IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Hol

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Hol   Pią 24 Sie 2012 - 22:48






_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield



Ostatnio zmieniony przez Chloe Demarchelier dnia Nie 9 Gru 2012 - 21:25, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 7:39

(nie wiedziałam gdzie pisać, ale że przewiduję że w końcu do hacjendy wejdą to nie musisz robić oddzielnego, nazewnątrzowego tematu <3)

"Która to może być godzina?"
Pytanie wyłoniło się gdzieś z głębin niepamięci. Nie mogła sobie nic przypomnieć. Próbowała się podźwignąć, ale głowa nie poddała się jej woli - kark pozostał przyklejony niemalże do twardej powierzchni ogromnych drzwi, przedzielonych na kilka części kryształową szybą. Półmrok usypiał ją na nowo, pozwalając zapomnieć o niewygodnej pozycji ciała i odpędzając każdą wyraźną myśl. Chciałaby leżeć tak przez całe życie, bez pragnień i niepokojów.
Odsunęła je od siebie na cały wieczór. Noc. Kolejny dzień? "Która to może być godzina?" Podejrzewała jedynie, że Mathilde rzeczywiście zaprowadziła ją w idealne miejsce, dające perspektywę rychłego... zapomnienia. To był ten dom - pamiętała go doskonale. Ale tak naprawdę klub - w to nie mogła uwierzyć. Tam było mnóstwo ludzi i mnóstwo alkoholu. Iluzja i neutralizowanie smaku. Chłopak. Chłopak? Miał yorkshire'owski akcent i francuskie imię. Wariacja na temat Maxa. Zdecydowanie nie ograniczał się budżetowo, praktycznie bez przerwy wkładał jej w dłoń kolejny kieliszek, zaprowadził na zewnątrz, zanim zrobiło się źle - wtedy chyba twarz Mathilde wyrażała pełnię przekonania o tym, że wybywają zająć się sobą. Był okrutnie miły. Chyba. Maxence? Spędził z nią dobrą godzinę, tkwiąc w niemal bezruchu na twardej ławce, z której prawdopodobnie miał świetny widok na basen i korzystających z niego domówkowiczów. Prawdopodobnie, bo ona bitą godzinę w pozycji embrionalnej spędziła, marząc o tym, żeby powoli siąpiący deszcz ostudził jej rozpaloną twarz, pomógł otrzeźwieć przynajmniej wystarczająco, by zdołała otworzyć usta w ramach oddelegowania Maxa do dalszej zabawy. Wolała nie ryzykować, obawiając się odruchów żołądka, który zawsze był mocny. W przeciwieństwie do głowy.
Później chyba impreza przeniosła się na zewnątrz. Ludzie tańczyli i skakali na trampolinie - tego nie była w stanie już zobaczyć. Bezsilnie opadła na, gotowe do objęcia, ramię Maxa i usnęła. W r e s z c i e.

Prudence uniosła twarz, narażając się na jeszcze liczniejsze krople deszczu, których pragnęła, które miały pomóc, koiły i wyszarpywały ze snu, w który raz po raz popadała. Nie miała pojęcia ile czasu spędziła, skulona pod demarchelierowskimi drzwiami, półmrok zastępowany przez budzący się świt nie był doskonałym wyznacznikiem czasu. Szaro. Deszcz. Notting Hill. Tyle Wright wiedziała, tego była pewna. Miała dłonie zaciśnięte kurczowo na torebce... chyba... jeszcze nie otwierała oczu, wobec czego nie była w stanie się upewnić. Nie ruszała się z miejsca w obawie, że przy najmniejszej zmianie pozycji zwymiotuje całym tym syfem, który wlewała w siebie jeszcze kilka godzin temu.
Czekała.


na klołkę <3

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 14:16

Gdy wczoraj zasnęły z Antoinette, u niej, na brudnej, przez utytłane od deszczu i brudu ubrania Chloe, kanapie, nie sądziła, że mimo takiego zmęczenia, wyczerpania i wycieńczenia, nie będzie umiała zasnąć tak długo. Wtulona gdzieś w pachnącą świeżym praniem Nette przymykała oczy, jednak ilekroć czuła błogość półsnu, otwierała oczy wracając do spowitego czernią nocy świata, widząc tylko jasne załamania w materiale koszulki, w którą Nette byłą ubrana.
Te same sceny, nawet w snach je widzę
Widzę w snach wciąż to samo, ciągle boję się zasnąć
Tamten leży we krwi, a mnie robi się słabo
Powiedział "patrz, jak pięknie, prawie tak, jak w filmach
Zapamiętaj to" - pamiętam, "prawie tak, jak w filmach"

Zasnęła jednak, pamiętając z licznych snów jedynie twarz Kornela. Szarą, lodowato zimną i kamiennie twardą. Tą, którą widziała w kostnicy, gdy poproszono ją o ostateczną identyfikację ciała. I ciągle tylko ją, tak obcą, ale jednocześnie tak bliską. Której widok szarpał serce na drobne włókna, ranił wszelkie, pozytywne uczucia, tłamsząc je w zarodku, zastępując potężnym, niemożliwym do odparcia, nawet mocą, smutkiem. Bo gdy tylko próbowała się skupić, odsuwając od siebie, chociażby część tego wszystkiego, co ją tak niesamowicie dołowało i sprawiało, że odechciewało jej się żyć, napotykała na ścianę, barierę, której zwyczajnie nie potrafiła ominąć, pierwszy raz w życiu stykając się z tak potężną emocją, której nie umiała nawet drasnąć.
Przebudziła się nad ranem i przez kolejny kwadrans czuła tylko ból ściśniętego głodem żołądka, wpatrując się tępo w jasny sufit salonu, żeby po chwili przerwać dumanie na leżąco i pójść do kuchni. Była potwornie głodna i na widok jakiegokolwiek jedzenia trzewia ściskały się jeszcze bardziej, jednak miała wrażenie, że jeżeli zje cokolwiek, to od razu zwymiotuje, zdobiąc na kolorowo i kwaśno kuchenną podłogę. No i ktoś to będzie musiał posprzątać, a że ona sama na pewno tego by nie zrobiła, nie miałaby na to sił, nie chciała też zmuszać służby domowej Nette do konieczności ogarnięcia jej zwróconego "posiłku". Zdecydowała się na wypicie butelki wody, którą wzięła, zanim wyszła, ucałowawszy tylko śpiącą jeszcze Tosię na pożegnanie.

Patrzyła na zalane szarością deszczowego, wczesnego poranka ulice, moknąc w siąpiącym deszczu, jednak miała to naprawdę w poważaniu. Nie pamiętała też ścieżek, którymi wczoraj w zupełnym amoku biegła z Notting Hill do Knightsbridge, wtedy skupiona tylko na płaczu i na tym, by zmęczyć się na tyle, aby móc potem umrzeć, na idealnie przystrzyżonym trawniku przed posesją kuzynki. Przynajmniej sceneria śmierci byłaby ładna, ponieważ Chloe już wtedy wyglądała jak co najmniej czterdzieści dziewięć nieszczęść, a nie tylko siedem. Teraz była tylko trochę suchsza, choć i tak bluza całkiem nawilgła przez mżawkę, a czerwone trampki pokryły się niekoniecznie kuszącą warstwą niezidentyfikowanego syfu zebranego przez cały park w Notting Hill.
Jak długo zajęło jej by dojść pod dom? Nie zarejestrowała momentu w którym była już na podjeździe, pogrążonej będąc w ogłuszającym wszystko co rzeczywiste smutku, ponieważ wizja spędzenia tego dnia samotnie, nie daj Boże może jeszcze na poczęciu planowania pogrzebu, dobijała ją na tyle, że zaczęła się zastanawiać jak bardzo by ją bolało, gdyby zdecydowała się na przykład wepchnąć sobie kuchenny nóż w brzuch i czy długo by trwała taka śmierć. Rozpaczliwie chciała jego, nawet jeśli miałaby zapłacić za to najwyższą cenę.
Nagle jednak poczuła zupełnie inny ból, zdarty naskórek wewnętrznych części dłoni, obtłuczone kolana i łokcie, chłodny żwir wbijający się ostro w miękkie policzki. Nieprzytomnie, jęcząc trochę, ponieważ jednym kolanem uderzyła naprawdę mocno, zaczęła się rozglądać co też było przyczyną jej upadku, ujrzawszy długie, wyciągnięte witki śpiącej pod jej drzwiami,
- Prudence? - spytała zachrypniętym od długiego milczenia głosem, otrzepując dłonie z kamyczków, dostrzegając kilka drobnych, czerwonych zadrapań. - Boże, Prudence - dodała szybko, podpełzając do niej i biorąc jej twarz w dłonie, bo chorobliwa bladość i kamienny bezruch zbyt przypominały jej ciało martwe. Z ulgą zatem zarejestrowała, że dziewczyna skrzywiła się, gdy tylko Chloe, jakimiś cudem wysupłanymi resztkami sił nieco uniosła ją, wsuwając ręce pod jej pachy. Sokolica nie wyglądała jednak dobrze, nie wyglądała nawet źle, gdyż przedstawiała obraz wręcz potworny. Roztrzepane włosy, sine usta, malinka, która na tym zimnie przybrała barwę soczysto-śliwkową, niezdrowo kredowa skóra, wiotkie, bezwładne kończyny. Aż w Chloe włączył się tryb opieka, co oznaczało, że żółwim tempem człowieka w głębokiej depresji otworzyła drzwi i podrywając Prudence z ziemi wciągnęła ją do środka, gdzie było choć trochę cieplej, opierając ją potem o szafkę.
- Co Ci się stało? - stanęła przed nią, nieco się ze zmęczenia i zawrotów głowy przez głód chwiejąc, trzymając ją za ramię i kark.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 15:01

Nie dziwi fakt, że - dotknięta męczarniami wieczoru, całej nocy, nawet dnia, dość intensywnego z racji urodzin Mattiego, wypadu do parku, energii, którą musiała z siebie wykrzesać, emocji, które... wykrzesały się same - Prudence odpłynęła w dziwny letarg, nie do końca śpiąc, ale też niewiele mając wspólnego z zupełną jawą. Wciąż czuła na twarzy uderzenia coraz intensywniejsze kropli deszczy, zmywającego prawdopodobnie resztki lichego makijażu, zlepiającego włosy i powodującego uczucie przeraźliwego zimna. Nie była do końca świadoma gdzie konkretnie jest. Wiedziała, że opiera się o jakąś twardą powierzchnię - nie zarejestrowała czy od chwili odczytania wiadomości od Chloe minęła doba czy kilka. Halucynacje... też prawdopodobne.
Dostrzegła majaczącą w oddali niską postać, dopiero gdy zbliżyła się na odległość kilku metrów rozpoznając w niej Chloe - nie myślała o konieczności przywdziewania soczewek tego (poprzedniego?) wieczoru (to dlatego wszystko w zaułku w Soho przybierało tak dziwne, rozmazane kształty?). Podejrzewała samą siebie o lekkie urojenia tudzież zdecydowanie prawdopodobny sen, nad którym nie miała władzy, bo zauważyła, ale nie miała sił jakkolwiek zmusić się do zwrócenia uwagi, anemicznego pomachania czy zakrzyknięcia, by Lisica uważała. Poczuła jedynie szarpnięcie w łydce, które z półsnu wyrwało ją zupełnie, by chwilę później brunetka łagodnie ujmowała jej twarz w dłonie, zmuszając do nawiązania kontaktu wzrokowego. Do wpatrywania się jej twarz, jednocześnie umożliwiając to samo jej. Minęła może sekunda, dwie , zanim Chloe poczęła zgarniać Prudence z mokrej posadzki przed drzwiami, ale wystarczyło, by Wright mogła niewątpliwie odczytać potwierdzenie w oczach Chloe. Potwierdzenie, którego nie chciała, a jedyne czego chciała w związku z tym to uciec, co też uskuteczniała przecież całą noc. Pru przymknęła oczy, starając się jak może nie utrudniać Demarchelier zaciągnięcie jej do środka.
W chwili, w której jej nozdrza uderzył znajomy zapach demarchelierowskich rzeczy, domu, ubrań, Pru ponownie spojrzała w oczy przyjaciółki, zupełnie na to nieprzygotowana. Obawiała się pustki. Wypatrzoszenia z emocji i zupełnej obojętności, która sugerowałaby totalną obojętność, brak chęci na cokolwiek, skoro nic nie może być dzielone z Corneliusem. Obawiała się, że w tych ciepłych brązowych oczach nie dostrzeże żadnej emocji. Teraz jednak, kiedy centymetry dzieliły twarze dziewcząt, Prudence poczuła, jak (po raz kolejny tego poranka) uginają się jej kolana, jednocześnie mrożąc, powstrzymując przed jakimkolwiek ruchem - spojrzenie Chloe krzyczało bólem.
Wright czasem żałowała, że nie potrafi wykreować iluzji emocji. Że jedyne, co może stworzyć to ich prowokator, coś, co wywoła radość/tęsknotę/strach/zaskoczenie. Było to oczywiście bezpieczniejsze - w chwilach jej skrajnych uniesień przynajmniej nie czyniła bezpośredniej krzywdy, ale podejrzewała, że to ograniczenie może być spowodowane faktem nieznajomości faktycznego kształtu emocji, która mogłaby drugą osobą zawładnąć. W tej chwili poczęła jednak podejrzewać, że to przylega. Przylega, parzy i emanuje. W momencie, w którym Pru spojrzała prosto w oczy Chloe, bez zbędnych obserwacji grymasu ust, ściągniętych bądź uniesionych brwi, została zbombardowana tym wszystkim, co na bezpośredni ból się składało. Biło od niej zwyczajne przygnębienie, niezrozumienie, bunt i mnóstwo pytań, strach, wyrzut, rozpacz, wszystko, co swym ogromem nieco przytłoczyło rozkojarzoną Prudence.
Nie mogąc wydobyć z siebie żadnego konstruktywnego dźwięku, położyła drżącą dłoń na mokrych, splątanych włosach Chloe i - bez konieczności użycia większej siły - przysunęła jej twarz do swojego ramienia, powoli i stopniowo zamykając całą osobę Chloe Demarchelier w uścisku.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 15:46

Chloe tak szczelnie wypełniona wszystkimi rodzajami bólu, rozżalenia i w ogóle wszelkich depresyjnych emocji, które rozpoznawała, których doświadczała przez tą sekundę, kiedy zasiewała je w czyimś umyśle, każąc mu się tak czuć, marzyła wręcz już o tym stanie otępienia, ogłuszenia, odcięcia od cywilizacji, przypominania bardziej swojego cienia niż siebie samej. Idąc ciągle miała w oczach łzy, myśląc o tym, że już nigdy nie będzie mogła go objąć, pocałować, irytować kolejnymi marudzeniami, żeby obejrzał z nią Śniadanie u Tiffany'ego, ciągnąć za rękę, żeby zrobić sobie kolejne głupie zdjęcie w parku rozrywki, namawiać na wspólne ugotowanie czegoś, żeby potem i tak skończyć z meksykańskim jedzeniem na wynos. Jeszcze nie odczuwała aż tak tego, że tęskni za samym faktem jego ramion oplatających ją wokół, za tarmoszeniem włosów, za pocałunkami. Minęła niecała doba od kiedy wie i kilka dni, od kiedy widziała go ostatni raz (pierdola czasoprzestrzeń, niech będzie tak jak mówię osiem-de). Tęskniła tak zwyczajnie, jeszcze jakby nie do końca wierząc, że gdyby podjechała pod ich/jego/jej? dom w Surrey to spotka wyczyszczone przez policję wnętrze, puste i zimne, pachnące meblami, a nie życiem, Kornelem, rozczarowując się, nadal gdzieś jednak marząc, by całe to świństwo było jedną wielką, przykrą, ukrytą kamerą. I choć miała w Surrey parę potrzebnych rzeczy, nie miała ani czasu, ani siły, ani mocy wewnętrznej, by zdobyć się i pojechać tam.
Zresztą, teraz nie to było istotne. Ważniejsze było, by utrzymać we względnym pionie Pru, która, jak teraz Chloe czuła, śmierdziała alkoholem, zmiksowanym z jakimiś mocnymi, męskimi perfumami, imprezą, papierosami i czymś słodkim jak grenadyna. Może to właśnie to było tą pomarańczową plamą na jej koszulce? I chociaż domyślała się tylko, że przyjaciółka jej uciekła w najprostszą drogę jednonocnego zapomnienia o tragedii, byłą pełna obaw, czy Pru czasem nie umiera, bo tego by już nie wytrzymała zupełnie, nawet gdyby miała sobie sama roztrzaskać w proch czaszkę o metalową poręcz, albo marmurowe stopnie schodów.
Patrzyła zatem, gotowa nawet stracić przytomność zrywając się do słuchawki, żeby ewentualnie zadzwonić dla niej na pogotowie, kiedy niespodziewanie, gdzieś między jedną wstrzymywaną falą płaczu a drugą znalazła się w szczelnym uścisku szczupłych, prudkowych ramion, zwalniającym automatycznie wszelkie dotychczasowe blokady i bariery. Zaczęła płakać, łzy lały się po jej policzkach strumieniami, całe ciało jej drżało, zanosząc się w tych spazmach, mocno przyciskała Prudence do siebie, trzymając ręce na jej plecach.
- On... naprawdę nie żyje. Widziałam. Boże... - bełkotała, zapewne mało wyraźnie, jedną tragedię temu zostawiając za sobą wszelką troskę o wygląd, zatem nawet nie miała nawet jak zostawić na ubraniu Pru jakąś część swojego makijażu, który już dawno spłynął z jej twarzy. Może nawet w kostnicy, pozostając przy Kornelu zamkniętym w czarnym worku. - Ja chcę do niego - odsunęła się nieznacznie, żeby spojrzeć prosto w oczy Sokolicy, wcale nie żartując. Była w tak skrajnym stanie, że gdyby tylko nie była przytrzymywana i skrajnie wycieńczona, właśnie by się wyrywała i biegła do kuchni po cokolwiek ostrego. Jak najszybciej, bez względu na ból.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 20:44

Prudence chciała być potrzebna.
Zawsze, wszędzie, w każdej głębszej, istotnej dla niej i niosącej prawdopodobieństwo sporego zaangażowania relacji - najważniejszym dla Wright było uczucie, że nie jest zbędna. Że nie zapomniana, że jej obecność jest istotna i nie uważana za nieistotną, bez której wszystko toczy się swoim biegiem bez najmniejszej zmiany. Był taki okres w przyjaźni demarchelierowsko-wrightowskiej, który nie był niepokojony nawet najlżejszą, najdrobniejszą obawą o faktyczne... znaczenie? istotę? wpływ? Kiedy naprawdę było bezwarunkowo i mimo wszystko na zawsze, dobre i złe. Bo - tak - było bajkowo. Do czasu. Ostatniego - w zasadzie. Nigdy przedtem nie czuła się na tyle zlekceważona - mimo wcześniejszych zawirowań między Lisicą a pewnym cholernie bliskim Sokołem - by móc wątpić, co działo się przecież przez ten cały czas od wrzosowiskowej dezercji. Bo tak, Pru zwiała, najnormalniej uciekła przed koniecznością stanięcia twarzą w twarz z problemem i ludźmi jej najbliższymi, decydując się na czas zupełnej absencji od... bliskich jakkolwiek. Później wróciła, później niewiedza, zero kontaktu, ignorancja i unikanie. Później ta przedziwna rozmowa nad brzegiem Serpentine, która w zamyśle buntowniczej (wówczas. przez kilka chwil) Pru miała wyglądać zupełnie inaczej. Rozmowa, która wzbudziła nadzieję. Na to, że jednak w najbliższym czasie Wright wątpić nie będzie musiała.
To wszystko było tak i s t o t n e dla Prudence, która miała przecież powoli, drobnymi krokami docierać do faktycznych zamiarów, miała być ostrożną i nie unosić się zbyt prędko hurraoptymizmem. A teraz? Wszelka ostrożność i asekuracyjne oglądanie się za siebie nie znaczyło n i c.
Kiedy Prudence zamknęła w szczelnym uścisku Chloe, poczuła jak dociera do niej uderzeniowa dawka bliskości, bez cienia dystansu, bez szansy na racjonalne przemyślenie kwestii. Prudence naprawdę coraz częściej myślała o tym, jak cudowanie byłoby móc czuć przewagę uczuć nad myślami, jak... nie, nie prosty a bezpośredni byłby świat w jej oczach. Uraza nie byłaby chowana, szczęście nie dawkowane - tak w razie czego albo coby nie zapeszyć. A ból bezwarunkowy. Przepływający między komórkami dwóch wtulonych w siebie ciał. Niesamowicie fizyczny - co zaskoczyło Wright. Nie spodziewała się takiego zesztywnienia, dreszczu przebiegającego wzdłuż kręgosłupa i kończyn, kiedy usłyszała słowa Lisicy. Nie byłą przygotowana na bezdech, poprzedzony wypuszczeniem z siebie wszelkich pokładów powietrza, które w jej płucach były. Poczuła się, jakby dopiero teraz usłyszała o śmierci Kornela tak naprawdę. Jakby te wszystkie godziny wyparcia i roztrząsania, niepewności i obaw nie miały żadnego pokrycia z prawda, tudzież dotyczyły zupełnie innej osoby.
Dobrze, że Chloe znów na nią spojrzała, że oczom Pru ukazała się przejęta strachem, determinacją twarz, która kazała jej nie pozwalać sobie na wybuch. Właściwie nie było to trudne. Przecież te kilka słów, wypowiedzianych przed chwilą przez Chloe zwyczajnie ją ogłuszyły. Była wciąż zdezorientowana, niesamowicie zaskoczona, obarczona tym wszystkim nagle - Chloe z kolei wyglądała na osobę, która ze wszystkim była... nie pogodzona, ale wszystkiego pewna, świadoma. I dlatego niebezpieczna. Dla samej siebie - co przeraziło Prudence. I otrzeźwiło. Nie pozwoliło na rozsypkę, tudzież zasugerowało pozbieranie się z niej w trybie natychmiastowym. Biorąc spazmatyczny, oporny wdech, położyła dłonie na policzkach brunetki, nie pozwalając jej na przerwanie kontaktu wzrokowego.
- Wiem - wychrypiała, wydając z siebie głos chyba pierwszy raz od trzech godzin. - Wiem, że chcesz - Prudence bała się słów. Była za mało obiektywna, zbyt zaangażowana i też dotknięta, by uskuteczniać jakiekolwiek próby perswazyjnej rozmowy, która nakłoniłaby pogrążoną w rozpaczy dziewczynę do zmiany nastroju kilkanaście godzin po śmierci ukochanego. Najważniejszym dla niej było teraz zachowanie względnego spokoju i uświadomienie Chloe, że ona uciekać się do tego nie musi. - A ja chcę być z Tobą - dla Ciebie? dodała tylko, zjeżdżając dłońmi na łopatki brunetki i hamując łzy, które mogły spowodowane być prędzej obserwacją dramatu, rozrywającego się na jej oczach, niż jego bezpośrednią przyczyną.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Hol   Sro 29 Sie 2012 - 22:55

Znowu było tak, że to Pru okazywała się być tą ogarniającą sytuację. Dlatego chyba była Klołce potrzebna, bo o ile bez problemu radziła sobie z codziennymi drobnostkami, i swoimi i jej (czwartoklasistka-hejter i inne błahostki, za które Chloe brała się nawet nie kryjąc radości, że może trochę lisio pomaszkecić), to kompletnie traciła wewnętrzną równowagę przy poważnych sprawach, z którymi radziła sobie coraz gorzej wraz z kolejnym dramatem i kolejną tragedią, nawet w takim aspekcie przeciwieństwem Wrightówny będąc. Chciała, tak bardzo chciała też umieć ewentualnie jej pomóc, być tymi obejmującymi ramionami, dłońmi, w których znajdowała się zmartwiona twarz, właśnie to jej przecież obiecywała jeszcze wczoraj, nawet jeśli teraz wydawało jej się to zamierzchłą przeszłością, bo tyle zdążyło się wydarzyć.
Teraz widziała, jak bardzo jej potrzebowała przez cały ten czas dziwnego rozłączenia, przez - znów - dramy, tak błahe, porównując do akcji teraźniejszej. Zresztą, Pru musiała czuć się podobnie parszywie, sama przyjaźniła się z Kornelem, zatem wiedziała jak chociaż po części musi się czuć Klołka.
Los igrał sobie z nimi wyjątkowo obrzydliwie i gorzko, chciały się godzić, to będą musiały to robić tęskniąc za tą samą osobą, która należała już do przeszłości. Ich wspólnej.
Jednak teraz Chloe patrzyła w blade, nieco przekrwione oczy Pru, bezsilnie opuszczając ramiona wzdłuż ciała, by po chwili zwiesić głowę, zaciskając bardzo mocno zapłakane oczy. Uciec od tego... jakie samobójstwo było wygodne! Taki złoty strzał, minuta niepoprawnego haju, by potem przypłacić ten stan własnym życiem, umyślnie i świadomie, decydując się na taki krok, poświęcając wszystko sześćdziesięciu sekundom, bo tyle według biegłych miała trwać ta śmierć. Nóż w tętnicę, kulka w skroń, trucizna w soku, możliwości było przecież tak wiele. Większość w zasięgu ręki, jakim problemem byłoby pójść do ojcowskiego gabinetu po zdobiony, złoty nóż myśliwski i rozciąć śliskim cięciem przedramię, zupełnym przypadkiem otwierając sobie żyły. Żadnego więcej bólu ani cierpienia - egoistyczny spokój i nadzieja, że trafi znów do niego, dopiero wtedy zacząć poznawać znaczenie słów "na zawsze".
Nie umiała się jednak ruszyć, oddychając nieregularnie, przerywanie i spazmatycznie, nie mając siły by oprzeć się jej dłoniom, które unosiły jej twarz do góry, czując jak jeszcze skądś wyciskają jej się kolejne łzy. Wiedziała, że Chloe pragnęła teraz tak bardzo usnąć i nigdy się nie obudzić. I już miała, korzystając z dużo lżejszego uścisku, udać się do tej nieszczęsnej kuchni, albo gdziekolwiek, nawet jeśli miałaby wbić w siebie pogrzebacz kominkowy, gdyby nie kolejne słowa.
Dające nadzieję? Nie, na aktualnym etapie swojego życia nie miała już na nic nadziei, wypruta ze wszystkiego, co pozytywne, bez sił na wzięcie poprawnego, wydajnego oddechu. Może umrze sobie nagle przez uduszenie, bo zapomni sobie wziąć trochę powietrza raz na kilka minut? Ciekawa koncepcja, jednak nadal oddychała, jej serce nadal biło, choć wolno, i cały szereg innych życiowych czynności zachowywała, co niestety mijało się z jej największym, aktualnym pragnieniem.
- Jestem tylko Twoim problemem, Pru - wyszeptała, gdy znów była obejmowana ściśle przez Sokolicę, ogłuszona nadmiarem... wszystkiego. Wciąż i wciąż targana niesłabnącą chęcią ukrócenia tej katorgi konkretnym czynem z jednym tylko skutkiem. - Myślałaś kiedyś o tym tak? - czyżby tryb masochizm? Wypowiadała na głos to, czego przecież tak koszmarnie się ostatnimi czasy bała, dodając sobie jeszcze więcej ciężaru, jakby konieczność dźwigania śmierci Kornela to było za mało.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Hol   Czw 30 Sie 2012 - 0:56

Najważniejsze to na to nie pozwolić. Ugasić, zneutralizować, zmniejszyć siłę rażenia i nie tracić czujności. Właściwie stan Chloe był dla Prudence oczywistym wyzwaniem ale i motywatorem do działań zgoła innych niż te demarchelierowskie. Powodowało orzeźwienie i zapalenie się lampek ostrzegawczych zbiorowo, we wszystkich pofałdowaniach i zagięciach prudkowego umysłu. Którego właścicielka wiedziała, że przyjaciółka nie może dostrzec w niej krztyny rozpaczy, dramatu i słabości. Widocznie to nie tylko w relacji z Aidenem uzdrawiającym okazywało się... uzupełnianie, zamienne wykorzystywanie porywów nagłego emocjonalizmu i nieoczekiwany zastój i martwica.
Należało się spiąć w sobie i zupełnie oddzielić grubą krechą od całego syfu, którym BEZPIECZNIE będzie w stanie zasypać się dopiero, kiedy Chloe chociaż w miarę ogarnie. Prudence nie wiedziała do końca czy jest to empatia, zwyczajna troska czy irracjonalny strach o dziewczynę i przed tym, na co będzie się w stanie zdobyć, przełknęła jednak głośno ślinę wraz z całą falą uderzeniową cisnących się na język pytań, jęków i głośnych protestów. Zjawiskowy wysiłek jak na osobę, której stan zupełnego napierdolu jeszcze nie minął, a wizja kaca stulecia zbyt odległa była. Nieistotna prędzej.
Zbierając w sobie cały zapas zdecydowania i sił (wątłych. czyżby przeziębienie?) odsunęła delikatnie Demarchelier od siebie po to, by łagodnie sprowadzić ją do parteru pewna, że żadnej z nich nie przeszkadza aktualna lokacja. Usiadła obok, krzyżując nogi w kostkach i - zanim pozwoliła głowie Klołki opaść na jej osobistyczne wychudzone prudensowskie ramię - jeszcze raz zmusiła ją do w miarę ogarniętego kontaktu wzrokowego, trzymając w dłoni mokry, załzawiony, trzęsący się podbródek dziewczyny.
- Wiesz, bo jeszcze jest taka jedna sprawa Chloe, że - westchnęła, widząc jak ciężko Lisica ogarnia rzeczywistość i podejrzewając, że widzi ją, Prudkę, jako jeden wielki rozmazany kształt - obiecałaś mi coś - dodała, jeszcze przez moment z emfazą wpatrując się w cierpiętniczy wyraz twarzy Chloe, po czym ułożyła się tak, by - kiedy tylko łkające stworzenie ponownie poczuje potrzebę - mogła wtulić się w nią całym jestestwem.
Jedną ręką przyciągnęła za łańcuszek granatową torebkę, chcąc wygrzebać z niej jakiekolwiekchusteczkopodobnecoś. Rozprawiła się z zapięciem, sięgnęła dłonią i próbowała na oślep wytropić wewnątrz... pustki? Ściągnęła brwi, z lekkim niepokojem ponawiając czynność i rejestrując nieprzyjemny fakt PUSTKI torebkowej. Którą niesamowicie zlała, czując że podobne nieprzyjemne fakty mogłyby ją teraz szturmowo zalać i nie przejęłaby się nijak. Pokręciła głową, wracając wzrokiem do nieogarniętej Chloe.
- Ale nie do końca miałaś rację, Demarchelier - mruknęła, czując niebotyczne zawroty głowy i intensywny zapach włosów Chloe, w które się wwąchiwała. - Nie wychodzi dobrze, kiedy stara się jedna - dodała. Napełniała Demarchlier nadzieją? Nie. Prędzej ż y c i e m. Chciała ją jakoś... wzniecić - bo prezentowała się jako zupełnie wygasły płomień. Którego nie może zabraknąć dla samej Prudence. Która musi zacząć myśleć szerzej, innymi, niekoniecznie nowymi ale starymi, zaufanymi ścieżkami. Wiedzieć, że Kornel nie był wszystkim.
Przez jej całe ciało przechodziły dreszcze zimna, strachu dodatkowo, kiedy przypominała sobie o wiadomości od Lancastera, poprzedzającej tą Klołkową o kilka godzin. Miała podziękować Demarchelier. Ale za co? Prawdopodobnie nigdy nie podejmie trudu upewnienia się co do tej kwestii.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Hol   Czw 30 Sie 2012 - 11:11

Zawroty głowy powoli i miarowo nasilały się, aktualnie powodując ćmiące otępienie, jeszcze większe ograniczenie w odbieraniu bodźców zewnętrznych, toteż skupić się mogła na, znów, myśleniu destrukcyjnym - bo przeszłym. Konkretniej, rozgrzebywała teraz długimi paznokciami całe sterty wspomnień, pozwalając obrazom wypływać przed jej oczy, czując się z każdą sekundą coraz gorzej, o ile jeszcze nie osiągnęła apogeum. Bo jeśli już osiągnęła, to mogła sobie sama naklejkę podarować na największą masochistkę stulecia, przybić piątkę, pogłaskać po główce i powrócić do umartwiania się od środka, tworząc jałowe, wypalone podłoże na o wiele gorsze rzeczy, które były przed nią, jak bezpośrednie uderzenie tego, że to koniec, ich koniec. Co przemawia lepiej niż nagrobek z wykutym imieniem, nazwiskiem i chwytliwym hasełkiem w stylu "ukochany narzeczony, przyjaciel, syn, brat"?
Biernie pozwoliła posadzić się na chłodnej posadzce, kierowana dłonią Pru patrzyła na nią tak, jak ta chciała. Zupełna bierność, kosmiczna bezsilność, absolutny brak mocy, agonia, pół życie-pół śmierć, lecz daleko temu było do jakiejkolwiek nirwany. Była cała tak sztywna i odrętwiała, tak zmęczona, jej mięśnie były tak stwardniałe i bolące, że miała wrażenie, że zasnęłaby nawet w takiej pozycji, gdy Prudence trzyma ją za podbródek.
Ale znów, bodziec, krótki impuls elektryczny, który kazał jeszcze przez chwilę pozostać przy surogatach zmysłów, przypomnienie, ton głosu rozkazujący uruchomienie myślenia ponownie, chociażby na minutę, by informację przetrawić i ułożyć słowa w odpowiedź. Przymknęła na chwilę oczy, gdy do niej wreszcie dotarło - rzeczywiście. Obiecała, a Chloe Demarchelier nie rzuca słów na wiatr. Obiecała, że będzie walczyć, nawet jeśli okoliczności zmieniły się tak diametralnie. A walka oznaczała czynny udział we wszystkim, w każdym razie z całą pewnością NIE oznaczała samobójstwa, nawet jeśli w tym momencie nęciła ją wizja śmierci i odpłynięcia w krainę wiecznego spokoju.
Westchnęła cicho i zagryzła usta, zatrzymując na chwilę potok łez. Bo dostrzegała w oczach Prudence... zaciętość? pijaną jeszcze trochę, ale wciąż niezłomność? wyraźnie wymalowaną obietnicę zwrotną?
- Obiecałam... - powtórzyła, składając jakoś nogi, niemalże przodem do Pru siedząc, choć dość blisko ściany, że niezbyt wiele miejsca chwilowo miała. Co jej nie przeszkadzało, a raczej kompletnie nie zwróciła na to uwagi, drobne swe ciało kompresując tak, żeby była zdolna utrzymać się jeszcze przez chwilę w tym siadzie, aktualnie podpierając się na wyprostowanych rękach po swoich bokach. Z czego jednak prędko zrezygnowała, na rzecz położenia głowy gdzieś w okolicy drobnej, prudkowej piersi. I spokojnego odetchnięcia, gdyż już nie musiała spinać całego ciała, by utrzymać się w jakiejkolwiek pozycji pionowej, a zwyczajnie oparta i ramieniem zapewne dodatkowo podtrzymywana, nie bała się spłynięcia na zimne płytki.
- Jak tylko masz siłę... - podjęła słabo, już nie płacząc, a oddychając spokojnie, powietrzem swoim domowym, ciepłym i kojącym, zmiksowanym z wonią prudkową, która aurą ją otaczała, jak jakąś osobę świętą. Może nawet była święta? No przy Chloe z całą pewnością.
- To postaram się wszystkiego z Ciebie nie odessać - dodała jeszcze ciszej, nie mając już zupełnie siły na wydobycie z siebie nawet głośniejszego dźwięku i oplotła pas Pru rękami, plącząc je gdzieś na wysokości jej lędźwi. Punkt wyjścia, miejsce już niejako im obu znane - bez Aidena i bez Kornela, we dwie, dla siebie nawzajem, pijane i smutne. Nawet jeśli jedną i drugą lokację dzieliły przepastne dwa lata dramatów i morze wyrzutów sumienia, tych klołkowych.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Hol   Pią 31 Sie 2012 - 11:23

Prudence zaciekle kibicowała samej sobie i Chloe. Właściwie Lisica mogła jej słowa ostro wykpić przecież i zasugerować, że blondynka chyba jebnięta ostro jest i nie myśli racjonalnie, skoro wymaga jakiejkolwiek działalności, normalnego funkcjonowania i przy okazji wywiązywania się z obietnic. Jakichkolwiek. Mogła się obrazić i zapłakać nad tym, jak nierozumiana przez własną przyjaciółkę jest, jednocześnie zupełnie zamykając się w sobie.
A to z kolei oznaczałoby klęskę dla Pru. Bardzo chciała potrafić mobilizować, odwracać uwagę, rozjaśniać sytuację i inne drogi niż zupełna histeria wskazywać. Gdyby było później, gdyby nie bło to tak świeże i bez przerwy rozdrapywane, być może zdołałaby uczynić coś więcej, niż zwykłe towarzyszenie. Wright i Demarchelier różniły się od siebie pod każdym względem. Nic zaskakującego, że i sposób w jaki miały radzić sobie z wszelkimi problemami był diametralnie inny. Prudence potrzebowała policzka. Wymierzonego mentalnego uderzenia, które przywołałoby do porządku, nie pozwoliło na zgubne uruchomienie wszelkich pokładów emocjonalizmu, na trzęsawicę i panikę. Słowo krytyki działało ja nią silniej niż pocieszycielskie słowo. Ba, cała odezwa. Nawet jak z najszczerszego serca płynie.
Chloe z kolei była tą, której należy pozwolić na zupełne uzewnętrznienie, której pomoże towarzystwo Wright zarówno wtedy, kiedy niewyczerpanymi potokami łzy jej płyną po policzkach (keep going) jak i przy okazji demolowania najbliższych czterech pomieszczeń przy napadzie nieogarniętej furii i wściekłości (coming soon). Aktualne zdarzenia były dramatami... wyższego poziomu. Prudence nie mogła sobie do końca wyobrazić co czuje Demarchelier, chciała jedynie uczynić co w jej mocy, w celu odwrócenia myśli zapłakanej dziewczyny od destrukcyjnych myśli. Mimo, że minęło kilkanaście godzin. Jak najszybciej.
Dlatego słowa wypowiedziane przez Chloe przyniosły małą, bo praktycznie niezauważalną przy ogromie negatywnych emocji, ulgę. Brunetka nie gryzła, nie kopała, nawet nie zignorowała, a na odpowiedź się zdobyła. Przytulając drobne ciało, wstrząsane co kilka sekund falą dreszczy, Pru niewerbalnymi sposobami pozwalała Klołce wypłakać się do oporu, praktycznie nie musząc nawet hamować swoich własnych, osobistycznych łez - po prostu ich nie było.
W tym całym syfie, kumulacji zdarzeń z ostatnich dwudziestu czterech godzin, Prudence niepokoiła jedna, prawdopodobnie nieodstępująca jej ostatnimi czasy na krok obawa - były tutaj razem. Blisko, bezgranicznie wspierające (Prudka Klołkę), stuprocentowo ufające (Klołka Prudce). Płacz i zgrzytanie zębów. Żałoba i utrata. Jak w akademickim pokoju Chloe. Wright miała mnóstwo wątpliwości. Dlaczego w swoje ramiona popchnęła je dopiero taka tragedia? Znów?


i proszę, retoryczne zt <3

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Hol   

Powrót do góry Go down
 
Hol
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Demarchelier (Notting Hill)-
Skocz do: