IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 jadalnia.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 7:44


Centrum spotkań rodzinnych. To od uroczystego obiadu rozpoczynają się coniedzielne spotkania, mające na celu podtrzymanie tradycji. Gdy zjadą się naprawdę wszyscy krewni, ciężko jest pomieścić ich przy stole, jednak pani Holloway doskonale sobie z tym radzi, wręcz upychając burżujskich paniczów przy każdym wolnym centymetrze kwadratowym jedwabnego obrusa. O dziwo, nie ma tradycji specjalnego stoliczka dla dzieci - najmłodsi potomkowie Collierowskiego rodu zasiadają razem z rodzicami, chwiejąc się niebezpiecznie na wielkich poduszkach podłożonych pod arystokratyczne pupcie. Zaniechano tego procederu dopiero kiedy mała Wendy Wingfield, ześlizgnąwszy się z poduszeczki, widowiskowo wyrżnęła brodą o krawędź stołu, pozbawiając się jedynek - na szczęście były to mleczaki. Od tamtej pory błękitnokrwistych potomków sadza się na trzech tomach encyklopedii Britannica, przykrytych wyszywaną złotymi nićmi serwetką, co gwarantuje im nie tylko nietykalność uzębienia ale i bezpośredni kontakt z wiedzą.

Zazwyczaj na rodzinnych obiadkach pojawia się około dwudziestu-trzydziestu osób. Często pojawiają się także przyjaciele domu, co tworzy iście sielankową atmosferę. Przy stole knuje się największe intrygi, snuje plany na przyszłość i naucza się o ważnych wartościach w życiu każdego Colliera.



_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 15:57

Niedzielne popołudnia. Czas sielanki, zalegania przed telewizorem z fish&chips, oglądając powtórki Doktora Who albo Sherlocka Holmesa - tak wyglądały zapewne popołudnia przeciętnego obywatela Wielkiej Brytanii (na którego przypadało 1,45 dziecka) i Aiden podejrzewał, że Przeciętnemu Obywatelowi wcale to nie przeszkadzało. Nabranie sił do życia, spokój, czilałt; brak pobudek intelektualnych, ale może to i dobrze? Chętnie też by się wyciągnął na kanapie - antyku - czytając Tołstoja, słuchając Joy Divison, popalając Sobranie i oddając się relaksowi.
Zamiast tego został wciśnięty przez panią Holloway na siłę do stołu, przy którym siedziało już dobre trzydzieści osób (przewidzianych miejsc: dwadzieścia) od dobrej godziny. Bo posiłki u Collierów były spożywane bardzo po francusku - dziubiąc, małymi kęsami, w nieskończoność, tak, że obiad płynnie przeradzał się w deser a deser w kolacje lub inne słodkości.
Lecz Aiden wcale nie czuł się doskonale - owszem, rodzinę swoją szanował i wielbił (byli dobrym materiałem na psychoanalizę), ale obecnie był w dość...krępującej sytuacji. Bo pani Holloway - z tikiem mrugania flirciarskiego - usadziła go obok Wendy, tak, że stykali się łokciami i ramionami. Na szczęście, odzianymi w jakieś burżujskie jedwabie, bo inaczej skończyłoby się to zbiorowym gwałtem - moc wróciła.
Lecz nie tylko to Aidena...lekko irytowało. Oprócz złamanego nosa - może Samuel ulepszył jego stan, ale skrzywienie było dalej widoczne - lekkiego siniaka i ogólnego fizycznego męczeństwa do szału doprowadzała go obecność Wendy. Wyczuwalna, jak jej perfumy i zapach jej włosów.
Bo musieli się traktować...po przyjacielsku.
- Wendy, czy byłabyś tak miła i podała mi wodę - spytał krystalicznie czystym głosem, uśmiechając się do niej niezwykle sympatycznie, klnąc w duchu na mądrość swoich dziadków, którzy postanowili być tak nowocześni i zwolnili całą służbę. Bo to takie niewolnicze. Gdyby nie ich liberalność mógłby spokojnie Wendy ignorować, ale...nie mógł. Musiał sprawiać wrażenie cudu kultury. Nawet, jeśli ten cud kultury mógł jednym muśnięciem jej dłoni doprowadzić do tragicznego w skutkach faux-pas na oczach całego rodu.
- ...i właśnie wtedy Jonathan powiedział, że nie ma mowy, nie zbiją z ceny i nie uwierzycie, ta firma... - przy drugim końcu stołu William opowiadał z triumfem w oczach o nowej, genialnej transakcji dokonanej przez swojego przyjaciela Wingfielda, co cała zgromadzona mieszanina rodzin przyjmowała z zachwytem. Mniej lub bardziej szczerym.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 17:17

Wendy nie lubiła niedziel z całą ich dość leniwą otoczką oraz wystawnymi obiadami w posiadłości Collierów. Od rana miała podły humor, na który składały się wszystkie sprawy przytłaczające i doprowadzające do łez, których - z oczywistych powodów - nie mogła uzewnętrznić. Zresztą co noc szlochała w poduszkę z taką intensywnością, że już mało co zostało jej w zapasie. Frustrowało ją to, że musiała ukrywać wszystko przed ojcem i Audrey, ale z drugiej strony nie byłaby w stanie nic powiedzieć. Był to trudne, rano kobiecy instynkt żony jej ojca sprawił, że Wendy niemal ugięłaby się pod jej dociekliwością. Na szczęście nic takiego się nie stało. Cieszyła się, że mogła porozmawiać chociaż z Lauren, u której w oczach migało bezgłośnie wsparcie, ilekroć na siebie spojrzały.
Dzisiejsze spotkanie było kolejnym gwoździem do wingfieldowskiej życiowej trumny. Nie czekała na nie z wielką niecierpliwością, a raczej z chłodnym znudzeniem. Tym razem musiała grać wesołą, towarzyską oraz bardzo ułożoną młodą damę, przez co męczyła się w sobie, ale zdecydowanie przeżyłaby. Nie miała nadziei, że Aidena nie będzie, ale nawet jego zniosłaby, gdyby tylko znajdował się kilkanaście metrów od niej. A chociażby po drugiej stronie stołu. Przeklinała wszystko, co tylko możliwe, że czuła jego przytłaczającą bliskość, od której niemal się dusiła. Kolejnym denerwującym faktem było to, że to wszystko przeciągało się, jak tylko mogło najbardziej. Wyczekiwała momentu, kiedy niektórzy zaczną powoli odchodzić od stołu. Była nawet skłonna pomóc pani Holloway w kuchni, nawet jeśli miała jej za złe, że przyprowadziła do niej tego człowieka.
Wciąż wpatrzona była w swój połyskujący, porcelanowy talerz, na którym zbyt wiele się nie znajdowało, nie miała wszak swojego zwykłego apetytu. Na szczęście nie było tego widać przy sposobie jedzenia wszystkich gości. Rozglądała się wszędzie, przejeżdżając leniwie wzrokiem po wszystkich obrazach wiszących na ścianie, które znała już na pamięć. Żeby tylko nie myśleć, że on siedzi tuż obok. Jego słowami wytrącona została z jako takiej równowagi. A niech go.
Nawet na niego nie patrząc, sięgnęła po karafkę z krystalicznie czysta wodą. Miała wielką ochotę wylać ją na niego... przez przypadek. Albo rozbić naczynie na jego głowie. Niestety zdawała sobie sprawę, że rzucałoby to cień na ich nieskazitelną relację. Trzeba było grać.
- Ależ proszę, Aidenie - odpowiedziała, dodając do owej wypowiedzi tonę cukru, a przy tym uśmiechając się tylko i wyłącznie sympatycznie.
Wróciła do swojego zajęcia, czyli dystyngowanego przesuwania części potraw w talerzu, kiedy oczy jej babki ściągnęły jej spojrzenie. Nie przepadała za tą kobietą, z wzajemnością. Zawsze jednak dbały o pozory, a tym razem Eleonore znalazła sposób, aby znów zganić ją za coś, chociażby samym wzrokiem. Wendy znała go już i momentalnie zreflektowała się, nie chcąc się przeciwstawiać bez przyczyny. Która właściwie była, ale chyba nikt poza nimi o tym nie wiedział.
- Aidenie, jak mija ci dzień? - spytała, wyszukując w swojej głowie jak najbardziej oklepanej formułki, którą bezgłośnie wyraziłaby niechęć do rozmowy z tą konkretną osobą. W tej chwili miała tylko ochotę kopać jedwabne poduszki i histeryzować jak mała dziewczynka.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 17:56

Cukrowy ton Wendy doskonale pasował to jej pastelowego stroju, skromnego, wyważonego, idealnego na takie okazje. I idealnie podkreślającego jej oczy. I idealnie komponował się z muszką, jaką założył jej ojciec i gustownym szalikiem, obecnie spoczywającym na ramionach babki - Cóż, rodzina Wingfieldów idealna w każdym calu - i idealnie Aidenowi przypomina ich dzieciństwo.
Bo podobnie skrojoną sukienkę miała na sobie Wendy pięciolatka, manipulująca nim w celu podkradnięcia z kredensu pani Holloway łakoci. Identyczny kolor bluzki miała na sobie Wendy dziesięciolatka, kiedy to razem ściągali z najwyższych półek biblioteczki zakazane woluminy. A jej włosy też niezwykle przypominały mu jej rozczochraną fryzurę, kiedy to po raz pierwszy zsuwał z jej nóg koronkową bieliznę.
Zdecydowanie nie były to myśli, jakimi powinien się zajmować na rodzinnym obiadku, który niedługo miał zmienić się w przyjemną dramę.
Odebrał od Wendy dzbanek, muskając palcami jej własne i nalewając sobie do kryształowej wysokiej szklanki (burżujstwo!) wodę. Nie wino. A powinien. Bo jego życie ostatnio popychało go w stronę alkoholizmu coraz mocniej.
- Nieprzespana noc? W ramionach Rochelle czy Franny? - spytał kurtuazyjnym tonem, cichym oczywiście, rzucając jej szybkie spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Wyglądała na zmartwioną. Albo zmęczoną. Albo tak znerwicowaną jego towarzystwem, że...cóż, nieco się niepokoił, świadom, do jakich czynów to urocze dziewczę jest zdolne.
Widząc krytyczny wzrok babki Wendy, uśmiechnął się ponad ramieniem dziewczyny do starszej kobiety, po czym przeniósł wzrok na Dalekiego Kuzyna O Imieniu Jeremy, który właśnie próbował złotym widelcem wyciąć dziurę w ozdobnym szalu przybranej matki młodej Wingfieldówny.
- Ach, dajmy spokój tym tendencyjnym rozmowom. Wystarczy odpowiednio modulować głos, a nikt się nie zorientuje, że wyzywam Cię od suk - ciągnął tonem wesołym, wręcz srebrzącym się pozytywną energią, popijając powoli głowę i śmiejąc się z bardzo ekonomicznego żartu, jaki właśnie opowiedział siedzący obok niego wuj Gwidon.
Zdecydowanie Aiden był dziś nie w humorze. Bo zbierał się w sobie od dwóch dni, by...poinformować. Rodzinę. O zadziwiającym fakcie niepokalanego poczęcia, które niejako...sprowokował.
Długo o tym myślał, najpierw wybierając prostą ścieżkę napomknięcia o tym tylko Williamowi. Potem jednak logicznie wykalkulował, że... najlepiej poinformować wszystkich i mieć to z głowy, niż na kolejnych obiadach prostować wszystkie plotki. I właściwie był już pewny, że dzisiaj, po obiedzie, w miłej atmosferze biblioteki, ponowi rodzinną tradycję uświadamiania rodziny o posiadaniu... nieślubnego dziedzictwa.
Ale na razie tylko nieco się irytował, obserwując jak Wendy bawi się jakąś sałatką czy innym dietetycznym szitem. Może to dlatego tak schudła? Jest anorektyczką?


_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 19:36

Niedziele u Collierów były nieodłącznym elementem życia w Kensington. Mimo obrzydliwej ilości pieniędzy, która była skumulowana na tych kilku akrach akurat tej londyńskiej dzielnicy i która spokojnie wyżywiłaby biedne dzieci w Indonezji, kawiorem i polędwiczkami cielęcymi, inni sąsiedzi zazdrośnie stawali pozornie schowani za kaszmirowymi zasłonami w wielkich oknach swych posiadłości, gdy to pod hacjendą Collierów zbierał się cały salon samochodowy, a z owych samochodów zdawały się wychodzić hollywoodzkie gwiazdy. Na niemalże czerwone dywany, do jadalni prowadzące (przez bar), żeby ciotka Penelope mogła łyknąć bourbonu, zanim rozpocznie konwersację ze znienawidzonym stryjem Teodorem i żeby młodzież również katorgę zwaną zjazdem rodzinnym przetrwała.
Świeżo upieczony osiemnastolatek sprytnie się wywinął, co akurat dzisiejszego dnia William Collier, który zasiadał na zaszczytnym miejscu pana domu, ponieważ wraz z Jonathanem Wingfieldem, swym najserdeczniejszym przyjacielem, wreszcie sfinalizowali, przynajmniej w swoim dwuosobowym gronie, niejaką transakcję planowaną od nastu lat. Jednak póki co patrzył on swymi chłodnymi oczami, jak zawsze, na zgromadzoną publikę dzielącą collierowskie i wingfieldzkie geny, jednakże było widać ulotny blask, jakby szczęście i zadowolenie, tak rzadko malujące się na jego surowej twarzy. Kiedy tylko srebrne półmiski stanęły na stole, a jego piękna rodzina konsumpcję rozpoczęła, po wymianie bardzo znaczących spojrzeń, złotym widelcem w kryształowy kieliszek zadzwonił, skupiając na sobie uwagę ogółu. Nawet żona kuzyna Jeremiasza zamilkła, a krążą po rodzinie plotki, że jedynie robiąc dobrze nic nie mówi.
- Moi kochani! - rozpoczął swoim tubalnym głosem, z pauzą na efektownie przeczesanie kruczoczarnej czupryny, gdzieniegdzie przerzedzonej arystokratyczną platyną - Razem z moim drogim Jonathanem, chcielibyśmy coś bardzo ważnego ogłosić - mówił, jakby wygłaszał co najmniej orędzie do całego narodu. Spojrzał z pewną ckliwością na uśmiechnięty duet z jego pierworodnego i Wingfieldówny, również pierworodnej (ochach<3) złożony, dumny jak paw, że nie dość, że dzieci piękne, to wnuczęta jeszcze piękniejsze mu wyprodukują. Które na Oxford wyśle. Na prawo. I będzie najszczęśliwszym dziadkiem na tym globie.
- Dzisiejszy dzień jest bardzo szczególny, bowiem wreszcie wcielimy w życie to, co od dawna było planowane. Dlatego nie przeciągając jak w kiepskich teleturniejach, pragnę ogłosić iż mój syn Aiden oraz córka Jonathana - Wendy, w niedługiej przyszłości pobiorą się! - zakończył, rękę z kieliszkiem w górę wznosząc, wywołując brawa bite przez arystokratyczne rąsie zgromadzonej w jadalni rodziny - Za mojego syna i synową! - krzyknął i upił łyk wina, przelotnie jedynie zatrzymując się wzrokiem na samych zainteresowanych, głównie skupiając się na wzruszonej Alai oraz reszcie gości, zachwyconych odgrywanym przedstawieniem.
Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Wto 15 Maj 2012 - 20:28

W chwili wypowiadania swoich słów była przekonana, że Aiden nie odpuści sobie tej przyjemności dogryzienia jej. Płonne były jej nadzieje na odpowiedź bardzo dobrze, a tobie, Wendy? Byłaby to rozmowa wymagająca od niej najmniej wysiłku, a stwarzająca pozory cywilizowanej rozmowy. Owa taką nie była, choć Aiden czepiał się wciąż tych samych tematów. Tamto oklepanie zdołałaby znieść, ale to zdecydowanie trudniej było jej przegryźć. Zła była głównie na siebie za to, że tak ją wciąż denerwuje poruszanie tematu jej przyjaciółek. Istniały sfery, których on nie powinien dotykać swoim ciętym językiem i najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Trudno było utrzymać Wendy dobrą minę do złej gry, ale wciąż powtarzała to sobie jak mantrę. Aż dziwne, że nikt nie słyszał jej intensywnych myśli, które wzbijały się aż pod sam wysoki, ozdobny sufit, czuła to. Spojrzała tam, szukając wewnętrznej równowagi i wdychając mocno powietrze w płuca. Zapach jadalni przypominał jej najlepsze chwile w posiadłości Collierów. Chowanie się za wielkimi zasłonami, dotykanie się pod stołem nogami, między którymi czuć było elektryczność, odgrywanie w ogrodzie scenek z collierowskiej żywej przeszłości (Wendy uwielbiała rzucać się w żywopłot na wzór babki od strony Jeanne). Z tym swoim uśmiechem na ustach mogła wygladać teraz jak dziewczyna, która właśnie obdarzona została komplementem lub wizją idealnej przyszłości. Szkoda, że było kompletnie na odwrót.
- Wiesz co, Collier? - rozpoczęła, starając się brzmieć jak najbardziej zalotnie. Rozróżnianie tonu głosu i słów wypowiadanych bardzo jej się podobało. - Może ogólnie darujmy sobie tę miłą pogawędkę, w innym terminie będzie bardziej adekwatna - stwierdziła, nawiązując bardziej do swojego stanu psychicznego niż okoliczności. Miała nadzieję, że jeszcze będzie lepiej dzięki rozmowom z Lauren, która ciągle wlewała jej optymistyczne słowa pocieszenia. Na chwilę obecną raczej nie działały.
Wróciła do kontemplowania zawartości swojego talerza, przy okazji przysłuchując się subtelnej wymianie plotek między kuzynkami.Gdy wtrąciła półgłosem co nieco, roześmiały się zasłaniając dłonią usta, a ona uśmiechnęła się szeroko z błyskiem w oku. Takie elementy stawiały ją do pionu, choć szkoda, że nie trwały zbyt długo.
Gdy usłyszała dźwiek brzmiący mniej brylantowo niż brzmiać miał, ale wciąż tak burżujsko, jak tylko się dało, podniosła wzrok na uśmiechniętego Williama, a później na swojego ojca, który puścił jej oko, nad wyraz rozpromieniony, co było dość zastanawiającym faktem, bo nigdy dotąd sukcesy firmy nie sprawiały, że tak cieszyły mu się oczy. Wróciła wzrokiem do Aidena, starając się nie zmieniać wyrazu twarzy i nachyliła się do niego lekko. Brakowało jej miękkiego zsuwania się włosów, które na tę okazję pozostały spięte w wyrafinowany kok, który podkreślał tylko jej urodę. Nie było widać, jak bardzo broniła się przed zetknięciem z nim łokciami dłuższym niż pięć sekund.
- Dziadek już pewnie wie o bękarckim wnuku, skoro się tak cieszy? - skomentowała sytuację, nie powstrzymując jeszcze szerszego uśmiechu rozbawienia. Po chwili jednak skupiła uwagę na przemawiającym, zastanawiając się, co też takiego ma do przekazania. Przez ułamek sekundy przez myśl przemknęły jej słowa wyczytane na TT, ale była przecież przekonana, że to tylko wymysł.
Jaka szkoda, że jednak wszystkie bzdury okazały się prawdą. Wszystkie uszczypliwe uwagi zastygły jej na języku w chwili, kiedy to wszystko do niej dotarło. Wendy miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi, a przez tą szokującą informację była skłonna porzucić maskę zadowolenia oraz uprzejmości i wyjść, trzaskając wiekowymi drzwiami. Miała autentyczną ochotę wyjść, gdy powiodła wzrokiem po wszystkich, którzy, rozpromienieni, bili młodym brawo, oczekując wielkiej radości na ich twarzach. Nie wiedziała, czy dalej chce udawać. Spojrzała na Aidena, który, czuła to, także był zbity z tropu dość mocno. Uśmiechnęła się do niego, choć w jej oczach pobrzmiewała panika, przez którą bezgłośnie krzyczała zrób coś, powiedz coś, Collier, masz cholerne gadane! Gdyby trzymała właśnie kieliszek nad sobą, bez solidnego podparcia, jakim był stół, na pewno wyślizgnąłby się z dłoni, która zdała się stracić wszelkie siły. Już myślała, że nic bardziej nie może się skomplikować. A jednak.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sro 16 Maj 2012 - 5:55

Miłe pogawędki były takie w ich stylu! Posyłanie sobie uroczych uśmiechów, podawanie półmisków, flirciarski ton - cudowna para, którą sam Aiden by się z pewnością zachwycił, gdyby nie było mu dane być jej częścią. Bo wyglądali razem...pasująco, adekwatnie. Może to kwestia charakterów, aparycji, a może przyzwyczajenia? Odkąd pamiętał, na wszystkich rodzinnych uroczystościach byli obok siebie. Najpierw - chcieli, potem - tak wypadało.
Ostatnio nawet przejrzał przelotnie album ze zdjęciami z ostatnich piętnastu świąt - i w domu Wingfieldów i Collierów. Na każdej fotografii stali obok siebie, najpierw on za nią, wręcz bratersko trzymając małą łapkę na jej wątłym ramieniu, na następnym zdjęciu coś szeptali sobie do ucha, na kolejnym trzymali się za ręce i...nagle przełamanie schematu, pamiętne tragiczne święta, Wends w czarnej sukience i on, tuż obok niej, nawet nie silący się na uśmiech, a wrogość można było wyczuć nawet nie znając ich historii.
Lecz teraz było... odrobinę lepiej. Chociaż podskórnie wiedział, że gdyby tylko nie mieli publiki, to Wendy z przyjemnością wbiłaby mu złoty widelec w oczodół a nożem wycięła mu na plecach jakiś banalny cytat o pogardzie. Było to oczywiste - nawet, jeśli przykryte krystalicznym wręcz śmiechem i pogodnym wyrazem twarzy.
Na słowa o wnuku, Aiden tylko mocniej zacisnął dłoń na szklance, pewien, że zaraz ją roztrzaska. O głowę Wendy. Był tak wrażliwy na jakąkolwiek wzmiankę o córce, że...trochę go to przerażało. Nikt nie wiedział o jego słabym punkcie oprócz Wingfield, która wykorzystywała to bez żadnych skrupułów.
Na jej słowa nawet nie obejrzał się w stronę ojca, który owszem, od rana w wspaniałym humorze był, ale podejrzewał, że to dzięki temu wspaniałemu kontraktowi, który wczoraj wynegocjował. Albo, że jego ukochany Blaise kończy dziś osiemnaście lat. Albo - że Grecja upadła, czy coś takiego.
- Zamilcz - posłał jej szeroki uśmiech, odkładając szklankę, prawie, że z cichym trzaskiem, którego nikt nie słyszał w narastającym gwarze. - Zabawne, że to Ty, córka służki, wspominasz o bękarctwie - dodał, przygryzając wargę. Doprowadzała go do szału. Tak mocnego, że generalnie wyłączył rozum, zapominając (wygodne), że i on należy do niezbyt ślubnej gałęzi collierowskiego rodu.
Jednak nie zdążył kontynuować mniej lub bardziej wyrafinowanych obelg, trafiających w jej czułe punkty, gdy William zaczął irytująco stukać w kieliszek i Aiden przez chwilę poczuł się...zaskoczony. Wie? Ma teraz zamiar go wydziedziczyć? Ale nie, wygląda na szczęśliwego, irracjonalnie szczęśliwego, więc to nie kontrakt na świdry...
Pustka. I bardzo banalne uczucie nie-trafienia-na-schodek, kończące się niemiłym uczuciem w żołądku. Cała szczęśliwa rodzinka biła brawo - najstarsze pokolenie w myślach powtarzało 'Dzięki Królowej, oh, Dzięki' (dość niemoralna wydawała im się ta znajomość, lecz po zaręczynach można wszystko!), starsze było zachwycone całą dramą i atmosferą opery mydlanej, średnie już szukało dalszych kuzynek do żenienia się z potomkiem Wendy i Aidena, a najmłodsze piszczało z uciechy, łupiąc piąstkami w stół i machając platynowymi grzechotkami.
Generalnie, Aiden czuł się jak jakiś dziki zwierz, zapędzany do klatki szamańskimi, wrzeszczącymi rytuałami. Świetnie.
Jednak był przecież mistrzem opanowania i collierowskim potomkiem (mimo małego zamieszania z krwią plebejską). Wiedział, że jakiekolwiek histerie, płacze, wychodzenie z sali i smęty zostaną arystokratycznie zignorowane. Zresztą, nie mógł sobie pozwolić na niechęć ojca, któremu będzie musiał powiedzieć...jeszcze weselszą nowinę.
Pozwolił sobie więc na jedynie piętnaście sekund wewnętrznego szlochu i przekleństw, po czym uśmiechnął się zaskoczony, łapiąc pod stołem dłoń Wendy - a przynajmniej tak to miało wyglądać, bo po prostu ścisnął kurczowo jej nadgarstek przez materiał żakietu, jak gdyby powstrzymując ją od dzikich czynów.
- W niedługiej przyszłości? To nieco...liberalne, przecież Wends się jeszcze uczy, nie mógłbym stanąć na drodze jej edukacji, cenię sobie inteligencję - powiedział, głosem bardzo WZRUSZONYM, gdy już brawa ucichły i wszyscy wpatrywali się w parkę jak zaczarowani. Jednak po skończeniu tych słów nieco się wciął, świadom, że William kretynem nie jest (geny) i że na pewno zareaguje wciskając mu w rękę jakiś brylantowy pierścień czy wręcz zaproszenie na swój własny ślub.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sro 16 Maj 2012 - 17:33

Poruszenie wywołane tą jakże pompatyczną przemową wprawiłoby Najstarszego Colliera w nastrój szampański. Zachwyceni goście, babcia Collier już smarka w jedwabną, haftowaną chusteczkę, dzwoniąc do notariusza w sprawie zmiany testamentu, wujek Louis kiwa głową z uznaniem, patrząc na przyszłą Panią Collier i szeptając coś do swojej puszystej żony i nawet Babci Wingfield popuścił żelazny botoks i wygięła usta w półuśmiechu lustrując wybranka swej wnuczki. Z uznaniem wręcz, co zauważyło kilka osób i powiadomiło kolejnych kilka obok siedzących.
Ale właśnie wprawiłoBY, ponieważ William ujrzał zszokowanie na ślicznej twarzy Wendy i nagłą bladość swego pierworodnego. A, że myśleć potrafił całkiem nieźle, szybciutko wywnioskował co się dzieje, przynajmniej we własnym mniemaniu był święcie o racji efektów swych analiz przekonany. Jednak zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, głos zabrał uszczęśliwiony Jonathan, nerwowo szukający czegoś w wewnętrznych kieszeniach marynarki. By już po chwili na jego dostojną twarz wpłynął błogi uśmiech i z wyraźną ulgą wyciągnął małe, purpurowe pudełeczko.
- Nonsens! To idealna pora! - wstał z szalenie uprzejmym uśmiechem przyklejonym do twarzy - Początkowo chcieliśmy to ogłosić w urodziny Wendy, jednak postanowiliśmy się jeszcze chwilowo wstrzymać, ze względu na dużą ilość spraw pozarodzinnych, które mieliśmy obydwaj z Williamem - dodał pospiesznie, żeby już chwilę później nachylać się nad młodą parą, wpatrując się w zahipnotyzowanych zgromadzonych.
- Ten pierścionek był w rodzinie Wingfieldów od wielu pokoleń - rozpoczął tonem wręcz nostalgicznym i pogłaskał ramię córki - Dlatego jestem szalenie dumny, że mogę Ci go przekazać, Aidenie, abyś dopełnił rodzinnej tradycji - otworzył pudełeczko z trzaskiem, ukazując co znajduje się wewnątrz (brylant wielkości ziarna pieprzu osadzony w obrączce z różowego złota, ręczna robota, wart tyle, co pół Afryki zapewne) i podał go Collierowi Środkowemu.
A całej tej scenie przyglądał się William, wszystko już rozumiejąc. Aiden i Wendy już musieli być parą! Tylko skrzętnie ukrywali swój związek z powodów mu bliżej nieznanych. Wszystkie te dyplomatyczne uśmiechy, nieśmiałe trzymanie się za rękę pod stołem, już rozumiał i uśmiechnął się pod nosem jak detektyw, który właśnie doszedł do tego, kto jest w jego śledztwie winny zbrodni.
- Nie bądźcie już tacy zaskoczeni! - krzyknął, wcinając się mało elegancko w zdanie zapowietrzonemu Jonathanowi, który chyba zamierzał kontynuować swój drrramatyczny i ckliwy wykład - Już wszystko wiem. Dlatego możemy się już tylko cieszyć, że niedługo uświęcimy i zalegalizujemy Wasz nieoficjalny związek - dopowiedział i dumnie zasiadł na swym krześle ponownie, czekając na reakcję dzieci (not anymore, jak on się z tym pogodzi?).
Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sro 16 Maj 2012 - 20:24

Bycie w centrum uwagi zawsze sprawiało Wendy przyjemność, niezależnie od tego, gdzie się znajdowała. Blask reflektorów, gwar, spojrzenia ukradkowe i te całkiem jawne, to wszystko budowało jej pewność siebie. W tej chwili jednak nie była taka zdecydowana, czy chce być nierozerwalną częścią widowiska podniosłego, wzruszającego i bardzo romantycznego; przynajmniej taki on był w mniemaniu wszystkich tu zgromadzonych członków dwóch rodów, którzy wlepiali w nich wzrok. Dla niej był to koszmar, z którego chciałaby się obudzić w swoim wielkim łóżku z baldachimem, owinięta jedwabną pościelą.
Rzeczywistość była jednak o wiele gorsza od wszelkich marzeń i przewidywań. Gdy Aiden rozpoczął mówić tonem dość dyplomatycznym, płonęła w niej nadzieja na to, że wszystkich da się przekonać do zwłoki, podczas której być może zmieniliby zdanie. Zignorowała nawet wyrafinowanie opakowaną uwagę, że jest nie dość inteligentna, skupiając się raczej na reakcji ojców, którzy w tej sprawie mieli najwięcej do powiedzenia. Nie mieściło jej się w głowie, jak mogli ogłosić to właśnie teraz, w tak najmniej odpowiednim momencie, wcale nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji i tego, że przysparzają swoim dzieciom dodatkowych problemów. Jakby życie bez aranżowanych małżeństw nie było wystarczająco pogmatwane.
Cała jej nadzieja pokładana w słowach Aidena, które, jak sądziła, mogły przerodzić się w dyskusję, ulotniła się z chwilą, gdy przemówił jej ojciec. Przyglądając się podnieconemu i podenerwowanemu Jonathanowi doszła do wniosku, że do tej pory nie widziała go w takim stanie. Widywała rozbawienie, załamanie, zdenerwowanie oraz szczęście w tych lepszych chwilach, gdy spoglądał na Audrey i swoje córki, ale jeszcze nigdy nie zaobserwowała aż takiego nagromadzenia emocji. Dla niego było to tak ważne wydarzenie, że Wendy zapragnęła nie sprawić mu zawodu. Za wszelką cenę. Nawet jeśli miałaby potulnie zaręczyć się z Aidenem Collierem.
Jeszcze bardziej nieuniknione jej się to wydało, gdy ujrzała wiekowy pierścionek zaręczynowy, który znała już niemal na pamięć. Odżyły w niej wspomnienia malutkiej panienki, która zakradała się do komody swej babki, gdzie ukryta była właśnie owa drogocenna rzecz. Snuła wtedy liczne fantazje o ślubie jak z bajki, koniecznie z Piotrusiem Panem, który zabierze ją do Nibylandii tuż po uroczystości i pożegnaniu się z rodzicami. Aiden w żadnym calu wyobrażeń jej nie przypominał. Nigdy nie myślała o nim dojrzale, jako o mężu, chociaż możliwym było, że przemknęło jej to przez myśl w wieku nastoletnim, gdy wprowadzana była w tajniki życia panny z dobrego domu. Później jednak to wszystko runęło, a na dzisiejszych zgliszczach ich rodzice, zupełnie nieświadomi, pełni dobrej wiary, mieli zamiar wylać fundamenty.
Miała ochotę uciec, kiedy ojciec przekazał Aidenowi pierścień. Uśmiechnęła się promienne do ojca, mając nadzieję, że przez jej oczy nie jest widoczny smutek, który nagle ogarnął jej duszę. Zdała sobie sprawę, że niezależnie od końca tej całej farsy, ona i tak nie miała zbyt dużo czasu. Miała ochotę roześmiać się gorzko. W niedalekiej przyszłości uwolni i siebie, i jego od przykrej konieczności, z której nijak nie dało się wyplątać. Chociaż gdy nie patrzała na Jonathana, do jej głowy przychodziły różne pomysły, włącznie z pozostawieniem wszystkiego i ucieczką. Do Meksyku. Wendy i tak nie miała nic do stracenia.
- Dziękuję, ojcze - powiedziała dość cicho, uważając, żeby jej głos w najmniejszym stopniu nie zadrżał. Przy okazji dyskretnie wyswobodziła się z krępującego uścisku Colliera, który ją przytłaczał.
Zwróciła wzrok w kierunku Williama, a na jego pewne siebie słowa: już wszystko wiem, zareagowała gwałtownym biciem serca. Oboje mieli wiele do ukrycia, dbając o nieskazitelność swojej reputacji. Ale gdy usłyszała, że z ich zachowania wywnioskował coś całkiem innego niż rzeczywisty stan sytuacji, miała ochotę roześmiać się na głos i faktycznie z jej gardła wydobył się stonowany, perlisty śmiech, jakby ucieszyło ją to, że nie musieli się dłużej ukrywać. To naprawdę wyglądało, jakby byli ukrytą parą?
Spojrzała porozumiewawczo na narzeczonego, który przez ostatnie lata stał się dla niej całkowicie obcą osobą, a z którym teraz zapewne będzie musiała spędzać dwa razy więcej czasu. O ile nic się nie stanie, o ile nic nie wymyślą, będą na siebie skazani. Pragnęła, żeby los obrócił się w jakimś niespodziewanym kierunku, ale na razie chyba już nie było odwrotu. Jedynym jej celem było grać, grać dobrze swoją rolę na to popołudnie.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Czw 17 Maj 2012 - 11:54

Idealna pora. Idealny czas. Idealne miejsce.
Gdyby Aiden nie posiadał magicznej mocy - i nie chodziło tu o erotyczne pobudzanie do czynów niemoralnych - dystansowania się w ciągu sekundy i włączania racjonalności w trybie nagłym, na pewno ten rodzinny obiad i ta pora zostałyby zapamiętane przez wszystkich negatywnie. Bo doprowadzony do ostateczności miał skłonności dość mordercze i krwawe. Ot, niezrealizowane popędy krystalizowały mu się w zbytniej agresji.
Jednak obecnie był tak opanowany jak nigdy i sam sobie przyznawał w głowie złote gwiazdki za spokój. Zero gryzienia warg, zero warczenia, zero dramatów rodzinnych, Aiden Collier w swojej idealnej szarej marynarce i błękitnej koszuli, uśmiech lekki, nieco...niespokojny, ale to przecież przez nagromadzenie uczuć romantycznych, które nim targały. Jak Werterem. Który chętnie zastrzeliłby swoją kochankę a potem siebie, rozbryzgując nie tak szlachetną krew po obrazach przodków. A chlusnęłaby strumieniem bardzo intensywnym, bo wręcz czuł paniczne bicie serca Wendy. Wpatrzonej w swojego tatusia, który - tak szczęśliwego Jonathana nie widział chyba nigdy - właśnie zmaterializował się za nim, kładąc mu na ręce otwarte pudełeczko. Z pierścionkiem. Dość pięknym. I symbolizującym...dość przerażającą perspektywę.
- Jestem... - zaczął, a głos mu nieco zadrżał, powodując łzy szczęścia u ciotki Philippe, która wzruszyła się jego wrażliwością i uczuciowością ofc - jestem naprawdę - zaskoczony, przerażony, wkurwiony, rozbawiony, postawiony w niezręcznej sytuacji, największym wrogiem Wendy, podłym chłopcem nie zasługującym na takie klejnoty wingfieldowskiego rodu - zaszczycony. Ciężko ubrać w słowa to, jak się teraz czuję - dokończył SZCZERZE, odbierając pudełeczko i wręcz czując na sobie palące spojrzenie Williama oraz całego rodu. Jednak po sekundzie zamknął ozdobne wieko z trzaskiem, wyrywającym ludzi z ckliwego, operowego romantyzmu. Wzbudzając pewnie obawy (a u Wendy nadzieję), że trzaśnie pierścionkiem w kominek, po czym tasakiem do mięsa zdekapituje swojego przyszłego teścia i zatańczy na jego grobie indiański taniec.
Ale nie.
- Jednak...muszę sprzeciwić się ojcowskiej woli - kontynuował z lekkim, collierowskim uśmieszkiem, przyprawiając o zawał serca babkę Gertrude. - gdyż chciałbym, aby zaręczyny Wendy zapamiętała na całe życie i by były jeszcze bardziej romantyczne i intymne. Tylko my dwoje. I nasze uczucie. - ciągnął tonem tak przepełnionym emocjami, że spowodował wybuch płaczu u dalekiej krewnej Wendy i zbiorowe odetchnięcie z ulgą całej rodziny. - Właściwie, miałem Ci się oświadczyć na motorze, ale...wymyślę coś jeszcze bardziej spektakularnego - tu zwrócił się bezpośrednio do Wendy, chowając pudełko z pierścionkiem do kieszeni marynarki i poprawiając bardzo ostrożnie kosmyk, opadający jej na czoło. - Ale oczywiście stanie się to na dniach, więc wypatrujcie na dłoni Wendy tego wspaniałego pierścionka - znów zwrócił się do rodziny, promieniejąc szczęściem prawie takim jak ojcowskie i ujął delikatnie dłoń Wendy, całując ją przelotnie. I kontrolując się tak mocno, jak tylko potrafił, by Wingfield nie zniknęła pod stołem, rozpinając mu rozporek. To by dopiero były widowiskowe oświadczyny.
Rodzina była zachwycona, ojcowie patrzyli na nich z wielką dumą i rodzinny obiad powrócił do swojego stałego trybu: głośne rozmowy, dyskusje i tylko zerkanie na uroczą narzeczeńską parkę było zdecydownie częstsze. I Aiden, zamiast zwykłej irytacji czuł narastającą...może nie panikę, ale coś tak niewygodnego i dławiącego, że naprawdę potrzebował nagłej reanimacji.
Reanimacji nikotyną. I świeżym powietrzem. Na co musiał zaczekać, aż rodzinny obiad dobiegł końca i wszyscy kulturalnie udali się do biblioteki. Na plotki, albumy ze zdjęciami, wino, więcej wina i toasty. Za młodą - przyszłą parę.
Lecz Aiden był pewien, że każda minuta wśród szczęśliwej rodziny tylko pogorszy jego stan psychiczny, od razu złapał więc Wendy za ramię i - przyjmując ciągłe gratulacje - wyszli z pomieszczenia, kierując się w stronę ogrodu. W tempie dość szybkim, jakby Aiden już-teraz-zaraz chciał paść na kolana i się oświadczać.

zt.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sob 8 Gru 2012 - 14:22

-... i wtedy Prescott mówi, że tak naprawdę NIE sprzedał tych akcji! - tubalny głos wuja George'a zdecydowanie wybijał się ponad zwykłe, obiadowe pogadanki, wywołując salwy śmiechu u wszystkich, którzy zdołali jakimś siódmym zmysłem usłyszeć wcześniejszą część arcyzabawnej historii o sprytnym wykiwaniu nadętego Hiszpana przez dzisiejszego...solenizanta.
Bo to właśnie z okazji imienin Prescotta (który dla Aidena zawsze stanowił genealogiczną zagadkę: mąż żony drugiego męża córki dziadka Williama), który w swoim typowym jedwabnym garniturku puchł teraz z dumy, rozglądając się po rozbawionych twarzach i kiwając lekko głową w kierunku wuja Georga - swojego.... właściwie Aiden wolał zastanawiać się nad tym, jakim cudem Prescott i George tak dobrze się dogadują (skoro nie łączą ich żadne więzy krwi, George wszedł do rodziny po kądzieli!) niż próbować udawać, że wszystkie żarty, które dzisiaj usłyszał, są ś w i e t n e.
Bo ostatnio nic nie było świetne. I nie, nie smęcił, nie narzekał, nie histeryzował, po prostu stwierdzał niezaprzeczalny fakt. Nic się nie układało, wszystko się rozmywało i ostatnie dwa długie miesiące wydawały mu się jednym, szarym pasmem szumów i zakłóceń. Nie bawiły go najbardziej ciekawe lektury, nie przerażał małolatów, nie pojawiał się na spotkaniach E150, nie brylował na zajęciach, zawstydzając profesorów. Owszem, prace oddawał na czas (i dalej były to prace wyjątkowe i genialne), ale pisanie ich i szukanie materiałów nie sprawiało już mu takiej frajdy jak kiedyś. Właściwie, odbębniał to niemalże automatycznie, snując się po bibliotece narodowej i wycierając zakurzone dłonie w czarny płaszcz.
W tym mrocznym i pesymistycznym okresie często bywał tutaj, w posiadłości, dyskutując z babką, pijąc grzane wino z wujem i zabierając charty na długie spacery, z których zarówno on jak i czworonogi wracali zziajani i cali w pierwszym śniegu.
Na taki też spacer udał się Aiden zaraz przed obiadem, siedział więc teraz pomiędzy wątłą kuzynką Maryanną a wujem Geroge'm, krojąc jakąś smfah kaczkę z całym skupieniem, na jakie było go stać. Zerkał jednak co chwilę na Blaise'a, który wyglądał jakoś...inaczej. I zachowywał się może nie nerwowo, ale Aiden wyczuwał dziwną zmianę. Albo...po prostu mu się wydawało, ostatnio przywiązywał potworną wagę do szczegółów, bardziej niż zwykle, popadając wręcz w nerwicę natręctw. Dlatego po dokładnie trzynastu ruchach widelca podniósł do ust kawałek idealnie dopieczonego zwierzaka, odpowiadając w międzyczasie na zachwyty cioci Grace odnośnie swoich (aidenowskich) zarumienionych policzków. Zdrowo wygląda, genialnie, może ojciec przestanie patrzeć na niego zaniepokojonym wzrokiem, podpytując o zdrowie psychiczne.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sob 8 Gru 2012 - 15:03

Blaise żył wciąż tą chwilą na lodowisko. Dwa dni temu, dwa długie dni, bo miał wrażenie, jakby minął od tego momentu co najmniej miesiąc, kiedy pokusił się o wszelkie pogwałcenie własnych zasad, niezależność, brak określania się i inne rzeczy niewymagające angażu stały się niezbyt istotną mrzonką w obliczu ostatniego weekendu. Dlatego z nieobecnym wzrokiem konsumował nadziewaną polędwicę z ryżem jaśminowym (bo bardzo dokładny skład dzisiejszego, obfitszego niż zwykle, obiadu wyświergoliła mu do ucha ciocia Rose, prawdziwa kulinarna pasjonatka, która namiętnie nękała collierską gosposię o jej przepisy i sztuczki w kuchni) co jednak wlatywało jednym uchem, a drugim wesoło wyskakiwało, zostawiając tylko tępiącą zmysły euforię i odczuwalne wręcz ciepło pochodzące od kawałka plastiku z automatu, błędnie zwanego pierścionkiem, który to był wciśnięty w kieszeń granatowych jeansów. Symbol tego, co tak naprawdę odbiorą od jubilera w przyszłą środę, czyli grawerowane obrączki na zamówienie.
Pchnięty jednak znacząco łokciem obfitego w tkankę tłuszczową wuja Klemensa powrócił do rzeczywistości z uprzejmym uśmiechem odpowiadając dzisiejszego dnia milionowy raz, że owszem, po szkole chce wyjechać z Anglii i nie, nie zostanie ani prawnikiem, ani lekarzem. Szybko jednak odwiódł wzrok od purpurowej twarzy wujaszka (czy on w ogóle był ich rodziną? czy to nie przypadkiem mąż numer dwa nieco rozwiązłej kuzynki ojca Sage?) i prześlizgnąwszy się przez połowę rodziny, w tym swojego ojca, który kwitł na honorowym miejscu zabawiany jakimś wybornym dowcipem opowiadanym przez kuzyna Philipa, natknął się na Ajdę, prawdopodobnie wymieniając z nim porozumiewawcze spojrzenie.
Męczyło go, że jeszcze nikomu nic nie powiedział, ale mając pełną świadomość, że Najstarszy akceptował Meredith, do tej pory jako dobrą znajomą Blejsa, oczekiwał, że nie powinien mieć on obiekcji co do faktu, że tak jakby zostali małżeństwem. Tym bardziej dobijał go fakt, że zabiegany między jubilerem a urzędem stanu cywilnego nie miał kiedy poinformować Aidena o tej, no dość istotnej zmianie w jego życiu. Może właśnie dlatego dyskretnie wyjął telefon i wystukał mu krótkiego smsa "Nie nakładaj sobie więcej, bo jak zacznę mówić to się zakrztusisz. Ożeniłem się z Mer" po czym jeszcze na chwilę powrócił do swojego talerza. Jednak zamiast rzeczywiście zacząć jeść tylko po raz pięćdziesiąty przegrzebał w jedzeniu złotym widelcem, nie mając w sumie najmniejszej ochoty na więcej.
Gdy poczuł wibrowanie, oznajmiające raport doręczający uśmiechnął się pod nosem, po czym usiadł prosto, rozglądając się wybitnie oceniająco, starając się wybrać moment, żeby zacząć mówić. Co zrobił, kiedy rozmowy jakoś ucichły.
- Chciałbym coś ogłosić - zaczął głośno jak wstał, patrząc na nieco zdezorientowanego tatusia i siostrę babci Eleanore, która w normalnych warunkach wyglądała, jakby miała stan przedzawałowy, teraz jednak zrobiła się jakoś wymownie zielonkawa. - Wczoraj się ożeniłem - oświadczył po chwili bez najmniejszego cienia tremy czy zdenerwowania, upewniwszy się tylko, czy każdy go słucha. O wiele łatwiej było załatwiać takie sprawy za jednym zamachem, nawet jeśli byłyby to imieniny osoby, która chyba w ogóle nie była jakkolwiek z Collierami połączona.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sob 8 Gru 2012 - 15:45

Dyskutowanie przy obiedzie, przy utrzymaniu wszystkich zasad etykiety, było niezwykle trudne. Trzeba było posługiwać się odpowiednimi sztućcami w odpowiedniej kolejności, uśmiechać się, rozmawiać, a wszystko to bez przepysznych dań w pseudoszlacheckiej buziuchnie. Może i Aiden wychował się w tak trudnych konwersacyjnych warunkach, ale w obecnym stanie psychicznym przychodziło mu to z dodatkowym trudem. Dalej jednak zachowywał się odpowiednio...w odróżnieniu od Blaise'a, który właśnie uprawiał jakiś sextexting pod stołem. Aiden aż uniósł brwi -karcąco i w zdziwieniu- zastanawiając się, czy jego młodszemu odpowiednikowi odbiło czy to po prostu kolejny okaz buntu. Przecież zakaz nowych technologii podczas niedzielnego obiadu był czymś ŚWIĘTYM. Nawet ojciec nie odbierał telefonu i nie sprawdzał najnowszych notowań giełdowych na swoim smfah tablecie.
Nie zamierzał jednak kopać brata pod stołem (czując się nieco lepiej, że ON swój telefon zostawia w pokoju), odpowiadając półsłówkami wujkowi Georgowi o spadających akcjach zaprzyjaźnionej firmy. Nie zdążył jednak dokończyć smutnego opisu chylącej się ku upadkowi firmy, gdy Blaise...no cóż, po raz kolejny złamał zasady.
Dobrze, że jakaś tam telepatyczna więź między braćmi istniała i Aiden nie jadł w danym momencie pysznej pieczeni, bo inaczej naprawdę by się zakrztusił (tak BARDZO filmowo) i zszedł na zawał, uprzedzając w zgonie ciotkę Eleonorę, która się mocno zapowietrzyła: tak mocno, że poza odgłosami jej histerycznych świszczących oddechów przy stole nie było słychać nawet najcichszego stukania widelczyka o talerzyk. Oczywiście grobowa cisza nie trwała wiecznie, bo po kilku sekundach przy stole zawrzało.
Ciotka Rose zalała się łzami, gratulując Blaise'owi tego wspaniałego wydarzenia, babka Gertrude zasłabła, cucona przez amerykańskiego męża jednej z ciotek, mała kuzynka Claire zalała połowę stołu ( i ludności) swoim ekologicznym sokiem, Alaia wyglądała na maksymalnie zdezorientowaną a sam William...właściwie tylko ojciec zachował święty spokój, patrząc tylko i wyłącznie na Blaise'a z mieszaniną mocnego zaskoczenia i...zgody? Błogosławieństwa? Świat stawał na głowie.
Natomiast Aiden, zazgrzytał zębami, zastanawiając się, czy Blaise'owi odpierdoliło zupełnie. Przecież - z tego co wiedział...dwa miesiące temu, no fakt, na bieżąco nie był za bardzo - nie byli ze sobą razem, on wolał Indianę, Mer wyjechała i... dramy. A teraz się ożenili. Bez powiadomienia rodziny. Rodziny, która teraz reprezentowała osobowo wszystkie stany choroby psychicznej: od dzikiej radości z faktu ożenku do wkurwienia, że się o tym dowiaduje jako ostatnia.
Aiden mieścił się raczej w tej drugiej kategorii, wpatrując się w Blaise z czymś w rodzaju jawnego zdegustowania, nawet nie próbując się przebić przez jazgoty (bo inaczej się tego nie dało nazwać) rodzinnej dżungli, licząc, że gdy Blaise już uspokoi familie, wyciągnie go gdzieś na braterskie pogawędki. W czasie których będzie mógł go opierdolić za pochopne i kretyńskie decyzje.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Sob 8 Gru 2012 - 16:21

Całe ten weekend był jednym, wielkim, zagmatwanym kłębkiem, więc nie robiło mu większej różnicy, czy poplącze wszystko jeszcze trochę bardziej, chociaż partner wuja Marcusa wyglądał niepokojąco, niezbyt możliwe do określenia było, czy ze szczęścia, czy skrajnej rozpaczy, bowiem Jonathan jako wrażliwy gej bardzo mocno wczuwał się w całą rodzinę Collierów, do której już niedługo miał dołączyć biorąc wreszcie ślub z Marcusem. I chociaż nie przewidywał (Blaise) żadnego uszczerbku na ilości osób w rodzinie, to generalnie był przygotowany na skrajne reakcje. Jak chociażby urocze zestawienie ojca i brata, bo gdy William uśmiechał się lekko pod nosem ze zrozumieniem, co znaczyło dla niego znacznie więcej niż smarkająca mu w koszulę z euforii ciotka Heather, wykrzykująca wszelkie możliwe wspaniałości na temat... właściwie ciężko było określić kim dla niej tak biologiczno-powinowaczo był Blaise, w tym samym czasie Aiden strzelał piorunami z oczu i ściskał szczęki, aż zbladł na całej twarzy.
W tym momencie naturalne dla Blejsa mamwyjebaństwo okazało się zbawienne, bo bez większego urazu psychiczno-fizycznego (jak na przykład poważne narażenie dróg oddechowych przez wdychanie zapachu tulącej się do niego ciotki Ethel) zaczął odbierać gratulacje, przestrogi, porady, bo nagle wszyscy przypominali sobie, że w sumie w rodzinie jest taka owieczka jak on, która olewa niedzielne obiadki i kolejne rocznice śmierci pracioci Brigitte, zwłaszcza, że jej były mąż powoli zapominał kim sam jest, a co dopiero miał pamiętać o zmarłej lata temu żonie. Czymże jednak były całe lata jawnej ignorancji, otwartość w mówieniu o tym, że nie będzie się kontynuowało żadnych rodzinnych tradycji i nie pójdzie się w ślady pradziadka, wielkiego działacza giełdowego, ani w żadnego z wujków wybitnych profesorów, skoro teraz dawał szanse na przedłużenie wspaniałej linii genealogicznej? O co również nie omieszkano go zapytać, czy to właśnie był powód pochopnego małżeństwa.
Po dobrym kwadransie potężnego chaosu, który zapanował w jadalni collierskiej, Blaise szalenie uprzejmie przeprosił prababcię Ofelię, niemalże wrzeszcząc do jej aparatu słuchowego, że musi coś załatwić, po czym prześlizgnął się na drugą stronę stołu, znajdując się przed Aidenem, wśród całej reszty rodziny, która rozproszyła się po całym pomieszczeniu, intensywnie dyskutując, tematem jednak powracając do znacznie ciekawszego zjawiska inflacji z krajach środkowej Afryki, małżeństwo w rodzinie to w końcu takie popularne wydarzenie.
- Idziemy? - zapytał lakonicznie, po jego minie widząc, że dopiero teraz zaczynają się schody i o wiele przyjemniej było był przytulanym i obcałowywanym przez wszystkie ciocie i kuzynki.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Nie 9 Gru 2012 - 13:13

Lakoniczne zapytanie o wyjście z dość trudnej sytuacji (przy stole naprawdę było za głośno i Aiden czuł zbliżającą się wielkimi krokami migrenę) przyjął ze spokojem i nawet brew mu nie drgnęła, gdy kulturalnie przeprosił wszystkich (którzy kulturalnie nie zwrócili na to uwagi, prawdziwe french leave) i wstał, nie obrzucając Blaise'a nawet lekkim spojrzeniem. Może to przez początek szoku albo przez małą kuzynkę Elisabeth, o którą prawie by się potknął. Szybko jednak przekalkulował, że woli jednak dotknąć Blaise'a (skażonego małżeństwem, FE) niż zamordować niewinne dziecko swoją masą. Zachwiał się więc nieco, łapiąc mocno braterskie ramię - co z daleka mogło wyglądać rzeczywiście jak gest gratulacji (pfe pfe pfe) - i nieco myląc kroki idealnego, kulturalnego i pewnego wyjścia z jadalni.
Którą jednak postanowił nie opuszczać, dalej trzymając Blaise'a dość kurczowo i prowadząc go do wielkiego okna w wykuszu, prowadzącego na podjazd. Znów ten amerykaniec zostawił swojego rovera na trawniku, znów ciotka Eunice zastawiła auto znienawidzonej kuzynki Ruby, znów aidenowski chrysler został totalnie zablokowany przez wujowego jeepa, całego w błocie i śniegu (wyprawy myśliwskie są baaardzo brudzące). Znów, znów, znów, ciekawe kiedy pojawi się tu zdezelowane auto Meredith. Pewnie jakiś kolorowy hipisowski garbus. Bez klasy.
Wzdrygnął się aż, zaplatając ręce na klatce piersiowej i zaciskając usta w wąską linijkę, co jasno komunikowało, że potrzebuje papierosa. Albo, że jest potwornie zdegustowany decyzją Blaise'a. Który....promieniał. Nie uśmiechał się jak zakochany kundel, nie robił żadnych irytujących dziewczyńskich rzeczy, ale... Aiden dobrze to czuł, te dobre fluidy, ten pewny, szczęśliwy spokój emanujący od niego; widział błyszczące oczy, wyczekujące...zrozumienia? Pozytywnej reakcji?
Niedoczekanie.
- Nie będę Ci mówił, że popełniłeś największy błąd swojego życia - zaczął obojętnie, patrząc się przez szybę na podjazd i odźwiernego (?) odśnieżającego maski aut. - Bo sam to zrozumiesz. Najpóźniej za pięć lat, zapewne wcześniej. Nie jesteś typem osoby odpowiedzialnej, jesteś emocjonalnym artystą, za tydzień Tremaine Ci się znudzi i będziesz rozpaczał. Nie pamiętasz wyjazdu do Norwegii? - kontynuował, gubiąc jednak swoją chłodną obojętność na rzecz prosto wyczuwalnej...agresji? Niepokoju? Złości? Ciągle jednak nie patrzył na braterską twarz, stukając nerwowo palcami o marmurowy parapet i błądząc wzrokiem po dachu sąsiedzkiej, królewskiej, posiadłości.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Nie 9 Gru 2012 - 15:00

Złapał Ajdę, gdy prawie wgniótł w podłogę małą Elisabeth, mając wrażenie, jakby brat wraz ze wstaniem od stołu, zostawił przy nim wszelką koordynację. Niczym to jednak było dla Blaise'a, który w obliczu tak wielkiego kroku życiowego, jakbym było małżeństwo, najprawdziwsze, prawomocne, wczoraj uroczyście podpisane wiecznym piórem. Nawet, jeśli czekali na wyrobienie obrączek, bo to będzie już ostatni element, żeby rzeczywiście rytuału dopełnić. I cieszyło go to. Wiedział, że to dobre wyjście z całej sytuacji, bo a) niczym innym nie zapewniłby jej, że rzeczywiście czuje do niej coś potężnego, b) sam siebie tym samym upewniał w emocjonalnym zaangażowaniu, no i c) i tak przecież planowali te wszystkie rzeczy razem, tylko teraz w tych wizjach pojawią się delikatne wyroby z białego i różowego złota.
Bez najmniejszych oporów pozwolił się zaprowadzić pod okno, za którym chuderlawy lokaj skakał wokół aut, gęsto zastawiających podjazd posesji collierskiej. Nie umiał się powstrzymać, żeby nie rzucić jeszcze raz okiem na resztę, całkiem sporej rodziny, nawet jeśli połowa tu zgromadzonych nie jest w ogóle z nim powiązana i choć to jego dom, niezbyt oni pamiętają, od którego to kuzyna/wuja/brata/stryja/siostrzeńca Blaise jest synem. Chociaż babcia Gercia też sprawiała takie wrażenie.
- Och przestań, Aiden. Powinienem był przewidzieć, że taki krok będzie konieczny i ja chciałem go podjąć. Sam zacząłem - mówił spokojnie, patrząc łagodnie w rozpalone, ajdowe oczy, nawet nie próbując dopatrywać się w nich cienia zrozumienia. Nie wiedział, dlaczego jego brat aż tak jego żony nie trawi, ale jakby tak porównać, to wydawało się, że Indie nie znosił jeszcze bardziej. Zawsze jakiś plus, a od dwóch dni żadnych innych znaków nie dostrzegał. - Poza tym... ona już nie nazywa się Tremaine - tutaj nie umiał powstrzymać typowego, prześmiewczego uśmieszku, bo w sumie doskonale wiedział, że Aidena to zirytuje. Tylko po prostu był... no jakoś szczęśliwy. Może nie skakał po kryształowych żyrandolach, ani nie chwalił fryzury ciotki Barbary, ale czuł się po prostu jak zadowolona z życia osoba, której niczego nie brakowało. No może poza akceptacją brata, jednak jakoś nie za bardzo wierzył, żeby ten jego hejt miał taką moc, zdolny do odwrócenia ich całkiem przeciwko sobie. Skoro już nawet się ze sobą kazirodczo całowali, to niezbyt wiele mogło temu już grozić i wierzył w to głęboko.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Nie 9 Gru 2012 - 15:31

Te spokojne przemówienia Blaise'a bardzo przypominały Aidenowi sposób, w jaki wypowiadała się Alaia. Nigdy nie polubił (i nie miał zamiaru) swojej przybranej matuli, musiał jednak zauważać, że doskonale dogaduje się z ludźmi. Zdecydowanie lepiej niż ojciec, który był nieco zbyt szorstki i ostry, za często ironizował i sprawiał wrażenie odrobinę zadufanego w sobie. Niektóre z tych cech Aiden odnajdywał sam w sobie, tak, jak odbiciem sposobu mówienia Alai był ton głosu Blaise'a. Łagodny, ale pewny, miękki, przyjemny i przekonany o własnej sile. Zawsze podziwiał jego barwę, ale teraz miał ochotę rozkwasić jego arystokratyczny nos o szybę i obserwować strużki krwi, ładnie barwiące okno na nieco demoniczny witraż. I ten śnieg w tle, Blaise na pewno doceniłby grę kolorów.
Aiden po swojej zirytowanej przemowie milczał, zaciskając tylko coraz mocniej szczęki, tak, jakby na siłę powstrzymywał się od rzucenia się Blaise'owi do tętnicy - w końcu lepszy brat martwy niż brat zhańbiony małżeństwem z tak brzydką i przeciętną osobą, jaką była nawiedzona, chora psychicznie Sokolica. Z manią wielkości odnośnie swoich dzieł, które były s ł a b e. Aiden z dziecięcą satysfakcją postanowił obdzwonić wszystkie zaprzyjaźnione galerie, by zastrzec, że dzieła jakiejś Tremaine - pfe pfe pfe - od razu mają lądować w koszu.
Słysząc nawiązanie do skalania także i collierskiego nazwiska wręcz syknął przez zaciśnięte zęby, przybierając wyraz twarzy tak zdegustowanej, jakby miał zaraz zwrócić królewski obiad na ten perski dywanik pod ich stopami.
- Jest mi autentycznie niedobrze - powiedział, znów chłodno, dotykając palcami skroni - migrena przybierała na sile, wszystko przez tego małego kretyna, który stał teraz obok niego tak cholernie zadowolony z błędu, który zrobił - i rzucając Blaise'owi naprawdę mordercze spojrzenie. Ciągle czuł się mocno zaskoczony - Blaise wyskoczył z tym ślubem zupełnie niespodziewanie, nawet Aiden, mistrz kalkulacji, nie przewidział takiego toku wydarzeń - osaczony, postawiony przed faktem dokonanym i...odepchnięty. Prawie taka sytuacja jak z Indianą; może i chodziło tutaj o nieco chorą zazdrość, ale był przyzwyczajony do tego, że brat jest najbliższą osobą, jedyną. Związek - a teraz małżeństwo - wiązało się z zepchnięciem na dalszy plan, czego w obecnym stanie Aiden panicznie się obawiał. I do czego nigdy w życiu by się nie przyznał. Łatwiej więc było posyłać Blaise'owi naprawdę nienawistne spojrzenia i próbować sobie - na szybko - ułożyć wszechświat.
- Wspaniale, że mi o tym powiedziałeś. Naprawdę, jestem zaszczycony, że jestem na tyle ważny, żeby dowiadywać się o czymś takim razem z ciotką Ethel - dodał w końcu, siląc się na obojętność i zaciskając palce na parapecie, aż do zbielenia knykci.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Nie 9 Gru 2012 - 16:13

W Blejsie wyczerpał się limit rzeczy... nieblejsowskich. Ślub był taką rzeczą, choć koniec końców cieszył się, że postąpił właśnie tak. Był rzeczą na tyle sprzeczną z dotychczasowymi ideami i pomysłami na życie Młodszego, że teraz nie potrafił nawet się jakkolwiek irytować, czy denerwować na Aidenka, nawet myśląc o nim w zdrobniałej formie. Wrócił spokojny, zrównoważony względnie Blaise, którego cudem można było wyprowadzić z równowagi i sprawić, by czymś się przejął.
- Jak zawsze przesadzasz - powiedział wręcz karcącym tonem, wywracając lekko oczami i oparł się pośladkami o parapet, odwracając głowię w kierunku Ajdy. - W praktyce, to niczego nie zmienia. I tak nie możemy jeszcze razem zamieszkać, bo oboje się uczymy, a tak czy inaczej pewnie byśmy się spotykali. Teraz po prostu jako... no małżeństwo - wciąż go to określenie bawiło, bo o ile z nazywaniem jej swoją żoną nie miał większego problemu, to myślenie o sobie w kategorii jej mąż przerastało go i niezbyt mu się ten tytuł widział. W sumie nic dziwnego, przecież jeszcze tydzień temu nie przypuszczałby, że się ożeni. Ba, jeszcze wtedy na lodowisku, gdy się z nią witał i gdy rozmawiali, to by tego nie przewidział i w życiu by nie zgadł, że właśnie to zrobi kwadrans później - zorganizuje im ślub. Chociaż w sumie, gdy tak to analizował, stało się bardzo dobrze, bo prawdopodobnie, gdyby nie nagła decyzja i silny impuls, to nigdy by się to nie stało. Nie miałby odwagi jej prosić jakoś oficjalnie o rękę, nie wytrzymałby męczarni planowania ślubu, a na koniec jeszcze efektownie by nie pojawił się przed ołtarzem, bo przecież planowanie czegokolwiek było dla niego durne. I nudne, i zupełnie nieadekwatne do tego, jak powinno to wyglądać w dostosowaniu do jego usposobienia.
- A kiedy przepraszam miałem Ci powiedzieć? Przedwczoraj wzięliśmy ten nieoficjalny ślub, a wczoraj załatwialiśmy formalności w Urzędzie no i pojechaliśmy do jej rodziców, a tam już zostaliśmy. Co, miałem Ci na Twitterze napisać? - spojrzał na niego pytająco, i jednocześnie uświadamiająco. Że nie, nie napisałby o tym na żadnym portalu. - I znów zachowujesz się jak rozpieszczona dziewczynka. Nigdy nie myślałeś o którejś, że to z nią chciałbyś mieć dom i... - urwał, trochę nie w porę orientując się, że zaraz wkroczy na tereny, których w ogóle nie chciał przekraczać. W zamian podrapał się po głowie, rozwalając i tak bardziej niż artystycznie rozpieprzone włosy i znów odwrócił się do niego całkiem przodem. - Dla mnie to też jeszcze jest... szokujące, ale to jest to, co zapewne stałoby się prędzej czy później - dodał, zaplatając przed sobą ramiona.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: jadalnia.   Nie 9 Gru 2012 - 18:08

Na wspomnienie o uspokojeniu się Aiden zacisnął wargi wręcz do białości i rzucił Blaise'owi mordercze spojrzenie. Które niestety wypadło słabiej, niż zamierzał, bo sekundę później jego ukochany brat wspomniał coś o zamieszkaniu razem. Ze swoją małżonką. To było tak kiczowate, tak banalne, tak nienormalne i nieracjonalne, tak nieaidenowskie, że nic dziwnego, iż Starszego po prostu...przerażało. Skoro coś - ta chora epidemia - mogła paść na mózg blejsowski, to dlaczego nie na jego osobistyczny? W końcu byli niemalże krwią z krwi i kością z kości. Zatrważające.
Przyglądał się więc Blaise'owi w dalszym ciągu z mieszaniną niepokoju, pogardy i nerwowości, wszystko to jednak z idealną, collierską, pobliznowaconą aurą świętego spokoju i nieporuszenia totalnego. Twój brat okazał się kretynem do potęgi, biorąc szybki i potajemny ślub z artystką o twarzy wychudzonego lwa morskiego? Spoko. Zostaniesz sam, odrzucony nawet przez najbliższą Ci osobę na świecie? Doskonale. Teraz na Ciebie spadnie obowiązek poszukania sobie jakiejś wysoko postawionej hrabianki z krzywym zgryzem i zorganizowanie z nią wielkiego weselicha na pół Izby Lordów? Jasne.
Aiden wziął uspokajający oddech, świszczący i eksponujący swoje kły, po czym posłał Blaise'owi wymuszony, piorunujący uśmiech idealnego masochisty, któremu właśnie podsunięto kolejne narzędzie do samobiczowania się. - Ach, rodzice Tremaine. Byli ważniejsi niż ojciec i ja? - prawie że przerwał mu w pół słowa, zastanawiając się, co też takiego wspaniałego jest w rodzicach Meredith, że dowiedzieli się wcześniej. Tu już nawet nie chodziło o aidenowski egoizm ale o honor rodziny!
Żachnął się i zapewne po prostu by odszedł, z furii i glorii, teatralnie kierując swoje kroki w kierunku ojca, swojego wielkiego idola, by spróbować przekonać go, że Blaise'a należy ubezwłasnowolnić, gdyby Młodszy nie rozpoczął osobistych wycieczek w rejony Aidenowi...niesprzyjające. Nigdy nie myślałeś o którejś.... Myślał, oczywiście, że myślał, o domu, o Prudence, o dzieciach, o Chloe, o Ophelie, o...
Zacięte spojrzenie, nieco dotknięte, typowe zaciśnięcie szczęki i nagłe uspokojenie całego systemu. I spokojny głos, bez ani grama uczucia, już żadnego. - Gratulacje na nowej drodze życia - wypowiedział tą uroczą formułkę tak pusto i banalnie, jak tylko można było, po czym odwrócił się gwałtownie - tak, że prawie wytrącił ciotce Rose z rąk tacę z deserem - i starając się opanować rozpoczynającą się migrenową łunę, wyszedł z jadalni.


zt.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: jadalnia.   

Powrót do góry Go down
 
jadalnia.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Jadalnia
» [P2] Jadalnia - Zebranie Kolczatki
» Jadalnia w zamku Bestii
» Jadalnia
» Jadalnia [Parter]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: