IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sypialnia Meredith

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Sypialnia Meredith   Pią 24 Sie 2012 - 22:04

[You must be registered and logged in to see this image.]

Pokój jasny i przestronny, bardzo w stylu Meredith, z wieloma odniesieniami do sztuki. Jak mówi Blaise Collier (:*): dziewczęcy, dziewiczy i idealny. W sumie taki właśnie jest : D

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 2 Paź 2012 - 15:40

Mieli dzisiaj wyjście na wystawę do National Gallery, przynajmniej grupa wybrańców, chodzących na kursy malarskie z Lindą i historię sztuki z Izaakiem. Wypożyczono jakiś barokowy obraz z Cambridge, jakiegoś wybitnego klasyka XVII-wiecznego, który koniecznie musieli zobaczyć, bo to jedyna taka szansa! Meredith nigdy fanką baroku nie była, po przeanalizowaniu najważniejszych cech, które pewnie będą musieli w szkole omówić, uciekła w głąb galerii, do van Gogha i Moneta, Cezanne'a i Velazqueza. Za każdym razem widziała w nich coś nowego, coś inspirującego i pochłaniającego uwagę, kierującego natchnienie na nowe tory.
Dzisiaj inaczej nie było. Podziwiała jak zwykle ślady pociągnięć pędzla na 'Słonecznikach', błagając w myślach wszystkich bogów, by mogła kiedyś osiągnąć takie mistrzostwo, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł zgoła spontaniczny, nieidealny i w żadnym wypadku taki, o którym i van Gogh mógł pomyśleć. Pomysł, o którym Blaise marudził jej od dawna, całe rysowniki pokrywając projektami odnawiania jej pokoju. Ale ona nie chciała projektów, nie chciała równych linii, mieszaniny zdecydowanych i pastelowych kolorów. Chciała wszystkiego.
Wyciągnęła więc Blaise'a sprzed jednego z obrazów Sisleya, usprawiedliwiła w biegu przed Lindą i w metrze (tak! pojechali metrem!) wytłumaczyła swoją ideę, ciągnąc go do jakiegoś marketu budowlanego po farby. Kolory miał wybierać on, w tym zawsze był lepszy - a ona szukała ozdobników, ramek, kontaktów i wszystkiego tego, co mogliby potrzebować. Uśmiechała się jak szalona całą drogę do domu, z równie obłąkanym uśmiechem wyciągając z szafy ostatni rocznik Daily Telegraph, mający posłużyć do przykrycia podłóg. Niecierpliwiły ją minimalistyczne ściany i pierdółki, ustawione wszędzie, takie białe, takie sterylne. Nieidealne w swojej perfekcji.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 2 Paź 2012 - 16:38

Blaise nieszczególnie chadzał szkolne zajęcia ze sztuki, te ponadprogramowe, nie do końca przepadając za panią Chodzący-Optymizm-ależ-kotku-mów-mi-Linda, jednakże wiedział, że jest silnym wsparciem i dla Mer, i jak egoistycznie twierdził - dla Issaca, zatem uczęszczał raz na jakiś czas. A z racji wyjścia do National Gallery, do której i tak się wybierał, jednak jakoś dziwnym trafem, przynajmniej ostatnio, lądował z Mer u niego. Dochodząc do innych rzeczy niż gmach galerii.
Koniec końców jednak pojawili się, jednakże Blaise, którego również twórczość baroku zupełnie nie wciągała i traktował ją jako zbyt ograniczoną. Bez żadnego przekazu ponad religijnym. Ewentualnie, że ludzie i tak mieli w dupie wszelkie morale, bez zważań na pozornie bogobojną epokę nie rezygnując z perwersji, z drobną różnicą między dniem dzisiejszym, w postaci owych perwersji uwieczniania. Dzisiaj na kamerach, żeby jak najszybciej wrzucić na redtube, kiedyś, o ile w ogóle, to mozolną pracą na płótnie, w zbyt ciemnych kolorach. Ale tu jest subiektywny z całą pewnością, będąc fanem impresjonizmu foreva.
Nie przejął się zupełnie obrazami, na które rzekomo mieli zwrócić uwagę, od razu kierując się w swój ulubiony sektor, miliardowy raz wpatrując się w Sisleya, żeby potem pokontemplować najnowszą wystawę miejscowych impresjonistów, prezentującą słoneczne, tegoroczne lato. Był szczerze pod wrażeniem, jednakże nie zdążył wystarczająco długo powgapiać się w swojego mistrza, żeby jeszcze dokładniej zapamiętywać każde zgrubienie farby, każde załamanie światła, każde pociągnięcie pędzlem, wyobrażając sobie ruchy sisley'owego nadgarstka, gdyż stanowczo zbyt szybko znalazła go Mer (chyba robi się przewidywalny...), wyprowadzając poza galerię, ciągnąc w kierunku metra, strzelając słowami wyjaśnień jak z karabinu maszynowego. Blabbla remont, blablabla miałeś rację, blabla IDZIEMY KUPIĆ FARBY BO NAM SKLEP ZAMKNĄ, NO NIE WLECZ SIĘ TAK BLAISE, SPÓŹNIMY SIĘ NA METRO. Zatem biegł, nawet nie wywracając oczami, przywołując przed oczy pokój Tremaine i wrzeszczącą wręcz konieczność zrobienia tam CZEGOKOLWIEK, co tchnie tam życie. Chociaż jedno pomieszczenie w tym matematycznym domu byłoby znośne.
W swoim wyborze, niezbyt przejęty że to spora odpowiedzialność, postanowił kierować się umiarkowanym impresjonizmem, na rzecz pochylenia się ku ekspresjonizmowi. Wybrał zatem słoneczną żółć, intensywny fiolet i piękny błękit zimowego nieba, milcząc, gdy przyszło mu do targania hektolitrów emalii, bo oczywiście nie dała sobie rozsądnie wytłumaczyć, że i tak jego samochód jest pod galerią i o wiele wygodniej będzie przewieźć wszystkie materiały prosto pod jej dom ze sklepu, bez konieczności dźwigania ich ze stacji pod jej drzwi.
Zdążył tylko napisać smsa do collierskiego kamerdynera, żeby zorganizował wszystko tak, aby zabrać jego auto spod galerii do domu, bo niedługo potem już rozkładali z Mer gazety na podłodze w jej pokoju, chowając część rzeczy do kartonów.
- Zacząłbym od tamtej ściany żółtej, będzie pięknie odbijać promienie słońca padające przez okno - zaczął rozmyślać na głos, patrząc na ścianę naprzeciwko okna, która wedle jego wizji była złota jak słońce, które na nią pada. Podszedł do Mer od tyłu, przerywając jej rozkładanie podłogowych zabezpieczeń, zakrywając dłońmi jej oczy i zaczął mówić jej do ucha.
- Wyobraź to sobie - ciągnął melodyjnie - każdego dnia będziesz mieć słoneczny pokój. Ściana za łóżkiem będzie fioletowa, a ta naprzeciw niej błękitna, chociaż i tak przyciemniłbym tamtym fioletem. Nabierze cieplejszego widma. Jak Twoje oczy gdy się śmiejesz, jeśli akurat nie porywasz mnie w czeluście metra - puścił ręce, całując ją w szyję i podszedł do pudełek farb otwierając je.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 2 Paź 2012 - 17:14

Mając do wyboru biologię, chemię, ekonomię i setki innych nudnych, ścisłych, wymagających wybitnych zdolności i predyspozycji zajęć oraz wszelkie możliwe fakultety związane ze sztuką, oczywiste było, że Mer wybierze artyzm. Poza tym lubiła Lindę, mając do niej szczere zaufanie - nie była skostniałą starą panną ani demoniczną mężatką, nie wymagała niemożliwości, a w swoim gabinecie często miała dobrą herbatę. Przyjemnie było spędzić godzinę czy dwie na rozmowie z osobą, która sztukę ceni na równi z tobą, spojrzy na nią z kobiecego punktu widzenia i nie zacznie rozpraszać cię pocałunkami w trakcie wywodu o wyższości dywizjonizmu nad pointylizmem. Co, tak poza tym, miało swój niezaprzeczalny urok i zdecydowanie także było powodem szybkich zmian decyzji co do celu odwiedzin owej Galerii Narodowej.
Barok był zabawny - kiedyś Meredith wydrukowała wielkie "Narodziny Wenus", rozwiesiła na ścianie, a potem stanęła obok, w identycznej pozie co Wenera, porównując swoje nagie ciało z wizerunkiem boginki. Uwieczniła nawet to na zdjęciu, wyciągając je w chwilach wyjątkowego przytłoczenia całokształtem rzeczywistości i śmiejąc się zarówno ze swoim wystających bioder, przebijających się przez skórę żeber i patykowatych nóg, jak i bujnych kształtów Afrodyty. Nie była fanką owej bujności, rozplenienia, ledwie Berniniego za wybitną jednostkę z tamtej epoki uważając. Reszta to tylko zakłamani hipokryci, na czele z papiestwem.
Niemniej jednak, to właśnie porównanie przepychu baroku z elegancją impresjonizmu wywołało ciąg skojarzeń, inspiracji i poskutkowało ideą, konieczną do spełnienia, teraz, zaraz, JUŻ. Czerń i biel, przeklęty, nudny minimalizm żywo kojarzył jej się właśnie z barokiem - w pewien pokrętny sposób przekaz był ten sam: bogactwo, wyrafinowanie, powaga. Impresjonizm był uczuciowy, a tego w jej pokoju brakowało. Był sztywny, zupełnie nieprzytulny, nudny i zaciśnięty. Rozsądny.
A tego właśnie chciała uniknąć, wszelkie protesty na temat samochodów ucinając przewróceniem oczu i ukradzionym buziakiem.
Nakręcona myślą o właściwie nowym etapie życia, w pewien sposób, przez chwilę była głucha na cokolwiek. Dopiero delikatny dotyk jego dłoni i cichy, aksamitny głos przy uchu sprawił, że zatrzymała się na chwilę. Z delikatnym, spokojnym uśmiechem przykryła swoimi palcami wierzch jego dłoni, tylko traktując jako kotwicę w rzeczywistości, w umyśle znajdując się w tym odświeżonym pokoju, w znacznie innej sytuacji.
- Ale niech każde pociągnięcie pędzla będzie widać. Niech będą ślady, gdzie ściekała farba, a gdzie dla odmiany zamiast żółtego maznęliśmy farbą fioletową - odpowiedziała rozmarzona, spoglądając z taką właśnie radością w oczach, o jakiej on mówił. Nie mogła się już tego wszystkiego doczekać.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 2 Paź 2012 - 18:58

Właśnie, pokój Mer był rozsądny. Cały jej dom był do szaleństwa rozsądny, minimalistyczny, chłodny i niezachęcający, nawet jeśli sam w sobie, jako architektoniczne wnętrze był ciekawym projektem na dość laboratoryjny dom pełen światła. Jednakże w mniemaniu Blaise'a miejsce to wyrabiało normę rozsądku w życiu Mer, a on poczuwał się do tego, żeby tak zostało. Homeostaza zachowana, kiedy przekraczała próg domu, znów umazana farbą, w nocy, z jeszcze sercem bijącym zbyt szybko, bo mogli jeszcze się kochać na tylnych siedzeniach samochodu.
Kiedy skończyli obkładać podłogę gazetami i chować rzeczy do pudeł, cieszył się jak dziecko, że będą malować jej pokój, jakby to było niesamowitą rozrywką. Chociaż zdążył przywyknąć, że od kiedy dopisuje mu taki świetny humor, nawet odrabianie fizyki, czego zwykle nie robił, a zaczął, okazywało się jakieś znośne. W każdym razie cieszył się niezmiernie z remontu pokoju Mer, mając serdecznie dość nieskazitelnej przestrzeni, w której czuł się źle i nieswojo, preferując swój pokój, pachnący perfumami, słodką kawą i terpentyną. I teraz mieli oboje zrobić od nowa miejsce, które będzie ich kolejnym, wspólnych obrazem, choć innym rodzajem niż robili do tej pory. Już nawet widział, jakim idealnym dopełnieniem będą jakieś ich rzeczy, a w szczególności norweski pejzaż.
Blaise ucieszył się gdy się dowiedział, że Grindoya nie została sprzedana, a Mer jednak ją zachowała. Od razu widząc ją jako jedyny pozornie niewyrazisty, ale w rzeczywistości szalenie emocjonalny dla nich samych obraz, idealny na fioletową ścianę. Bardzo chciał, żeby Mer to wszystko widziała, dlatego też zasłonił jej oczy, żeby odciąć ją od schematycznych linii, które jeszcze były jej pokojem i żeby mogła od podstaw stworzyć w wyobraźni obraz, aby go potem modyfikować wedle pragnień, w końcu to ona będzie tu potem żyć.
Odwrócił ją do siebie, kiedy skończył krótki, ale najwyraźniej wystarczający opis swojej wizji, uśmiechając się na to, co dopowiedziała. Bo to świadczyło jakby o jego małym zwycięstwie z metodyzmem Tremaine, przez tak długi czas niezłomnym. Jednak teraz... domagała się tego, co dla Blaise'a było nawet bardziej niż naturalne, a to zawsze krok wprzód. - Cieszy mnie, że tak mówisz, bo niestety moje umiejętności remontowe nie są jeszcze idealne - zaśmiał się i pocałował ją przelotnie, rzeczywiście zabierając się za mieszanie tych farb drewnianą pałeczką, żeby potem wylać żółtą na podstawkę i zamoczyć w niej pędzel. Zgodnie z zasadą - malujesz jesteś brudny, na jego szarej skarpetce od razu pojawiła się słoneczna plamka, a Blaise poczynił honory pierwszym maźnięciem koloru w laboratorium, błędnie zwanym pokojem Mer. Zatrzymał się jednak ja chwilę, zerkając na jego towarzyszkę, pozwalając sobie na krótką kontemplację jej stroju. Wywrócił oczami na widok jej, nadal w marynarce i bluzce-nie-do-malowania, zapewne z jakiegoś świetnego sklepu, na czym Blaise nawet nie chciał się znać. Odłożył jednak pędzel, zdjął z niej marynarkę i bluzkę, w zupełnie nie perwersyjnym geście.
- Będziesz zaraz cała brudna - ostrzegł jakby mówił do małej dziewczynki, odrzucając ubrania na krzesło, samemu, jak zwykle, zupełnie nie przejmując się ewentualnymi plamami niemożliwymi do sprania, już nawet przestając doprowadzać tym do szału swoją matkę. Zaczęła się uspokajać, kiedy nie zniszczył farbami niczego droższego od zajebiście burżujskich spodni od garnituru. - I tak lepiej Ci jest bez - dorzucił, jednak wszelkie tego typu uwagi stały się już na tyle powszednie, że nie musiał się nawet bawić w zniżony ton głosu, a po prostu sięgnął po to, co generalnie go od malowania odciągnęło (po taśmę) i zaczął obklejać brzegi miejsca, gdzie zaczynał malować, by nie wjeżdżać na inne ściany i do machania pędzlem powrócił.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Sro 3 Paź 2012 - 20:26

Proste czynności miały zdecydowanie większy urok, kiedy były wykonywane we dwoje. Na przykład chociażby nauka geografii przez smsy, kiedy obydwoje robili coś sami, w dwóch różnych końcach szkoły - ale pytanie się nawzajem ze stolic państw odniosło sukces, w dziennikach zostawiając wyraźne A. Zabawnie było komentować nazwy, chociażby tego Wagadugu - już zawsze będzie pamiętać, że to stolica Burkina Faso, a nie Beninu. W ogóle wszystko nagle stało się na powrót właściwe, tak jakby te wakacje nie były odpoczynkiem, tylko wyjątkowo ciężkim czasem, po którym dostała zasłużony odpoczynek.
Tuż po nocy w The Dubliner powędrowała do galerii owego przyjaciela ojca, powiedziała mu, że docenia jego zainteresowanie swoim obrazem, ale zadecydowała, że ten akurat pozostanie jej własnością. W zamian za to jest w stanie mu udostępnić każdy inny i wystawić je nawet wszystkie na sprzedaż, byleby ten jeden mógł pozostać u niej. Kiedy jednak przyniosła go do domu, nie zawiesiła go nigdzie, stawiając pod ścianą - nie znalazła żadnego godnego miejsca na wyeksponowanie ich wspólnego dzieła, tak jakby czekał na tę ścianę, niespokojną, chaotyczną - idealny obraz na nieidealnej ścianie.
To był tylko mały krok - nie wyrzekała się swojego zorganizowania, tworzenia wykresików, tabel, doprowadzania pewnych elementów życia do niezbędnej perfekcji. Straciłaby integralną część swojego ja, przestałaby być sobą. Część ich przyjaźni, ta ze śmiechem, próbowaniem nowych rzeczy, wprowadzaniem spontaniczności przestałaby mieć swój sens, straciłaby cały urok. Mercia nie mogła tak od razu ulec - ale to był jeden z elementów czegoś nowego. Zbyt spodobał jej się posmak ekscytacji, oczekiwania na zrealizowanie wizji, żeby nie mogła nie okazywać entuzjazmu godnego pięciolatki, która dostała wyczekaną lalkę Barbie.
- Nie wierzę, że to mówię, ale... Niektóre ideały są nudne - odparła równie beztroskim i uradowanym tonem, obracając się ku farbom i pędzlom. Kupiła chyba wszelkie możliwe rodzaje wałków, pędzli i innych przyrządów, nie wiedząc co będzie najskuteczniejsze, zresztą chciała mieć na ścianie mieszaninę różnych faktur, śladów. Z namysłem wybrała dość spory wałek, zamoczyła go w farbie i przejechała nim na skos, zupełnie niezgodnie ze sztuką malarską. Jednak nic więcej zrobić nie zdążyła, gdyż wałek został jej odebrany, odsunięta od ściany na trzy metry została, a potem pieczołowicie rozebrana.
Śmiała się, posłusznie unosząc ręce, kiedy zdejmował z niej koszulkę. Szkoda jej było ślicznego stanika, w którym miała zostać, jednak nie wycofała się do garderoby, nie chcąc dłużej czekać z malowaniem. - No niby tak, ale jego też mi szkoda - westchnęła krótko, kręcąc tylko głową z rezygnacją. Bardziej zamiaru nie miała się rozbierać... A przynajmniej nie chwilowo, co później będzie, tylko przewidując. - Ale lubię tą twoją koszulę, ma ładny odcień szarości, też się jej pozbędziemy - stwierdziła, po chwili, przyglądając się, jak smaruje ścianę farbą, w różnych kierunkach - tak jak tego pragnęła.
Podeszła do niego, rozpięła koszulę guziczek po guziczku, muskając opuszkami palców jego skórę, a potem i ją odrzuciła w kierunku marynarki, chwilę później niewinnie już przy ścianie z wałkiem stojąc.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Czw 4 Paź 2012 - 14:35

Owszem, było lepiej, kiedy mogli dzielić wszystko na dwoje. I po co komu była instytucja małżeństwa? Był nastawiony sceptycznie nawet do ślubu własnych rodziców, bo byli udaną parą i wychowali ich dobrze, bez konieczności odprawiania odstawnej mszy, że niby takimi gorliwymi katolikami są. Bazowanie na partnerstwie, zaufaniu, rozumieniu siebie nawzajem i kilku innych czynnikach było tym, co Blaise oglądał całe dzieciństwo i właśnie taki układ brał za poprawny. Dlatego był zawsze ostrożny w deklaracjach, poświęcając się natomiast wszelkim relacjom wymagającym wręcz więcej, czynów równoznacznych z obietnicami, czynów będących spełnieniem tych niewypowiedzianych, bo zbędnych słów.
Nie żeby idea rozmowy była bez sensu, była podstawą. Dlatego kłócili się, która z technik lepiej oddaje dane uczucie, czy lepsze są lody czekoladowe czy bananowe, Sisley czy Monet, Paryż czy Amsterdam? Jednak czasem tak właśnie spedzajac z nią kolejny wieczór na takich rozmowach miał wrażenie, że tematy nie skończą im się nigdy, że zawsze bedą się rozumieć jak teraz, bez względu na to czy wylądują w Prowansji, czy zostaną w Londynie. No bo skoro nawet malowanie ścian tak wyglądało, podział ewentualnych obowiązków bedzie najmniejszym problemem. Gdy zbyt marudziła przed okresem ukracał jej nieznośne humoru, tak samo jak ona przywracała go do normalności, kiedy zbyt unosił się irracjonalną męską dumą albo ambicjami. Pomagali sobie, nie bali się działać na siebie, co nie oznaczało jednak że chcieli się nawzajem zmieniać.
- Tak! - wykrzyknął unosząc ramiona teatralnie do góry. - Wreszcie przyznałaś że ideały są chujowe - dorzucił śmiejąc się, przeżywając w duchu, że nie zdjął z niej też tego stanika. Z czystej troski oczywiście, o ewentualne problemy pani Tremaine z odpraniem farby z doprawdy zbędnej części jej garderoby.
Nie zdążył jednak zrobić tego co zamierzał, gdy i on został w bardzo sympatyczny sposób pozbawiony koszuli. Patrzył na nią, dość dosłownie z góry, kiedy nieznośne powoli odpinała guziki, uśmiechając się nieznacznie, wsłuchując się w jej mruczący głos, porównując go w myślach do tego po-seks. I stwierdzając jednocześnie, że ta drobna istotna musi robić to celowo i wcale nie chce mieć pomalowanego pokoju, przynajmniej nie w ciągu następnego kwadransa, kiedy to sprowokowany przez nią postara się dla nich o lepsze zajęcie, choć mniej pożyteczne.
- O nie mała, nie będę potem wysłuchiwać narzekań jak sobie go zniszczysz - wprawnie odpiął haftki z tyłu, pozbawiając ją ślicznej, acz zbędnej rzeczy, sięgając po swoją koszulę, zarzucając ją na jej zupełnie nagą górną część ciała. Przytulając ją do siebie na chwilę, żeby potem powoli naznaczyć jej szyję ścieżką pocalunków, odcinkiem między jedną malinką, a drugą. Jego. Z wczoraj. Po czym odsunął się uśmiechając się szelmowsko i powrócił do malowania, jeszcze bardziej niedbałego niż wcześniej.
- Zwrociłaś uwagę na wystawę miejscowych impresjonistów? - zapytał, w sumie serio ciekawy co o niej myśli. I też żeby odsunąć własną świadomość od tego, że pod jego koszulą jej ciała nie skrywa już nic. Mieli przecież pomalować jej pokój.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Pią 5 Paź 2012 - 21:00

Małżeństwo nigdy nie należało do top5 celów życiowych Meredith Tremaine. Było tam w zamian miejsce na obraz sprzedany na aukcji w Christie's za ponad sto tysięcy, wymarzona kamienica w Paryżu, podróż dookoła świata, posiadanie na własność którejś tancerki Degasa i willa w Prowansji, w której mogłaby urządzić sobie artystyczny raj na starość. Przypadkiem zupełnym sądziła, że wszystkie te cele spełniać będzie w jakiś sposób z Blaisem, chociażby słuchając jego rad czy razem z nim całościowo je przeżywać. Uważała to za oczywistość, coś, czego osiągać już nie musiała. Zaufanie, zrozumienie, partnerstwo - to już miała, bez potrzeby związku i stabilizacji. Poniekąd może była naiwna, sądząc, że tyle wystarczy jej na całe życie i że Młodszy na jej plany się będzie godził, bo oczywistym wyśrodkowaniu, skompromisowaniu i tak dalej. Ale zawsze, kiedy rozmawiali, to w naturalny sposób się przewijało.
Nie zdziwiła się wcale, kiedy kasjerka w sklepie spytała, czy to wszystko do nowego mieszkania, bo skoro tak, to ona poleca coś tam. Uśmiechnęła się tylko, tłumacząc, że chwilowo tylko jej pokój odnawiają i porzuciła temat, przechodząc nad nim do porządku dziennego. Wspólne mieszkanie - nie takie, jak wyobrażali sobie w Paryżu czy Amsterdamie, traktując je jako bazy wypadowe - było związane ze stabilizacją i deklaracjami. A deklaracje były zawodne.
- Wcale nie! - nie mogła się nie roześmiać, widząc tą jakże entuzjastyczną reakcję Blejsa. Nie sądziła, że taki drobiazg wywoła u niego ten specyficzny, szczęśliwie triumfujący uśmiech, taki so Collier. - Ja tylko powiedziałam, że czasem są... nudne. I niepotrzebne, jak teraz - Przekomarzanie się w ten sposób sprawiało, że czuła się tak beztrosko szczęśliwa, jak dawno nie była - nawet sam powrót do tego, co było, nie był w stanie wywołać euforii, jaką odczuwała teraz. Niepohamowane, wydestylowane uczucie bezwarunkowego szczęścia było zbyt upajające, by łatwo z niego zrezygnować.
Te dwanaście centymetrów robiło sporą różnicę. Kiedy była na obcasach, równa mu wzrostem, nie poddawała mu się w żaden sposób, partnerując mu we wszystkim, głównie seksie - jednak teraz, sięgając mu mniej więcej do nosa w żadnym wypadku nie czuła się partnerką. Czuła tą słodką potrzebę uległości, bycia pochłoniętą przez całą tą blejzową wersję collierskości, nie tak agresywną, jak ajdenowską, ale zdecydowaną, stanowczą, z nutką jeleniego nieogaru. Faktycznie w jej zachowaniu nieco celowości było, raczej tej podświadomej i nieoczywistej, ale...
- Wiesz, spodni też mi chyba szkoda - westchnęła tak zupełnie bez żadnej aluzji w głosie, ani jednego ognika spojrzeniu, ani grama dwuznacznego uśmiechu! Rozpięła zamek, ściągnęła jeansy i odłożyła je na to samo krzesło, gdzie leżała reszta jej ubrań, zostając tylko w figach i jego koszuli, i tak sięgającej jej do pół uda. Bezrefleksyjnie zaczęła malować tą ścianę, licząc, że może poza jedną czy dwoma (albo trzema) przerwami jednak dadzą radę skończyć remont jeszcze dzisiaj.
- Tylko rzuciłam okiem, ale to wina kustosza wystawy. Nie powinien wieszać obiecujących artystów w sali między Sisleyem a Monetem. Człowiek nie zdąży ochłonąć po jednym, a z drugiej strony już przygotowuje się na kolejne wrażenia, nieznane nazwiska ignorując - westchnęła, faktycznie nie przyjrzawszy się tej wystawie. Planowała się jej przyjrzeć, ocenić poziom innych młodych malarzy, którzy tak jak ona specjalizują się w impresjach. - Właściwie rzuciło mi się w oczy tylko jedno płótno, to z tą sporą plamą czerwieni. Odważna decyzja - skomentowała, zanurzając pędzel w pojemniku z farbą.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Sob 6 Paź 2012 - 22:58

Najprawdopodobniej Blaise nawet się nie zastanawiał nad ewentualną słusznością planów Meredith (samemu nie planując, pozostając jedynie przy marzeniu o Amsterdamie) wszelkie organizacyjne kwestie pozostawiając ufnie na sokolim umyśle dziewczyny. I nie mając nic przeciwko występowaniu w tych planach, jej osobistycznych, na równi z nią. Jeśli widziała się z nim za tych kilka lat, dlaczego on, ze świadomością jak świetnie im wychodziło przez większość ich znajomości, nie miał tego podzielać? Wiedział, że są blisko, nawet niebezpiecznie dużo o sobie wiedząc, jednak w pewnych granicach. Nie była jego dziewczyną, ani on nie był jej chłopakiem. Byli najbardziej typowym friends with (many) benefits, ze scenerią w najlepiej dobranych kolorach.
Byli tymi przyjaciółmi, kiedy wspólnie spacerowali, kiedy porywał ją na przerwie, żeby uprawiać z nią seks w kantorku na sprzęty sportowe, kiedy, jak teraz cieszył się widząc ją taką szczęśliwą, jak małe i niewinne dziecko ściskające w ramionach nowego misia. Tutaj w wersji bez bielizny, w jego koszuli - co dla faceta zawsze było i będzie widokiem po prostu podniecającym.
- Nigdy nie są potrzebne, Mer. Sami ustalamy sobie ideały i o wiele bardziej wolałbym, gdybyś wreszcie postawiła na piedestale... - zawahał się na ułamek sekundy, ledwie dostrzegalny - nas. Spójrz tylko, to jest zajebiste! - cmoknął ją w czoło, po czym pokazał ręką na po części pomalowany kawałek ściany, z zaciekami, jednak wciąż był on po prostu świetny. Obłędnie słoneczny - perfekcyjnie dobrał ten kolor, nawet wieczorem zdawał egzamin z dawania ciepła - domagający się donośnym krzykiem ukończenia, zwieńczenia remontu jak najszybciej, żeby móc się cieszyć efektem w całej krasie. Co też chciał uskutecznić, naprawdę chciał, z całej swej artystycznej duszy, kiedy oczywiście nie. I sama była sobie winna, on był tylko facetem, ze sporym prawem do tego, by reagować na jej prowokacje - z całą pewnością celowe, tylko otoczone mgiełką pseudoniewinnego uśmieszku. Nie wywrócił jednak oczami, a szybko zorganizował muzykę, włączając wieżę, z jakąśtam płytą już w odtwarzaczu i zaczynając malowanie. Czy tam wrócił do malowania.
I choć on sam miałby to pewnie gdzieś, liczył się z tym, ze Mer może niekoniecznie chce robić hałas, kiedy na dole są jej rodzice (powiedzmy, będzie mi to potrzebne osiem-de). Machał sobie zatem pędzlem, bez spoglądania na nią słuchając jej słów, przytakując z aprobatą, odciągając myśli. Jak najdalej od tortury dla męskiego umysłu wzrokowca, od jego przyjaciółki, która jest tylko w majtkach (zapewne skąpych) i jego koszuli, pewnie jakiś metr od niego. Mógł tylko dziękować Bogu za unoszący się w powietrzu zapach farby, tłamszący perfumy Sokolicy, bo nie mógłby sobie pogratulować tak długiej wstrzemięźliwości jak teraz.
- Całkiem odważna, racja - powiedział, zerkając jednak. Dopowiadając sobie w myślach, że chyba jednak nie jest tak silny. I w sumie nic mu nie każe się hamować. Zaraz zatem był już przy niej, rzucając jej wałek na podłogę wyłożoną w milionie warstw gazet, przyciągając ją do siebie w namiętnym pocałunku. - Robisz to celowo - wymruczał jej w usta, zahaczając palcem o cienki materiał jej majtek. - Chcę Cię, teraz - powiedział, nadal przytrzymując ją blisko siebie, daleko upchnięty w potylicy mając fakt, że zdecydowanie nie powinien aż tak na nią reagować. Tylko czy jeszcze się nie nacieszył po rozłące, czy zwyczajnie Mer tylko i li w jego koszuli była widokiem zbyt ciekawym, żeby nie pokontemplować go przywracając wszystko do właściwego, nagiego stanu.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Nie 7 Paź 2012 - 22:16

Jedyną zmienną w całej tej życiowej idylli było pytanie, czy dadzą radę to do czasu swobód w całej Europie utrzymać. Czy ich przyjaźń, mimo idealnego układu, braku pytań i odpowiedzi, odpowiedzialności i zobowiązań, zdoła przetrwać przeciwieństwa, nieuniknione dramy, własne uczucia? Czy za te dwa lata nadal będą mieć takie same marzenia jak teraz? Meredith cały czas, dość naiwnie zapewne, liczyła na to, że taki stan się utrzyma. Nie wyobrażała sobie innej wersji, zakładając, że Blaise znający ją (zbyt) dobrze, będzie wiedział, jak sprawić, przy jej równym wkładzie, by wytrzymali ze sobą aż tyle. Bez związku, bez deklaracji, z pożyczonymi ubraniami i okularami, kłótniami o geniusz Sisleya i wyższość studiów artystycznych nad swobodnym samouctwem.
- Ależ są! - zaprotestowała, wydymając wargi. - Chociażby po to, żeby było do czego dążyć. Nie uważasz, że taki Sisley czy Degas osiągnęli perfekcję w swoim postrzeganiu świata i przenoszeniu tego na płótno? - westchnęła. I tak wiedziała, że do porozumienia akurat w tej kwestii nie dojdą nigdy, kłócąc się o to już dobre dwa lata, od chwili, kiedy przypisani do referatu o Tycjanie, zaczęli się kłócić o sposób go wygłoszenia. - I nigdy też nie miałam zamiaru wątpić w to, że faktycznie, jesteśmy wspaniali - pokręciła głową z rozbawieniem, spoglądając na ścianę. Cokolwiek by się nie działo, zawsze będzie mieć ten obłędny dowód kilku niezapomnianych, szczęśliwych chwil, kiedy właściwie nic poza czystą euforią się nie liczyło. Będzie mogła patrzeć na ścianę nieidealną, pełną zacieków, ale ciepłą, stworzoną przez nią i dla niej samej, i przypominać sobie ten dzień, pełen spontanicznej, nieograniczonej radości, biegania do metra, szalonych zakupów i frajdy z paćkania po ścianie. I tego powolnego, bardzo satysfakcjonującego uwodzenia Blejsa, frustracji w jego spojrzeniu, całej atmosfery przesyconej erotyzmem i przyjaźnią.
Uśmiechała się z zadowoleniem, widząc jego uciekający od ściany wzrok, drrramatyczne skupienie na malowanej ścianie, na pewno niesamowicie interesującej i absorbującej. Świadomość władzy, jaką nad nim w tej chwili miała, była upajająca. Drobne gesty, które musiał zauważać na pograniczu wizji - wyciągnięcie się na palcach, wywołujące lekkie uniesienie koszuli, odgarnianie włosów, żeby odsłonić szyję - były tylko droczeniem się, przyspieszaniem nieodwracalnego.
- Och - zdołała wypowiedzieć tylko tyle, kiedy pozbawiona została wałka, przyciągnięta do ciała Blejza i zajęta namiętnym pocałunkiem. Smak triumfu mieszał się ze smakiem usta Młodszego, z takiej bliskości zapach perfum uderzał do głowy niczym najlepszy alkohol. - Masz rację - po raz kolejny przyznała mu dzisiaj rację, przygryzając mu lekko wargę. Uśmiechała się z zadowoleniem, unosząc brew, dość rozbawiona - Nie wiem więc, na co czekasz - Ledwo to powiedziała, już stała na palcach, zachłannie całując Blaise'a. Nie zastanawiała się nad słusznością odczuwanego pożądania, akceptując je w zupełności.
Tak było po prostu właściwie.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Pon 8 Paź 2012 - 16:59

Cóż, to nie była chwila, gdy Blaise zastanawiał się nad trwałością ich relacji, bo teraz zdecydowanie jego męski umysł rozpraszały pewne poczynania panny Tremaine. Pozornie niewinne i o co Ci chodzi, Blaise, przecież zupełnie NIEcelowo paraduję przed Tobą tylko w skąpych majtkach i Twojej własnej koszuli. Pogrywała z nim, a on jej na to pozwalał; naprawdę wierzył, że mu się to kiedyś zwróci (no dobra, zwracało prawie każdego wieczoru, ale oczywiście Blaise'owi prócz cielesnych, chodziło również z pewnością o jakieś benefity metafizyczne, czekające go w niebie po finiszu jego cnotliwego życia).
Nie potrafiłby jej odmówić niektórych rzeczy, nie umiał nawet zachowywać się w niektórych momentach tak, żeby musiała o jakieś podstawowe rzeczy prosić. Zostawiał w spokoju podczas pms, przytulał gdy po raz setny płakała na Pamiętniku, wyłączał odtwarzacz, gdy mając doła słuchała 'All By Myself' i innego depresyjnego szitu z soundtracków filmów komediowych, kazał brać dupę w troki, kiedy chciała trzeci dzień z rzędu przesiedzieć w jego dresie, cierpiąc na jakąś irracjonalną jesienną chandrę, chcąc pokazać jej, jak piękną porą roku jest przecież jesień. Może dlatego dogadywali się tak dobrze? Bo Blaise potrafił bezwiednie i automatycznie być tą opcją, która jest jej potrzebna? Przyjaciel, kochanek, trener fitness, doradca finansowy, antydepresant, motywator; wyłączając z całego pliczku pojęć parę kwestii rodzaju "stylista", albo "kumpelka". Cała reszta jednak była wykonalna i nie rozwodził się specjalnie podczas wielogodzinnych dysput z samym sobą na temat ewentualnego wspólnego pożycia z Mer, za lat trzy albo piętnaście. Chyba zwyczajnie nie nauczył się myśleć przyszłościowo, preferując rozkoszować się teraz miękkimi ustami Mer, jej chłodnymi dłońmi błądzącymi po jego plecach, zapachem, smakiem. Znanym mu już tak doskonale, że mógł bez żadnych problemów przywoływać go w dowolnym momencie w swojej wyobraźni, choć miałby większy problem z opisem. Chociaż z tym to pewnie jest tak, jak z tą nieszczęsną gruszką i miłością.
Przyjmując, że koszula byłą rozpięta, miał idealny dostęp do w sumie każdego zakamarka jej ciała. Z czego ochoczo skorzystał, wędrując z pocałunkami od ucha, przez żuchwę, szyję, językiem tworząc ścieżkę wzdłuż jednego obojczyku, pierś, bawiąc się językiem z jej sutkiem, brzuch, zasysając skórkę przy pępku, żeby finalnie kucnąć przy jednej jej nodze, zostawiając na szczupłym, porcelanowym udzie różowe wgłębienia po wbitych tam lekko swoich zębach. Mając w tym konkretny cel, mianowicie włożył dłoń w kuwetę z farbą, czując pod opuszkami lepki płyn emalii i wstał. Znów przyciągnął ją do siebie, celowo mocno chwytając ją za talię, żeby bardzo dokładnie odcisnąć swoją dłoń akurat na jej wcięciu, zadowolony ze słonecznej żółci zdobiącej teraz bladą skórę Mer.
- Wiem, że mam rację. I niedobrze, że jestem taki wyzwolony, bo Ty też się rozhulałaś - powiedział, uniemożliwiając odpowiedź kolejnym, namiętnym pocałunkiem, po czym odsunął się na przepastne dziesięć centymetrów, wciąż jednak umożliwiające sięgnięcia do jej ust, gdyby miał akurat taką ochotę. Albo ona, no przecież się nie obrazi. - Ale ja przynajmniej pamiętam o tym, że na dole są Twoi rodzice. A my mamy malować Twój pokój - dodał z przekąsem, patrząc jej prosto w migoczące srebrem tęczówki, nie mogąc się nadziwić jaką transformację przechodzą jej oczy w różnych momentach ich wspólnego spędzania czasu. Inspirujące, a Blaise żył z błogą świadomością, że ma całkiem sporo czasu, żeby się wszelkim takim opcjom poprzyglądać.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Pon 15 Paź 2012 - 20:13

To wszystko przychodziło im naturalnie, może nawet wręcz za bardzo. To, że automatycznie dostosowywali się do swoich potrzeb, zawsze było dla Meredith oczywiste - czemu miała się zastanawiać, skąd on czuje, że w tej chwili potrzebuje ciastka z czekoladą, a później seksu pod prysznicem, bo jesienna chandra nie jest dla niej? Tak samo jak nie zastanawiała się, dlaczego to ona wie, że czasem Blaise potrzebuje milczenia w trakcie malowania, że nie może mu przeszkadzać ani słowem, ale po prostu być gdzieś obok. Takie drobiazgi po prostu były, niezauważalne, nie jako tematy do rozmyślań. Jakimś założeniem było, że to dlatego, że są w pewnym sensie bratnimi duszami, że po prostu tak miało być. Oczywista oczywistość, nie podlegająca ocenie.
Tak samo ocenie nie podlegała przyszłość. Była zarysowana w ogóle, czekająca na dopracowanie w szczególe, ale w jej rozumieniu już idealna - z miejscem na wszystko i wszystkich. Ale nie była ona efektem długich godzin rozmyślania - wszystkie te wyobrażenia przychodziły jej do głowy ot tak, kiedy leżała nago, pozwalając się szkicować, kiedy wspólnie próbowali coś gotować w tej przytulnej kuchni w Hampstead, bo akurat nikogo poza nimi w domu nie było, a oni na chińszczyznę nie mieli ochoty. Myśli pojawiały się naturalnie, a Meredith nigdy nie łamała sobie nad ich pochodzeniem głowy, nie uświadamiając sobie, że mogą one przynieść jej kiedyś zgubę - zbyt pewna tego wszystkiego była, zbyt oczywistym się to stawało.
Póki mogła, odwdzięczała się za każdą pieszczotę, w końcu jednak z cichym jękiem ulegając. Odchyliła lekko głowę, poddawszy się już zupełnie. Nie miało sensu protestowanie i usiłowanie dorównania Blejsowi. Egoistycznie myślała teraz tylko o sobie, własną przyjemność wynosząc ponad wzajemność. Ślad farby także w jakiś sposób drażnił koniuszki neuronów swoim chłodem, spływając powoli po jej ciele, ale o ile kiedyś myśl o czymś takim - niszczeniu perfekcji - przyniosłaby jej niemal obrzydzenie, tak teraz wręcz przeciwnie, ta
odrobina nieprawidłowości była wręcz podniecająca.
- Może chcesz się zamienić i teraz ja będę tą spontaniczną, a ty panem perfekcją? - wyszeptała tuż przy jego uchu, zdecydowanie zawiedziona brakiem dalszych pieszczot i ciągu dalszego pocałunków. Kiedy chciała zapomnieć o zasadach, nagle to Collier stawał się strażnikiem moralności i poprawności - gdyby nie groteskowość i niezwykłość sytuacji, wyraziłaby dość mocne zdumienie. Zamiast tego była jednak rozbawiona, wzruszyła więc tylko ramionami.
- No to malujemy - stwierdziła ze śmiechem, odsuwając się od Blaise'a w poszukiwaniu rzuconego gdzieś wałka, z którego ściekła już kałuża żółtej farby. Sięgając po niego, Meredith zmoczyła palec w plamie i podchodząc do ściany, musnęła biceps Młodszego, znacząc na nim drobny ślad, nic wielkiego w porównaniu z odciskiem ręki - ale zawsze.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 16 Paź 2012 - 14:01

Niekoniecznie odpowiednie było myślenie blejsowe, w sprawie tego idealnego zgrania z Mer. On to przyjmował jako coś... co po prostu było. Nie martwił się, czy to się jutro nie zmieni, za oczywiste uznając, że taki układ jest z góry skazany na sukces i trwałość. Było to o tyle złe, że wiedząc już co się działo, kiedy się rozdzielili, nadal nie potrafił uznać tego za relację, której powinien zawzięcie bronić i w ogóle przykuć Tremaine do siebie kajdankami.
Chociaż może to też miał być jeden z elementów? Coś niemalże tak niezbędnego jak tlen, ale koniec końców kilka minut da się wytrzymać na bezdechu. Nie myślał i nie chciał o tym myśleć, a tym bardziej nie miał zamiaru szufladkować tego co czuje i przyklejać temu etykiety.
Skupiony teraz na tym znajomym rozluźnieniu jej mięśni, oznaczającym, że ulega, że pozwala zrobić ze sobą wszystko (w granicach moralności ofc), z tym rozkosznym wyrazem twarzy, spokojnym, błogim, ale też niecierpliwym. Kręcącym. W końcu którego faceta nie pociągało to, że jego dziewczyna, niewerbalnie przekazuje "rób co chcesz, dywan wygląda na wygodny". Wodził zatem śmiało palcami wszędzie tam, gdzie akurat zapragnęły zabłądzić jego ręce, czując miękką skórę pośladków, gładkie uda, szorstki ślad zasychającej farby, łaskoczące go włosy, gdy wplótł w nie dłoń, zaciskając je lekko w pięści. Że musiała lekko unieść głowę, a on mógł całować ją jeszcze namiętniej, niemalże czując jak dziewczę mu wiotczeje w ramionach, swoim niewielkim, ale wciąż ciężarem, ciągnąc go ku podłodze.
No i kto by pomyślał, panna Meredith Chodząca Pedanteria w samych figach i to Blaise okazał się tym trzeźwiej myślącym. Całe szczęście, bo jakoś nie przypominało mu się, żeby kiedykolwiek musieli jakoś tłumić nawzajem swoje odgłosy, świadczące o zdecydowanie świetnej przyjemności, którą sobie nawzajem ofiarowywali.
- Możemy się tak bawić jeśli chcesz, nie sądzę żebym miał coś przeciwko - wyszeptał jej prosto w usta, które raz jeszcze pocałował, żeby potem wrócić do malowania. A raczej dość mozolnego i niezbyt dynamicznego machania pędzlem, bo jak miał być teraz dokładny i matematyczny, starał się pomalować swój fragment równiutko, na gładko. Jak profesjonalista, którym przecież chciał kiedyś być (w samym malowaniu oczywiście, nie w branży remontowo-budowlanej).
Nie pozwoliła mu jednak długo malować w spokoju, panna nieidealna, bo po minucie na ramieniu poczuł chłód czegoś lepkiego, co było farbą z jej palców. Wywrócił na to teatralnie oczami, jakby naprawdę przeszkadzała mu ta odrobina emalii, choć ta ja jej talii wyglądała o wiele bardziej imponująco, po czym zamoczył palce wskazujące obu dłoni w farbie, podszedł do niej i nakreślił linie, od zagłębień nad obojczykami w kierunku sutków, patrząc jej w oczy, mając nadzieję, że nie wyzywająco. Miał być teraz przecież ułożony, porządny i moralny, a nie bawiący się jej sutkami palcami brudnymi z żółtej farby. Powrócił więc, po raz czterdziesty chyba tego wieczoru, do malowania - choć niezbyt chętnie.
- Właśnie, malujemy - powiedział pouczająco, zerkając na nią, choć coraz bardziej wątpił w to, czy powinien był w ogóle zaczynać cały moralny bullshit, który teraz sprawiał, że machał wałkiem, a nie znaczył wzdłuż jej nogi długą ścieżkę z pocałunków.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Nie 28 Paź 2012 - 18:28

Ale bezdech nie prowadzi do niczego dobrego. Koniec końców niszczy, sprawia, że musisz zaczerpnąć łyk powietrza, odetchnąć pełną piersią, inaczej zginiesz. W pewnym momencie to przestaje być kwestią woli, a staje się kwestią odruchu, rozpaczliwej potrzeby.
Niemniej jednak, ponieważ to ma być prawdziwy trzylinijkowiec, ja na tym zakończę. Pomalowali pokój - właśnie tak, jak sobie Blaise to upatrzył, idealny w swej dzikiej barwności, artystyczny i kobiecy. Na głównym miejscu powiesili wspólnie Grindoyę, jedyny akcent na granatowej ścianie, zawłaszczający całą uwagę każdej osoby wchodzącej do tego pokoju.
A później, kiedy tylko jej rodzice wyszli na jakąś tam kolację, umyli się razem i zdecydowanie wykorzystali odsłoniętą od gazet podłogę, wieczór kończąc znowu w rezydencji Collierów. Wspólnie.

zt <3

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Czw 10 Sty 2013 - 19:54

Kolejny szary dzień. Szary świat za oknem, skąpany w szarym dżdżu ciapowatej "zimy" szarego stycznia. Szarego jak jego koszulka v-neck, jak okładka książki którą czytał wyciągnięty na łóżku Mer, niezbyt lekturą pochłonięty, bo wodził tylko orzechowym wzrokiem po zlepkach liter, nie łącząc ich w jakieś przesadnie logiczne zdania, z których miałby coś wywnioskować, bardziej chyba zajęty machaniem stopami nóg skrzyżowanych w kostkach. Albo tym, że na bordowych spodniach ma jakiegoś kłaczka z koca na łóżku (szczyt szczytów, przejął maniactwo swojej żony!), albo, że przesunęła się na jego nadgarstku bransoletka, zostawiając blady, nieopalony ślad po wypadzie do Grecji, zaskakująco udanym.
Nawet nie wiedział że tego tak potrzebował, legalnego oderwania się, zatracenia w greckiej, odmiennej rzeczywistości, bez problemów, bo współpraca z Aidenem okazywała się być bezbłędna jak zwykle, gdy ich stosunki były unormowane. Granie w szachy, czytanie książek, palenie papierosów, malowanie (Blejs), czytanie jeszcze większej ilości książek (Aiden), podziwianie widoków (Blejs), jeszcze więcej książek (Aiden). I to było dobre, właściwe, lecznicze, kiedy siedzieli po prostu w jednym pomieszczeniu jasnego, przestronnego pokoju w pięknym pensjonacie nad klifem, niekoniecznie ze sobą a obok siebie, w idealnej symbiozie trwoniąc wspaniały tydzień na rekonwalescencję i doprowadzenie psychiki do równowagi, której obydwaj potrzebowali, nawet jeśli nie mówili o tym głośno.
Czy jednak równowagą była obojętność i ignorancja, to Blejs już pewny nie był, czując jak pęcznieją w nim słowa, których nie wypowiedział, a powinien, rzeczy, których nie powinien ignorować i inne drobiazgi, które dopiero skumulowane uderzały w Blejsa możliwie do odczucia, jak perfumy Meredith, gdy tanecznym krokiem zaczęła przemierzać pokój w jakieś sukience, miliardowej pod rząd podczas sprzątania w szafie. Podniósł na nią leniwie wzrok, ograniczając się tylko do lekkiego uśmiechu ujrzawszy jej rozradowaną twarz.
Tak, zdecydowanie nauczył się cieszyć z jej szczęścia, nawet tego najbardziej prozaicznego, gdy dostawała piątkę z kartkówki z chemii, albo znajdowała szukaną od dawna rzecz.
- Ładna - skomentował lakonicznie jej ubranko, nie zamykając jednak nadal swojej książki.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Czw 10 Sty 2013 - 20:08

Urodziny natchnęły ją pozytywnie, w końcu dokonała rachunku zysków i strat ostatniego roku, oceniła swój pierwszy rok dorosłości. Stała się bardziej świadoma, jak wielka zmiana w ciągu tych dwunastu miesięcy w niej zaszła i z punktu widzenia upływającego czasu doceniła spontaniczność i elastyczność z niej wypływającą. Jak bardzo zasadniczą osobowość miała, świetnie wiedziała - a teraz stawała się bardziej dostępna i ludzka. Nie mogła tego nie zapisać po stronie plusów.
Przez te kilka dni, kiedy Blaise jeszcze nie wrócił z Grecji, a ona zdążyła wytrzeźwieć po szaleństwach na Ibizie, toczył ją mały robaczek zazdrości. Ufała swojemu mężowi, nie miała zamiaru zabraniać mu takich wypadów ani trzymać nad nim ścisłej kontroli, dzwoniąc co kwadrans, ale kręciła się po całym pokoju, nie mogła znaleźć miejsca dla siebie, brakowało jej wszystkiego. Dlatego teraz wykorzystywała każdą chwilę z jego obecnością, nawet niekoniecznie ciągle rozmawiając, całując się czy uprawiając seks. Korzystała z niej, chociażby tak jak teraz, pokazując mu swoje ubrania, pytając się go o radę, generalnie milcząc, ale będąc z nim. Taka sytuacja jeszcze bardziej wprawiała ją w szampański nastrój, bo to był kolejny plus płynący z małżeństwa.
- Mówisz? Myślałam, czy by jej gdzieś nie oddać, ale skoro tobie się podoba... - odparła, dotykając lekko materiału sukienki. Obróciła się wokół własnej osi przed lustrem, a potem opadła na kolana Blaise'a, zadowolona, że i on jest szczęśliwy.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Czw 10 Sty 2013 - 21:30

Powrót do kraju akurat na jej urodziny był w jego mniemaniu pomysłem dobrym i tak też uczynił, o północy w dziewiątym dniu stycznia będąc pod domem panieńskim swej małżonki z prezentem złożonym z urokliwych, greckich drobiazgów wyszukiwanych w miejscach, które odwiedzali z Aidenem. A raczej - w które Blejs Ajdę zaciągał, gdy ten jak osioł upierał się przy pozostawianiu w jednym miejscu, mając chyba dość bezustannych wtrąceń Blejsa na temat widoczków i innych ciekawych spostrzeżeniach, które i tak starał się ograniczyć do minimum, które będzie umiał zachować.
Jednocześnie też cieszył się że dziewczyny pojechały na Ibizę. Blaise jakoś głowy do podróży poślubnej nie miał, związek skonsumowali już dawno temu, a nawet w tak osobliwej formie całej czwórce potrzebny był wyjazd.
I nie, akurat o wierność Blejs w ogóle się nie martwił, zarówno ze swojej strony - bo on nawet nie chciał i odrzucała go myśl o zdradzie, gdy na wieczorku tanecznym oglądali jakieś skąpo ubrane Greczynki - jak i z jej. Był po prostu pewny, dostrzegając, że to poczucie bezpieczeństwa działa w dwie strony, jakby ten symboliczny kawałek metalu na serdecznym palcu był zwolnieniem z nadprogramowych trosk, bo chyba nawet Blaise je miewał, choć się nie przyznawał.
Jak teraz, patrząc na nią ucieszonym, choć nieco obojętnym spojrzeniem, znudzonym jakby i zmęczonym, zastanawiał się dlaczego zaczyna się tak dziać. Ta książka przecież wcale go nie interesuje, ma gdzieś porządek w jej szafie, i ze smutną nostalgią wracał wzrokiem do wszystkich elementów, które stworzyli wspólnie. Obrazy, szkice, zdjęcia. Stłumił jednak westchnienie póki co.
- Jak jej nie lubisz, to ją oddaj - odpowiedział lekko, odkładając książkę. Opuścił wzrok w zastanowieniu, by po chwili zacząć już mówić. Jak zwykle bez uprzedniego odpowiedniego pomyślunku. - Mer, zauważyłaś, że jest inaczej? - uniósł głowę, wbijając spojrzenie z powrotem w swoją małżonkę, nie mając jednak grobowej miny, ani w ogóle nie wprowadzając jeszcze takiej dołującej atmosfery, nawet jeśli w jego wnętrzu taka właśnie hulała już na dobre.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 15 Sty 2013 - 18:37

Uwielbiała takie niespodzianki, mające w sobie coś niewymuszenie romantycznego i czułego. Może miały w sobie coś z tego klimatu komedii romantycznych i historii opisywanych w ukochanych przez jej matkę magazynach, niemniej jednak sprawiały jej przyjemność. Blaise mógł nie przyznawać się do bycia romantykiem, a na każde wspomnienie tejże epoki omawianej na zajęciach pluć jadem na kretyństwo Wertera i jemu podobnych bohaterów od siedmiu boleści, jednak jego gesty zdecydowanie mówiły o czymś innym. Meredith naprawdę wolała takie drobiazgi, jak ta śliczna chusta, którą miała właśnie zarzuconą na ramiona czy figurka Artemis, zdobiąca toaletkę z już zarzuconymi nań wisiorkami i innymi tego typu precjozami.
Poza jednak obrączką - dwa krążki metalu stały się obowiązkowym elementem każdego ałtifitu Mer, niezależnie od okazji, miejsca czy towarzystwa. Były dla niej czymś więcej niż symbolem zobowiązania - zresztą, jakim ich związek był zobowiązaniem? Ona traktowała to jako mocne partnerstwo, po prostu głębiej zakorzenione, pewne, wolne od zachwiań.
Dlatego teraz zmarszczyła brwi i zacisnęła lekko usta, zastanawiając się nad jego pytaniem. Nie wyczuwała czarnej chmury, która nad nich właśnie nadciągała, nadal jeszcze zawieszona w stanie radości z czynników wielu, z których Blaise był głównym powodem.
- W sensie? - chciała uściślić sobie wizję, nie przeczuwając nic złego. - To znaczy, zdecydowanie jest, ta jakaś pewność i trochę inne uczucia, ale tak chyba powinno być - zawiesiła lekko głos, nagle niepewna o co Blejsowi chodzi.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 15 Sty 2013 - 19:31

Nie było to łatwe - o czym przekonał się, kiedy rozradowana mina Mer zrzedła w sekundę, a na dno blejsowskiego żołądka spadł wielki głaz - a przynajmniej na pewno nie tak, jakby tego chciał. Partnerstwo, telepatia, to wszystko miało działać. Mer miała przytaknąć główką, że zauważyła to samo i dlatego ma schowane zagruntowane płótno do popaćkania i właśnie skończył jej się okres, a szanowni teściowie wyszli do opery na jakąś przepyszną premierę z afterkiem i nie należy się ich spodziewać w ciągu najbliższych sześciu godzin.
To co czuł nie było jednak zawodem ani rozczarowaniem, tylko raczej bolesnym policzkiem wymierzonym mu przez rzeczywistość. Nie kłócili się, żeby od razu przewidywać najczarniejsze scenariusze i podejrzewać najgorsze warianty, fakt faktem trochę ostatnio olali artystyczny aspekt swej relacji, ale przecież sielskość w małżeństwie i niezobowiązujące pogawędki na tematy przyszłe (czyli planowanie, czyli strach Blejsa szybował wysoko w górę) powinny właśnie świadczyć o tym, że wszystko postępuje, że miewa się dobrze, tak jak i oni sami ze sobą. Chyba rzeczywiście z Blejsa było jeszcze takie przerośnięte dziecko. Z drugiej jednak strony cechą dziecięcą była bezpośredniość, dlatego poprawił sobie Mer siedzącą na jego kolanach, by obojgu było wygodnie i optymalnie, zakładając jej włosy za ucho.
- Tak, oczywiście że tak. Po to było to wszystko, dla pewności - potwierdził pospiesznie, żeby dotrzeć do punktu, do którego w sumie dążył. - Przestaliśmy malować, robić zdjęcia. Ja w sumie myślałem, że nic poza obrączką się nie zmieni - dodał cicho trzymając jej prawą dłoń i bawiąc się kawałkiem metalu na jej serdecznym palcu, patrząc na nią niepewnie.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Nie 20 Sty 2013 - 19:11

Zagruntowane płótno schowane było w szafie - czekało od jakiegoś czasu na nadejście weny czy też może raczej Pomysłu, nie chciała marnować materiału na bezsensowne paćkanie. Widok rozłożonych sztalug i jasnego kremu naciągniętej tkaniny, na której nic się nie pojawiało, ją demotywował. Wpędzał w jeszcze większe poczucie braku wizji, sensu malowania. Tak jakby ta wszechogarniająca radość zabijała natchnienie, a najbardziej obfitującymi w sztukę czasami były okresy humoru zdecydowanie posępnego, huśtawki emocjonalnej i rozpierdolu wewnętrznego, zupełnie nie przystające do tego, co działo się w życiu Mer.
Nagłe ukłucia strachu, zimnego i przeszywającego zdecydowanie ukróciły euforię. Nagle pojawiły się wątpliwości, od miesiąca nie istniejące w słowniku pani Collier. Całe jej jestestwo teraz zdominowało na pozór irracjonalne przerażenie, raczej podświadome niż rzeczywiste. Przecież Blaise zapewniał, był z nią, patrzył z czułością. To nie były powody do lęku. Mogła być spokojna, świadoma stabilności i jakiejś tam przyszłości (jakie znaczenie miały plany, jeśli życie należało do nich, wszystko mogli, wszystko było przed nimi i tylko czekało na odkrycie, słowa to tylko słowa).
A jednak nie była.
- Tyle się działo, tyle mieliśmy na głowie, a potem te wyjazd - chciała zracjonalizować to, co ją teraz wypełniało, tak Sokolsko! Przeanalizować i doprowadzić do tego, że wcale nie będzie wyglądało źle. Pokazać samej sobie, że nie musi się niczego obawiać. Że jest kretynką, której PMS zaczął się trzy tygodnie wcześniej. - Nic się nie zmieni? - powtórzyła wpół świadomie, przetwarzając jeszcze te słowa. - Uczucia... Porozumienie - uzupełniła, przygryzając wargę. Mówienie o uczuciach nadal nie było dobrym tematem - To się dla mnie nie zmieniło i nigdy się nie zmieni, ale ona jednak coś znaczy - westchnęła, spoglądając nie na Blejsa, a na swoją obrączkę i jego dłoń.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Nie 20 Sty 2013 - 22:07

Blaise nie wiedział o zagruntowanym, czekającym płótnie, chociaż na dobrą sprawę samo płótno mało go obchodziło. Czekał na cokolwiek artystycznego, na coś, co ich od zawsze zbliżało, nawet jeśli głównym motorem całej akcji było słodkie, upojne wino i cały wieczór kochali się przy jakiejś starej, klimatycznej muzyce. Którą na pewno kontemplowali gdzieś między jednym pocałunkiem a drugim.
Może to go właśnie martwiło? Że ten początkowy ogień wygasał, albo tłumił się, zostawiając żarzące się węgle. Zmieniało się coś więcej niż poczucie stabilności i bezpieczeństwa i nie miał pojęcia jak zacząć to naprawiać (bo on to uważał za wadliwość i usterkę), żeby jej nie urazić, ani nie doprowadzić do... czegoś takiego jak to teraz. Już rozumiał o co chodziło z tym stawaniem się jednym organizmem. Z drugiej jednak strony nieszczerość (czy, jak kto woli, ukrywanie prawdy) było równie niemałżeńskie. Blaise chyba po prostu wybierał, jak wierzył, mniejsze zło.
- Czyli nie zauważyłaś tego... - stwierdził krótko, spuszczając głowę. Naprawdę był dzieckiem, rozpieszczonym dzieckiem, które coś sobie ubzdurało i tępo się przy tym opierało. Tak bardzo nie chciał rutyny i zwykłości, bał się jej tak panicznie, że grzęzło mu to w gardle i chciał niemalże zwymiotować tym wszystkim i uciec.
Doskonale jednak wiedział, że są już na takim etapie, że ucieczki nie mają sensu ani nawet prawa bytu. Szkoda, bo widząc na jaki skraj psychiki ją prowadzi miał ochotę sobie strzelić w skroń. - Oczywiście, że znaczy. Bardzo wiele i oboje to wiemy. Zrobiłem to przecież tylko dla Ciebie - mówił niespokojnym głosem, chyba po raz pierwszy w życiu czując, że zaczyna on nerwowo drżeć. - Po prostu nie chciałem rutyny, a właśnie to zaczyna nas ogarniać - wcale nie czuł się lepiej wykrztusiwszy to wreszcie z siebie. W sumie ciekawiło go co ona takiego w nim widziała i kochała, skoro on był takim nieogarniętym, jak się okazuje, niedojrzałym smarkaczem. W dodatku jakimś niekoniecznie ustabilizowanym emocjonalnie. Odejście od zwyczajowego mamtowdupizmu nie wychodziło mu póki co na dobre.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Pon 21 Sty 2013 - 20:09

To działało w obie strony. Może Meredith nigdy w tych kategoriach nie patrzyła na ich relację, ale to Blaise był zazwyczaj inicjatorem rzeczy artystycznie eksperymentalnych. To po nim należało się spodziewać, że każe Mer się rozebrać, stanąć na tle białej ściany i otulić dłońmi zapaloną świecę. Ona przynosiła francuskie filmy, muzykę z lat trzydziestych czy coś, cokolwiek, co miało natchnąć ich wspólnie. O ile byli mniej więcej równi w zaangażowaniu, o tyle to zawsze on był bardziej artystyczny, bardziej błądzący po niezbadanych ścieżkach niż ona.
Myśl ta - w połączeniu z jego słowami - jeszcze bardziej wpędzała ją w panikę. Meredith zapętlała się w strachu i oskarżeniach wobec samej siebie. Obawiała się, że przestała być wystarczająca, że to jednak nie tego Blaise szukał w związku, że teraz będzie czuł się jak w klatce, zmuszony do bycia z nią, bo jest zbyt praworządny, by złamać przysięgę. Wstała z jego kolan i zrobiła parę kroków w tył, opierając się o ścianę. Oczy miała szeroko otwarte, usta lekko rozchylone, wpatrywała się w swojego męża z napięciem.
- No właśnie, zrobiłeś to dla mnie - powtórzyła tępo, osiągając szczyty bycia zakochaną idiotką. Oprócz strachu ogarniało ją poczucie winy, jakaś jej część wiedziała, że to irracjonalne, że powinna natychmiast przestać histeryzować, zrobić coś - pocałować Blaise'a, uprawiać z nim dziki seks, po którym obydwoje będą tak wyczerpani, że zaraz zasną, potem powinna obudzić się pierwsza, narysować go śpiącego, a potem obudzić masażem tajskim. Była tego świadoma, ale nie potrafiła się wyrwać z ucisku paniki. - A co w tym było dla ciebie? Jeśli czujesz się zmuszony do bycia ze mną, ja tego nie chcę. Ja przecież wiem, że mnie nie kochasz - Słowa same uciekły z jej ust, nieco bezmyślnie, chociaż szczerze. Pożałowała ich, chociaż wiedziała, że to dobrze, że rozmawiają. Przecież są małżeństwem.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Pon 21 Sty 2013 - 21:07

Może po części też o to chodziło? Nie obarczał oczywiście winą za ten artystyczny przestój nikogo, tym bardziej jej, aczkolwiek dręczyła go świadomość, że to w ogóle ma miejsce. Szkicował mało i sam, przestał całkiem malować, rzadko chwytał się czegokolwiek muzycznego, zaczął czytać jakieś nieambitne książki. Mer była obok tego. Była inną, o wiele ważniejszą sprawą, parzącą w palce i wrzynającą się w obolały umysł, każąc znaleźć rozwiązanie problemu (bo chciał szukać i chciał je odszukać, by wdrożyć w życie plan naprawczy), każąc walczyć z ogarniającą obojętnością, czy może akceptacją aktualnego stanu rzeczy.
Znów uczył się czegoś nowego, bo powoli odchodził od tego swojego typowego egoizmu, na rzecz wyjątkowej więzi małżeńskiej. To przestało być zwykłe przywiązanie, gdy wsuwał jej obrączkę na palec. Wreszcie zaczynał zdawać sobie sprawę, że stali się za siebie nawzajem odpowiedzialni, że to Ona będzie pierwszą, którą powiadomią o jego ewentualnym wypadku, i to on będzie ją trzymał za rękę, gdy będzie czekała magiczne pięć minut wisząc nad zestawem testów ciążowych. Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w biedzie i bogactwie, podczas chwil radosnych i w czasie konfliktów (czy raczej: niedomówień) - to wszystko dopiero po czasie nabierało znaczenia i sensu, wcześniej nie był tego taki świadomy.
No i fakt, że od niczego już nie ucieknie. Tak nie wolno, nie tak postępowało się w związku małżeńskim. Którego Blaise dopiero się uczył, razem z nią.
- Oczywiście, że dla Ciebie - potwierdził nieco nieobecnym głosem, patrząc na nią podpierającą ścianę. Miał wrażenie, że zaraz zemdleje (ona), a wszystko spowodował on. On i jego egoizm - to takie typowe. Have been there i podobne. Była tak samo blada przed wyjazdem do Stanów, podczas rozmowy na mostku, gdy odwracał się na Skałach, żeby odejść - tylko że wtedy myślał, że już nie wróci wrócą.
- Meredith Gabrielle Tremaine... - zaczął ciężko. Skoro mówił do niej pełnymi personaliami (prawie), coś musiało leżeć na jego umęczonym uprzednim milczeniem (i obserwowaniem, jak jego żona niemalże rozpada się przed nim na tysiąc kawałków) sercu. - ...Collier - dokończył wstając i pochodząc do niej. Nie chciał, żeby uciekała. Nie mogła. Za bardzo się uzewnętrznił, nawet przed nią, by się odsuwała, zaciskając to, co udało się mu otworzyć.
Chwycił ją za ręce, chowając je we własnych. Chłód jej i jego dłoni był porównywalny. - Ty jesteś dla mnie. Chciałem tego, chciałem, żebyś została panią Collier - mówił, choć miał wrażenie, jakby jego struny głosowe działały zupełnie poza kontrolą umysłu, zajętego masochistycznym odtwarzaniem jej słów. Bolało, cholernie mocno. Pragnął najbardziej na świecie wreszcie odwzajemniać całkowicie jej miłość.
Tylko kolejny raz miał wrażenie być w tym związku, paradoksalnie, stroną słabszą. Puścił jej ręce, odwracając się tyłem, zbierając w garści za długie już włosy. Kompletnie nie umiał zebrać myśli, a co dopiero wykrztusić z siebie cokolwiek bardziej skomplikowanego. Nie miał sił na jakiekolwiek wytłumaczenia, na słowne elaboraty w których zapewniałby ją o tym wszystkim co czuje - bo czuł. Był absolutnie ściśnięty własną ambiwalencją - przytłoczony i wydrylowany ze wszystkiego jednocześnie.
Nie wiedział w którym momencie odwrócił się gwałtownie, stając centymetry przed nią i trzymając w dłoniach jej twarz, zwracając ją ku sobie. Chciał wszystko zapamiętać, na przyszłość, ku uciesze małego masochisty siedzącego w jego głowie, cieszącego się z aktualnej sytuacji. Która zmieniła się diametralnie, a zorientował się o tym dopiero po dobrych kilku sekundach po wypowiedzeniu pewnych słów. Niezbyt nawet zarejestrował, żeby się nad tym choćby przez ułamek sekundy zastanawiał. Kolejny raz tak bardzo typowo - w panice był przerażająco nieprzewidywalny.
- Kocham Cię, Mer - nie, nie przesłyszeli się. - Na swój sposób, ale tak. Kocham - ciche pluski wracającej świadomości i już było po wszystkim. Przytulał ją do siebie, nieważne czy odpychała go (oby w niedowierzaniu, jeśli w ogóle) czy nie. Mógł chyba śmiało sobie przybić piątkę, za najmniejszy ogar świata, kończący jednak coś i zaczynający tym samym coś innego.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Wto 22 Sty 2013 - 19:29

Zaakceptowanie takiego stanu rzeczy, jaki do tej pory Meredith przewidywała - miłość jednostronna, ciepło i czułość podwójne - przychodziło jej łatwo. Wiedziała, że nie ma innego wyboru, nie można nikogo zmusić do uczuć. W chwili, kiedy składali przysięgę w urzędzie, pogodziła się z sytuacją właśnie taką. Inne wyjście, zaprzeczanie, łudzenie się, histerie - to nie miało sensu.
Lubiła myśleć, że przyszłość będzie pogodna. Że kiedy będzie w ciąży, on będzie przynosił jej lody pistacjowe o trzeciej w nocy i odbierał ogórki, gdy zacznie pić kwas. Że ona będzie robić mu śniadania i przynosić kawę do pracowni, gdy wena go przytłoczy. Wzajemny szacunek, ustabilizowanie, powodzenie, to było właśnie to, na co liczyła.
W tej chwili jednak, tkwiąc wtulona w ścianę, nie sądziła, by czekała ich jakakolwiek przyszłość. Nie myślała o egoizmie, nie myślała o powtarzających sytuacjach, nie myślała o tym, że tak często to ona się rozpadała, zniszczona chwilą. Wydawało się jej raczej, że Blaise ucieknie, sama miałaby ochotę to zrobić, gdyby była zdolna pomyśleć chociaż przez chwilę.
Odepchnąć go zdolna nie była. Kochała go, nie mogła nie chcieć go wysłuchać, czuć jego ciała przy swoim. Z napięciem, pewnie przez Blaise'a wyczuwalnym, przygryzając wargę, chłonęła jego słowa, starając się zdusić kiełkującą nadzieję. Liczenie na cuda nie pasowało do tabelek i map myślowych. Milczała, nie umiejąc nic odpowiedzieć, zresztą nie sądziła, by jej mąż na jakąkolwiek odpowiedź oczekiwał, znał ją dobrze, to co potrzebował, mógł zobaczyć w jej oczach.
Uciekał i wracał, uciekał i wracał, a ona trochę w tym wszystkim się gubiła.
Oparła dłonie na jego piersi, czując się, po raz pierwszy przy nim, niska. Kościste nadgarstki przykuwały całą jej uwagę, kiedy usilnie się w nie wpatrywała, nie chcąc dopuścić, by łzy wyczerpania pojawiły się na jej policzkach, jeszcze bardziej łamiąc jej i jemu serce.
- O... O czym ty mówisz? - zapytała, nie wierząc własnym uszom. Zanim zdołało do niej dotrzeć, że był przerażająco poważny, a w jego oczach nie było nic z czułości i chęci spełnienia jej marzenia, tylko szczerość. Wciągnęła powietrze z sykiem i wypuściła je powoli, opanowując kołaczące serce. - Jesteś pewien? - spytała, już bez tej nuty paniki w głosie, znacznie spokojniej, bardziej świadomie. Napięcie opadało z jej ciała, które utkwione między nim a ścianą, zaczynało doceniać położenie, całkowicie abstrakcyjnie stwierdzając, że Blaise wyjątkowo nie ma dwudniowego zarostu. I że jej się to podoba.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   Sro 23 Sty 2013 - 21:09

On zdawał sobie sprawę z tego, jak była specyficzna. Widział to od dawna, jednak dopiero teraz zdawał się rzeczywiście poukładać wszystkie klocki na odpowiednie miejsca i ujrzeć pełny obraz. Przecież była taka - niesokolska, roztargniona, roztrzęsiona i w ogóle roz-, tylko dla niego. Widywał ją w sytuacjach gdy konfrontowała się z innymi ludźmi, zdążył poznać jej chłodną stronę, którą wysuwała przed oczy wszystkich, którzy nie byli nim. Konkretnie nim, bo wydawało mu się nawet, że i przy Dorianie była taka chłodna, choć nie byli ze sobą szalonych dwóch tygodni, jak za czasów jakże poważnej i obfitującej w dojrzałe związki drugiej klasy. I dziwiło go, że w takiej sytuacji, gdy wydawało jej się (tak, dostrzegał to) że wszystko się wali i burzy, nie przyjmuje tego, tej swojej zimnej maski, jako rodzaju ochrony i tarczy przed uderzeniem - które zadał, choć w zupełnie innej formie niż się spodziewaLI.
Blaise też nie wiedział że to powie. A dowiedział się w tym samym momencie co ona, słysząc swój głos i uświadamiając sobie, że w sumie to tak, rzeczywiście powiedział to na głos - i choć sprawiało to wrażenie popełniania błędu, on wreszcie czuł się, jakby robił rzecz najwłaściwszą. Tego JEJ brakowało. Tylko tego do tej pory nie umiał jej dawać, albo ona nie potrafiła tego w ten właściwy sposób odbierać, bo nie zaczął nagle rzygać różami, pralinkami i kupkać cherubinkami w słodkich loczkach ze strzałami maczanymi w jakiejś esencji miłości.
Ona mogła odczuwać ulgę (nie wiedział, przez szoknięcie miał chwilową dysfunkcję idealnego odczytywania emocji z oczu swej żony jak z książki), lecz on czuł się maksymalnie winny. Winny tego, że nie zorientował się wcześniej, że nie zapewnił ją o tym wszystkim w porę, że dał ciała i spieprzył wszystko, chwytając się teraz brzytwy jak tonący. Jednak, skoro już chwycił...
- Eeee - odchrząknął, bo głos mu całkiem zachrypł, jakby od nadmiernej eksploatacji umysłu, gdzie teraz przelewały się terabajty transferu myśli na sekundę. - Oczywiście, że jestem pewny, Mer. Kocham... - potwierdził raz jeszcze, delikatnie odsuwając ją od siebie, trzymając ją za ramiona, by spojrzeć jej w oczy. Pragnął to zapamiętać, bo choć zszokowana i w panice, wyglądała pięknie w jego miłości.

_________________
[You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.] | [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sypialnia Meredith   

Powrót do góry Go down
 
Sypialnia Meredith
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Sypialnia Gościnna
» Sypialnia Marco - piętro
» Sypialnia gościnna
» Sypialnia numer 4
» Meredith Walker

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Tremaine (Chelsea)-
Skocz do: