IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Home-birds

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Home-birds   Nie 26 Sie 2012 - 23:15


Nieziemskie miejsce z nierzadko nieziemskimi kapelami grającymi na żywo w nieziemskiej atmosferze klubu, stylizowanego na wnętrze domu przeciętnego amerykańskiego nastolatka (mającego podejrzanie dużo wspólnego z project x).
Raj dla domówkowiczów.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!


Ostatnio zmieniony przez Prudence Wright dnia Nie 26 Sie 2012 - 23:39, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Home-birds   Nie 26 Sie 2012 - 23:28

Mathilde miała ją rozumieć. Nie mogła być w tej chwili sarkastyczna, uciekać się do ironicznych komentarzy i pełnego sceptyzmu spojrzenia, którym taksowała Prudence. Nie powinna napawać się jej zachowaniem, będącym zdecydowanie podejrzanym i niepoczytalności dowodzącym. Będzie miała na to jeszcze wystarczająco dużo czasu, okazji i chęci - w co Pru nie wątpiła. A właściwie nie wątpiłaby, gdyby potrafiła zmusić swoje narzędzia percepcji do prawidłowego funkcjonowania.
Wright gdzieś zgubiła granicę między przyspieszającym tętnem a totalną martwicą wewnętrzną. Z trudnością przychodziło jej szacowanie czasu, który dzielił jej pytanie od odpowiedzi Leistner. Tak na serio, to personalia jej rozmówczyni również stały się mało istotne - tak jak sposób, w jaki z blondynka rozmawiała. Najważniejsze dla Prudence były same słowa, ich bezpośrednie znaczenie i j a s n y k o m u n i k a t - rzecz tak ukochana przez Aidena. Chyba nagle, po miesiącach nierzadkiego wkurwu, zrozumiała dlaczego. Zero dwuznaczności i zbędnych ozdobników. Maksimum zwięzłości i konkret. Który z kolei mógłby dać jej odrobinę nadziei. Mathilde nie bawiła się w półśrodki. Złoty strzał to złoty strzał. Kończy się...
Prudence powoli, bezgłośnie wypuściła z siebie powietrze, czując podświadomie że na kolejne jego powzięcie nie zdoła wysilić się wystarczająco. Przez chwilę poczuła się, jakby ktoś włożył jej głowę pod głęboką wodę, wskazywały na to niewyraźne, rozmyte dźwięki, dochodzące z oddali i bezdech. Zaprzeczał natomiast dystans, jaki dzielił Prudence od orzeźwienia, ochłonięcia, które powinno nadejść. Nie wróciła do siebie, zyskawszy odpowiedź, nie podziękowała uprzejmie, oddalając się z obietnicą rychłego odwdzięczenia się. Patrzyła na Leistnerównę, nie widząc jej, usłyszała coś o problemach i zapomnieniu i wiedziona tą nieznośną pokusą, zupełnie poddała się kierownictwu młodszej Lisicy, stawiając mechaniczne, koślawe kroki.
Minęły grupę, którą Pru uznała mylnie za towarzyszy dziewczyny, minęły kilka kamienic, nieschludnych wejść do równie konkretnie zadbanych melin, tablice ogłoszeniowe i poprzewracane śmietniki. Soho wciąż tętniło życiem - chyba zaczepione zostały dwukrotnie, raz nawet Prudence zdawało się, że przed twarzą macha jej ręka Jace'a. Wraz z postępującym zgłębianiem się w bardziej... rozrywkowe rejony dzielnicy, Pru sukcesywnie odrzucała od siebie myśl o konieczności uznania wiadomości o śmierci Kornela za prawdziwą. Za prawdopodobną.
Nie zauważyła chwili, w której, prowadzona wciąż przez Mathilde, przekroczyła próg czyjegoś domu, dopiero lekkie uderzenie na wnętrzu nadgarstka sprowokowało Sokolicę do małego rozeznania. Jakiś olbrzymi ochroniarz (ochroniarz w domu?) właśnie pozostawił jej na skórze fluorescencyjną pieczątkę, popychając w kierunku stolika, zastawionego masą różnokolorowych shotów. Pru niewiele myśląc (a właściwie chcąc taki stan osiągnąć), przysunęła dwa, jeden zabarwiony wyraźnie curacao, drugi prawdopodobnie grenadyną. Wypiła jeden, drugi po odczekanych niespełna trzech sekundach. Czując niesamowicie intensywny smak alkoholu skrzywiła się, zaciskając powieki, kiedy Leistner znów odciągała ją gdzieś wgłąb tłumu, który okazał się... niemały.
- Nie chcę zapomnieć, chcę żeby to była nieprawda! - krzyknęła, zaskoczona nagłą zmianą zaułkowej ciszy na wibrujące basy i miksację dźwięków o wysokich decybelach. Nie przejmowała się zupełnie tym, że Mathilde ma prawo nie wiedzieć o czym Prudence mówi. Sama miała nadzieję, że jej wszelkie słowa stracą zupełnie sens. - Gdzie jesteśmy..? - dodała wciąż popychana przez ludzi, kiedy wciśnięto jej w dłoń jakiś plastikowy kubek.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Mathilde Leistner
Dorosły
avatar

Age : 22
Liczba postów : 187
Join date : 15/07/2012

PisanieTemat: Re: Home-birds   Pon 27 Sie 2012 - 0:41

Niewiele osób oczekiwało od Mathilde zrozumienia - nawet najlepsi przyjaciele uważali za cud dzień, w którym starała się wejść w ich sytuację, poznać zdanie, empatycznie się zachować. Ona raczej uciekała od problemów, bo problemy nie dotyczyły jej. Nie musiała się z nimi mierzyć, nie musiała poczuwać się do chęci pomocy. Była przecież samodzielna i samowystarczalna, nie potrzebowała ludzi i wychodziła z założenia, że ludzie mogą potrzebować jej tylko wtedy, gdy ona sama na na to ochotę.
Nie miała ochoty rozumieć Prudence, zagłębiać się w jej popapraną jak sądziła psychikę, poznać motywów, pomagać jej. Nie chciało jej się angażować, zresztą nie było dla kogo - i tak to, że wyciągnęła z tego zaułka Pru, było aktem sporego poświęcenia i miłosierdzia. Wolała pozostać hipsterską hejterką, co z przyjemnością uskuteczniała, nie owijając w bawełnę. Całkiem satysfakcjonujące było zobaczenie niesamowitego strachu w oczach Sokolicy, ale przecież to Mattie, nie przejęła się jego przyczyną, cieszył ją tylko skutek. Była zimną, dumną Lisicą, bez dwóch zdań.
Znała Soho niemal jak własną kieszeń. Każdy klub, każdy bar, każdy barman i co przystojniejsi kelnerzy należeli do grona jej zainteresowań. Mogła swobodnie przeprowadzić Wright każdą najmniejszą dziurą w płocie, żeby dostać się bliżej tego czy owego miejsca, znaleźć znajomych ludzi zamiast pijanych kretynów, korzystających z ostatnich dni wakacji. Nawet niebotyczne obcasy już jej nie przeszkadzały, kiedy ciągnęła za sobą Pru, byle do baru, byleby upić ją i niech nieco znormalnieje, na wszelki wypadek.
Home-birds było genialnym pomysłem. Lubiła spędzać tu środowe wieczory, bo wtedy zawsze leciała dobra muzyka, nie żadna popularna sieczka, ochroniarz George nadal liczył na autograf jej ojca (chyba sama go podrobi w końću, żeby mu nie podpaść) barman o imieniu Kyle wiedział, jak zrobić drinka z grenadyną bez tego obrzydliwego różowego koloru, a loża z wygodną sofą zawsze była wolna. I tam właśnie ciągnęła Wright, witając się po drodze z różnymi znajomymi, machając do Kyle'a, żeby przyniósł im alkohole.
- Alkohol raczej tak nie wpływa, skarbie, ale przynajmniej do jutra będziesz miała wszystko z głowy - wyjaśniła z pobłażliwym uśmiechem, znacznie przyjemniej uśmiechając się do Kyle'a, który właśnie przyszedł tacą pełną kieliszków, w dwóch kompletach, każdy w innym kolorze. - Jesteś niezastąpiony, Kyle - posłała mu całusa i sama zajęła się jednym z shotów, łykając szybko słodko-gorzką zawartość kieliszka. To, co wcześniej w The Dubliner wypiła, dawno już niej wyparowało, mogła swobodnie pić, z mocnej głowy śmiało korzystając. - Home-birds, jedno z moich ulubionych miejsc na imprezowej mapie Soho - stwierdziła w odpowiedzi na pytanie, przekrzykując muzykę.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Home-birds   Pon 27 Sie 2012 - 1:32

Zanim Prudence zdążyła zorientować się czy aby zawartość kubeczka, który jej wręczono miłosiernie jest zdatna do spożycia, zanim objęła wzrokiem całość lokalu, w którym się znalazły czy choćby zdołała oddzielić poszczególne dźwięki ogarniającej ją z każdej strony kakofonii (bo tym była dla niej mieszanka muzyki, głosów setek(?) ludzi, ich pokrzykiwań, jej myśli), została wciśnięta w lożę, przypominającą w całym tym domówkowym wystroju raczej wygodną sofę z powciskanymi, aksamitnymi guzikami symetrycznie rozłożonymi niż, typową dla większości klubów, skórzaną miejscówkę. Mathilde była tuż obok, wyraźnie swobodna, wyraźnie inna niż sama Wright. Wpatrywała się w jeden, strategiczny punkt na przeciwległej sofie, słysząc odpowiedź na zadane pytanie, które właściwie przestało się liczyć. Zarówno w błyskającym stłumionymi swiatłami latarń i cuchnącym zaułku, z którego wyrwała ją Lisica, w tłumie, który w pierwszej chwili w tym miejscu porwał ją jak i teraz, siedząc obok nielubianej przecież przez nią dziewczyny, mając przed sobą szereg drinków w wysokich kieliszkach, czuła się identycznie. Niepasująco, oderwanie od rzeczywistości, sztywno, desperacko i źle. Szybkim ruchem opróżniła pierwszy (trzeci) kieliszek, podejrzewając że uraczono je zwyczajnym spirolem zmieszanym z odrobiną syropu malinowego - tak okrutnie palące uczucie zaświerzbiło jej gardło.
Home-birds. Pierwsze słyszała. Dlaczego znalazła się tutaj? Mathilde powinna zostawić ją w spokoju w chwili, w której uświadomiła prudensowską o końcu. O tym, że Pru nie ma prawa żywić nadziei, nie ma prawa wątpić i liczyć na koszmarną pomyłkę. Mathilde nic nie wiedziała. To, że Wright była zdana na jej (nie)łaskę było oczywiste - przecież Sokolica z trudem w i d z i a ł a, jak niby potrafiłaby najnormalniej doprowadzić się do stanu zwyczajnego, ogarniętego chociaż na tyle, by wynieść się z tego pieprzonego Soho, żeby nie doświadczać łaski ze strony Leistner, uszczypliwych komentarzy ze strony Leistner, mindfuckującej kakofonii i okropnych shotów. Drinków. Whatever. Ze strony niekoniecznie-Leistner.
- Ohyda - mruknęła, podnosząc kolejny kieliszek i opróżniając go, śladem poprzednich. Przymknęła oczy, odchylając głowę w tył i podnosząc dłonie bezwiednie do twarzy. Zdecydowanie nie chciała doświadczyć tego w takim miejscu, takim towarzystwie. A przecież zawsze o tym tak silnie marzyła. Niezdolna do osiągnięcia tego wierzyła, że przyjdzie w końcu taki dzień...
Więcej czuć niż myśleć. TYLKO czuć. Nie myśleć. Nie mieć wątpliwości i przeróżnych opcji w głowie. Oddawać się stuprocentowej ekscytacji i niesamowicie gorącej miłości. Czuć, czuć, tylko i wyłącznie. Czy tak było teraz? Czy jej marzenie miało się spełnić, aczkolwiek z nieistotną adnotacją, że to uczucie niekoniecznie pozytywnym się okaże? Czy apatia jest w ogóle uczuciem? Powinna, znając siebie, popaść w przerysowaną, gwałtowną rozpacz, z panicznym szlochem, gorącymi z nadmiaru emocji policzkami, łzami płynącymi po policzkach. Zero ogaru, brak perspektywy na uspokojenie, histeria. So Prudence.
Coś ją dławiło. Nieznanego pochodzenia obezwładniający lęk powstrzymał ją widocznie od jakiegokolwiek emocjonalnego, dostrzegalnego i czytelnie wylewnego posunięcia, każąc zamknąć się w swoim ukochanym, tak bliskim i znajomym introwertyzmie. Lęk, który wiązał się z wiadomością nadaną nie przez Chloe, a samego Corneliusa. Prudence nie chciała podejrzewać, że tak c h c i a ł. Zrozumienie tego było chyba perspektywą tak potężnie bolesną, że póki co wolała odpychać od siebie myśl o faktycznym znaczeniu jego słów, kosztem prudensowskiego spokoju. Wright była rozdygotana. Oddychając ciężko sięgnęła po następny kieliszek, mając nadzieję, że palący, gorzki i silny alkohol skoncentruje jej uwagę na czymś innym. Czymkolwiek.
Przeniosła spojrzenie na Lisicę, mrugając gwałtownie.
- Pewnie... - zaczęła, po czym odchrząknęła, mając nadzieję że ten zachrypnięty głos stanie się nieco bardziej jej znajomy. - Zakładam, że dziś osiągniesz wszystko, czego sobie życzysz w związku z moją osobą - obserwację upokorzenia/porażki/upadku niiisko. Pru głęboko wierzyła, że Leistner nie jest tak głupia i doskonale wie, co Sokolica ma na myśli - ale to o czym mówiłaś... zapomnienie... - nieistotne na jaki czas.- Potrzebuję tego szybko - wyartykułowała z emfazą, przewiercając niczemu winną Lisicę psychicznym spojrzeniem.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Mathilde Leistner
Dorosły
avatar

Age : 22
Liczba postów : 187
Join date : 15/07/2012

PisanieTemat: Re: Home-birds   Pon 27 Sie 2012 - 20:32

Mathilde wręcz przeciwnie, była w swoim żywiole, swoim świecie, to było to miejsce, gdzie w tej chwili powinna być. Może niekoniecznie nie to towarzystwo, o którym myślała, wychodząc z domu, ale jednak zadowolenie z siebie z niej promieniowało. Nikt tu właściwie jej nie znał, nikt nie mówił, co ma robić, jak się zachowywać. Nikt nie próbował jej zmieniać według swojego widzimisię. Liczyła się wyłącznie osobowość Leistnerówny, a nie ilość zer na jej koncie, jej nazwisko, zdolność. Co chwilę ktoś znajomy do niej machał czy się uśmiechał.
Może i zawsze był tu tłum, ale większość osób to byli stali bywalcy. Nie oceniali, nie krytykowali, akceptowali każdą sytuację. Może to był powód, nieco podświadomy i naciągany, dla którego Mattie przyciągnęła tu Sokolicę? Żeby pokazać jej akceptację? Tyle że nie miała zamiaru się jeszcze bardziej wysilać, i tak okazując jej sporo cierpliwości i litości. Na nic więcej Wright nie mogła zasługiwać. Nie sądzę, czy znajomość prawdziwej przyczyny by dużo zmieniła - może wtedy Mathilde po prostu by Pru wysłała do taksówki, tyle się nią zajmując. Wrażenie, że może chodzić o Colliera, sprawiało, że zachowywała się tak, jak teraz.
Wright musiała być masochistką, Mathilde innej przyczyny wypowiedzenia takich a nie innych słów i ogólnego całokształtu zachowań nie widziała. Nie miała jednak nic przeciwko, chociaż to odbierało przyjemność z oglądania upadku dziewczyny, skoro ona była na niego przygotowana. Nie aż tak wiele satysfakcji, niestety.
- Skoro chcesz zapomnieć, o czymkolwiek byś nie miała zapominać, nie pierdol, tylko pij - wetknęła jej w rękę kolejny kieliszek, rozglądając się jednocześnie po lokalu. Szukała wzrokiem jakiegoś znajomego chłopaka, który mógłby wspomóc proces zapominania.
W sumie nie wierzyła, że robi coś dla Prudence. Powinna raczej jeszcze bardziej ją pogrążać, a nie spełniać prośby... Chociaż w gruncie rzeczy Pru sama prosiła o dobicie jej, takie prośby Aussie spełniać mogła, ostatecznie. Bo to było dość przyjemne, w końcu.

/zjebałam go, przepraszam :* będzie lepiej później <3
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Home-birds   Wto 28 Sie 2012 - 10:55

Mądrości Mathilde Leistner. Osoby, na której temat zdania Pru nie miała wyrobionego stuprocentowo, z racji rzadkiego kontaktu, średnio zaawansowanych relacji, mnóstwa różnic i jednego, głównego spoiwa łączącego, uosabiającego się w Collierze. Lisicy, która - Prudence była pewna - odnalazłaby się niesamowicie szybko, poczuła jak w swoim żywiole wśród Herbacianych Dam (znała przecież faktyczny, nie oficjalny obraz tamtejszej "śmietanki"). Leistnerówny, która prawdopodobnie nie wyróżniała się tak, jak tego pragnęła z całego elitarnego światka St.Bernard. Mistrzyni mamtowdupizmu? Wyciągającej w kierunku Pru pomocną dłoń?
Wright nie była w stanie zastanawiać się nad faktycznym zamierzeniem i misją, którą podjęła Mathilde, zaciągając Sokolicę do tego miejsca - home-birds, które miało się okazać dla Pru sprzyjającym terenem do ucieczki w zamierzeniu... obydwu dziewcząt. Jeśli Leistner miała wykreowany wobec blondynki jakikolwiek plan - Pru podejrzewała, że uważała go za wykonany, tudzież nie znajdywała kolejnych pozycji na to-do list, które mogłyby JESZCZE wzbogacić cudną, wytęsknioną wizję poniżającej się Prudence. Teraz wszystko miało biec swoim torem. Genialna Mattie jednak zdawała się wciąż wierzyć, że pod jej skrzydła przygarnięta dziewczyna nie jest w tej chwili sobą. Nie jest troszczącą się o swój wizerunek wśród uczniów, pełną granic i ograniczeń Przywódczynią, spokojną, opanowaną i decydującą się na kulturalne, acz zakrapiane alkoholem i cudnym towarzystwem spędzenie środowego (?) wieczoru.
Upadek Pru w odsłonie nędzy, rozpaczy i dekadentyzmu mógł nie okazać się wystarczająco satysfakcjonujący. Dlaczego? Czy wyproszone doprowadzenie do skrajnego stanu zużycia jest dobrym materiałem na uskutecznienie autopropsów?
Przejeżdżając wolnym ruchem paznokcie po lewym łuku brwiowym, skroni, linii włosów, Pru przyjrzała się twarzy Mathilde, rejestrując nań niesamowity spokój. O ile taki może być niesiony przez falę ekscytacji. Lisica na serio się c i e s z y ł a. I trzech mężczyzn, ze strony głównej Vice wyciągniętych, zajętych prawdopodobnie biciem czasowego rekordu w opróżnianiu butelki wódki czy innego bimbru też. Setka ludzi na "parkiecie", którym był właściwie teren całego... lokalu. Nie klubu. Domu? Skaczący pod sufity, podejmujący grę wstępną in public, tańczący i umilający sobie czas z ogromną kreatywnością osoby były daleko albo to sama Pru czuła się jakby wkomponowana na stałe w wygodną lożę. W której - co Prudence normalistycznie zauważyła, wow - nie były już same. Mathilde musiała, w czasie gdy Pru odpływała gdzieś na w niebyt, uchwycić i przywołać kogoś (nie edytuj posta Mer, po prostu niezbędne informacyjki możesz zawrzeć w kolejnym :*), aktualnie niesamowicie intensywnym spojrzeniem ją przewiercającego. Dziewczyna ściągnęła brwi, mrugając kilkakrotnie, tak jakby wolała upewnić się, że wzrok jej nie myli, że rzeczywiście ktoś przysuwa w jej stronę kolejny kieliszek, w który Prudence wpatrywała się jak zahipnotyzowana, wypijając zawartość tego, którym chwilę wcześniej obdarowała ją Leistner.
Sięgając uparcie do racjonalizmu, zdołała zastanowić się, dlaczego do tej pory nie siekło jej zupełnie. Przecież te kilka kieliszków pomieszanego alkoholu, wypitego w czasie nie dłuższym niż kwadrans powinny przynajmniej... dać o sobie znać. Nie stało się tak być może z racji tego, że Prudence wciąż siedziała - nagły helikopter, zachwianie równowagi nastąpiłoby w przypadku, gdyby gwałtownie zerwała się na równe nogi - a może dlatego, że bezwiednie neutralizowała swoim uzdolnieniem, nieobecnym na czas Bawarii, smak alkoholu, iluzją wody go zastępując.
Póki co jedynym objawem konsumpcji alkoholu było dławiące uczucie konieczności przerwania ciszy, chęć mówienia, pierdolenia bez sensu, odepchnięcia od siebie powoli zbliżającej się nawałnicy myśli, która musiała być zatrzymana. Na przykład poprzez zadawanie pytań, na które odpowiedzi... nie interesowały jej w ogóle. Wychyliła zawartość następnego kieliszka.
- Zastanawiam się kto wpadł na pomysł zorganizowania takiego miejsca. Musi mieć swój specjał, prawda? Pewnie poncz. To takie typowe dla domówek... Tak, ta impreza wygląda na klasyczną, wzorcową domówkę - nawijała, kładąc rozedrgane dłonie na blacie stolika przed nimi. - Taką, wiecie, filmową - nawiązała kontakt wzrokowy wpierw z Mthilde, taksującą ją wyraźnie nieogarniającym spojrzeniem, następnie chłopakiem, który z kolei sprawiał wrażenie mocno rozbawionego. - Hmm... tak, to zdecydowanie świetny biznes.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!


Ostatnio zmieniony przez Prudence Wright dnia Sro 29 Sie 2012 - 7:59, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Mathilde Leistner
Dorosły
avatar

Age : 22
Liczba postów : 187
Join date : 15/07/2012

PisanieTemat: Re: Home-birds   Wto 28 Sie 2012 - 19:08

Może Mathilde i pasowała do Herbacianych Dam, ich wymogi w każdej dziedzinie wypełniając z nadwyżką. Fortuna, poczucie wyższości, słabość do Diora, Chanel i Versace, duża doza pogardy dla całego społeczeństwa. Może i perspektywa zachęcająca, znalezienie dusz pokrewnych w zasadzie powinno być marzeń spełnieniem, jednak Leistnerówna w całej swej lisiej naturze nigdy nie miała ochoty do Stowarzyszenia należeć, róż łososiowego sweterka do swej karnacji uważając za niepasujący, a popularność i sławę uważając za przereklamowane i zbyt mainstreamowe. Zbyt wiele zresztą poniekąd obowiązków przynależność do elitarnej śmietanki ze sobą niosła, a słowo obowiązek wywoływało u niej reakcję odwrotną.
Może i dlatego nieco się Wright zajęła, wiedząc, że dziewczyna od niej oczekiwać mamwyjebanenizmu, odwrotu na pięcie i odmaszerowania w kierunku już raczej słońca wschodzącego, a wcześniej złośliwości, spojrzeń pogardliwych i nienawistnych.
Obecność Pru stawała się powoli męcząca dla Mathilde - och tak, przyglądanie się jak powoli się upija, w ogóle i tak jak nieboskie stworzenie wyglądając, było stosunkowo przyjemne, jednak nie na dłuższą metę. Chciała zająć się sama sobą, może co chwila zerkając w kierunku Prudence, kontrolując czy nie zaczęła się publicznie rozbierać tudzież dziko na niewielkim stoliku całować. Nie miałaby nic przeciwko takiemu obrotowi sprawy, tym większą z tego czerpiąc uciechę, bo nie jej rękami, a sama sobie Wright by to uczyniła. Dlatego też widząc znajomą twarz - Jeremy'ego? Eddiego? Louisa? kto by tam ich imiona pamiętał - ucieszyła się szczerze, na nogi od razu się zrywając, owego chłopaka pod ramię biorąc i do Pru go prowadząc, mówiąc, jak bardzo przyjaźni się z Sokolicą, jak wspaniałą jest dziewczyną i jak bardzo potrzebuje zapomnienia w postaci przyjaznego, dobrego chłopaka, który się nią zaopiekuje. Jeremy Eddie Louis Chłopak od razu się zgodził, Mathilde więc na chwilę jeszcze się zjawiła w loży, kieliszek o zawartości tym razem niebieskiej chwytając.
- Tak, tak - pokiwała głową, ponad Pru łapiąc spojrzenie nowego towarzysza dziewczyny, mówiące coś w stylu a nie mówiłam, zagubione dziewczątko z niej. - To dlatego tu zawsze są takie tłumy... Och! - Cichy, niemalże przepraszający krzyk wyrwał się z jej ust, gdyż wstając potrąciła Prudensowe ręce, na stole się opierające i w jakiś DZIWNY sposób sprawiając, że w ramiona Jeremy'ego Eddiego Louisa chłopaka Sokolica wpadła. Nie, nie była w tej chwili fałszywa, no skąd? Nie, to nie była żadna intryga, jakże można Mattie o to podejrzewać, no pfff.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Home-birds   Sro 29 Sie 2012 - 8:33

Każdy kolejny kieliszek przybliżał Prudence do stanu w którym nie będzie w stanie kontrolować swoich odruchów, przyruchów i - póki co związanego - języka. Wlewała w siebie alkohol, zawiązując skąpą, półsłówkami kreowaną pogawędkę z chłopakiem, przyprowadzonym przez Mathilde. Lisica, pewnie uważając zadanie za wykonane, sprytnym szacher-macher doprowadziła do teleportacji Prudence z wygodnej miejscówki na wygodnej Sofie z niewygodnie przykurczonym ciałem na wygodne wtranżolenie się ze swym całym poschizowanym jestestwem w osobę Maxence'a (jak się później dowiedziała).
Wright pozbierała się w sobie, odrobinę zdezorientowana nagłym, nieoczekiwanym zbliżeniem ze zdecydowanie kontrastująco wyluzowanym brunetem, usiadła, pomagając sobie wszystkimi kończynami i nim się obejrzała, stała przed nimi kolejna, zamknięta jeszcze butelka wódki. Podejmując przerwaną nagłym wypadkiem rozmowę z Maxem, odprowadziła wzrokiem oddalającą się, wkręcającą się w tłum ludzi na wszechobecnym parkiecie sylwetkę Mattie.
Sześć kieliszków później Prudence wiedziała o chłopaku wiele, samej nie otwierając ust zbyt często. Okres, w którym z trudem przychodził jej czynny udział w konwersacji powoli mijał, już zdecydowanie wpływający alkohol pomógł w nieco swobodniejszym zachowaniu, chociaż niczemu winny chłopak mógł śmiało podejrzewać tą dziwną blondynkę o pogrążenie w otchłani depresji tudzież jakiejś innej, mocno zaawansowanej chorobie psychicznej - tak dziwnie, coraz bardziej emocjonalnie, nielogicznie mówiła. Rósł w niej zapał, tak. Nie dała się nakłonić do wejścia na parkiet, wolała upijać się do nieprzytomności tutaj, siedząc. Mathilde pojawiała się co jakiś czas, jakby kontrolując sprawę. Prudence nie rejestrowała tych chwil. Nie rejestrowała już praktycznie nic. Tylko moment, w którym, trzymając kurczowo za rękę bruneta, wyszła na zewnątrz i prędko ponownie zajęła miejsce siedzące. Chyba na zewnątrz. Było chłodniej, zimniej. Prawdopodobnie deszcz zaczął padać. Kiedy Max przytulił ją - już praktycznie nieobecną - po rz ostatni pojawiła się Leistner, kiwając z politowaniem rudą główką i, sącząc kolorowego drinka, oddalając się w kierunku sterczącego nad brzegiem basenu tłumu.
Wypełniła swoją misję z nadwyżką. Prudence musiała być jej wdzięczna. Póki co jednak trzymała się na granicy zgonu totalnego, z perspektywą najokrutniejszego poranka świata. Byłą znieczulona. Obojętna. Nie pamiętała. Mogła uważać Maxa za kogokolwiek, on... mógł robić cokolwiek. Bezwładnie półleżała, wtulona w niego, bez szans na wznowienie jakiejkolwiek konwersacji. Tylko przez kilka sekund nie ściskała kurczowo czarnej torebki, przez następne pół godziny nie była świadoma że kima sobie zupełnie sama, obudzona przez ochronę wyszła z home-birds, kierując automatycznie chwiejne, nierówne kroki w stronę Notting Hill. W konieczną i jedyną dobrą stronę.


zt

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Home-birds   

Powrót do góry Go down
 
Home-birds
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Home, sweet home

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Soho-
Skocz do: