IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 ogród.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: ogród.   Wto 15 Maj 2012 - 7:40


Po kamiennych schodach schodzi się na idealnie przycięty trawnik. Który deptać można tylko w trakcie specjalnych uroczystości - zjazdy rodzinne w ciepłe dni zazwyczaj przenoszą się właśnie do ogrodu. To właśnie tutaj Wilhelm i Gertrude brali ślub, to tutaj również doszło do nowoczesnych oświadczyn ciotki Jeanne (które wujek przyjął). Na pamiątkę tego wydarzenia żywopłot, w który w szoku wpadła babka ze strony Jeanne, nie jest naprawiany i rośnie dość krzywo. Urok tradycji.
W dalszej części ogrodu, bardziej zarośniętej, znajdują się różnego rodzaju kwiaty różane, forsycje, piwonie i inne dziwacznie kolorowe okazy flory. Fauna także istnieje - w postaci wiewiórek i bażantów, nie spotyka się tu raczej przechadzających się pawi. A szkoda, bo otoczenie na takie właśnie burżujskie wygląda.



_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: ogród.   Czw 17 Maj 2012 - 17:04

Ulga. Niewyobrażalnie wielka ulga spłynęła na Wendy, kiedy posiłek dobiegł końca i, kto żyw, przeniósł się do biblioteki, która była gotowa pomieścić wszystkie głowy wypełnione planami, wspomnieniami i układami. Jednak to, że czuła się o wiele lżej, nie sprawiło wcale, że przestała martwić się o to, co będzie, jednocześnie denerwując się na całkowicie nieuświadomionych rodziców. Owo uczucie wcale nie zelżało, a miała nawet wrażenie, że narasta z każdym spojrzeniem w stronę Colliera.
Gdy ogłosił wstrzymanie się z zaręczynami do bardziej odpowiedniej chwili, w pierwszych sekundach miała ochotę przybić mu piątkę. Przyznała później, że dość dziwnym by to było, choć całkowicie uzasadnionym w tym przypadku. Nie tylko cieszyła się, że uniknęli dość krępującej sytuacji, musząc udawać miłość i oddanie na oczach rodzin (w sumie Collier klęczący przed nią był dość kuszącą perspektywą), ale także miała nadzieję, że zwłoka zadziała na ich korzyść. Muszą tylko coś wymyślić. Będzie to jednak możliwe w ich przypadku? Nie, musiała wymyślić coś sama. Może złamie rękę wraz z palcami, na których ów pierścionek miałby się znajdować? Kolejne kilka tygodni, podczas których zdarzyć się może wszystko. Chociaż... patrząc na aidenowską marynarkę, w której znajdowało się to cudeńko, miała ochotę odebrać mu je i założyć na palec. Sama. Samozaręczyny były najbardziej adekwatne do jej poglądów, według których jest samowystarczalną, pewną swoich praw i wyższości kobietą. Zmuszanie trąciło jej za bardzo średniowieczem, choć rodzice zapewne nie mieli w zamyśle zmuszać ich, a raczej pomóc rozwinąć się obustronnej miłości. Gdyby tylko takowa istniała... Przecież nawet książę William poślubił kobietę, którą kochał i nie było tam tak fatalnych nieporozumień. Trybiki w głowie zaczęły jej pracować.
Tempo Aidena uzmysłowiło jej, jak bardzo oboje chcieli w końcu odejść od przytłaczającej, ckliwej atmosfery. A gdy na świeżym powietrzu się w końcu znaleźli, pierś Wendy podniosła się nieznacznie, a ona mocno wciągnęła nosem powietrze pachnące kwiatami, pozorną wolnością i... złością. W końcu mogła dać jej ujście, przynajmniej po części, gdyż ruchy krępowała seledynowa, elegancka sukienka, uszyta na miarę, idealnie dopasowana. Szpilki w tym samym kolorze wcale nie pomagały, nawet bała się kopnąć Aidena w jego pół-szlachecki collierowski tyłek w ramach bardzo romantycznego uzewnętrzniania się, żeby czasem samej nie zaliczyć mało eleganckiego upadku. Wiedziała też, że okna biblioteki, w której teraz prawdopodobnie znajdowały się wszystkie ciekawskie spojrzenia, wychodzą na ogród, więc przeszli bardziej na bok, gdzie zasłaniał ich bardzo okazały krzew różany. Zanim okna zniknęły z pola widzenia Wendy, zerknęła w tamtą stronę i ujrzała nie tylko dwie kuzynki, które machały jej tak energicznie, że delikatne dłonie zdawały się zaraz oderwać od kruchych nadgarstków, ale i sporo innych twarzy, większość rozpromienionych i zaciekawionych.
Za rośliną pozwoliła sobie na swobodniejsze ruchy, od razu przyjmując pozycję nie dotykaj mnie więcej, splatając tym samym ręce na piersi i klnąc pod nosem.
- Na mózg im padło! Szaleju się najedli, cholerni arystokraci z ograniczonym polem widzenia! Zaręczyny, phi! Od razu rzucamy się sobie w ramiona! - Musiała wykrzyczeć to, co cisnęło jej się na język, jednocześnie starając się przyciszać głos przy każdym głośniejszym dźwięku, żeby do gości nagle przez otwarte okna nie dotarły zadziwiające odgłosy kłótni. Przedmałżeńskiej jeszcze. Przy tym nie mogła ustać w miejscu, więc kręciła się, denerwując się dodatkowo na obcasy wbijające się w ziemię.
- Musimy coś zrobić, Collier. Nie wiem, może wywołam niegroźny wypadek na motorze, to ich powstrzyma na jakiś czas, a ty... - Nagle coś ją zastanowiło. - Mówiłeś coś o dziecku? Mam wrażenie, że przez tę wiadomość mogliby nas jeszcze szybciej popchnąć do cholernego kobierca ślubnego - stwierdziła z przerażeniem lekkim, które dało się wyczuć w jej głosie, przerażeniem na myśl, że to wszystko zrujnowałoby jej życie, które i tak teraz stało pod znakiem zapytania. Nie mówiąc o nim, w sumie. Pierwszy raz spojrzała na całą sytuację oczami Aidena i doszła do wniosku, że jest gorzej niż przejebane. Spojrzała na niego z rozbawieniem, panicznym dość, desperackim, złośliwym. Wszystko upstrzone było skrajnymi emocjami. - Ale serio? Zaręczyny na motorze? - spytała z powątpiewaniem, niemal wyśmiewając jego romantyczny zmysł. Chociaż właśnie takie coś było w jej stylu, nawet jeśli nie chciała się do tego przyznać.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Czw 17 Maj 2012 - 17:44

Ogród nie był ulubionym miejscem Aidena - zdecydowanie wolał przebywać w wielkiej kuchni, podjadając orzechy z przygotowywanego przez panią Halloway ciasta albo zaczytywać się w starych książkach w wielkiej bibliotece, niż chodzić po idealnie przystrzyżonym trawniku i zachwycać się nową odmianą herbacianej róży, przywiezionej prosto z Francji przez ciotkę Jeanne.
Jednak dzisiejszego popołudnia (czas tak szybko mija w stresie!) Aiden docenił przestronny ogród. Wolność, spokój, zieleń, względna samotność.
Po tym, jak prawie ściągnął Wendy ze schodów (brutalnie dość), musiał nieco przystopować, co zapewne (gdyby ktoś ich obserwował), wyglądałoby komicznie. Na klatce schodowej tempo wręcz maratońskie i łamiące nogi, zaraz po wyjściu na kamienny taras spokojne i wręcz rozmarzone wystosował, cały czas trzymając Wendy pod ramię, tak, by nie uszkodziła sobie obcasa. Albo zgrabnej nóżki.
Cały czas milcząc, spacerkiem wręcz, udali się w rejony niewidoczne z balkonu, do którego szyb przykleiła się cała orzechowooka rodzina, wyczekując jakiegoś pierwszego pocałunku pod antresolą róż.
Jednak zamiast tego, mogliby zaobserwować szybką separację. Wendy się odsunęła, ręce na piersi obronnie założyła i zaczęła kląć, co Aidena nieco rozbawiło.
A przynajmniej rozbawiłoby, gdyby nie musiał wziąć pięciu oddechów. Uspokajających. Oczywiście z nikotyną, bo przezornie w drugiej kieszeni miał papierośnicę po dziadku, z której skorzystał, po zaledwie chwili rozkoszowania się świeżym powietrzem.
- Nie są szaleni. Są niezwykle inteligentni. - odparł od razu, już spokojniej, kryjąc się za kłębem dymu. Nikotyna. Jak dobrze. Płuca już mu wysychały. - Jesteśmy idealną inwestycją. I w geny i w papiery wartościowe, pewnie po naszym ślubie założą spółkę Collier&Wingfield. Genialnie przemyślane - dodał, z mimowolnym, acz wyraźnie słyszalnym podziwem. Bo całym sercem doceniał myśl ekonomiczną tatusia i teścia - rody i tak zaprzyjaźnione, scementowane małżeństwem, coś cudownego. Zapewnienie bezpieczeństwa pokoleniom, brak wahania akcji spółek, która jest dobrze zakorzeniona. Właściwie, gdyby nie fakt, że Aiden był zakochany (irracjonalność) w kobiecie innej, to...wcale by się narzeczeństwu nie sprzeciwiał. Dobro rodziny liczyło się jako pierwsze, potem dobro konta bankowego w szwajcarskim banku, potem własne szczęście - a Wendy głupia nie była, piękna za to jak najbardziej, zadziorna, z pewnością byliby małżeństwem burzliwym, ale... odpowiednim.
Jednak w obecnej sytuacji Aiden czuł się postawiony pod ścianą. Z plutonem egzekucyjnym na linii horyzontu. Dalekostrzelnym, ofc.
- Tak, wyśmienity pomysł, Wingield, Ty zabijesz się na motorze a ja wypiję truciznę, tak? Gdzieś to o tym czytałem, a nie lubię powielać cudzych scenariuszy - powiedział z przekąsem, patrząc na nią z góry, bo wyższy był mimo jej niebotycznych szpilek. W grząskim gruncie. Plus dziesięć do stabilności. Przynajmniej fizycznej, bo psychicznie Wends, według niego, płynnie przechodziła od wkurwienia, przez rozpacz aż do rozbawienia.
Znów powodując u niego przewrócenie oczętami. - Tak, motor. A pierścionek umieszczę w kapeluszu, wysypanym orzechami. A wręczy Ci go Orlando Bloom. Albo Rihanna, nie wiem, w kim teraz gustujesz - odparł podekscytowanym tonem, zaciągając się mocniej papierosem.
- Wiem, że musimy. Nie mogę być aż tak rozwiązły, żeby mieć dziecko z kimś innym, z kimś innym brać ślub, a kogoś innego - zaczął, jednak zaciął się tutaj mocno, bo prawie przyznałby się do największej swojej słabości. Bo słowo kochać w jego ustach brzmiało jak wyrafinowana kpina. - widzieć w swoim życiu. - zakończył szybko, w głowie snując najrozmaitsze scenariusze. Na których uporządkowanie potrzebował kolejnych dziesięciu sekund spokoju.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: ogród.   Czw 17 Maj 2012 - 20:03

Sielankowe, majowe ćwierkanie ptaków i szum wiatru wśród liści powinny działać bardzo uspokajająco, stopniowo wyciszając bardzo wzburzoną, przechodzącą ze skrajności w skrajność wysoką dziewczynę chwiejącą się na obcasach. I ciskającą z oczów gromami w stronę chłopaka bardzo arystokratycznie zewnętrznie uspokojonego. Antagonizm widać tu było na pierwszy rzut oka; aż dziw, że przy stole mogli zachowywać się tak miło i ułożenie.
Wendy była bardzo niespokojna. Mało brakowało, a zaczęłaby wyrywać gałązki z korzeniami, bawiąc się w ogrodnika-niszczyciela, a w krótkim czasie idealny ogród wyglądałby jak po przejściu huraganu. Na szczęście nie musiała sięgać po aż tak drastyczne środki. Poczuła zapach dymu nikotynowego, który zaczął delikatnie drażnić jej nozdrza. Swoją paczkę papierosów zostawiła w kopertówce. Kopertówkę przy wejściu oddała Audrey, która zaniosła ją gdzieś razem z płaszczami. Niech to szlag. Musiała posunąć się do ostateczności, więc wyjęła mu z dłoni papierosa, wkładając do swoich starannie pomalowanych ust i zaciągając się raz, porządnie, bez nadziei na poprawę. Nieuniknionym było lekkie muśnięcie jego skóry, a przy tym ruchu poczuła dreszcze i ciepło, co jednak złożyła na karb ogólnego zdenerwowania. W tym stanie żaden objaw nie był dla niej dziwny, w szale ignorowała wszystko.
- Niech tę swoją inteligencję wsadzą sobie... gdzieś! - wysyczała, nie mając ochoty roztrząsać i analizować ekonomicznych plusów ich małżeństwa, które dla niej nie miało racji bytu. Przysięgła sobie, że jeśli uda jej się tego jakimś cudem uniknąć, nie wyjdzie za mąż przed skończeniem trzydziestki. Za nic, cholera, w świecie! Nie interesowały ją nic a nic powody, dla których ojcowie zorganizowali te zaręczyny. Teraz liczyło się dla niej to, żeby wszystko odkręcić, jak najszybciej się dało. I jak najbardziej naturalnie, ponieważ nie chciała sprawiać nikomu przykrości. Zwłaszcza ojcu.
Doszła do wniosku, że najlepiej by było, gdyby choroba nie przedłużała się. Żeby już dzisiaj Wendy poszła spać i jutro nie obudziła się. Przynajmniej wszyscy mieliby problem z głowy, włącznie z nią. Dlatego właśnie w jej głowie pojawił się pomysł, żeby odwlekać wizytę u doktor Fitzhebert jak najdłużej. I tak bała się nowotworu, jeśli to było to. Nie przywiązywała wagi do samej śmierci, a raczej do długotrwałego procesu, pełnego bólu, poniżenia... Jakim cudem ona musiała właśnie na takie DNA zasłużyć? Może to zabicie się na motorze nie było takim złym pomysłem. Przynajmniej umieranie byłoby czymś spektakularnym, naglym i bardzo dramatycznym. Nie wyobrażała sobie powolnego gaśnięcia w łóżku, które otoczone było najbliższą rodziną. To było takie... poniżej jakiejkolwiek godności.
- Nie ma tego złego, ty i tak nie nadajesz się do takich ról. Zamiast pozbawiać się życia, niszczysz je innym. Powoli - stwierdziła z zaciętą i groźną miną, która w innych okolicznościach mogła się wydawać komiczna. - Ach, nie możesz być tak rozwiązły?! - przedrzeźniała go. - Już niemalże jesteś. Do idealnego obrazka brakuje ci jeszcze tylko obrączki na palcu. Chcesz? Daj pierścionek, powiem wszystkim, żeby przyśpieszyli ślub. Ciekawe, jak wytrzymałbyś, biegając między domowymi obowiązkami, utrzymując pozory przy rodzicach, pieprząc się z Prudence, która urosłaby do rangi kochanki i kupując drogie prezenty wynagradzające brak tatusia zajętego kobietami! - Nakręciła się. Już nawet nie wiedziała, co do końca wygaduje, słowa po prostu wychodziły z jej gardła, które nie należało do niej, a raczej do jej nadpobudliwej drugiej połówki, która wzięła górę.
Nagle pomyślała, że jest jej wszystko jedno. Może nawet wziąć ten cholerny ślub z Collierem, i tak nie ma zbyt wiele czasu. Nie będzie musiała długo się męczyć. Wydobyła z siebie gorzki śmiech, który brzmiał, jakby była szalona, jakby straciła rozum. Właśnie, z taką rodziną i z takim towarzyszem dla niej istniała cienka linia między normalnością a obłędem.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Pią 18 Maj 2012 - 6:40

Po pierwszym syku Wendy, Aiden postanowił się wyłączyć. Na te zbawienne dziesięć sekund. Wyłączyć, to znaczy nie zemdleć na tej zielonej trawce, dając dziewczynie szansę na skopanie go albo bezbolesne pozbawienie życia, a...wyłączenie fonii. Bo dobrze wiedział, że jego narzeczona obecnie przechodzi lekki kryzys tożsamościowy, w czasie którego będzie wyzywać rodziców oraz bożków w których wierzyła, robiąc złowrogie miny i błyskając orzechowymi oczętami. A Aiden bardzo potrzebował kilku sekund na ogarnięcie się. Szybkie. Dlatego nie zareagował gwałtownie na odebranie mu papierosa - a był to ruch SAMOBÓJCZY, zawsze, gdy ktoś tego próbował, włączał mu się odruch spoliczkowania. Ale teraz po prostu przymknął na chwilę oczy, wyglądając przez krótką chwilę jak jakiś Arystoteles czy inny Platon, obmyślający teorię jaskini. Ewentualnie jak Freud, rozmyślający, jak połączyć wyuzdany seks z życiem emocjonalnym jaszczurek. Czyli, rozkmina poziom hard.
Bo zdecydowanie ślubu brać z Wendy nie chciał. Nie chciał zawieść ojca. Nie chciał znów spaść boleśnie w hierarchii rodzinnej - nigdy się do tego nie przyznawał, ale czuł się na miejscu. Bardzo. Był przyszłością, był podporą, był wręcz nadzieją - ach, ta skromność - był akceptowany, był ważny. Czuł się częścią. I mógł uważać swoją rodzinę za jakiś szalony byt, mógł uważać niektóre zwyczaje za niepotrzebne, ale... był konserwatystą, kochał tradycję i kochał swoją rodzinę. Niezależnie od przebłysków niezbyt wesołego dzieciństwa. Ale przecież obojętność otrzymywał wtedy tylko od ojca, nie od babki czy ciotek - nie powinien teraz zawodzić.
Jednocześnie dobrze wiedział, że wolałby oddać nerkę, płuco, serce czy szpik kostny, niż się żenić. Nawet nie chodziło tu o samą instytucję małżeństwa, którą Aiden szczerze podziwiał - nie chciał się żenić z Wendy.
Dlatego w jego głowie powoli wykiełkowały jakieś plany. Otworzył więc oczy i wyrzucił papierosa na trawnik, pewien, że zaraz włączy się alarm przeciwpożarowy. Ale nie. Jedyną nieprzyjemnością, jaka go spotkała, były...nagłe słowa dziewczyny. Nieco go zaskakujące, bo przecież był miły.
A Wendy przekraczała granice równie subtelnie jak on. Dlatego od razu cały się zaciął, zacisnąwszy usta. I dał sobie - znów - sekundę na zastanowienie. Czy również dać się ponieść agresji i Wends sprowadzić do parteru, czy być oazą spokoju, którą z równowagi trudno wytrącić...druga opcja brzmiała bardziej collierowsko.
- Och, jaki ja jestem z ł y - odparł ubolewającym tonem, obserwując ją spod półprzymkniętych powiek. Ładnie się piekliła. Jak zawsze. Nawet marszczyła arystokratyczny nosek tak samo, jak wtedy, gdy miała sześć lat i Aiden powiedział, że ma nieodpowiednią sukienkę. - Skoro zasługuje na wszystkie ognie piekielne i pogardę, dlaczego byłaś we mnie zakochana? - spytał spokojnie, zakładając ręce na piersi i patrząc jej prosto w oczy. Odrobinę się schylając, bo musiał. Zdecydowanie, ludzie niscy byli...męczący. I wkurwiający też i przekraczający wszelkie granice i najchętniej Aiden odwróciłby się teraz na pięcie, ewentualnie westernowsko splunął jej pod nogi. Bo znów, idealnie wycelowała w miejsce, w które powinna, jeśli chciała go dotknąć. Emocjonalnie.
Lecz był teraz mądrzejszy niż w schowku. Uśmiechnął się tylko lekko i drapieżnie. - To cudowne, że się tak o mnie troszczysz. Będziesz idealną żoną - powiedział szybko, nieco chaotycznie sięgając do kieszeni i wyciągając z niego wprawnie pudełko a z niego pierścionek. Po czym, baaardzo agresywnie złapał Wendy za nadgarstek, mocy zupełnie nie kontrolując, po czym patrząc jej cały czas w oczy, założył rodowy pierścień na jej szczupły palec serdeczny, nie zwalniając uścisku. Znów jej siniaki porobi, ale to jej wina. - Proszę bardzo, teraz możesz już spokojnie się na mnie wyżywać, by ukryć, że się czegoś panicznie boisz - powiedział, lekko trzęsącym się z...minimalnej złości, tonem, przyciągając ją do siebie za nadgarstki i przygryzając wargi. Nie powinien jej dotykać, jego moc zdecydowanie od jej wyłączenia, płynęła strumieniem wręcz niepowstrzymanym, ale... pomimo całej podłości, musiał wiedzieć, że ma nad nią przewagę. Nawet tak beznadziejną i poniżej godności, jak uzyskaną przez jego moc.
(jakipięknyavekipodpis I love you)

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: ogród.   Pią 18 Maj 2012 - 13:55

Desperacja Wendy osiągnęła apogeum, gdy znów widziała Aidena tak spokojnego. Wyglądał tak, jakby już nic nigdy nie było w stanie go wzruszyć ani wywołać innych emocji. Było jednak inaczej. Jego zaciśnięte usta wskazywały na to, że jednak dotarły do niego jej słowa, których nie powstrzymywała w gorączkowym szale. Wykrzyczała to, co denerwowało ją i przeszkadzało w danej chwili, zupełnie zapominając o przymusie zachowania względnej ciszy. Już nie myślała o tych wszystkich rodzinnych twarzach, nawet nie zorientowałaby się, gdyby nagle pojawił się tłum, przypatrujący się owej dramatycznej scenie w milczeniu. Dopiero później byłoby jej wstyd. Bo w tej chwili nie myślała, nakręciła się maksymalnie, a końca jakoś nie było widać.
Uderzyły ją wyważone słowa Aidena, które dały jej do myślenia. Przypomniało jej się, jak kiedyś spoglądała na niego z zachwytem, chociaż jego twarz była wtedy taka dziecinna, zupełnie inna niż teraz. Zmężniał, wyładniał. Już do niej nie należał, ale teraz tego nie chciała. Nie potrzebowała jego rozbawiających słów, opiekuńczego uścisku, czułego pocałunku w czoło. Stał się człowiekiem, który w jej życiu nie istnieje. A którego na siłę chcą wepchnąć, nawet nie wiedząc, jak nieszczęśliwa by się stała.
Zrobiła kilkusekundową pauzę, podczas której obrazy dawnego szczęścia przemknęły jej przez myśl - dlaczego musiała być tak sentymentalna w najmniej odpowiednich momentach? - patrząc na niego z największą pogardą i złością, na jaką było ją stać. Patrząc mu w oczy; lodowate, hipnotyzujące, za bardzo ciemne.
- Każdy ma prawo popełnić błąd. Ja na szczęście zdołałam go naprawić, ale dla ciebie już chyba i tak za późno - stwierdziła warknięciem, uważając rozdział jej zakochania - może nawet tylko zauroczenia? może dziecinnego przywiązania? - za całkowicie zamknięty. Najłatwiej było oczyścić się ze wszystkich zarzutów, jednocześnie oskarżając kogoś innego. Takie coś było dla niej normalne, a nawet nie zdawała sobie sprawy ze śmieszności swojego postępowania.
Już myślała, że ich dzisiejsza konfrontacja skończy się na czymś takim. Nie sądziła, że zdoła go jakkolwiek poruszyć. Dlatego tym bardziej została przez niego zaskoczona, kiedy gorączkowo wyciągnął upragniony pierścionek z błyszczącym klejnotem, jej cudeńko, które nie miało prawa znaleźć się ani przez chwilę w jego dłoniach. Dłoniach męskich, silnych i ciepłych, co odczuła, kiedy agresywnie ją dotknął. Znów. Jakby sprawiało mu przyjemność zadawanie jej, nawet minimalnego, bólu. Teraz jednak nie poczuła tego tak samo jak w schowku. Czuła się inaczej. Ogarnęła ją przyjemna niemoc, płomień w podbrzuszu, zmysły przemieszały się jej jeszcze bardziej. Nie wiedziała, co się dzieje. Zanim się obejrzała, jej noga już znajdowała się między nogami Aidena, ich ciała stykały się w ten najniebezpieczniejszy ze sposobów, a ona pragnęła jego warg, które właśnie kusząco przygryzał. Gdyby ręce miała wolne, zapewne od razu rzuciłaby mu się na szyje, tym samym przewracając go i ściągając, nie, zrywając wszelkie ubrania. Na szczęście trzymał ją. Ale chyba właśnie to trzymanie sprawiało, że po ciele wciąż przechodziły jej fale podniecenia, odprężające prądy, których nie spodziewała się tutaj, teraz.
Mało brakowało, a wpiłaby się zachłannie w jego usta. Na szczęście jej siła zdenerwowania na niego, paradoksalnie, pozwoliła jej opamiętać się w ostatniej chwili. Nie od razu zyskała czystość myśli, ale zacisnęła oczy, piszcząc cicho wciąż jedno słowo: NIE. Pobudzenie instynktów było silne, ale nie tak silne, jak siła jej woli i rąk, którymi zdołała gwałtownie wyrwać się z jego uścisku, cofając się coraz dalej, jakby uciekała od śmiercionośnego pająka, którego przed chwilą dotknęła myśląc, że to pluszak.
Gwałtowny, spazmatyczny oddech, serce bijące w oszalałym tempie, zdające się zaraz wyskoczyć z piersi, przerażenie i obrzydzenie w oczach. Nie wierzyła, że mógł takie coś zrobić. Co to było? Fakt faktem, nie wiedziała, jaką ma moc. Nigdy jakoś nie zwróciła na to uwagi, ponieważ nie było jej to potrzebne. Ale żeby tak to wykorzystywać? Był podły, ale nie aż tak. Przynajmniej ona nie znała go takim.
- Ty... ty się powinieneś leczyć, Collier - powiedziała trzęsącym się z emocji i zdenerwowania głosem. Zachował się całkowicie jak małe dziecko, ale czego można było oczekiwać od faceta? Mimo wszystko zawiodła się na nim. A teraz czuła się całkowicie nieswojo. Zdała sobie sprawę, że nie znała go tak dobrze, jak jej się wydawało. - To nie ja się tu czegoś boję. - Bała się, i to cholernie. Ale nie mogłaby się do tego przyznać za nic w świecie. Nawet jeśli jej zachowanie wskazywało na coś innego. - Nie sądziłam, że jesteś zdolny do czegoś tak niskiego - dodała z ogromnym rozczarowaniem w głosie. Pokręciła głową, nadal nie mogąc otrząsnąć się z szoku, drgania mięśni i pomieszania. - Mam wrażenie, że nie powinieneś nazywać się Collier. - Wiedziała, że go to dotknie. Miał przewrażliwienie na punkcie swojej rodzinki, a szczerze uważała, że nie tak zachowałby się potomek tego rodu. Wychodziły teraz plebejskie geny, niestety.
A oni zamiast wymyślać sposoby, aby ich ślub się nie odbył, konfrontowali się w najlepsze. Na palcu Wendy połyskiwał pierścionek, wyraźnie czuła jego ciężkość.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Pią 18 Maj 2012 - 19:06

Aiden lubił analizować i rozgryzać, lubił się bawić ludźmi, lubił obserwować ich reakcję, lubił ich rozumieć, lubił się domyślać, co się kryje pod ich czaszką, jakie wspomnienia przekazują neurony, jak mocno świeci się ich mózg przy konkretnych wspomnieniach i bodźcach. Gdyby nie moc, uniemożliwiająca mu zostanie lekarzem (szpital prędzej czy później zbankrutowałby na alimenty/zamienił się w burdel), z pewnością poszedłby na medycynę. A potem został sławnym neurochirurgiem. Ewentualnie - psychiatrą, o czym też myślał, chociaż gdy napomknął o swoich psychologicznych planach osobom najbliższym, nie spotkał się z zrozumieniem.
Bo Collier? Jako człowiek współczujący, pomagający i rozumiejący? Rzecz niemożliwa.
I pewnie Wendy też tak uważała, zwłaszcza w tej chwili. A właściwie uważałaBY, gdyż obecnie jej cała pod, nad i samoświadomość była pochłonięta nim samym. Widział to w jej rozszerzonych źrenicach, widział w rozchylonych ustach, ba, wręcz wiedział jej podniecenie w gestach. Gdyby nie był bardziej stabilny, z pewnością wyrżnąłby na zieloną trawkę zaraz po tym, jak dziewczyna się do niego przysunęła, wsuwając nogę pomiędzy uda. Gwałtownie. W geście o wiadomym podtekście. Była teraz tak blisko, że czuł zapach jej perfum, szybki oddech na swojej szyi i wszystkie wspomnienia, nagle wpadające mu do umysłu i robiące sekundowe zamieszanie.
Bo na chaos nie mógł sobie pozwolić, tak samo jak na zdziwienie, gdy Wendy przytomność odzyskała, odsuwając się od niego tak gwałtownie, jakby parzył. Nie powinna się odsunąć i zapewne Aiden zmarszczyłby brwi w radosnym zszokowaniu, gdyby nie doznał szybkiego olśnienia. Manipulacja. Coś o mocy Wendy wiedział - w końcu Collier wiedział wszystko, mając swojego czasu w łóżku zastęp informatorek - więcej właściwie czytał. Bo Aiden wręcz katował się jakimiś niepoważnymi poradnikami, podręcznikami i innym literackim bełkotem odnośnie specjalnych umiejętności - były umiejętności wielkie, były pomocne i były zupełnie...bezsensowne, tak jak jego.
Z tego, co zdołał skompletować z kilku publikacji osób uważanych za szalone, moc związana z popędem była czymś wspaniałym. I pierwotnym. Miała zapewnić zdrowe i liczne potomstwo (done?), podobno były też przypadki przedłużania życia z każdym kolejnym dzieckiem, nie mówiąc już o potędze i stawaniu się bożkiem. Ale takie realia były kilkaset lat temu, nie teraz, kiedy to mocy równie dobrze mógłby nie mieć.
Dlatego w głowie przyznał Wendy rację (odnośnie leczenia), patrząc na nią bez jakiegokolwiek wyrazu twarzy. Cóż, Aiden obietnic dotrzymywał, wszystkich, zwłaszcza tych składanych samemu sobie - a zarzekł się, że nigdy więcej przy Wingfield panowania nie straci. Choćby nie wiem co.
Jednak było trudno i niemalże czuł, jak zaczyna piec go serce i cały układ krwionośny i usta same układają się w słowa, które zabolą. Oko za oko, ząb za ząb, w ich przypadku ta babilońska spirala nie miała końca i było kwestią szczęścia, które z nich pozostanie przy zdrowiu psychicznym a które odpadnie gdzieś po drodze, dołączając do ciotki Sybilli w specjalnym zakładzie.
Aiden był dziwnie przekonany, że tą drugą opcję mogła wybrać tylko Wendy.
- Zły, podły, żałosny, niemęski, zbyt samczy, tchórzliwy, agresywny, szalony - zaczął tonem lodowatym i wyważonym, licząc w głowie do miliona, by nie zniżyć się do nieprzyjemnego warkotu - to już przerabialiśmy, więc bądź łaskawa pohamować swoją bezpodstawną nienawiść do mojej skromnej osoby, przynajmniej na chwilę. Nie bądź dzieckiem - dokończył, patrząc na nią z wyższością. Nawet teraz. Irracjonalną, oczywiście, ale nie mógł patrzeć inaczej na kogoś, kto przed sekundą był na skraju błagania go o pocałunek. I seks. Niematojak podbudowanie swojej wartości dzięki mocy, której kontrolować nie potrafił. - I nie bój się, nie robię tego specjalnie, w łóżku Cię już miałem, nie musisz się obawiać, że Cię do czegokolwiek zmuszę - dodał, uśmiechając się wręcz sympatycznie, lecz jego oczy były chłodne i bezczelne. Jakby nie patrzeć, to on stał tutaj niewzruszony, przyjmując wszystkie jej ciosy ze spokojem (na zewnątrz ofc), natomiast ona reagowała emocjonalnie i szaleńczo. I miała dziwnie podwiniętą sukienkę miała. Tak bonusowo.
- Potrafisz manipulować. W czym problem? Mrugniesz do ojca, że jednak nasz ślub nie jest genialnym pomysłem - powiedział beznamiętnie, kolejnego papierosa wyciągając i zaciągając się nim porządnie.


_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: ogród.   Sob 19 Maj 2012 - 10:57

Z wielkim trudem przychodziło jej uspokojenie się po przypływie takich emocji. Nogi trzęsły się pod nią (jakby już nie dość były niestabilne przez wysokie obcasy na grząskim gruncie), oddech miała przyspieszony nadal, a choć starała się uspokoić myśli, wszystko wirowało w zawrotnym tempie. Ale musiała w końcu spiąć się w sobie i pokazać, że to nie instynkty nad nią górują. Choć wciąż kołatało jej serce, a zdenerwowanie na Aidena wcale nie zmalało, to przyjęła godną, wyprostowaną postawę. Tak, jakby wcale nie chciała przed chwilą rzucić go na ziemię w erotycznym szale, ignorując tym samym jego wywyższanie się z tego powodu. Dupek. Ale że ona tak sądziła, to już niemal wszyscy wiedzieli, włącznie z nim.
Kilka kosmyków wypadło jej z misternie ułożonej fryzury, które zauważyła dopiero wtedy, gdy wiatr musnął nimi jej twarz. Szybko zorientowała się, że trzeba doprowadzić do porządku i wygląd, gdyż prosta postawa i pewność siebie w połączeniu z rozmazaną szminką i roztrzepanymi włosami wyglądała wręcz komicznie. Ale chyba aż tak źle nie było. Buty miała brudne, ale tym zajmie się później jakiś jej nadworny murzyn, sukienka natomiast podwinęła jej się denerwująco, więc ruchem dość gwałtownym i pełnym złości ją poprawiła. Włosy dotknęła i ugładziła trochę wprawnymi dłońmi, przesuwając wsuwane spinki na odpowiednie miejsca. Takie zajęcie się wyglądem zewnętrznym trochę ją uspokoiło, powoli wracała do swojej normalniej równowagi, chociaż...
Jego słowa znów zdenerwowały ją, ale starała się tego po sobie nie okazać. Wybuchanie złością zmęczyło ją psychicznie, w ogóle on sam i ta rozmowa. O bogowie wszelacy, w których nie wierzyła, o wszechświecie, dlaczego to musiało się tak potoczyć? Jej nienawiść wcale nie była bezpodstawna i być może to ją najbardziej rozzłościło, bo nic nie wiedział, a wygłaszał jakieś bezsensowne opinie. Nie to, żeby ona tego nie robiła, ale ONA mogła. No przecież. Wiedziała jednak, że faceci zwykle nie rozumieją zbyt wiele, tak jak i on zapewne nie zrozumiał, dlaczego go nienawidzi, nawet jeśli klęczał przed nią przy przeprosinach, które na nic się nie zdały. Może i zbyt pochopnie wtedy postąpiła, wyrzucając go ze swojego życia, ale miała swoje racje. I nie mogła zrozumieć, dlaczego ten podły człowiek się od niej odsunął w najgorszym momencie jej życia. Ale to było teraz mało ważne.
Absorbowały ją teraz jego reakcje - niemal żadne - na które zaczęła patrzeć przez pryzmat lekkiego dystansu i zobojętnienia. Uniosła się dumą, w myślach uznając swoją wyższość nad całym męskim rodzajem, więc i nad nim. I nic nie mogło ją wytrącić z tego przekonania. Roześmiała się więc perliście z jego uwagi, bardzo dorosłej trzeba przyznać.
- Nie rozśmieszaj mnie! Już mnie miałeś? Nie widzę tu większego dziecka nad ciebie, hipokryto - odparła, kręcąc powoli głową. Jego słowa wskazywały na to, że jego moralność zatrzymała się na poziomie heteronomicznym i nie miała zamiaru ruszyć dalej. Szczerze życzyła mu, mimo wszystkich przykrości i antypatii, żeby jednak na przyszłość mógł powstrzymywać się od takich opinii i w końcu wydoroślał. Tak będzie lepiej dla jego dziecka. Jako kobieta nie mogła o tym nie myśleć.
Na całkowite uspokojenie potrzebowała jeszcze trochę czasu. Nie wierzyła, że stanie się to w pełni w jego towarzystwie, ale zawsze można było próbować. Inaczej zwariowałaby. Tak, to było dobre określenie. Pokręciła się trochę, boleśnie świadoma jego obecności, nieco raniącej. W końcu zaczęła skubać liście różanego krzewu, mając gdzieś to, że niszczy collierowski ogród. Zniszczenia te były czymś błahym w porównaniu z jej wnętrzem, tak starannie balsamowanym przez tyle lat. W skupieni przejeżdżała palcami po kolcach, mając przed oczami błyszczący klejnot, który prezentował się idealnie na jej smukłej dłoni. Jakby była na swoim miejscu, jakby własnie dla niej został stworzony. Uwaga, niedługo popadnie w samozachwyt. Ale to dobrze, ostatnio brakowało jej tego, ponieważ wciąż użalała się nad sobą z powodów... o których teraz nie chciała myśleć.
- Jakby to było takie proste, nie musiałabym się z tobą teraz użerać - fuknęła w jego stronę, ukazując głębie swojego pozornego uspokojenia. Oczywiście, że wolałaby zająć się tym wszystkim sama w tak prosty sposób. Nie osiągnęła jednak aż takiej kontroli nad ludzkim umysłem, żeby móc manipulować tym tak, jak jej matka. Usunąć dobre wspomnienia związane z młodym, idealnym Collierem? Było ich za dużo. Uwypuklić wspomnienia złe? Nie było takowych. Wprowadziłaby niezłe zamieszanie nie tylko w sprawy rodzinne, ale także biznesowe. Wolała nie tykać tak delikatnych sfer, przez które mogłaby doprowadzić do bankructwa obydwie rodziny. Chociaż posiadała precyzję chirurga, którym planowała zostać, aż takie ryzyko nie było jej na rękę. Ale przecież on, ryzykant, mógłby tak postąpić. Jakże cieszyła się, że miał właśnie taką, a nie inną moc. Nieprzydatną raczej, chociaż dla niego mogła być powodem do dumy. Faceci.
- To musi być coś innego. Musimy zrazić ich do siebie. Żeby pragnęli nas rozdzielić. Demoralizujmy się razem w najgorszy z możliwych sposobów - powiedziała, a w głowie powstawały jej obrazy zniesmaczenia na twarzach rodziców. Nawet nie wierzyła, że to powiedziała. Razem. Jakim cudem? Chyba coś ją poniosło, ale w takim wypadku cel mieli ten sam. Będą zmuszeni połączyć siły.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Sob 19 Maj 2012 - 12:14

Zdecydowanie w chwili obecnej Aiden czuł się...rozbawiony. Do cna. Oczywiście, dalej targały nim emocje niezbyt przyjemne, serce miał zaciśnięte w nieapetyczny supeł i najchętniej udusiłby tą pastelową dziewczynkę, kręcącą się przy nim nieco bez sensu, niszcząc collierowski ogród, gołymi rękami. Pozostawiając na jej szyi idealne, fioletowe ślady po swoich palcach. Ach, pasowałyby idealnie do koloru jej żakietu.
Bo całe jej zachowanie - nieco dramatyczne - bardzo go...relaksowało. Odzyskawszy przewagę, wyimaginowaną i bezczelną, z papierosem w ustach i nikotyną w płucach był wręcz rozluźniony. Oczywiście zero wesołych uśmiechów czy dzikich tańców z radości, ale...
W jakimś tam stopniu wszystko mu się w głowie ułożyło. Dlatego zupełnie zignorował wszystkie słowa Wendy (to takie dla niego typowe) i pozwolił sobie na trzy minuty głębokich wdechów. Nie może być z Wendy. Nie może powiedzieć ojcu o dziecku. Na razie. Nie mogą użyć jej mocy - to oczywiste, taka manipulacja skończyłaby się rodzinnymi tragediami, zapaścią firmy, zerwaniem kontaktów i ostrym zachwianiem idealnej pozycji ich rodów na wszystkich giełdach i we wszelkich notowaniach. Może nawet straciliby szansę widnieć na 3 miejscu w spisie na najprężniej rozwijające się rodzinne biznesy w TIME? Tego by nie przeżył.
Dlatego zmysł słuchu włączył dopiero na ostatni słowa dziewczyny. Zdecydowanie mogła czuć się olewana, ewentualnie zauważać u siebie pierwsze objawy schizofrenii stosowanej - bo mówienie do Aidena, wtedy, kiedy nie chciał słuchać było podobne do gadania ze ścianą, ewentualnie z jednym z tych perfekcyjnie wyrzeźbionych pomników greckich bóstw. Tylko, że ubranym. Czasem.
- Nie jesteś kretynką - stwierdził z niebagatelnym zaskoczeniem, mrużąc oczy i gasząc papierosa na murku stojącej obok kolumny. - Totalne upicie się na przyszłym obiedzie? Straszenie w nocy? Ognisko w bibliotece? Jesteśmy dziećmi, nie możemy brać ślubu - zastanowił się powoli, poprawiając rękawy idealnej marynarki i podchodząc do Wendy. - Wystarczy tylko pokazać, że nie będziemy dobrym przedłużeniem rodu, szybko się zorientują, że ich inwestycja nie wypali i każą Ci wyjść za Blaise'a. Idealnie - uśmiechnął się do niej lekko nieprzytomnie, ciągle będąc w świecie obliczeń i rokowań na przyszłość, po czym złapał ją pod ramię, ofc nie dotykając jej nagiej skóry i pociągnął ją a sobą w kierunku wejścia do posiadłości.
- A teraz się uśmiechnij, właśnie całowałaś się ze mną po raz pierwszy pod baldachimem z róż - polecił chłodno, wprowadzając ją do wnętrza, gdzie od razu zostali wciągnięci w wir rodzinnych rozmów, gratulacji i przekomarzanek.

zt.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: ogród.   Nie 23 Gru 2012 - 1:54

Poranek drugiego dnia świąt był najbardziej znienawidzonym dniem w kalendarzu Blaise'a Colliera. Był nawet gorszy niż jego własne urodziny, gorszy niż imieniny babci Gertrude, gorszy od idiotycznego Dnia Porządków, zarządzonego lata temu przez jego pedantyczną matkę, gdzieś pomiędzy Wielkanocą a przesileniem letnim, zakładający generalne i całkowite porządki rezydencji w Kensington i domu w Hampstead. Wszystkie pokoje gościnne zapchane były chrapiącą, collierską rodziną, wszędzie cuchnęło poprzednim wieczorem, hektolitrami rozlewanych burżujskich alkoholi, tanimi perfumami ciotki Adelajdy i jeszcze kilkoma innymi, niezbyt możliwymi do określenia woniami, składających się na zapach zwyczajnie przykry.
Nie chcąc obudzić Mer, Blaise długo leżał w łóżku nie śpiąc. Słuchał muzyki, gapił się tępo w sufit, łapiąc się tylko na trwonionych kwadransach, kiedy z pustą głową nawet nie miał już nad czym się zastanawiać. A raczej, tak już wymiętolił temat swoich myśli do tej pory, że nie miał już siły wznawiać tematu swojego wewnętrznego monologu, po którego pierwszej edycji zostało jedynie poirytowanie. Bowiem przez cały wieczór nie udało mu się dostać do brata i jego wybranki, celem wyjaśnienia tego ABSURDU. Którego Blejs zupełnie nie ogarniał. Owszem, Mer coś przebąknęła na temat Aidena i Indiany, że niby razem, jednak uderzyło go to dopiero, kiedy to zobaczył na własne oczy. Uderzyło jak ten słynny fortepian lecący z siedemdziesiątego czwartego piętra.
Znudzony jednak do granic możliwości i zachęcony świtem ostrożnie ubrał się w ciepły dres i wyszedł, zrobił sobie w dużym kubku kawę i przycupnął na tarasie, będąc idealnie widocznym z korytarza, na przestrzał przez salonowe wyjście na tyły posesji.
Odpalił sobie leniwie papierosa, siedział i myślał, bardzo intensywnie zastanawiał się na tą, w jego mniemaniu, całkowicie wyreżyserowaną szopką, chamską prowokacją, która wkurwiła go jak już dawno nic nie zdołało. Idiotyczną w dodatku, że aż tracił wszelką wiarę w chory perfekcjonizm brata i rozsądek byłej dziewczyny. I taki właśnie, zamyślony i wściekły już od rana, marzł i zapijał buchy słodkich papierosów mocną kawą.

/cho hnś <3

_________________
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Nie 23 Gru 2012 - 19:52

Dla Indiany święta w domu Collierów były głęboko stresujące. Nigdy nie była dobra w kontaktach z ludźmi, toteż dała się poznać od strony zdystansowanej, nieco chłodnej, perfekcyjnie odpowiadającej na pytania na temat szkoły i przyszłości, nieco gorzej na te inne. I chociaż rodzina w większości była raczej sympatyczna i niespecjalnie trudna w odbiorze, to Indie tak czy tak czuła się oceniana na każdym kroku. Zarówno przez starszyznę, jak i nawet swojego męża, który oparciem był znikomym, zachowując się bardziej jak „jeden z nich”, zostawiając ją w pewnym sensie samą i trochę przestraszoną. Nie dała jednak tego po sobie poznać, spinając się mocno i bardzo starając wypaść jak najkorzystniej. Z czasem zorientowała się, że jest po prostu w gorszej sytuacji przez wzgląd na swój „wybór” – Starszy, dziedzic nie dziedzic, duże oczekiwania, nie Młodszy, który był wolnym duchem i właściwie nikt nie oczekiwał od niego nic specjalnego. Nie mogła powiedzieć, że takie wyzwanie jakoś specjalnie przypadło jej do gustu, ale nie była z tych, którzy rezygnują.
Byłoby zapewne nieco łatwiej, gdyby akurat w te święta w całym domu nie roiło się od świeżych małżeństw w imponującej liczbie dwa. India nie interesowała się, nie wiedziała lub wiedzieć nie chciała, toteż jej zaskoczenie było aż nadto wyraźne, kiedy Meredith i Blaise niemalże zmaterializowali się przed jej oczami, jako para słonecznych artystów, ona świetnie dogadująca się z kim tylko można, cukrem i miodem opływająca. Przytulający się, całujący i słodcy, a z drugiej strony ich zupełne przeciwieństwa, czyli India i Aiden, którzy nie okazywali sobie czułości prawie w ogóle, poza momentami, w których tego od nich oczekiwano. Dodatkowo Lanvin(czy tam Collier) kuła w oczy ta para, z każdym dniem jednakowo mocno, podobnie jak niespodziewanie bardzo przeszkadzało jej widywanie Blaise’a codziennie.
Toteż wybrała się w poszukiwanie jakiegoś neutralnego miejsca wczesnym rankiem, gdzie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa reszta rodziny winna była chować się po pokojach, śpiąc do południa i te sprawy. Kręciła się po parterze niezbyt długo, acz wystarczająco, by dostrzec obrazek, który sprawił, że zamarło jej serce. Nie rozmawiała z Mer, we wspólnych rozmowach wybitnie dając otoczeniu do zrozumienia, że znają się raczej pobieżnie, taka tam znajomość z pokoju i tyle. Natomiast jeśli chodzi o Blaise’a, tyle co natrafiła na jego spojrzenie raz czy drugi, oddając konwersację w inne ręce, jeśli tylko nadarzył się cień szansy, że musieliby zamienić dwa słowa. Teraz jednak podeszła bliżej po prostu przyglądając mu się przez szybę, skupiona na bolesnym, ale zakrapianym dziwną słodyczą uczuciu, które przepełniało ją teraz od stóp do głów. Był to jeden z krótkich momentów, kiedy z przerażającą jasnością docierało do niej, że wszystko im się pomieszało i pozamieniało, że nie jest w tym miejscu, w którym powinna być i jeśli tak dalej pójdzie o jakiejkolwiek namiastce szczęścia może po prostu zapomnieć. Nie miała jednak śmiałości wyjść do niego i odezwać się, właściwie zrobić coś ponad staniem i bezcelowym przypatrywaniem się jego plecom.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: ogród.   Nie 23 Gru 2012 - 23:42

Jak na blejsowe standardy, stanowczo za dużo zamieszania było wokół niego od ostatniego miesiąca. Przytłaczało go to o tyle, o ile nie przywykł zupełnie do sytuacji, gdy wymaga się od niego. Czegokolwiek. Dlatego absolutnie poirytowany jechał z Hampstead do Chelsea po Mer, żeby uczestniczyć w tym idiotycznym, bożonarodzeniowym obiedzie. Z drugiej jednak strony nigdy nie miał skrupułów by pojechac bez uprzedzenia na trzytygodniowy rejs, zostawiając matkę w spazmach, wydzwaniającą w każde możliwe miejsce na świecie, które pomogłoby jej go znaleźć, ale nie umiał jej odmówić uczestnictwa w obiedzie. Nawet jeśli takimi smutnymi kroczkami niszczył wszystko, co skrupulatnie budował przez lata - rzadko bywał na imieninach wszystkich ciotek i wujków, nie udawał zainteresowania poczynaniami giełdowymi biznesowych partnerów wuja George'a, otwarcie ignorował osiemdziesiątego męża ciotki Ruby, która, wedle blejsowego wrażenia, co tydzień hajtała się z innym, bo nie umiała rozbić małżeństwa jedynego mężczyzny, którego kochała i kocha (zgubne skutki wypicia zbyt dużej ilości sherry, co któregoś wieczora poskutkowało zbyt wylewnymi zwierzeniami lubej krewnej).
Gdyby nie wzruszająca, serio, chwila na kwadrans przed obiadem, podczas dawania er prezentu i otrzymywania swojego, umarłby tam w jadalni, gdzieś pomiędzy opowieściami o nowych licówkach hipochondrycznej kuzynki ojca, a obszernym, rozlazłym raportem biznesowym, wykładanym z niesamowitą pieczołowitością, przy okazji krojenia kawałków soczystej baraniny. I w takich chwilach niebiosom dziękował właśnie za Mer, która bardzo cierpliwie znosiła wszelkie trudy odnajdywania się w tej collierskiej dżungli, choć zdawała się ona czerpać pokręconą przyjemność z poznawania wszystkich po kolei dokładniej, nie tylko z personaliów, co szczęśliwie ograniczało konieczności ingerencji Blejsa w rozmowie, skoro świeże mięso w postaci Meredith zaspokajało ciekawskie ciotki i dociekliwych kuzynów.
Dawało to jednak czas na wewnętrzne monologi i mnóstwo okazji do sokolskiego niemalże analizowania otoczenia, że wykresik obrazujący wkurwienie szybował radośnie ostro w górę, ilekroć tylko w zasięgu wzroku pojawiał się przeprostowany Aiden, z zielonkawą na twarzy (stres? przejęcie? zakłopotanie? zły moment na debiut w collierskiej rodzinie? nieprzyjemna woń ciotki Ethel?) Indianą. Bardzo zgrabnie jednak ukrywał ten swój wewnętrzny wkurw, żadnego miażdżenia dłoni Mer we własnej, zero szczękościsku, brak przeszywających spojrzeń i zgryźliwości, gdy jakoś napatoczyli się na siebie, co pewnie trwało nie dłużej niż kilka sekund. Zupełnie jednak ostudzających blejsowy humor, który z niesympatycznego skrajnego poirytowania przeobraził się teraz w równie chujowe poczucie bycia obiektem wyjątkowo gorzkiego żartu.
Pomimo wysiłków swojej żony, która szybko zorientowała się, iż Młodszy jest jakiś nieswój i zapewne też szybko wiążąc fakty w zrozumiały supełek, jego nastrój nadal oscylował gdzież żałośnie nisko w okolicach kostek, dodatkowo podsycając to najzwyklejszym zmęczeniem po nieprzespanej nocy.
Szybko skończył palić, postanawiając jednak jeszcze chwilę pomarznąć, dopijając swoją kawę. Wspaniałomyślnie nawet wstał, żeby wziąć sobie z domu jakiś pled, gdy ujrzał za szybą znajomą, kruchą sylwetkę, jasne oczy osadzone w bladej, piegowatej twarzy, otoczonej falami hebanowych włosów. Już dawno nie przyglądał je się z bliska, chociaż teraz wiedział, że lepiej było, gdy znajdowała się bezpiecznie daleko, by nie widzieć wwiercających się szczegółów, zmuszających do fotograficznych porównań.
- Chyba niespecjalnie spodobał Ci się klimat rodzinnych spędów - powiedział po chwili milczenia, w całym wachlarzu emocji, które zaczęły w nim pęcznieć, zapominając o tym, że przecież było mu zimno.

_________________
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 11:51

Nawet teraz, o tak wczesnej porze, Indiana nie pozwoliła sobie na wygląd nieporządny czy zaspany. Co dziwne, nawet nie kusiło ją ubranie żadnej ajdenowej bluzy, chociaż już powoli zaczynała traktować jego garderobę jak swoją – jakkolwiek… collierowski by nie był, grube ciepłe bluzy czy zwykłe koszulki miały w sobie coś uspokajającego, a nawet zbliżającego, jeśli nie jego do niej, to na pewno ją do niego. Ale to nie była pora na tego typu wystąpienia, dlatego też zamiast ciepłej bluzy Indie miała na sobie grafitowy sweter i ciemne rurki, włosy ułożone idealnie a makijaż nienaganny – tak na wszelki wypadek.
Założyła ręce na piersi, nadal przypatrując się jak Blaise wstaje, odwraca się, dostrzega ją i podchodzi na tyle blisko, by musiała lekko zadrzeć głowę, zaglądając w oczy o wiele cieplejszym odcieniu niż te, do których ostatnio przymusowo musiała przywyknąć. Zapomniała o tym, żeby się odwrócić, zejść mu z drogi, w dalszym poszukiwaniu swojego miejsca, no, chociażby żeby przestać patrzeć, ale uparcie trwała w jednym miejscu, trochę już zgubiona we własnych odczuciach. On z resztą też. Potrafiła to stwierdzić, szczególnie, że nie starał się tego jakoś szczególnie ukrywać. Artysta. Niemalże prychnęła.
- Twój ojciec jest całkiem miły – stwierdziła, wzruszając ramionami, nieoczekiwanie chłodno, co było zaskoczeniem nawet dla niej samej. Wiedziała, że musieli porozmawiać, ale nie bardzo zdawała sobie sprawę, co też chciałaby przez to wszystko osiągnąć, bo jakakolwiek zgoda wydawała się być tak daleko poza zasięgiem jak tylko można. Z resztą Indie miała wrażenie, że Blaise przez małżeństwo z Mer nijako spadł do jej poziomu. Pełnego rozczarowań, ciągnącego się jako nieprzerwane pasmo wzlotów i upadków, gdzie za każdym rogiem czaił się punkt zapalny nie pozwalający na dojście do pełnej zgody. Innymi słowy nie potrafiła sobie wyobrazić żadnej normalnej relacji ze swoim s z w a g r e m. Tylko że on nie udawał, że wszystko jej w porządku, przynajmniej miała nadzieję, że tego nie zrobi, no i Meredith nigdy nie była dla niej ważna w ten sposób. – Moje gratulacje – wypaliła nieoczekiwanie, uśmiechając się nawet lekko, dla kompletnego zwieńczenia sztuczności, którą miała teraz zamiar go raczyć, jeśli tylko nie pozwoli się ignorować tak, jak tego będzie chciała. Całe szczęście Meredith przestała próbować się z nią dogadać, co było miłą odmianą. Lanvin wiedziała, że właściwie nie ma prawa się złościć i boczyć na tę dwójkę, ale z drugiej strony oni nie powinni tak reagować na nią i Aidena, a już zerwanie kontaktów z kim tylko jej się podobało pozostawało w indywidualnej, indiowej gestii, w którą nie powinien ingerować tak naprawdę nikt, co miała zamiar bronić ze wszystkich sił.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 12:18

Wszystkie Sokolice miały tę denerwującą przypadłość chorobliwej pedanterii płynącej w kompleksie z hemoglobiną w całej sieci naczyń krwionośnych, razem z gazami oddechowymi i innymi niezbędnikami. Dosłownie. I Blejsa zaczynało to zastanawiać, czy może jest specjalnie traktowany akurat takimi personami, by użerać się z perfekcjonizmem, rozprzestrzeniającym się jak jakaś choroba. Przecież jaki był sens w robieniu sobie wspaniałego makijażu o tak wczesnej godzinie porannej, skoro prawdopodobieństwo trafienia na kogokolwiek było znikome, chyba że akurat gosposia zaczynała sprzątać kuchnię, albo kamerdyner krążył ze szklankami wody dla skacowanych świątecznie Collierów. On sam to tylko dostrzegał, na tym też się zatrzymując. Nawet niezbyt doceniał, bo osobiście to mu wesoło było wszystko jedno.
Stał sobie tak naprzeciwko niej, mając wrażenie, że jednocześnie nieznośnie wszystko kotłuje mu się pod rozczochranymi włosami i jednocześnie jest przerażająco pusty i chłodny, jak nigdy. Chyba włączał mu się ten najbardziej typowy dla niego system ochronny każący spierdalać do dalekich krain, gdy robiło się niewygodnie, wymagająco i nieprzyjemnie. Niemniej jednak ten jej ton go wręcz uraził, wbił cienką, denerwującą szpileczkę w jakiś newralgiczny punkt, niekoniecznie cielesny. Cienką jak jej głosik dochodzący gdzieś z obszaru niższego o jakieś dwadzieścia pięć centymetrów. Przecież jeszcze nie tak dawno ją obejmował, kładąc brodę na głowie, a nie zastanawiał się jakby ją tu zgrabnie przeprosić i zostawić, prawie tak jak we wrześniu.
- Zdarza mu się - odpowiedział tylko, wkładając ręce do kieszeni, z automatu jednak, zarejestrowawszy, że musi jej być zimno w samym dopasowanym sweterku zdjął bluzę i wciągnął jej przez głowę. Chyba, OJEJU, niszcząc jej fryzurkę. Tak tylko trochę. Od razu wyglądała lepiej. Szkoda, że nie przełożyło się to na coś bardziej wewnętrznego, bo aż zrobił zapobiegawczy kroczek w tył, słysząc jej szydercze gratulacje.
- O boże, serio? - zapytał, zaczynając się śmiać. Nawet przyłożył sobie śródręcze do czoła, prychając cicho. - Zawsze byłaś taka sztuczna i zakochany nie widziałem, czy to wpływ mojego wspaniałego brata? - dodał już bardziej cierpko, chociaż przecież nie powinien. Nie kiedy stała znów w jego bluzie, słodko pachnąca i maksymalnie indianowa. Taka, jaką ją zaczął uwielbiać, gdy ją potajemnie szkicował, albo gdy witał ją rozespaną po powrocie z Norwegii. Szkoda tylko, że w ramach zdradzieckiej głupoty przerzuciła się z jednego Colliera na drugiego jak z kwiatka na kwiatek, aż zapalił kolejnego papierosa, odwracając się do niej na chwilę tyłem.

_________________
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 13:31

Indii właściwie nie obchodziło, czy tym, że bardzo u w a ż a na to, jak się prezentuje, włącza się do szerokiego grona sfiksowanych dziewcząt obłąkanych na punkcie swojego wyglądu, jak szumnie nazwać można było żeńską część bractwa Sokołów. W jej przypadku łączyło się to raczej z potrzebą nadrobienia rzeczy, na które nie miała wpływu, z namiastką kontroli sytuacji i rzeczami psychologicznie o wiele bardziej złożonymi, niż zwykła próżność. Nie była już z Blaisem, żeby brać pod uwagę jego szaloną potrzebę naturalności, poza takimi momentami jak ten nie miał najmniejszego wpływu na jej życie.
Nie czuła też, żeby godząc się na pozostanie z Aidenem robiła coś złego, wręcz przeciwnie. Przecież zrobiła Blaise’owi dokładnie to, co on zrobił jej, więc wedle wszelkich norm powinni być teraz kwita. Ale najwidoczniej w domu Collierów zasady obowiązywały zgoła inne, z którymi teoretycznie powinna się pogodzić. No cóż, po jej nadambitnym, frustrującym trupie.
Tylko po co ją dziwił, po co oddawał jej bluzę, dlaczego nie mogli od razu przejść na wojenną ścieżkę, bez przeplatania dawnych, niby nic nie znaczących czułości i… No właśnie szyderstwa. Bo jak przez krótki moment ogarnęło ją znajome, ciepłe uczucie, popieprzone biorąc pod uwagę okoliczności, tak następne kilka sekund było niczym ostudzający zapał policzek, ogarniający i przywracający na odpowiednią płaszczyznę rozmowy. Ale nawet wtedy skupiła się nie na tym słowie, na którym powinna.
- Zakochany – prychnęła, patrząc na niego z urazą. – Odróżniaj Blaise uczucia od tego, co jest w danym momencie dla ciebie najwygodniejsze – powiedziała, odruchowo, zupełnie jak on przed chwilą, wciskając ręce do kieszeni bluzy z jakąś taką zaciętością. Tak jak wcześniej się bała, tak teraz denerwowała ją jego chęć ucieczki, miała ochotę złapać go w jakiś żelazny uścisk i przetrzymać, żeby po prostu stawił czoła wszystkiemu, co gromadziło się już bardzo długo. Chciała żeby wydoroślał, chociaż nie była pewna, dlaczego.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 14:05

Gdyby nie miał tak łagodnego usposobienia, to najpewniej ostro by się teraz wkurwił. Jak ogólnie rzadko dawał się wyprowadzać z równowagi, to cała ta sytuacja, nagromadzenie tylu czynników źle wpływających na Blejsa nawet w pojedynkę, to co dopiero całą gromadką, po prostu zbyt go już męczyła. Zmieniał się, choć wcale nie chciał, nie odczuwał potrzeby jakichkolwiek modyfikacji w sobie, bo niczego nie miał sobie do zarzucenia. Nie teraz, kiedy patrząc na Indię czuł się zupełnie inaczej niż miesiąc temu, gdy wepchnęła mu wszystkie jego rzeczy i zwiała bez słowa niemalże. Bo jakkolwiek rozczulająco by nie wyglądała w jego bluzie i otoczona całą tą delikatną, zimową scenerią, już teraz nie było mu nawet przykro. Widział w jej oczach dziwny tryumf, tak jakby zgrabnie i z lisią, wcale nie sokolą interesownością, sprytem i sporymi pokładami nieczułości powoli wspinała się po szczebelkach swojego planu, niszcząc i Aidena i Blejsa na raz. Z tą tylko różnicą, że Aiden by jej pogratulował umiejętności i przyklasnął, a Blejs poczuł autentyczny wstręt.
Ślicznie podsycony i wykontrastowany przez jej słowa. Policzek za policzek, najwyraźniej szykowała się cicha [czy aby na pewno?] wojna.
- Wiesz co, powstrzymałabyś się - zaczął, stając do niej przodem, bezpiecznie o metr od niej oddalony. Wcale nie musiał stać z nią nos w nos (czy tam mostek w nos) żeby czuć się pewnie. Był pewny, tylko że było mu zimno. O czym będzie myślał jak za tydzień będzie zdychać na zapalenie oskrzeli. - Że niby Ty nie jesteś wygodna, tak? Mogę Ci tylko pogratulować, że potrafisz się świetnie ustawić. Na pewno fajnie jest mieć świadomość, że miało się obu Collierów - nie miał wcale gorzkiego głosu, ani nie pluł jadem na wszystkie strony. Raczej neutralizował jej wyrzuty własnym spokojem, nawet jeśli pozornym i względnym.
Stał jednak naprzeciwko niej, paląc papierosa powoli i zaciągając się głęboko, że miał wrażenie jakby kręciło mu się w głowie. Może to przez mróz (cholerne dżentelmeństwo), może przez stanowczo zbyt duże stężenie emocjo jak na blejsowy umysł, więc nic dziwnego, że marzył tylko o ucieczce. Całkiem samotnej, daleko stąd. Że jak wróci za dwa tygodnie, to wszystko się odczaruje i będzie wspaniale tak jak kilka miesięcy temu.
- I tak, teraz jestem bardziej niż pewny, że Cię kocham albo kochałem. Czego ż a ł u j ę, bo przez to nie umiem kochać własnej żony - dopiero teraz zazgrzytał trochę nieprzyjemnie, uciekając wzrokiem na bok, mając nadzieję, że wraz z tym niebezpiecznie długim buchem umrze z przedawkowania nikotyny w tym momencie.

_________________
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 15:07

Zaniemówiła. Przez moment nie miała pojęcia, co powiedzieć, ale oburzenie wręcz czyniło to za nią. Bo właśnie została sprowadzona do poziomu zwykłej dziwki, nawet nie kurtyzany czy panny lekkich obyczajów, a osoby której charakter pokrywał się z zachowaniem, na którą tylko patrzy się z politowaniem i stawia, jako ten zły przykład przed dziećmi. Impulsywnie pokonała odległość między nimi i… Uderzyła Blaise’a w policzek, tym razem dosłownie, z całą zaciętością, rozczarowaniem, z wszystkim tym, co wypełniało ją już któryś miesiąc za długo. Czego potrzebowali chyba oboje.
- Przestań traktować się jak towar z górnej półki – zaczęła cicho, chociaż dobrze było słychać, że próbuje się w tym momencie uspokoić. – Dobrze wiesz, że nigdy w życiu nie potraktowałabym cię w taki sposób, o dziwo Aidena też nie. Naprawdę go kochałam przez moment, jeśli cię to interesuje – powiedziała zgodnie z prawdą, uparcie patrząc w jego twarz i całą siłą woli powstrzymując się, żeby nie pogładzić czule miejsca, które przed chwilą totalnie sprofanowała.
Ale to dopiero jego ostatnie zdanie sprawiło, że gardło ścisnęło jej się boleśnie, a reszta ciała została niemal sparaliżowana. Odwróciła spojrzenie, jak to zwykle robiła, kiedy sytuacja i dla niej stawała się zbyt trudna.
- I po co to teraz robisz – zapytała bezbarwnie, walcząc z nagłym wzruszeniem oraz chęcią wtulenia się w niego równoważną z tą, każącą jej zdematerializować się stąd w ciągu kilku sekund. – PO CO, Blaise? Przez całe miesiące udawałeś, że zniknęłam z powierzchni ziemi, a teraz, jak wszystko się tak niesamowicie pokomplikowało nagle zacząłeś mnie kochać? Dlaczego RAZ W ŻYCIU nie mogłeś się powstrzymać przed robieniem tego, co ci się podobało i po prostu sobie odpuścić? – kontynuowała, mrugając zawzięcie i walcząc ze szlochem, co sprawiało, że każde wypowiedziane słowo sprawiało je mniejszy lub większy ból. – Po co ci żona, której nie kochasz? – objęła ramiona dłońmi, wracając do niego znów spojrzeniem, z którego wyczytać mógł wszystko, nawet jeśli przeszklone było powstrzymywanymi łzami. – Ja… - zaczęła, ale głos jej się załamał, więc przygryzła tylko wargę. Ale pewna była, że też go kocha, że tak było od samego początku i czegokolwiek by nie zrobił, ktokolwiek nie stanąłby im na drodze, uczucie Indie by się ani trochę nie zmieniło. Chciała, żeby o tym wiedział, podejrzewała, że już właściwie tak jest.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: ogród.   Wto 25 Gru 2012 - 16:02

Był rozpierdol, gorycz, ironia i rozpacz, długo długo nic i piekący policzek. I na początku naprawdę myślał, że mu się wydaje, że powiedziała coś takiego, że tak właśnie się poczuł - spoliczkowany i znieważony. Jednak gdy na zamarzniętej niemalże twarzy poczuł gorąc i niemalże odznaczające się na skórze jej palce, uświadomił sobie, że naprawdę to zrobiła. Nikt nigdy go nie spoliczkował. Nawet gdy kiedyś, przed tymi dramatami, zdarzało mu się robić chujstwa, to zawsze mu wybaczano, bo on już taki jest. Artysta.
Nie otworzył jednak oczu ze zdziwieniem, nie odwrócił głowy upokorzony (a powinien! a zaraz potem złapać pierwszy samolot dokądkolwiek) tylko nadal na nią patrzył, tylko teraz jakby ją rozumiejąc. Chociaż nie rozumiał wcale. Poza tym, że był w sumie egoistą, bo myślał o sobie jako o centrum tego wariatkowa, jako o powodzie i przyczynie, ale nie jako o winowajcy. Teraz tak myślał, chociaż nie było mu przykro.
- Jak mogłaś go kochać przez moment? - zapytał równie cicho, oddając się podobnej czynności co ona. Uspokajał się, dopalił papierosa nie odzywając się przez następnych kilkanaście sekund, tylko chłonął jej słowa, analizował i starał się jakkolwiek ustosunkować. Co wcale nie było łatwe, gdy był świadomy wszystkich powinności i skonfrontowanymi z nimi chęci. Może dlatego tak długo (aż nie pojawiła się właśnie ona, zastanawiające) opierał się typowym związkom, wykluczającym ewentualne spoufalania z innymi ludźmi; te bliższe, czulsze i raniące. Bo był w tym momencie niemalże rozżalony, choć nie na tyle by w ogóle pomyśleć o płaczu. Indie mogła go uderzyć i zrównać z ziemią, a teraz wiedział, że i tak ją kocha. Żonę swojego brata, i temu właśnie dziękował w tym momencie. Bo mimo kryzysu kochał też Aidena, mocniej niż ją. Nie umiałby się więc pokusić o cokolwiek wykraczającego poza relację szwagier-szwagierka. No i za bardzo zależało mu Na Mer. Nie po to pragnął ją zapewnić, że czuje do niej coś bardzo mocnego, nie po to pracował nad jej zaufaniem do siebie, by to niszczyć. Był egoistycznym głupkiem, a nie masochistą.
- Wolałabyś żebym tego nie powiedział? Przecież nawet nie musiałem, wiesz to. Nie od dzisiaj - zaczął ciężko, zbliżając się do niej o tych kilka możliwych centymetrów. Nie chciał jej zmuszać by na niego spojrzała, jednak nie powstrzymał się przej lekkim objęciem jej. Trwożnym i niepewnym, dawno w sumie tego nie robił. No i nigdy jeszcze w takich okolicznościach, co było mocno denerwujące.
Chciał znów zacząć mówić, lecz teraz dziękował niebiosom, że tego nie zrobił. Po chwili puścił ją, nie chcąc nadużywać okazji, no i zbyt niebezpieczna była jej bliskość, kruchość, blada skóra, chłodne dłonie i drżące ramiona, by wodził na pokuszenie swoją wierność. Wyrzekł się uczucia dla zdrowego partnerstwa, wyjątkowo przełykając swój egoizm, by uszczęśliwić inną osobę po prostu... sobą. Dlatego uczucia były teraz zagrożeniem i zbyt wielką zachętą do robienia rzeczy, których z pewnością by pożałował. Nawet jeśli nie teraz, to za kilkanaście minut, jak wróci do swojej śpiącej, nieświadomej żony. Chociaż ktoś inny kochał go równie mocno, czego już przyznawać nie musiała. Akurat on świetnie czytał między wierszami.
- Masz rację, nie powinienem był - kiepska była z niego aktorzyna, dlatego jego twarz z pewnością wykrzywiła się teraz bolesnym grymasem. - Indie, nie płacz - wypowiedział te słowa wolno, jakby każdą sylabę pieszcząc językiem, chociaż walczył z tym, by zrobić coś zupełnie innego. - Bo jest już za późno. I to, że Cię kocham, a Ty kochasz mnie nie powinno się liczyć - dodał po wzięciu głębszego oddechu, chociaż miał wrażenie, że brzmi średnio przekonująco. Dlatego wiedział, że m u s i uciec, dla dobra ich związków. - Możemy wracać do naszych małżonków. Przepraszam, że część decyzji podjąłem za Ciebie - dodał jeszcze, odwrócił wzrok, minął ją i wrócił do środka, pragnąc tylko zniknąć, zakopać się w kołdrze i się nie obudzić przez miesiąc.

zt :C

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: ogród.   

Powrót do góry Go down
 
ogród.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Kwiecisty Ogród
» Hamaki na drzewach
» Wiśniowy ogród
» Ogródek różany
» Ogród Królowej

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: