IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 drzwi do nibylandii

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: drzwi do nibylandii   Sro 15 Sie 2012 - 20:04

[You must be registered and logged in to see this image.]

Pokój Wendy to miejsce, w którym czuje się najbezpieczniej. Przechodził on spore metamorfozy wraz z dorastającą dziewczyną, ale obecnie utrzymany jest w bardzo przyjemnych, jasnych barwach. Niemal zawsze panuje tutaj porządek, gdyż Wends uwielbia układać wszystko pod linijkę. Na ścianach widnieją fotografie i obrazy (SĄ TAM). Bardzo wygodne łóżko z dużą ilością satynowych poduszek, milion drobiazgów w szafkach, biurko z osobistycznym laptopem, a po drugiej stronie tajemnicze białe drzwi, za którymi znajduje się...

[You must be registered and logged in to see this image.]

... średniego rozmiaru pomieszczenie przeznaczone na garderobę dla panienki Wingfield. Sporo ciuchów, kapeluszy i butów, a w rogu lustro, w którym dobrze wygląda tylko właścicielka.
Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 14:40

Jak dobrze było wrócić do własnego pokoju. Do miejsca najbardziej swojskiego i znanego jej idealnie. Obóz jawił jej się jako coś nierealnego, jak koszmar, z którego wybudziła się rankiem i z trwaniem dnia powoli o nim zapominała, a twarze ludzi, których tam spotkała, zamazywały się. Idealnie pamiętała tylko spotkanie Alana, który stał się jej przyjacielem. Nieprawdopodobne. Nigdy by nie pomyślała, że ktoś taki mógł wkroczyć do jej życia. Z biegiem dni jednak wszystko stawało się inne, a ona już nie opierała się temu i nie wczepiała się rozpaczliwie w te marne szczątki dawnego życia. Wszystko zaczynało się od nowa i musiała od tego przywyknąć.
Wracając do Londynu odnalazła chociaż część tej optymistycznej i spokojnej siebie, która potrafiła przezwyciężyć wszystkie swoje słabości. Która była silna i waleczna, jak przystało na Wendy Wingfield. Wiedziała jednak, że nie zawsze taka była i bała się kolejnej fali osłabienia. Wciąż zbierała siły na następną chemioterapię i przygotowywała się psychicznie, żeby nie przeżywać tego tak drastycznie, jak wtedy. Wstydziła się. Było jej wstyd za swoje zachowania, reakcje, apatię i za wszystko, co sprawiło, że ludzie ze szkoły zaczęli na nią patrzeć inaczej. Nie bała się plotek i pomówień, ale wiedza o tym, co ją trawiło, nie powinna nigdy do nikogo dotrzeć.
Pomijając oczywiście pewne osoby, a jedną z nich był Aiden. Aiden, który zawsze potrafił być przy niej i zachowywał się bardzo pokrzepiająco. Uwielbiała przebywać w jego towarzystwie, ponieważ wtedy uśmiechała się częściej i lepiej jej było wszystko przeżyć. Był przy niej podczas drugiej chemioterapii, na którą dziewczyna stawiła się bez strachu, przygotowana na wszystko. Wcześniej wzięła tabletkę, której krnąbrnie odmówiła za pierwszym razem, więc była pewna, że nagłe napady słabości nie będą ją już zaskakiwać. Chociaż nie powinna wymiotować, jej organizm podyktował inaczej. Chemia była bardzo mocna. Po całym dniu agonii poczuła się jednak lepiej i jedynym, co wskazywało na stan odmienny były podkrążone oczy i coraz bardziej przerzedzone włosy.
Aiden zabrał ją do wesołego miasteczka. Chociaż przez jakiś czas broniła się przed tą myślą, to jednak poszła tam z wielką chęcią, czując się wreszcie jak mała dziewczynka. Zapomniała o wszystkim, co ją trapiło; szalała na kolejce górskiej, która prawie zerwała jej błękitną chustę z głowy, odpoczywała na konikach dla dzieci jednocześnie robiąc zdjęcia Aidenowi, który został zmuszony do wejścia na zieloną żyrafę; naciągała go na różową watę cukrową i nawet namówiła, aby ustrzelił dla niej pluszaka. Największego.
Wracała więc zadowolona, z wielkim brązowym misiem usadowionym pod pachą Aidena, który szedł tuż za nią. Wchodząc do pokoju ściągnęła granatowe baleriny i rzuciła je w kąt, zupełnie nie dbając w tej chwili o porządek. Była naprawdę zmęczona. Wzięła od chłopaka misia, do którego się przytuliła i ostatkiem sił zrzuciła się na łóżko, miękkie łóżko, jej łózko.
- Jestem taka wyczerpana - powiedziała przeciągle, ze strachem rejestrując drżenie kolan. Nie chciała ryzykować podnoszenia się, więc trwała tak, wpatrzona w sufit. I była wdzięczna za obecność jej przyjaciela. Przy którym ostatnio szybciej biło jej serce za każdym razem, kiedy na nią spojrzał. - Ale... też mam coś dla ciebie - dodała z drżeniem w głosie, nie mogąc ukryć podniecenia i niepewności związanej z tym, co już od dawna zamierzała mu dać. Właściwie od spotkania z Alanem w jaskini. Podniosła się powoli i otworzyła szafkę, w której spokojnie spoczywało niewielkie pudełeczko.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 15:01

Jedna godzina, jeden dzień, jeden tydzień, drugi tydzień. Wakacje mijały szybko, sierpień mijał za oknami Chryslera w ostatnich zielonych liściach i gorących wieczorach, wszystko się zamazywało i mieszało, jakby koniec lata dał z siebie za dużo.
Za dużo kolorów - żółć liści i Wendowskiego kapelusza, błękit nieba i Wendowskiej apaszki, czerwień maków, które uzbierał jej podczas pozamiastowej wycieczki (raz nawet namówił ją do nałożenia krwistoczerwonej szminki, ale natychmiast ją starł; wyglądała śmiertelnie blado), brąz jej wypadających włosów na szpitalnej poduszce, upalna burza, która rozpętała się dwa dni temu, gdy siedział przy jej łóżku i liczył krople chemii, wpływające do jej wycieńczonego organizmu.
Miał wrażenie, że ostatnio całe jego życie kręci się tylko wokół Wingfield. Wstawał rano i od razu Wendy, telefon do Wendy, spotkanie z Wendy. Był ciągle przy niej, jakby te kilka dni po powrocie z Bawarii, które spędził w samotności (względnej, bo w nocy gościł u siebie naprawdę sporo osób) bardzo go wyziębiły i teraz potrzebował ogrzania, kontaktu z kimś, na kim mu naprawdę zależy. I kto nie był Blaisem.
Jednak prawie wcale o tym nie myślał, skoncentrowany tylko i wyłącznie na Wingfield - umierającej? śmiertelnie chorej? słabej? Było to...nielogiczne. Nie wiązał się. Nie przyzwyczajał do ludzi. Nie ufał. Rana na boku się zagoiła, ale ta w sercu, wyrwana przez obcą Pru cały czas pulsowała, krew uderzała mu do głowy i za każdym razem, gdy mijał dom Wrightów miał chęć zahamować z piskiem, wejść do kuchni i przypadkowo nadziać Wright na nóż do francuskich serów.
Ale to był tylko chwilowy kaprys; w ciągu ostatnich dni nie zauważał prawie domostwa Pru, automatycznie prowadząc auto na codziennej trasie: jego dom - dom Wendy - szpital - dom Wendy - jego dom. Chociaż ostatnimi czasy u Wendy nawet sypiał - w pokoju gościnnym, babka dziewczyny nigdy nie pozwoliłaby na leżenie z wnuczką w jednym łóżku (w końcu nie byli już narzeczeństwem) - bo był równie zmęczony jak ona. Ale nie narzekał, nie chciał oddawać przywileju opieki nad Wendy jej ojcowi albo rodzinie. Która zaakceptowała Aidena jako przedłużenie rodziny, kogoś, kto był dla Wingfield nie tylko przystojną pielęgniarką ale i pomocą psychiatryczną.
Dość brutalną.
- Nie smęć, i tak cały czas siedziałaś na jakiejś psychicznej karuzeli, każąc mi się wygłupiać jak dzieciakowi - odparł, naśladując jej marudny ton, gdy już zamknął drzwi do pokoju i rzucił jej torbę na ziemię, chowając kluczyki do auta w tylnej kieszeni spodni. Przeciągnął się mocno, kolejny wieczór uważania na Wendy i doprowadzania jej do psychicznego tonu; wieczór udany. Po raz pierwszy od dawna widział jak się uśmiecha i śmieje, jak próbuje iść swoim tanecznym krokiem, jak GRYMASI. I jak wcina watę cukrową, której resztki ciągle miała na swoich ustach.
Chętnie znalazłby jakąś chusteczkę i wytarł jej te słodkości, ale...znów go zaskoczyła. Wyciągając jakieś pudełeczko. Prezent? Zmarszczył brwi. Urodziny miał w styczniu. Święta też są jakąś zimową porą. - Chcesz mnie przekupić, żebym jutro też towarzyszył Ci w szpitalu? Jak szlachetnie - powiedział ironicznie, zsuwając z nóg trampki i siadając obok niej na łóżku, obserwując ją spod półprzymkniętych powiek. Wendy chora, wyczerpana, wychudzona, nie tak ładna jak zawsze, jednak zawsze jego Wendy. Którą traktował ciągle tak samo, za co - widocznie - była mu wdzięczna. Wszyscy, którzy wiedzieli o jej chorobie, rozpoczynali litanię użalań się, litości, obietnic pomocy. P o t w o r n e. Aiden nie zamierzał się z Wingfield cackać, pozwalać jej na mazgajenie się, leżenie i umieranie; ani trochę nie zmienił podejścia do dziewczyny, wymagając od niej jeszcze więcej, niż gdy była zdrowa. Psychologiczny nazizm, ale jaki skuteczny! Bo nie miał przed sobą zastraszonego, umierającego zwierzątka a walczącą kobietę. Z której był cholernie dumny - a czego nigdy nie przyznawał.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 16:10

Dzień ten był tak inny od tych najeżonych niepewnością i strachem. Czasami, w tych nielicznych momentach, kiedy była zupełnie sama, nachodziły ją pesymistyczne myśli. Zwijała się wtedy w kłębek, zdzierała ze swojej głowy jedną z wielu chust i apaszek, które nosiła niemal bez przerwy i słuchała Lany Del Rey, żeby ukoić ślepą wściekłość, która zaciskała jej pięści najmocniej jak tylko umiała w swojej bezsilności i wyciskała jej z oczu słone łzy.
Wtedy nadchodziło ukojenie. Jej myśli zatapiały się w hipnotyzujący głos wokalistki i fascynujące oraz odprężające dźwięki. Wendy zawsze wyobrażała sobie, jak Lana śpiewa dla niej w jej pokoju, jak łagodnie układają się jej gęste orzechowe pukle na wendsowych poduszkach. Jak miękka jest jej skóra i jak brzmi jej oddech przy wendsowym uchu. To należało do wendsowych marzeń jeszcze za czasów, kiedy wszystko było dobrze. Teraz sama z zaskoczeniem zauważyła, że dźwięk głosu Lany nie działa na nią elektryzująco. Nadal utrzymywała, że piosenkarka była ideałem jej dziewczęcych marzeń, ale teraz, słuchając słów, na myśl przychodził jej Aiden. Miłość z dzieciństwa, wróg z niedalekiej przeszłości, aż w końcu kochanek i przyjaciel inny niż wszyscy, najbliższy.
Z biegiem dni zdała sobie sprawę z tego, że to, co czuła do chłopaka to nie była zwykła miłość braterska czy siostrzana, jak wcześniej jej się zdawało. Codzienne widywanie się z Collierem, jego uśmiech przynoszący ukojenie, ironiczne komentarze wywołujące rozbawienie i rozczulenie, kontemplacja w samotności wszystkich wspólnych chwil z pominięciem raniących momentów kłótni. Niemal zwariowała uświadamiając sobie tę prawdę, ale nie mogła odrzucić tego uczucia, które sprawiało, że naprawdę miała ochotę żyć. Nie tylko dla siebie, ale dla kogoś. Teraz już miała dla kogo walczyć.
Właściwie przychodziło to do niej powoli, rozpoczynając od przypadkowego spotkania go w Bawarii, kiedy właśnie tego potrzebowała. Chociaż zdawał się być dziwnie nieswój, pomógł jej. Później wciąż myślała o nim w jaskini, aż poprosiła Alana o pomoc w stworzeniu sokoła. Nigdy wcześniej nie robiła niczego z origami, ale naprawdę wydawało jej się to piękne. Chciała zrobić i dać mu coś od siebie, nie mogąc znieść myśli, że wciąż był przy niej, a od niej dostawał tylko słaby uśmiech, kaszlnięcie bądź ciszę, kiedy jej głos mógł być za bardzo drżący przez przychodzące znienacka łzy smutku.
Wyciągnęła więc pudełko zręcznym ruchem i trzymając go w otwartej dłoni, podsunęła pod nos Aidena, który usiadł obok niej. Stykali się ramionami, co sprawiało, że jej humor jeszcze wzrastał, chociaż karciła siebie w myślach za takie euforyczne odczucia. Nigdy przecież jego dotyk nie był dla niej aż tak ważny.
- I tak wiem, że się przypałętasz - odparła w tym samym tonie, ukrywając rozbawiony uśmiech i poprawiając sobie na głowie chustę. Wiedziała, że nie wyglądała już tak, jak kiedyś. Wcale nie olśniewała zwykłą urodą i świeżością, nie była umalowana prócz lekkiego pociągnięcia rzęs tuszem, perfumy zapewne całkowicie już zwietrzały po kolejkowych szaleństwach, a ciuchy wisiały na niej jak na wieszaku, zmuszając ją do kupowania coraz to mniejszego rozmiaru. Dla dzieci. Naprawdę miała wrażenie, jakby cofnęła się do tamtych czasów ze wszystkimi niedogodnościami. A Aiden był wciąż taki sam, a może nawet dojrzalszy? Bujne włosy, zarost, spojrzenie kryjące w sobie ciepło, jakim darzył ją już od dawna. I jak ona mogła równać się z innymi kobietami, zapewne ładniejszymi i w pełni sił? Czasami starała się o tym nie myśleć, bo on był tutaj. Był przy niej właśnie, a nie przy kimś innym. - To raczej tak na odchodne; wiedziałam, że zrozumiesz - dodała słodkim głosem, nadal ciągnąc tę grę w prześciganiu się złośliwościami. Wewnątrz jednak wcale nie chciała, żeby jej opuszczał. Chciała zostawić go w tym pokoju ze sobą na zawsze. Albo chociaż na jedną noc. Wiedziała, że jej babka by na to nie pozwoliła, ale mogła przecież ukryć go w garderobie na czas, kiedy Eleanor zaglądała do niej przed snem.
- Zrobiłam go sama - przyznała na koniec, nie mogąc się powstrzymać przed ukazaniem tego, jak spory był to gest z jej strony. Tylko Alan wiedział, jak namęczyła się, zanim wyszło to, co wyglądało jak efekt końcowy.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 16:40

Łóżko Wendy praktycznie nic się nie zmieniło od zamierzchłych czasów, kiedy to jako dzieciak uwielbiał na nim skakać, wzlatując prawie pod sufit (pamiętał, że raz przyłapała go na tej zabawie babka Wingfield i dostał sękatą dłonią w tyłek; bolesne wspomnienia) i opadając na miękkie poduszki. Owszem, pokój przeszedł mnóstwo zmian stylu - jak przez mgłę pamiętał domek dla lalek, stojący pod oknem, dziecięce sztalugi i jakieś cymbałki, którymi zawsze zagłuszał marudzącą Wendy - jednak zawsze było w nim coś różowego. Coś delikatnego, coś bardzo dziewczęcego. Nie słodkiego i kiczowatego, ta wszechobecna purpura wcale go nie raziła, przypominała mu pudrowe cukierki, które tak uwielbiał; pudrowe cukierki, którymi smakowały usta Wendy, gdy kochali się pierwszy raz.
Teraz również leżeli we dwoje na łóżku, ubrani, dużo starsi; Wends dalej w dziecięcych ciuchach, on w zwykłych dżinsach i luźnym, białym v-necku, wyciągając długie nogi na jej elegancką narzutę. Wygodnie. Komfortowo. Znajomo.
Nie było nic dziwnego w tym, że ciągle przy niej był. Nie musiał - nie kazali mu tego rodzice, nie czuł potrzeby zaimponowania rodzinie, nie chciał podbić sobie morali wspaniałą pomocą; po prostu chciał, sam z siebie, bez żadnych dodatkowych pobudek. Nie do końca rozumiał swoje postępowanie, było przecież takie nielogiczne. A ciągle kalkulował, czy opłaca mu się podjechać do sklepu autem czy przejść się na nogach, czy lepiej wybrać coś droższego a lepszego, czy skręcić w lewo, czy w prawo. Wobec takich matematycznych obliczeń opieka nad Wendy nie przynosiła mu żadnych korzyści. Wends bywała marudna (częściej niż zwykle), często płakała, była wymagająca, słaba; jednak wcale go to nie obrzydzało i nie nudziło. Gdy wymiotowała w szpitalnej łazience trzymał jej włosy z taką samą czułością, z jaką robił to kiedyś, by zapiąć suwak jej nowej, obcisłej czerwonej sukienki, w której ją tak uwielbiał. To samo przywiązanie, to samo zaufanie, które wykiełkowało na zupełnych gruzach ich relacji. Przecież zaledwie kilka miesięcy temu się nienawidzili i pogardzali; teraz potrafili rozmawiać bez słów i rysować samymi spojrzeniami wszystko, co chcieli przekazać.
- Nie wiem skąd ta pewność, nie kuś losu - odparł wyniosłym tonem, jednak jego oczy wyraźnie się śmiały. Bo dzień bez Wendy wydawał się mu już jakąś dziwną przeszłością, mimo, że nie było sympatycznie i lekko. To nie były już wesołe spotkania dwójki przyjaciół, pełne śmiechu, wygłupów, filozoficznych dysput i namiętnych pocałunków. Było...inaczej. Prawie wszystkie jego ciuchy przesiąkły nieprzyjemnym zapachem szpitala, ciągle miał przed oczami widok posiniaczonych od wkłuć rąk Wendy, jej zielonej twarzy; niemalże czuł pod palcami szorstki pled, którym okrywał jej kolana w szpitalu; na szybkim wybieraniu miał numer prywatnego onkologa i na wszelki wypadek ( a także z powodu dłuuugiego kaca po kensigntonowskim piciu) odstawił alkohol, gdyby akurat musiał zawozić Wendy do szpitala. Gdyby dostała zapaści. Gdyby oderwały się skrzepy i jej serce przestało nagle bić, gdyby....gdyby cokolwiek. Był Sokołem, rozpatrywał wszystkie opcje. Co tylko potwierdzało fakt, że ta znajomość z logicznego punktu widzenia nie miała najmniejszego sensu.
Co nie zmieniało faktu, że siedział teraz obok Wendy, słuchając jej głosu i cichego szumu deszczu za oknem - dobrze, że wrócili z wesołego miasteczka wcześniej, jeszcze by się przeziębiła - obserwując jej...prezent.
Uśmiechnął się lekko, kpiąco, odbierając ostrożnie origami od niej i kładąc na swojej dłoni. Perfekcyjne wykonanie. Ciekawe, ile czarnych kartek musiało wylądować w koszu, zanim udało się jej opanować drżenie dłoni, spowodowane wyczerpaniem.
- Ujmujące. Już zapomniałem, jak zdolne masz dłonie - odparł spokojnie, tonem prawie-że-mruczącym, podnosząc niewątpliwego Sokoła bliżej oczu, by doszukać się jakiegoś nieudanego zagięcia. Nie mógł się jednak do niczego przyczepić, więc odłożył ostrożnie origami na stolik, wracając do uprzedniej pozycji i przyglądając się twarzy Wendy. Jakiejś...przejętej, ale spokojnej, jakiej nie widział u niej od tygodni. - Bawisz się teraz w robótki ręczne, Wingfield? - spytał ironicznym tonem, uśmiechając się lewym kącikiem ust - taki typowy, aidenowski, rozbierający uśmieszek. Całkowicie inny niż zawsze, przez ciepłe, czekoladowe oczy. Zero błysków, zero chmur burzowych, zero nazizmu, ot, arogancki nastolatek, odpowiadający zaczepką na zaczepkę.
Właściwie powinien ograniczyć dwuznaczne zaczepki, jednak...byłoby to nienaturalne. Owszem, ciągle chodził na tą dziwną terapię, jednak dopiero zaczynał, opowiadając bzdury o swojej rodzinie, ale nie zamierzał powstrzymywać się od erotyki. Właściwie ostatni raz uczestniczył w czymś niemoralnym (i to jak), ponad tydzień temu, w posiadłości Collierów. Od tamtego czasu tylko cnota; nie miał czasu i chęci na nic innego, wieczorami padał tak zmęczony, jakby to jego pojono chemiczną trucizną, jakby to on cierpiał i jakby to jemu wypadały włosy.
O, właśnie, ukochane, Wendowskie włosy. Za które nie mógł już szarpać.
- Dalej nie dasz się przekonać do skrócenia? - spytał nagle, wywracając oczami i przejeżdżając dłonią po jej długich lokach, powoli, tak, że po odsunięciu dłoni miał między palcami mnóstwo kosmyków. Nie odrzucało go to, nie brzydziło, nie dziwiło; raczej kombinował jak sprawić, by Wendy czuła się lepiej.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 18:00

Światło w pokoju pochodzące z kryształowego żyrandola wypełniało go ciepłym blaskiem, kontrastującym bardzo z nieprzyjemną aurą panującą na zewnątrz. Wendy ledwo zerknęła na niewielkie okna, ponieważ nie chciała wprawiać się w nastrój melancholijny, jaki nawiedzał ją ostatnio, gdy padał deszcz. Teraz było całkiem inaczej; miała przy sobie opiekuńczą i stałą obecność, jakiej za nic w świecie nie oddałaby nikomu. Tak bardzo przyzwyczaiła się do Aidena w jej pokoju, przy jej szpitalnym łóżku, przy stole w jadalni, w jej życiu. Tak bardzo, że prawdopodobnie nie przeżyłaby jego odejścia. Przeraźliwie mocno nie lubiła tego okresu i chciała się w końcu od niego wyzwolić, ale jednocześnie tę chwilę pragnęła zatrzymać na zawsze i napawać się atmosferą wiszącą w powietrzu. Bardzo domową, bezpieczną, lekko dziecięcą, zakochaną. To było tak, jakby wróciła do przeszłości i znów stała się malutką dziewczynką, którą trzeba było się opiekować. Tym razem jednak jej opiekunem nie był ojciec, a Aiden.
W normalnych warunkach na pewno nie pozwoliłaby na taką nadopiekuńczość. Nawet zabiegi rodzica potrafiły doprowadzić ją do stanu tupania nogą i marszczenia nosa. A chociaż Aiden czasami wykazywał przewrażliwienie i doprowadzał ją do przewrócenia oczami, za nic w świecie nie pozwoliłaby, aby przestał zwracać uwagę na mało ważne dla niej szczegóły, ale istotne dla jej zdrowia. To było tak, jakby zewnętrznie stroniła od wszystkiego, a wewnątrz pragnęła go całą sobą. Już nie tak, jak kobieta pragnie mężczyznę. Nie było teraz między nimi namiętności, tej zwykłej iskry, której obecność była wyczuwalna wraz z każdą wspólnie spędzoną chwilą. Wendy wiedziała, że to także przyjdzie, ale teraz stawała się nieuświadomioną dziewczynką, która była zdecydowanie mniej rozchwiana emocjonalnie niż dziewczyna, która dowiedziała się o swojej chorobie kilka długich miesięcy temu. I z tej małej dziewczynki czasem zamieniała się w kobietę, która nie miała innego pragnienia nad życie zwykłe, lecz niepozbawione obecności tego mężczyzny, który właśnie koło niej leżał.
Przypatrywała się jego twarzy, kiedy z uwagą oglądał prezent, nie mogąc powstrzymać rozbawionego uśmiechu, który momentalnie rozpromienił jej twarz. Nawet przez jakiś czas wydawało się, że jej oczy też błyszczą żywym blaskiem i odbijają po prostu szczęście. Ale to było niestety złudne, gdyż zawsze jakiś niewyjaśniony i nieświadomy smutek czaił się w jej tęczówkach; pozostałość po porannej toalecie, gdy nic już na nią nie pasowało i nie wyglądała tak jak zawsze; po przejściu paru kroków na powietrzu, gdy ulubiony kapelusz nie chciał utrzymać się na chuście; po kolacji, gdy raz po raz widelec wypadał jej z rąk, a wszyscy na zmianę cierpliwie go podnosili; a wreszcie po wizytach w szpitalu, które - widziała to dokładnie - za każdym razem odciskały jakieś minimalne piętno na dwóch nastolatkach, tak pełnych życia, a muszących zmagać się z czymś okropnym. I radzących sobie z tym razem, choć każde na swój sposób.
- Lepiej późno niż wcale - odparła na jego sugestię, unosząc lekko brew i uśmiechając się półgębkiem. Jego zwyczajowe dwuznaczne komentarze także należały do cech przez nią uwielbianych. Przez to czuła się tak bardzo normalna, tak dawna. - Może kiedyś pozwolę ci się przekonać, jak bardzo wyćwiczyłam moje dłonie teraz - obiecała zalotnie, stając się znów kobietą w obcisłej sukience i szpilkach, pachnącą i ładną, świadomą swoich wdzięków. Chociaż na chwilę. I znów bardzo była wdzięczna chłopakowi za to, że przy nim mogła się tak poczuć. Nie zwykła nigdy dziękować ludziom, nie lubiła przysług ani tego, że coś komuś zawdzięczała. Zosia Samosia. Ale ona minęła w mgle przeszłych dni, a teraz pozostał tylko przyjaciel Aiden, jej opiekun i...
Dotykając jej włosów, a raczej ich szczątków, przypomniał jej. Przypomniał, jak bardzo było jej szkoda swojej dumy, swoich ukochanych długich i zadbanych kosmyków, z których mogła układać przeróżne fryzury. Jak bardzo tęskniła za zmysłowym ciężarem, kiedy poruszała głową, za muskaniem nagich ramion. Potrafiła cały dzień płakać tylko za nimi, nawet jeśli wiedziała, że odrosną, chociaż nie była pewna kiedy.
- Nawet o tym nie wspominaj - rzuciła lekko urażona, przypominając sobie wojnę stoczoną z macochą i Aidenem o fryzjera. Nie miała zamiaru skracać swoich włosów i skazywać ich na tak ponury los. Przyzwyczaiła się do takiej długości i miała zamiar ją utrzymać, nawet jeśli pewnego dnia obudzi się i straci je wszystkie.
Nie chciała już o tym myśleć, więc skupiła swoje myśli na piosence, która właśnie w tej chwili rozbrzmiewała jej w głowie nieprzerwanie. Nie mogła się od niej uwolnić od samego ranka, więc z każdą chwilą milczenia powtarzała wciąż i wciąż te same wersy, tą samą ścieżkę dźwiękową. Zahipnotyzowana, urzeczona, oszalała.
- Hm, kojarzysz? Got my bad baby by my heavenly side, I know if I go, I'll die happy tonight - zanuciła, wpatrując się w oczy Aidenowi. Nie naśladowała fantastycznego głosu Lany; jej własny wcale nie był najgorszy. Nie fałszowała, potrafiła pochwycić rytm i idealnie wkomponować słowa w melodię. Uważała, że wokalistka czasami idealnie opisywała jej odczucia i tak pięknie, trafnie opowiadała o miłości; Wendy miała ochotę tylko na śpiewanie jej tekstów, kiedy rozmawiała z Aidenem. Słowa nienależące do niej tak bardzo odzwierciedlały jej uczucia.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 19:12

Sielanka? Idylla? Arkadia?
Przestronny pokój Wendy wcale nie wydawał się jakąś nieskalaną smutkiem krainą, nie był Polami Elizejskimi, po których biegali o piątej nad ranem - Wendy zgubiła wtedy buty, które po niej zbierał; bezsensownie, bo czerwone szpilki i skończyły w Sekwanie, gdy zupełnie zirytowało go jej zachowanie - nie był nawet oazą, do której nie docierała rzeczywistość. Cichy, jednostajny szum deszczu dobiegał zza okna, na komodzie pod ścianą walały się teczki z dokumentami dotyczącymi jej choroby, na kolorowej pościeli wyraźnie odcinały się wypadające włosy. Nie dało się zapomnieć o nowotworze, o tym, że wszystko się zmieniło i rozmyło, zostawiając tylko wyblakłe polaroidy, rzucone byle jak na kolejną szafkę.
Wendy w czerwonej sukience, księżyc w pełni, niewyraźnie rozmazane tło, Paryż; Wendy na środku autostrady, krok w krok na żółtych liniach oddzielających pasy, Niemcy; Wendy zwisająca do góry nogami z osiedlowego trzepaka, Czechy; Wendy w objęciach trzech motocyklistów, Słowenia; Wendy i Aiden, całujący się na poboczu brudnej autostrady, w tle wielka reklama Dni Chrześcijańskiej Młodzieży, Rzym. Kalejdoskop wspomnień, żywych, pomimo czasu, który upłynął od dni szczęśliwych.
Ale nie żałował decyzji, którą podjęła. Przy jego małej pomocy. Gdyby nie zgodziła się na leczenie byłaby już martwa; co z tego, że mógłby spędzić z nią - tą starą Wendy, z pokaźnym biustem, świetlistą cerą i energicznymi, kusicielskimi ruchami - kilka tygodni, kiedy w obecnej chwili mógłby co najwyżej zapalić kiczowatego znicza na jej zielonym nagrobku.
Nie chciał o tym nawet myśleć, przyglądając się jej wielkim oczom, nienaturalnie wielkim w tej zapadłej twarzy. Żyła. Na pewno miała zimne dłonie, ale czuł bicie jej serca, powolne, zmęczone całym dniem bieganiny, ale istniejące.
Nie przyznawał się sam przed sobą, ale nie tylko Wingfield miała chwilę kryzysu. Problem w tym, że ona po prostu płakała, a on nie potrafił; zadręczał się tylko czasem, widząc Wendy za dwa miesiące, widząc złe wyniki badań, kolejną chemię, uziemienie w szpitalu albo w hospicjum. Czy potrafiłby być ciągle przy niej? Czy jednak chłodna kalkulacja wzięłaby nad nim górę i uciekłby - jak wtedy? - z kimś innym, żywszym, bardziej opłacalnym?
Leżąc z nią teraz na łóżku był pewien, że nie zrobiłby nic takiego. Może i wydawało się to ckliwe, banalne, jakby co najmniej był w Wendy zakochany, ale nie potrafił wyobrazić sobie przyszłości bez niej. Z którą był od dziecka; nawet gdy się nienawidzili, co niedzielę siadali ramię w ramię, odgrywając genialnie swoje role, w myślach dźgając się widelcami prosto w serca.
Uśmiechnął się kpiąco i z niedowierzaniem na jej dwuznaczne słowa, kręcąc karcąco głową, jakby próbował przywołać do porządku niesforną...siostrę? Nie, nie siostrę. Przyjaciółkę? Też nie. Dziewczynę? Nie. Cholernie ciężko było mu teraz w jakikolwiek sposób zakwalifikować Wendy, nie robił więc tego, oddychając głęboko i tęskniąc za papierosem. Tylko przy niej nie palił; po wyjściu z jej domu zawsze wypalał całą paczkę, jakby nadrabiając kilkugodzinny odwyk od nikotyny.
- Trzymam więc za słowo. - odparł, mrużąc kocio oczy i przeciągając się tak, by ułożyć się wygodniej. I by widzieć siedzącą obok niego Wendy lepiej. - Ale to jak przestaną Ci tak drżeć ręce, to musi być dekoncentrujące - dodał słodko-ironicznym tonem, zakładając dłonie za głowę. Światło nieco go raziło, ale nie było mowy o wstaniu z wygodnego materaca; za dużo się dzisiaj nabiegał, kupując Wendy watę cukrową, podsadzając ją na dziwne kucyki na karuzeli i próbując zdobyć tego potwornego pluszaka, który zajmował prawie połowę łóżka. Cóż, z kimś Wingfield musiała sypiać. Zwierzęta raczej się nie nadawały, chyba, że do konkursu w gubieniu sierści.
- Byłyby zdrowsze. Mniej by wypadały. I ładnie byłoby Ci w krótkiej fryzurze - powtórzył te same argumenty po raz TYSIĘCZNY, świadom, że nie przyniosą one żadnego rezultatu. Nie rozumiał tej nieracjonalnej miłości Wendy do swoich włosów, jakby były one synonimem kobiecości, przypomnieniem o jej wartości, o tym, jak wyglądała przed chorobą. Niemądre. Dlatego ostro z tym dyskutował, ale to było jak rzucanie grochem o ścianę, bez żadnego odzewu ze strony upartej Wendy.
Upartej Wendy w wyjątkowo dobrym humorze. Bo nuciła. Lanę, w której kiedyś była zadurzona - tak, Aiden potrafił czytać między wierszami w wendowskich zachowaniach - a której on sam szczerze nie znosił. Cóż, tak dokładniej to nie cierpiał, ale Summertime sadness...To wszystko była wina Wendy. Po dwóch dniach od premiery znał tekst na pamięć, a teledysk naprawdę był wykonany...profesjonalnie. Co potrafił docenić, po tym całym szicie, z którego często wyśmiewał się z Prudence. O tak, ich gusty muzyczne się szalenie pokrywały, bo Wrigh... bo Wright była przeszłością.
- Trudno nie kojarzyć, przebywając z Tobą dwadzieścia cztery godziny na dobę - powiedział nieco sarkastycznie, kładąc się wygodniej i zagryzając usta. Bo Wendy była dziś tak inna, tak...lepsza, bardziej żywsza, że wzbudzała nadzieję. A nadziei bał się najbardziej, tego, że gdzieś umknie mu ten racjonalny pesymizm i będzie widział przyszłość w jasnych barwach, bez pułapek, bez choroby, bez wszystkiego, co mogło się zdarzyć.
Oblizał wargi, łapiąc nagle Wendy za rękaw koszulki i kładąc ją obok siebie, tak, że obydwoje wpatrywali się w sufit. I w irytujący żyrandol, z jedną przepaloną żarówką, migającą co jakiś czas. - Kiss me hard before you go, summertime sadness? - zacytował, nie zaśpiewał, o nie, po chwili ciszy, czując, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu jego moc mu boleśnie dokucza. Nie w sensie napływu dzikiego pożądania, ale...chciał złapać ją za rękę, albo ugryźć w szyję, by coś poczuła, by wiedziała, że jest, a jedyne na co mógł sobie pozwolić to leżenie centymetr od niej, z zagryzionymi wargami i dziwnym ciepłem, rozlewającym się po sercu. N a d z i e j a? Bzdura. Matka głupich. A do kretynów Aiden przecież nie należał.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Pią 24 Sie 2012 - 22:56

Dopiero w tym miejscu i na tym łóżku, które tak wiele widziało wraz z nimi, poczuła się tak, jak zawsze chciała. Przeżyła tutaj tak wiele sytuacji, które rysowały się bardzo pozytywnie w jej wspomnieniach, jak chociażby opowieści Jonathana z dzieciństwa o Wendy, która miała szansę na szczęśliwe zakończenie swojej bajki; jak gry planszowe z dziesięcioletnim Aidenem, kiedy w połowie rozgrywki - którą przegrywała - stwierdzała, że jej się znudziło i chciałaby teraz porobić coś innego; jak łaskotanie się nawzajem aż do utraty tchu; jak w końcu ten pierwszy raz, słodki, bolesny i niezręczny, ale tak bardzo miły. Wszystko się urwało po jakimś czasie, tuż po śmierci matki i właściwie Wendy zawsze uważała, że to przez to wydarzenie przestało się układać. Nawiedzały ją jeszcze chwile szczęścia i radości, ale dopiero wtedy dowiedziała się, co tak naprawdę znaczy płakać z rozpaczy, a nie tylko z niespełnionego kaprysu czy obitego kolana. A wszystko zdawało się powracać teraz, w tych chwilach pogrążonych w szarości chmur deszczowych i płaczliwej atmosferze, z której przebijały się momenty wesołe i pokrzepiające. Zwykle wtedy, kiedy był z nią Collier, któż by inny.
Poza nim zdawała się nie widzieć świata. Nic nie istniało; nie warto było rozmawiać z przyjaciółkami i siostrą, nadwrażliwość ojca i szorstkość macochy tylko drażniła. Jej obecne potrzeby uosabiał właśnie on, którego znała lepiej niż kogokolwiek innego. Może nawet lepiej niż samą siebie? Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co tak naprawdę między nimi było, beznamiętnie przyjmując każdą iskrę pożądania, każdy zgrzyt zębów przy chęci wydrapania sobie oczu, każdą sympatyczniejszą minę. Obydwoje nie byli idealni, tak samo jak ich relacja. Mieli swoje wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile. Wendy, znając go tak dobrze, zupełnie mimowolnie zgodziła się na szaloną oraz irracjonalną propozycję ponownego zakochania się w nim. A może została tym raczej zaskoczona? Już sama nie wiedziała, jak wszystko się zaczęło, ale świadoma była jednego; czuła powracające uczucie z dzieciństwa. Te wywołujące na ustach irracjonalny uśmiech ogłupienia przy samym wspomnieniu o nim, te szalone bicie serca i motylki w brzuchu. Może właśnie z tego powodu czuła się tak bardzo dziecięco. Nie było to jednak uczucie dziewicze, złudne, przemijające i wyidealizowane. Znali się zbyt długo, żeby mogła zaliczyć te uczucia do przejściowego zauroczenia. Wendy zdawała sobie sprawę z każdej cechy Aidena - naprawdę, nie została zaślepiona uwielbieniem, jak to często bywało - i akceptowała go takiego, jakim był, każdy mroczny zakamarek duszy, którym dysponował.
Jeszcze nie zastanawiała się, jak wyglądało to z jego strony. Na razie w zupełności wystarczało jej to, że wspierał ją i był przy niej, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Przyjmowała jego obecność jako pewnik, element już niezmienny, w niemym podziękowaniu. Zwykle nie pytała, jak czuł się on. Czy miał jakieś problemy poza nią, czy radził sobie ze wszystkim wystarczająco dobrze? Czy zaniedbywał kogoś na rzecz niej? Czy cierpiał z powodu nieszczęśliwej miłości? Wiedziała, że powiedziałby, gdyby chciał. Prawdopodobnie. Wendy jednak nie łudziła się odnośnie jego stosunku. Nienawidziła się łudzić i nie chciała nigdy tego czuć. Zwykle udawało jej się; miała też nadzieję, że tak samo będzie tym razem.
Wszystkie przeszłe krótkie związki i romanse przeżywała dobrze. Ona jedna wiedziała, jak wiele ludzi mogło jej się podobać jednocześnie i jak wieloma mogła się fascynować; jednego całując w czoło opiekuńczo, drugiego doprowadzając do szaleństwa w łóżku. Zawsze tkwiło w tym jednak ziarnko uczucia, które nie zdążało wykiełkować, gdyż nie spadło na żyzną glebę. Wends było naprawdę dobrze. Teraz jednak obserwowała zadziwiający zwrot; wszystko bladło i przestawało być takie fascynujące, odkąd Aiden Collier uśmiechał się do niej z tym szelmowskim i zarazem ciepłym błyskiem w oku.
Które widziała także w tej chwili, gdy beztrosko rozłożony na jej łóżku odpoczywał, kumulując wszystkie wspomnienia i mieszając to w jej głowie z obecnymi wrażeniami, tworząc w efekcie miks przeróżnych emocji. Emocji, które naprawdę trudno było jej okiełznać; które były tak ciężko przyjmowane przez jej osłabiony organizm, że aż zaczęła głębiej oddychać, jakby właśnie skończyła bieg krótkodystansowy. Z próby uspokojenia nie wyszłoby nic, gdyby nie odezwał się swoim głębokim głosem, zajmując jej myśli zupełnie czym innym. Ripostą godną panienki Wingfield.
- Drżenie właściwie dostarcza dodatkowych wrażeń, jeśli już bardzo chcesz wiedzieć więcej na ten temat... - stwierdziła, zawieszając się w zastanowieniu, czy powinna ciągnąć ten temat dalej. Naprawdę potrafili odpowiadać sobie tak w nieskończoność, bawiąc się w domysły i dwuznaczności, które ostatecznie kończyły się w sposób wiadomy. Nie tym razem jednak, nie na tej stronie bajki, która przeinaczała się w chwilę załamania Wendy, podczas której Piotruś Pan przylatywał, aby ją wesprzeć. Właśnie, P i o t r u ś P a n. Niezwykłe, że wcześniej o tym nie pomyślała. Aiden naprawdę uosabiał ten ideał, którego od dzieciństwa instynktownie szukała. Nagle w olśnieniu, jakiego doznaje się czasami wobec rzeczy dawno zapomnianych, przypomniała sobie, że dawno, dawno temu nazwała go tak, jeden jedyny raz. Wtedy, kiedy ściągnął dla niej małego kotka z drzewa. Niesamowite.
Musiał jednak powiedzieć coś, co w jednej chwili ściągnęło ją na ziemię. Musiał, inaczej nie byłby sobą. Komentarze dotyczące jej włosów drażniły ją za każdym razem, gdy były wypowiadane. W takich chwilach była zła na wszystkich, że jeszcze nie nauczyli się, jak bardzo bywała uparta, a zwłaszcza jeśli chodziło o magię jej włosów, które traktowała niemalże po ludzku, jak pięknych towarzyszy, dzięki którym czuła się bardziej atrakcyjna; NIC, nawet bardzo logiczne argumenty, nie przekonałyby jej do zmiany zdania. Włosy musiały pozostać takie, jak były. I tak wystarczającą tragedią było dla niej spoglądanie co rano na martwe kosmyki rozsypane na jej poduszce, przez co miała ochotę na wejście pod łóżko i spędzenie tam całego okresu choroby.
Nie spodziewała się tego, że chłopak położy ją obok siebie, ramię w ramię; zupełnie jak wtedy, kiedy wpatrując się w sufit - tak jak teraz - grali w wymienianie tytułów książek na ostatnią literę. Aiden zwykle wygrywał, ale Wends nigdy się nie poddawała, przez co zabawa ta potrafiła trwać nawet całe popołudnie, a jej determinacja w zapamiętywaniu i poznawaniu książek rozwijała się naprawdę dobrze. Szkoda, że to minęło. Półki w pokoju zapełniły teraz zdjęcia i małe drobiazgi z podróży zamiast alfabetycznie poukładanych książek do przeczytania w najbliższym czasie; z szuflady w szafce nocnej zniknęło grube tomiszcze maglowana w danym czasie, zastąpione raczej dokumentami związanymi z jej chorobą. Jej przywiązanie do książek zniknęło wraz z Wendy dorastającą i pozbywającą się romantycznych złudzeń, stawiającą raczej na odczuwanie przyjemności bez zobowiązań zupełnie fizycznie, chociaż jedno się nie zmieniło - dobierała kochanków z taką samą dokładnością i zastanowieniem, jak powieść do przeczytania. Tylko dla wybranych.
Teraz jedynym wybranym był Aiden, którego oddech słyszała w ciszy pokoju; którego nogę czuła poprzez dwie warstwy dżinsów - jego zwykłych, jej za luźnych. Który dał się pochwycić melodii tak bardzo znanej, tekstowi trafiającemu w sedno ich znajomości. Sedno, które chciała dzisiaj wyłuszczyć. Chciała mu w końcu powiedzieć coś, co trawiło ją od dłuższego czasu. Był przecież także jej przyjacielem, a ona zwierzała mu się ze wszystkiego. I poczuła przypływ energii, tak bardzo irracjonalny, ale dodający otuchy. Chyba nie pozorny.
- I just wanted you to know... - rozpoczęła znanymi im obu słowami, które wypowiedziała melodyjnie, na pograniczu śpiewu. Patrzała na niego wciąż, czując jego pragnienie dotknięcia jej tak zwyczajnie, po prostu. Ona też tak bardzo tego chciała. Tak bardzo, że pierwszy raz poczuła bezsilną wściekłość na jego moc, do tej pory przecież sprawiającą jej niemałą uciechę. Chyba wydoroślała. I dopiero teraz podzielała jego uczucia odnoście tego przekleństwa, które w sobie nosił. Rozumiała go. - tú eres mi Peter Pan - zakończyła po chwili miękko i dźwięcznie w swoim drugim ojczystym języku. Te słowa zawierały w sobie wewnętrzne przesłanie, które łatwiej było jej przekazywać po hiszpańsku. Miało to swoją naturalną otoczkę, nie brzmiało tak kwadratowo i obco. Teraz już naprawdę poczuła się jak w domu, którego cząstkę zostawiła za oceanem.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Sob 25 Sie 2012 - 6:51

Dlaczego był wobec niej tak opiekuńczy i wręcz zaborczy? Kiedyś się nad tym zastanawiał, snując jakieś bezensowne rozkminy, dotyczące wątpliwie interesujących aspektów psychologii społecznej. Miał zbyt dużo niewykorzystanych, straconych, ojcowskich uczuć? Czuł się winny za odrzucenie jej w dzieciństwie? Chciał wynagrodzić jej te stracone lata niechęci i ranienia? Wszystkie odpowiedzi były równie melodramatyczne co nieprawdziwe. Dlatego nie zastanawiał się nad tym więcej, zostawiając filozoficzne rozkminy i ocenę swojego życia wewnętrznego swojemu psychoterapeucie, którego polecił mu ojciec Wendy.
Z którym zupełnie naprawił relację, zepsutą przez tą szaloną eskapadę. Tak, jakby tego mocnego zgrzytu nie było, jakby nie zawiódł oczekiwań, jakby nic złego się nie stało. I nie chodziło o ckliwe zapomnienie, przebaczenie win i naiwne oczekiwanie, że nie zrobi tego więcej. Wszyscy chyba widzieli, ile Aiden robi dla ich ukochanej córki i wnuczki i nie zamierzali wyciągać teraz dawnych animozji. Za co był im bardzo wdzięczny, miał dość własnych problemów i nie zamierzał walczyć z wiatrakami-Wingfieldami, którzy na pewno próbowali by go od swojego największego skarbu odsunąć. By więcej jej nie porwał. Szkoda, że nie wiedzieli, ile ta europejska podróż zmieniła - na lepsze. Bo - wlewając sobie zupełnie i podkręcając miłość własną do nieskończoności - Aiden był pewien, że gdyby nie ten miesiąc odpoczynku, relaksu, przygody i zapomnienia o diagnozie, Wendy nigdy nie zdecydowałaby się na leczenie. Po tylu ekstatycznych przeżyciach była gotowa cierpieć i znieść bolesne leczenie, jakby każdy słoneczny deszcz, spędzony w obskurnym motelu w doborowym towarzystwie (ludzie+alkohol+truskawki) niwelował depresję londyńskiego deszczu, oglądanego zza szyb szpitala.
Nigdy więc nie żałował podjętej decyzji o wyjeździe, o ucieczce od bólu. Bo wrócił i wszystko się układało...prawie. Dobrze pamiętał swoją ówczesną nadzieję, że wszystko się ułoży, że wrócą do siebie z Prudence, że odzyska przyjaciół, że będzie mógł od nowa zbudować swój wielki, przedsiębiorczy świat. Kawałek po kawałku, z gruzów, z części wieeelkich dram; a co najważniejsze: z Pru.
Jednak dopiero niedawno zdał sobie sprawę z tego, jak cholernie był naiwny, jak zaślepiło go (cecha wspólna jego i Wright?) uczucie do niej; na tyle, że nie rozumował racjonalnie. Odkąd przyznała się do kochania go przestał kalkulować, rozmyślać, uznając Pru za pewnik i wierząc jej bezkrytycznie. Bo Aiden za bardzo wierzył w słowa, w prawdę, w brak kłamstwa. Okazało się jednak inaczej i cała miłość, która po raz pierwszy w nim wykiełkowała, wydawała się mu teraz bolesnym i niedorzecznym żartem. Który opowiedziała mu Wright - właściwie po co? - w najmniej odpowiednim momencie.
Podświadomie był wdzięczny losowi, za chorobę Wendy. Nie musiał - i nie miał czasu ani siły - myśleć o Prudence tak często i mocno, jak jeszcze niedawno. Nie czuł potrzeby zapomnienia, walenia głową w biurko i totalnego remontu pokoju - żeby nic jej nie przypominało. Po prostu w końcu zrozumiał, że to przeszłość, przeszłość, która ciągle wchodziła w jego skórę nieprzyjazną drzazgą, irytującą coraz mocniej, bez szans na wyciągnięcie. Nie tak wyobrażał sobie koniec ich związku - bo żadnego końca miało nie być - jednak wydawało mu się to nieodpowiednie. Brak kontaktu, ból serca, pięści zaciśnięte w paroksyzmie gniewu. Wszystko to jednak zupełnie blakło, gdy był z Wingfield. Miał większe powody do zmartwień? Łagodziła jego nerwowość? Rozwiewała negatywne emocje? Nigdy wcześniej nie pomyślałby o Wendy jako o leku na uspokojenie. Od którego powoli stawał się uzależniony. I o którego emocjach nic nie widział.
To nie tak, że był zupełnie ślepy. Pomimo mnóstwa dram ciągle posiadał wyostrzony zmysł obserwacji i ...błyszczące, żywsze, zakochane? zachowanie Wendy nie uszło jego uwagi. Jednak kładł to na karb powrotu do sił, remisji choroby albo zwykłego przemęczenia. Bo przecież to normalne - tak wyczytał z psychologicznych opracowań - że osoby słabsze, w jakikolwiek sposób, zaczynają czuć coś więcej do swoich opiekunów. Niekoniecznie syndrom sztokholmski, częściej zwykła wdzięczność, przekształcająca się w silniejsze uczucie.
I naprawdę się tego obawiał. Dlatego nie pozwalał sobie na jakąkolwiek reakcję, na odpowiedź, całkowicie poświęcając się tej relacji, nie żądając niczego w zamian. Nie potrzebował podziękowań ani pomników pochwalnych, cieszył go każdy lepszy dzień Wendy. Cieszył zbyt mocno, co znów wprowadzało go w konsternacje. To nielogiczne. Nieaidenowskie, cieszyć się z tak małych, tak nieswoich rzeczy, jakby każda w miarę szczęśliwa godzina Wingfield była dla niego całym tygodniem hulanek, swawoli i kodeksów karnych. Nie rozumiał siebie i szalenie mu się to nie podobało. Nie potrafił jednak wykreować sztucznego dystansu, leżąc teraz obok niej i słuchając jej melodyjnego głosu. Głosu, nie słów, jakby dwuznaczny ton był jakąś skoczną piosenką a głośniejsze oddechy rytmiczną balladą. Czuł się przy niej po prostu dobrze i to było jedyne znajome uczucie, egoistyczne, jakby bawił się w Matkę Teresę tylko dla własnego zdrowia psychicznego. To potrafił zrozumieć - w końcu był tak podłym skurwysynem - starał się więc nie szukać innych odpowiedzi. Że się przywiązał.
Do Wendy, do dziewczynki, która w końcu i tak wybierze dorosłość i zabawę z dzwoneczkową kokietką niż wieczny niepokój, przygody i niedojrzałość.
Ale to teraz nie było ważne. Zmęczenie powoli przypominało o intensywnie spędzonym dniu i Aiden po prostu przymknął oczy, uśmiechając się nieco kpiąco i smutno na Piotrusiowe określenie. Bo przecież od zawsze niemal histerycznie chciał być dorosły, studia, Oxford, praktyki, kancelaria; zero szkolnych dram, poukładane życie, trójka dzieci, b a n a ł y. A wszystko to było przekreślone - podkreślone? - zawiłą wstążką zdrad, kobiet i mężczyzn, którzy przewijali się przez jego łóżko.
Ale nie przez to, na którym teraz leżeli, jakby znowu mieli jedenaście lat i padali ze zmęczenia po kilkugodzinnej bieganinie po ogrodzie. Pytanie, czy czuli to samo?
- Wendy, bredzisz - odparł miękko, czując, jednak że robi mu się dziwnie duszno. Jakby jakimś szóstym zmysłem nagle zrozumiał wszystkie uczucia, które mu przekazywała tym krótkim, hiszpańskim stwierdzeniem, jakby zobaczył w jej wzroku to odnowione uczucie. Na które nie był gotowy, które teraz kojarzyło mu się tylko z czymś nieprzyjemnym, niszczącym, dławiącym; które chciał od siebie odsunąć jak najdalej. Bo Piotruś Pan przecież nie istnieje. Fikcja, tak, jak uczucia Aidena Colliera. Bujna wyobraźnia, syndrom sztoholmski, większe dobro: mógł to tłumaczyć tak racjonalnie, jak tylko mógł, jednak obawiał się, że Wendy - która rozumiała go jak nikt - wyczuje, że po prostu się boi.
Usiadł nagle, czując cholerną potrzebę zapalenia. Dla uspokojenia oddechu, pokonania duszności, ogarnięcia się i zdystansowania. Bo może był przewrażliwiony, ale znał Wendy za dobrze i wydawało mu się, że odczytał to jedno, krótkie zdanie, będące połączeniem piosenki i literatury, aż za dobrze, zbyt dokładnie. I w normalnych okolicznościach wyśmiałby ją, z całą dostępną czułością i sarkazmem, ale się bał. Swojej reakcji, tego, że mógłby - gdyby nad sobą nie panował - odpowiedzieć tak samo. Wracając do kołowrotu cierpienia i męczących uczuć, rozwalających cały aidenowski system życia w drobny mak. Milczał więc, z rękami zaciśniętymi na pościeli, plecami do Wendy, patrząc się na wendowskie biurko, jakby miało mu zaraz udzielić psychologicznej porady. I oświecić, czego on tak naprawdę pragnie w swoim życiu. I kogo chce w nim widzieć.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Sob 25 Sie 2012 - 10:58

Szybkie bicie serca. Pulsowanie w skroniach. Chwile euforycznego szczęścia poprzedzone słowami tak charakterystycznymi dla niego, ale w tej sytuacji tak bardzo nie na miejscu. Teraz już naprawdę była w stanie przeżyć wszystko, tak jej się przynajmniej zdawało. W ciągu pół roku uświadomiła sobie więcej niż kiedykolwiek; przejrzała swoje życie na wylot, ułożyła je odpowiednio - podświadomie? w razie... ewentualności? - i nareszcie czuła się na miejscu, ale tylko w tej chwili; tylko tak, jak chciała, żeby było zawsze. W jednym momencie, niemal natychmiastowo, poczuła coś odmiennego, jakby... summertime sadness? Chociaż wciąż w ciągu dnia powtarzała to melodyjnie w myślach, nie miała pojęcia co znaczyła ta fraza. Nie znała tego, dopóki nie poczuła w całej rozciągłości.
Wydawało jej się, że w bezbrzeżny smutek wprawiała ją niemożność wyjazdu na wakacje. Zaplanowany już bardzo dawno temu wyjazd do Nowego Jorku; żółte taksówki, fast foody, magia ogromnego Central Parku o północy i wieczorne imprezy z nowymi znajomymi. Później zajrzałaby do Meksyku, do swojego drugiego domu, do cioci i kuzynów. Znów przeżywałaby gorące wieczory na plaży; Marinera, gwiazdy i schłodzone drinki. W ciągu dnia kąpiele, opalanie i wspólne zdjęcia. Pamiątki z kolejnego roku spędzonego poza przytłaczającym Londynem. Pokochała podróże tak właściwie dopiero po ucieczce z Aidenem; zakosztowała powietrza innego i bardziej swobodnego, poczuła się szczęśliwsza i bogatsza w doświadczenia. Być może tęskniła tylko za krajami, ale chyba tak naprawdę brakowało jej tamtej atmosfery i czasu, który mogła przeznaczyć na nie-myślenie. Może żadna podróż nie byłaby już tak pełna, jak z nim? Wtedy była sobą bardziej niż kiedykolwiek; mogła robić wszystko, na co tylko miała ochotę bez konsekwencji i obaw, że ktoś uniesie brwi do góry w zdziwieniu i pogardzie, zostawiając ją samą.
O tak, to właśnie tego najbardziej się bała. Samotności. Zwłaszcza podczas choroby, gdy była całkowicie inna. Nieumalowana, niemiła i niezbyt beztroska. Zdawała sobie sprawę, że mało kto mógł wytrzymać taką atmosferę, ale wiedziała, że dałaby wszystko, aby tylko ktoś przy niej był i wcale nie miała na myśli rodziny. Nie chciała też kogoś na chwilę, jak to bywało kiedyś. Wtedy wystarczało jej to, aby nie czuć się bardzo samotną, ponieważ zawsze mogła z kimś porozmawiać, zawsze ktoś był chętny na imprezę, na coś, co nie wymagało wysiłku. Ale już nie mogła tak żyć. Wszystko minęło bezpowrotnie i chociaż tęskniła za tym niezwykle, zdążyła już pogodzić się ze swoim losem. I podświadomie szukała czegoś stałego i bezpiecznego w tej przerażającej burzy z piorunami, w okropnym sztormie, jaki dział się wokół niej każdego dnia, zdając się rozerwać na strzępy jej łódkę, o którą tak pieczołowicie dbała. Czyż była to jej wina, że Aiden był przy niej niemal zawsze?
Smutek ten nawiedził ją nagle, niezapowiedziany, jako konsekwencja jego słów, miękkich, choć zawierających w sobie odrzucenie. Przecież wiedziała, że nie mogła od niego niczego oczekiwać. Nie od Aidena, który jeszcze tak niedawno trwał w (prawie) szczęśliwym związku, który tylko zobowiązał się opiekować Wendy, aż nie wydobrzeje. W tej chwili jej uczucie było naprawdę mocne, była tego świadoma jak niczego wcześniej i nie miała złudzeń, że właśnie to było prawdziwe. Może kochała go tylko platonicznie, nie oczekując niczego w zamian? Wtedy jednak nie czułaby tego przygaszenia, które nawiedziło go tuż po jego słowach.
Nie chciała płakać. Nie chciała i nie mogła, zbyt dumna, by okazać słabość. Wpatrywała się przez chwilę w jego plecy, po czym ukryła twarz w dłoniach, oddychając głęboko. Czuła zapadnięte policzki, usta niewyrażające uśmiechu, delikatność zamkniętych powiek. Wcale nie czuła się atrakcyjna i nie używała wszystkich swoich wdzięków, żeby zrobić na nim wrażenie. Było to coś dziwnego. Coś, co właściwie było dla niej nowe, niepowtarzalne. Wyraziła swoje uczucia, pozornie nie oczekując niczego w zamian. Bardzo racjonalne było to, co właśnie się działo. Zbyt racjonalne, zbyt logiczne. Wendy czuła coś, co było ukryte. Tę buchającą niepewność, ten strach. Przed nią? Uśmiechnęła się z rozczuleniem na myśl o tym, że może Aiden się najzwyczajniej w świecie boi, że przejawia naprawdę męskie uczucia. Nie miała mu tego za złe. Chciała jedynie być z nim szczera; obydwoje woleli jasne sytuacje i wiedzieli, że tak jest najlepiej.
Spojrzała na wielkiego pluszowego misia, który wpatrywał się w nią czarnymi koraliczkami oczu, które krzyczały: zrób coś idiotko! Przez chwilę błądziła wzrokiem po suficie i ścianach, napawając się ciszą, która zaległa między nimi. Karmiła się pozornym spokojem, chociaż tak naprawdę obydwoje kipieli aż od emocji i uczuć, zgoła odmiennych, ale tak samo intensywnych. Po chwili podniosła się tak jak on, chyba zbyt gwałtownie, bo zakręciło jej się w głowie, a przed oczami przez kilka sekund widziała jedynie ciemność. Odetchnęła spazmatycznie, przymykając oczy. Nie zauważała, że kremowa bluzka ze śmiesznym króliczkiem przekrzywiła jej się, bowiem przed oczami miała teraz jedynie sylwetkę Aidena. Nie mogła zatrzymać tego, co w niej wybuchło, chociaż wiedziała, że byłoby łatwiej, gdyby go nie kochała. Nadal leżeliby bezstresowo, mrucząc do siebie o swoich niespełnionych marzeniach i przekomarzając się, po czym zasnęliby z misiem pomiędzy, który koniec końców wylądowałby na podłodze, a ona obudziłaby się z głową na jego torsie, uśmiechając się do niego zupełnie po przyjacielsku. Dlaczego nie mogło tak być?
- Wiesz, że to nie złudzenia, Aiden - powiedziała w końcu łagodnie, opierając czoło i dłoń o jego plecy, chcąc złapać z nim jakiś kontakt poza słowami. Wystarczyło jej to w zupełności, żeby czuła się naprawdę bezpiecznie. Czuła też, że wspierała go bezgłośnie; najpierw wytoczyła działo, którego się przestraszył, a później uspokajała go, że w jej rękach nie była to wcale groźna broń. W rzeczy samej, nie miała zamiaru nic z tym robić, jeśli on nie chciałby, ale nie mogła powstrzymać się przed tym, co czuła. Nie miała pojęcia, co będzie dalej, ale rzuciła się na fale razem z łódką, ryzykując roztrzaskanie rychlejsze niż kiedykolwiek. Chciała to wytrzymać, ale czy było to możliwe? Czy człowiek mógł mieć aż tak wielkie pokłady cierpliwości i siły, nadwyrężone poprzez jej walkę z chorobą?
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Sob 25 Sie 2012 - 11:48

Za dużo uczuć, za dużo milczenia, za dużo się wydarzyło. Aiden lubił umiar, ograniczenia, jasne kryteria wyboru; czysto, chirurgicznie, odpowiednio. Jednak teraz wszystko się przeważyło, chwiejąc Aidenowską psychiką. Z n o w u.
W jednym się zgadzali, Collier też potrzebował stabilizacji, bezpieczeństwa. Miał dość tych wszystkich dram, tej całej trzęsawki, bezsennych nocy spędzonych z papierosem i wspomnieniami. Może było to ciekawe i interesujące dla rozromantycznionych nastolatek ze skłonnością do przesady, ale jego to tylko irytowało i dobijało. Chciał porządku, harmonii, czegoś, co pozwoli się mu ułożyć na nowo. Już bez fałszywych nut, bez znikających schodków, bez przykrych niespodzianek. Kiedyś mógł uważać takie życie za pasjonujące, ale czuł, że coś mu umyka, coś przecieka przez palce; że czegoś nie zauważa i coś pomija, w tym całym chaosie, w nocnych światłach i ustach całkiem nieznajomej osoby.
Ale Wendy nie była nieznajoma. Towarzyszyła mu od dziecka, ciągle była blisko, ciągle intrygująca, ciągle gdzieś w podświadomości, w podtekście, na końcu języka i w najciemniejszym zakątku umysłu. Nie miał na jej punkcie obsesji, ale była niezwykle ważna, w ten specyficzny sposób: nie dlatego, że chciał, nie dlatego, że ją wybrał, nie dlatego, że była piękna i dobra w łóżku. Jego uczucia wobec niej od zawsze były czyste - co nie zdarzyło mu się nawet w relacji z Prudence - od jakichś egoistycznych domieszek, od czegoś chorego. I może brzmiało to jak frazes z Paolo Coelho, ale wiedział, że taka więź występuje tylko raz w życiu.
I że nic nie mogło jej rozerwać. Nawet st. bernardowskie dramy, nawet nienawiść, nawet śmiertelna choroba. Jakby już od dziecka byli sobie przypisani - bo przecież tak było, rodzicielską ręką i przyszłym węzłem małżeńskim! - i żadna siła nie mogła tego zmienić.
To by...wszystko tłumaczyło, gdyby tylko Aiden wierzył w jakieś zjawiska nadprzyrodzone i w przeznaczenie. Bo przecież to nie było normalne i w jego stylu, by po prostu czuć, by być całkowicie przez kogoś oswojonym. W każdej kwestii, począwszy od nawyków żywieniowych, skończywszy na tych łóżkowych - dzięki europejskim wojażom poznali się z Wendy tak, że czasami miał wrażenie, że potrafi czytać jej w myślach. Pasowali do siebie? Nie znał się na tym a nie zamierzał polegać na jakiejś telefonicznej wróżce. Nie ufał jej tak samo, jak tym wszystkim emocjom, które go ogarnęły, gdy poczuł ciepło ciała dziewczyny, wyczuwalne nawet przez materiał cienkiej koszuli.
Jej dłoń na plecach - szczupła, ciepła - jej gorący oddech, spływający wzdłuż kręgosłupa. Prawie wyczuwał jak jej usta układają się w jakieś niewypowiedziane słowa. Ale ciągle był odwrócony plecami i ciągle milczał, jak sparaliżowany. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie wiedząc, co powiedzieć.
Bo wszystko byłoby zbyt dramatyczne, zbyt rozdmuchane; jakby wyrwane ze starych romantycznych filmów albo nowej płyty Lany. A tego nie chciał; sytuacja była wystarczająco napięta, nie potrzebowali dodatkowego bolesnego soundtracku albo nawiązań kulturowych do tragicznych kochanków. Romeo i Julia, Tristan i Izolda, Wendy i Piotruś. Pytanie tylko, które z nich uciekało, a które zostałoby same.
- B r e d z i s z - powtórzył w końcu, ze śmiertelnym spokojem, starając się oddychać w miarę równomiernie, chociaż już wiedział, że i ona wyczuwała jego emocje idealnie. Znali się na pamięć. - Szwankuje Ci psychika. Wszystko da się wytłumaczyć naukowo, hormony, psychologia, chemia, wszystko ma na to wpływ - kontynuował szybszym tonem, jakby masą argumentów chciał zagłuszyć niefizyczne podszepty. Prawdziwe podszepty.
Wstał z łóżka, czując, jak jej dłoń ześlizguje mu się z pleców - bezbronnie, wcale go nie trzymała, nie miała siły? - i przejechał dłonią po włosach, wpatrując się dalej w to biurko. Wiedział, że gdy się odwróci będzie za późno - zbyt wcześnie? - na oszukiwanie samego siebie. Podszedł do komody, przesuwając ręką po leżących na niej zdjęciach i papierach - zero kurzu, Wendy była potworną perfekcjonistką i pedantką, przynajmniej według niego - i wziął do ręki ich zdjęcie. Ślubne, prawie, to z całowaniem się pod billboardem. Miała na sobie jego szarą bluzę, dużo za dużą i wyglądała tak, jakby nie nosiła nic pod spodem; włosy opadały jej luźnymi falami na ramiona; oczu nie widział, całowali się bokiem do aparatu. Nawet nie pamiętał kto robił im to zdjęcie - zapewne jedno z wielu - ale wydało mu się to w tej chwili bardzo istotne. Musiał oderwać myślenie od emocji, a przypominanie sobie wydarzeń sprzed miesięcy nieco w tym pomagało. Tak jak w uspokojeniu się; bez bliskości Wendy, bez jej oddechu na swojej skórze, bez możliwości odwrócenia się do niej i obdarzenia pocałunkiem. Który byłby potwierdzającą odpowiedzią. Na którą nie był gotowy i której nie był świadomy.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Nie 26 Sie 2012 - 10:58

Rozbuchanie emocjonalne, jakie niespodziewanie pojawiło się w tym przestronnym pokoju, w jej pokoju, wcale nie było Wendy na rękę. Nagle zaczęło jej się zdawać, że była bohaterką taniego dramatu; w tym zbyt cicha ścieżka dźwiękowa, kiepska gra aktorska i niesprzyjające światło oraz charakteryzacja. Wszystko było zbyt sztuczne, przerysowane i niepasujące ani do niej, ani do Aidena. Pragnęła, aby łzawa i dramatyczna atmosfera zniknęła, ale nic nie była w stanie zrobić. Nic, co mogłoby zmienić jej uczucia do niego. I jego reakcję.
Aiden chciał ratować tak szybko umykającą stałość uczuć. Wiedziała to. Czuła wibracje jego głosu na swoim czole i przez chwilę nie dotarł do niej sens słów, które wypowiedział. Napawała się tylko zniekształconym brzmieniem, jednak już wszystko zrozumiała. Obudziła się w niej lwica, która postanowiła zaciekle bronić swojego zdania; chociaż z racjonalnego punktu widzenia własnie to było najlepszej wyjście. Wytłumaczyć, zapomnieć na zawsze. Oczywiście, Aiden, masz rację. Tylko mi się wydawało, to przez to, że jestem zmęczona. No wracaj już do łóżka, bo zaczyna mi się robić zimno. Właśnie to mogła powiedzieć. Czyż nie tego oczekiwał? Być może w jakimś stopniu. Coś ją jednak przed tym powstrzymywało; podpowiadało jej, że nierozsądnie było zaprzeczać swoim uczuciom; jeśli już coś zostało wypowiedziane, nie można było tego odwołać. Niedojrzale było uciekać od czegoś, co istniało; ona już doskonale się o tym przekonała w okresie rozpaczliwej obrony przed chorobą na własną rękę.
W jednej chwili bezpieczne oparcie i spokój; w następnej zaskoczenie, bezwładność dłoni ześlizgującej się po jego plecach i strach. Strach, że mógłby wyjść i wtedy utraciłaby go na zawsze. Nie zdobyłaby się na to, aby za nim biec. Nie chciała go przywiązywać i zmuszać do czegokolwiek, czego by nie chciał. Dała mu wolną rękę, puściła go, chociaż jej serce krzyczało: zostań, nic nie rób, nic nie mów, jesteś mój. Odpuściła, cofnęła się, chociaż nadal była otwarta. Po raz pierwszy Wendy Wingfield nie próbowała walczyć z czymś, co chciała. Po raz pierwszy nie dostawała histerii, jeśli coś wydawało się nieuchwytne. Z lwicy przemieniła się w małego kotka, który po prostu czekał.
- Nie traktuj mnie jak dziecka, które nie wie czym jest to, co czuje - odpowiedziała nieco urażona, ale już spokojna. Tak bardzo spokojna. Rozumiejąca jego położenie, ale nie dająca stłamsić w sobie tego uczucia, które jednak płonęło w niej - jak bardzo słabo i ckliwie by to nie brzmiało. Gdyby tylko było jej do śmiechu, zaśmiałaby się z samej siebie; chociaż dużo osób w przeszłym życiu darzyła uczuciem, nigdy więź nie była aż tak głęboka, jak w tym przypadku. Przeznaczeni sobie, związani na zawsze; czy tego chcieli, czy nie.
Przyglądała się, jak oglądał ich zdjęcie i zamknęła na chwilę oczy. Wspomnienia przybrały na sile i zakotłowały jej się w głowie, wywołując łzy. Łzy, którym nie pozwoliła spłynąć, a tylko przytknęła po dwa palce do każdej powieki, aby nie zdradzić się w żadnym wypadku. Była w tej chwili szczęśliwa, że odwrócił się do niej tyłem. Chociaż nigdy się go nie wstydziła - ani w Wiedniu, ani w rosyjskiej wsi, ani na drodze do kolejnej nieznanej miejscowości - to jednak teraz nie chciała okazywać się osobą słabą akurat z tego powodu. Nie chciała, aby widział, że doprowadził ją do płaczu.
- Chociaż raz przestań być tak cholernie racjonalny - dodała gardłowo, próbując przezwyciężyć pragnienie rozczulenia się. Nad tą sytuacją. Sytuacją, której miała już powyżej uszu. Nie chciała, aby chłopak stał odwrócony do niej tyłem. Chociaż potrafiła go zrozumieć - jak zawsze - to nie mogła pozbyć się myśli, że najchętniej widziałaby go teraz leżącego obok niej, prostego i ironizującego. Jak zawsze. Tymczasem łóżko było puste, jeśli nie liczyć misia, który nadal wpatrywał się w nią, przekrzywiając lekko głowę. Miała ochotę cisnąć nim na drugi koniec pokoju, ale wiedziała, że zabrakłoby jej sił w chwili podnoszenia go. Znów, przez małą chwilę, poczuła się tak okropnie bezradna i mała w porównaniu z ogromem świata. - Niczego nie oczekuję, chcę być po prostu szczera.
Zgięła nogę w kolanie i oparła na niej czoło, a włosy powoli, wręcz nieśmiało opadły wokół niej, tworząc dość przerzedzoną i żałosną w swoim wyglądzie zasłonę. Cisza, w której się pogrążyli, przytłaczała ją i sprawiała, że chwile dłużyły jej się w niepewności, oczekiwaniu. Na jego reakcję, której po części się bała.


Ostatnio zmieniony przez Wendy Wingfield dnia Nie 26 Sie 2012 - 17:34, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Nie 26 Sie 2012 - 12:14

Powinny drżeć mu ręce, trząść się kolana; powinien mieć zawroty głowy, a serce powinno bić w nienaturalnie szybkim tempie. Bo czy nie tak reagują wszyscy na wyznania miłosne, zwłaszcza tak subtelnie zawoalowane, jakby wyszeptane szyfrem, który poznały tylko dwie osoby na całym świecie? Powinno być inaczej, powinno być dużo świec, dających romantyczne światło. Wendy powinna mieć na sobie krwistoczerwoną sukienkę i umalowane usta. Sceneria też nie była odpowiednia, żadnych fontann, strzelających szampanów, orkiestry smyczkowej i wiwatującego tłumu. I to do niego należało wypowiedzenie tych wspaniałych słów, jednoczących ciała i umysłu.
Ale nic nie było takie, jakie być p o w i n n o.
Dalej stał odwrócony plecami, bez najmniejszego zachwiania się, trzymając w dłoniach zdjęcie, którego tak naprawdę nie widział, wsłuchany w dźwięki za sobą. Położyła się? Cichy szmer pościeli. Dalej siedzi, wpatrując się w niego z bezbrzeżnym smutkiem? Szelest włosów, opadających na ramiona i twarz. Płacze? Zero chlipania, zero pociągania nosem. Słowa, trafiające w sedno.
Nie, nie była już dzieckiem, wyrośli z dziecięcości już dawno, po omacku próbując odnaleźć się w tak interesującej dorosłości. Wendy nie była dziewczynką, już nie, jemu także było daleko do beztroskiego chłopaka, z nieco za długimi włosami i wiecznie poobijanymi kolanami. Stał się zbyt racjonalny.
Uśmiechnął się lekko do siebie, smutno; nie uważał pragmatyzmu za wadę, jednak teraz tylko logika stawała na przeszkodzie do...właściwie do czego? Do powiedzenia jej brutalnego k ł a m s t w a ? Wingfield, daj spokój z miłością, to dobre dla emerytów i księży. ? Wends, wiesz, że nie mogę Cię kochać, mogę Cię najwyżej pieprzyć, ale to też dopiero, kiedy wyzdrowiejesz.
Wziął głęboki wdech, chowając zdjęcie do jednej z szuflad - nie zwracał uwagi na to, czy jest pełna bielizny, ścinków papierów czy długopisów; ważne, że nie było na widoku - i otworzył usta. Które po sekundzie zamknął, cofając się. Nie musiał być racjonalny? Proszę bardzo.
Odwrócił się do niej w końcu, po tym długim milczeniu, robiąc dwa ostrożne kroki w stronę łóżka, jakby dywan był ruchomymi piaskami, mającymi zamiar go wciągnąć. Bez drogi powrotnej; idealna metafora, bo przecież przed chwilą zdecydował. Nie był jeszcze pewny na co dokładnie, jednak to nie było ważne, bo już siadał obok niej na łóżku, odgarniając te jej długie włosy z twarzy.
Nie płakała, dzielna dziewczynka. Dziewczynka z szarą twarzą, z przerzedzoną fryzurą, z obrzydliwie wystającymi obojczykami, z zapuchniętymi wkłuciami po igłach w zgięciu rąk.
- Nie jestem dobrym materiałem na wielką miłość całego życia, dobrze o tym wiesz - powiedział, patrząc jej prosto w te brązowe oczy - bardzo collierskie, bardzo wingfieldowskie, wilgotne, nieco bierne; wpatrzone w niego tak, jakby był zbawicielem i oprawcą w jednym. Czuł delikatny zapach jej ciała - nie drogich perfum, nie wód kolońskich, nie nowych ciuchów. Bardziej też czuł niż widział jej smutek, jej zagubienie. I wcale jej nie współczuł. Nie było w nim żadnej ckliwej litości, dramatycznego rozżalenia czy empatycznej chęci odpowiedzi ja Ciebie też tylko dlatego, że była umierająca.
Złapał ją za nadgarstki - obowiązkowe środki ostrożności, powinien zainwestować w kajdanki - chude, tak, że spokojnie mógłby objąć obydwa jedną dłonią, po czym pochylił się w jej stronę, opierając się swoim czołem o jej czoło, na dosłownie sekundę, z przymkniętymi oczami. Obrazek prawie czuły, gdyby nie to kontrolne zaciśnięcie palców na jej skórze. Żeby się nie przysunęła, żeby nie wbiła mu paznokci w kark; dzisiaj tego nie potrzebował, całkowicie zawojowany przez Wendy. Bo to - paradoksalnie - ona okazała się silna, odsłoniła się zupełnie, pokazując mu swoje emocje. I nie miał prawa (!) ani zamiaru jej zranić; dobrze wiedział, jak boli odrzucenie, zwłaszcza to z zaskoczenia.
Odsunął się więc od niej po chwili, puszczając jej ręce i ponownie wstając z łóżka. Już spokojniejszy, jednak z zagryzionymi wargami - naprawdę chciał ją pocałować, jej spierzchnięte i szorstkie usta; poczuć na języku smak tabletek i proszków, wsunąć palce w jej słabe włosy i wyrwać nieostrożnie kilka kosmyków. Podszedł do stolika i ostrożnie wziął stamtąd origami, odwracając się do Wendy po raz ostatni. Ciągle dławiąc w sobie chęć powiedzenia czegoś , czego mocno by żałował już za godzinę. Jutro. Do końca życia?
Pytanie, czyjego.
- Będę po Ciebie jutro rano, nie guzdrz się tak jak zawsze - powiedział, wracając powoli do swojego normalnego tonu, codziennego. Burza minęła, nic się nie zmieniło, ale tylko powierzchownie, bo żegnał się z nią w atmosferze zupełnie innej niż zwyczajna. Wiedząc, że ta rozmowa - przeprowadzona właściwe bez słów, w samych domysłach, spojrzeniach, znaczących gestach - nie pozostanie bez wpływu na wszystko, na nich.
Nie zamierzał jednak uciekać, już nie.
Spojrzał na nią po raz ostatni i nacisnął klamkę, zabierając ze sobą origami wraz z widmem jej delikatnego głosu, mówiącego o Piotrusiu.

_________________

[You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.] [You must be registered and logged in to see this link.]
[You must be registered and logged in to see this image.]
what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   Nie 26 Sie 2012 - 22:39

Jako mała dziewczynka z długimi warkoczykami przewiązanymi wstążkami oraz klejącymi się od wiśniowego lizaka rękami i ustami Wendy marzyła o postaci z bajki słyszanej od taty, kiedy ten przychodził do niej każdego wieczoru, aby opowiadać niestworzone historie. Nocami zostawiała okno otwarte, czekając na Piotrusia Pana, który nareszcie zabierze ją do Nibylandii i będzie mogła spędzić z nim beztrosko czas. Wieczny chłopiec nigdy się nie pojawił, a Wendy zdążyła zaledwie nabawić się zapalenia płuc, ale ideał ten nadal istniał w jej marzeniach.
Jako dziewczę jedenastoletnie, które codzienne po kryjomu oglądało najcenniejszą błyskotkę w domu, wyczekiwała księcia na białym koniu, aby - jako prawdziwa księżniczka - przyjmować jego zaloty i uciec na jego wierzchowcu razem z nim w stronę zachodzącego słońca, z daleka od jakichkolwiek zobowiązań. Niejednokrotnie wyobrażała sobie jego złociste fale na głowie, przeszywające i czarujące spojrzenie oraz łagodny, męski uśmiech; często umiejscawiała ich w warunkach towarzyszących kilkudniowej pieszej wędrówce przez łąki i lasy, kiedy książę rozpalał ognisko, aby było jej cieplej, polował na ptaki i okrywał ją swoją peleryną. Kolejny, który mógłby się nią opiekować.
W końcu wyrosła z takich nierealnych wyobrażeń, konfrontując je z rzeczywistością dosyć marną. Kiedy to zdała sobie sprawę, że chłopcy w jej wieku tak naprawdę nie mieli w głowie poukładane jak należy - wieczna zabawa i beztroska, zgrywanie twardzieli, chociaż tak naprawdę nimi nie byli, ciągłe chwalenie się podbojami, nieokrzesanie - stwierdziła, że nie warto zajmować myśli kimś, kto na to nie zasługiwał. Marzenia zepchnęła na dalszy plan, za jedyny cel stawiając sobie wypełnianie własnych przyjemności i w tym znajdując swoje szczęście. Zawsze jednak w jej podświadomości istniała wizja naprawdę idealnego faceta, z którym mogłaby stworzyć rodzinę, pozbawioną jednak utartych schematów.
Jak Aiden odzwierciedlał w jakiejkolwiek sposób lata jej marzeń? N i j a k.
Zawsze był towarzyszem i przyjacielem. Ich zakochanie w wieku dziecięcym nie miało szansy się rozwinąć. Jak się później okazało, został jej przeznaczony. Wybrano go na jej księcia zupełnie nie zważając na zdanie swoich dzieci. To nadal nie było to, czego ona pragnęła. Chociaż teraz był jej przyjacielem, nie wyobrażała go sobie jako ojca swoich dzieci.
A jednak. Jej serce wybrało za nią, zupełnie nie konsultując się z rozumem, przez co czuła się nieźle skonfundowana. Wiedziała, że jego słowa były najprawdziwszą prawdą i on także o tym wiedział. Nie mogła jednak powstrzymać gwałtownego bicia serca, kiedy tylko usiadł obok niej, tak blisko, a ona poczuła uginanie się materaca i jego palce na swoich włosach, odgarnianych opiekuńczym gestem. Opiekun, powiernik, kochanek, towarzysz.
Ukochany.
Nie zdążyła nic powiedzieć, uchylając tylko lekko usta, które pewnie ułożyłyby się w słowa swobodne, wyśmiewające jego zdatność do związków, rozładowujące atmosferę. Tymczasem złapał ją za nadgarstki - znowu - i zamrugała gwałtownie oczami, kiedy przyłożył jej czoło do swojego w geście niemego... porozumienia? Wsparcia? Wiedziała jedynie tyle, że nie zdążyła nic poczuć. To krótkie działanie zbiło ją z tropu, wytrąciło z równowagi, tak dobrze utrzymywanej do tej pory. Przez chwilę nie mogła wyswobodzić się z oszołomienia, ale wpatrywała się w niego spojrzeniem trzeźwym nieco zaczerwienionych oczu. I dalej trwałaby w takim otępieniu, całkowicie rozmemłana emocjonalnie, gdyby nie wstał i nie przemówił do niej głosem normalnym, jakby właściwie nic szczególnego się tutaj nie stało.
- Uważaj na siebie - odpowiedziała mocnym głosem, patrząc na niego pewnie jeszcze przez ostatnie kilka sekund, kiedy odwrócił się w jej stronę. A później już go nie było. Pustka, nicość, cisza, ciemność. Za oknem wciąż pluskał deszcz i królował już zmrok. Nie powiedziała tego do niego bez powodu; naprawdę martwiła się, jak będzie prowadził w takich warunkach. Tekst zwyczajny, przyjacielski, bez podtekstów, jakby rozstawali się w zwykłych okolicznościach. Tak jednak nie było i poczuła to, gdy tylko wyszedł.
Przygnębienie złapało ją za gardło momentalnie, a ona pozwoliła, by uszło z niej powietrze. Miała ochotę, żeby wielgachny miś - świadek całej rozmowy, dzisiejszy rekwizyt, kolejna rzecz naznaczona wspomnieniami - zniknął jej z oczu, rozpłynął się w powietrzu. Wzięła go więc za pluszową łapkę i zawlokła w kąt, którego z łóżka nie będzie widać, a później podeszła do komody, koło której stał Aiden. Wyciągnęła z szuflady zdjęcie, które tam włożył i przyjrzała się mu. Pocałunek. Tak bardzo jej tego brakowało. Kiss me hard before you go? Jasne.
Postawiła ramkę ze zdjęciem na to samo miejsce, na którym była - bardzo pedantycznie, perfekcyjnie; szkoda, że w jej życiu wcale tak nie było - i wróciła na łóżko ze zmiętą narzutą, wgnieceniami na poduszkach oraz ulotnym ciepłem ciała, które ziało teraz pustką. Najlepszym przyjacielem w tym momencie okazał się odtwarzacz muzyki; białe słuchawki założyła w uszy i zwijając się w kłębek słyszała pierwsze dźwięki Summertime sadness... Śpiewała razem z Laną, dopóki nie zasnęła na mokrej od łez poduszce.

zt
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: drzwi do nibylandii   

Powrót do góry Go down
 
drzwi do nibylandii
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Zatrzaśnięte drzwi
» Zielone drzwi [Patronus]
» Studio Piercingu i Tatuażu
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)
» Księżycowe Drzwi

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Wingfield (Richmond)-
Skocz do: