przesuwa priorytety i nagle kobieta sprzed ciąży jest zupełnie różna od tej noszącej dziecko - Meredith mogła zabrzmieć teraz nieco mądralińsko, ale swój stan rzeczywiście przeżywała z radością. Ceniła każdy moment, kiedy po raz pierwszy poczuła, jak dzieciątko w niej się porusza, kiedy pierwszy raz kopnęło, kiedy Blaise powiedział, że słyszy bicie jego serduszka. Ani ona, ani on kiedyś dziecka nie chcieli, ale z pojawieniem się Willa na świecie, perspektywy się zmieniły. Znów, na pozór zwyczajna rzecz, a jaka różnica. - Przyjechaliśmy trochę wcześniej, chcieliśmy spotkać się z rodzicami, odciążyć trochę Alaię - zasępiła się lekko, zasmucona stanem Colliera Najstarszego. Szybko stał się dla niej jak ojciec, może nieco oschły, ale nie mniej kochany. Uśmiechnęła się jednak zaraz, powracając myślami do przyjemniejszych rzeczy. - Ja szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że w ogóle cię zobaczę. Jesteś sama czy z dziećmi? - zapytała, nawet nie myśląc, że i Aiden przyjechał. Ze strzępków informacji, które jakoś do nich docierały, dowiedziała się o jego zakazie wstępu do Wielkiej Brytanii, popierając jednak jego działania całkowicie. - Will wszedł właśnie w fazę zakochiwania się w dziewczynkach z przedszkola, co tydzień inna, to rozczulając - przyznała z matczyną dumą, zaczynając się kierować w stronę kawiarni, którą pamiętała sprzed dziesięciu lat. Ciekawe, czy nadal tam była.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   Pon 13 Maj 2013 - 11:03

India przypatrywała się Mer swoim analitycznym spojrzeniem. Faktycznie studentka do tego stopnia, że India nie byłaby w stanie stwierdzić po niej niczego, branży, ba, czy w ogóle pracuje czy maluje sobie wesoło żyjąc z majątku Collierów, co wydawało się najbardziej prawdopodobne, jeśli spojrzeć realistycznie na jej związek z Blaise’m. Drobne zmiany świadczyły jednak, że faktycznie minęło jedenaście lat i czasy beztroskiego przymierzania kreacji prosto z jej kartki minęły. Czasy Tremainowe minęły.
- Właściwie to jesteśmy wszyscy – uśmiechnęła się, bo i w niej świadomość rodziny w pierwszej chwili budziła tylko i wyłącznie pozytywne uczucia. Poza tym odwiedzanie Londynu w pojedynkę i to na zlocie byłoby… Niewłaściwie. Historie historiami, ale nie mają już po siedemnaście lat i w gruncie rzeczy mogą skupić się na tych pozytywnych rzeczach, bo w końcu i takowe istniały. – Aiden kręci się gdzieś z dzieciakami, próbowałam się do niego dodzwonić – tu zmarszczyła lekko brwi, ale u f a ł a mu na tyle, żeby po dwóch nieodebranych połączeniach jeszcze się nie wkurwiać za bardzo i nie histeryzować. W końcu bujał się po Londynie z jej dziećmi i kto wie, co tam postanowił im pokazać. – Tak, wiem, nie jesteśmy na długo, ale podobno odrobinę uspokoiło się w Londynie, to trochę zaryzykowaliśmy. – Dodała, zauważając jej spojrzenie.
- Co tydzień inna, co? – zapytała, w duchu przyznając, że po ojcu i wujku dzieciak najwyraźniej odziedziczył tę najbardziej charakterystyczną cechę. Miała nadzieję, że cała reszta dziwacznych zboczeń ominęła jej małą rodzinkę i dziewczynki oraz Francis wyrosną na w miarę normalne osoby. Właściwie już ona miała zamiar tego dopilnować.
Jeśli chodzi o resztę rodziny, miała mieszane uczucia. Nigdy nie była osobą dbającą o kontakty z najbliższymi, także ponownie, odcięcie się, które nijako zainicjował Aiden było jej wybitnie na rękę, chociaż zdawała sobie sprawę, że u Collierów liczył się sukces – czyli tak czy tak nie musiała się specjalnie wysilać, by wkupić się w łaski, jako że ambicję miała głęboko zaszczepioną od najmłodszych lat. Dlatego dla niej bycie w ciąży to żadne błogosławieństwo, a zrównanie z ziemią zaraz po przyrównaniu do klaczy rozpłodowej, a ciągnąca się za nią kochana gromadka nijako przypominała jej o znienawidzonym stanie. Toteż na jakiekolwiek sugestie kolejnego potomka reagowała ostro i emocjonalnie, wywołując oczywistą kłótnię. I tyle z domniemanej sielanki.

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Tiffany & Co.   

Powrót do góry Go down
 
Tiffany & Co.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Chelsea :: King's Road-
Skocz do: