IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 biblioteka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: biblioteka   Wto 15 Maj 2012 - 7:26





Przez ponad sto lat zamieszkiwania w tym miejscu, rodzina Collierów zgromadziła naprawdę pokaźny zbiór książek wszelakich rodzajów, okładek i gatunków literackich. Od kronik dokumentujących życie przed epoką telefonów, poprzez kryminały Agaty Christie do Harr'ego Potter'a (z autografem Rowling). Każdy znajdzie coś dla siebie. Do tego na jednym, potężnym regale są ustawione albumy ze zdjęciami - bardzo stare, rozsypujące się wręcz w proch.
Lecz biblioteka to też centrum życia towarzyskiego. Po wystawnych obiadkach towarzystwo przenosi się właśnie tutaj, grając w szachy, słuchając gry na fortepianie czy plotkując przy oknach, wychodzących na ogród.




_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?




Ostatnio zmieniony przez Aiden Collier dnia Nie 21 Paź 2012 - 9:10, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: biblioteka   Pon 9 Lip 2012 - 23:56

Rodzinne spotkanie było pozornie takie, jak zwykle. Wszystko okraszone było dość pozytywną aurą kolejnej udanej transakcji - Wends nigdy nie interesowała się sprawami tego typu, więc zapomniała o tym fakcie niemal natychmiast - a więc wyprawione z całym przepychem, na jaki tylko stać było tych zacnych burżujów. Wszędzie stały stoły okryte białym obrusem, które uginały się pod ciężarem smakołyków, na które dziewczyna całkowicie nie miała już ochoty.
Koktajl rozpoczął się bardzo eleganckim obiadem, w którym uczestniczył każdy, kto znalazł choć trochę wolnego czasu oraz posiadał zapas sztucznego - lub mniej - uśmiechu posyłanego raz za razem w każdym z możliwych kierunków. Czyli znajdowali się tam wszyscy. Po tchnącej radością przemowie - wolnej teraz od szczęśliwych nowin na temat zaręczyn, co raczej dziwnym nie było - nastał czas na kosztowanie wspaniałości pani Holloway, które ozdabiały talerze wszystkich zebranych. Wendy, wciśnięta pomiędzy siostrę i nazbyt rozgadaną ciotkę, wcale nie miała ochoty na jedzenie. Czuła przytłaczającą atmosferę zagłuszaną pozorami i ogólnym weselem oraz udawaniem przy dalszej rodzinie, że wszystko było w jak najlepszym porządku.
To tak, jakby Wends i Aiden wcale nie wyjechali na miesiąc, porzucając szkołę. Jakby wcale nie wydali wszystkich pieniędzy z kart kredytowych. Jakby nie zerwali kontaktu z rodzicami, którzy odchodzili od zmysłów. Jakby wcale nie byli nieodpowiedzialnymi szczeniakami, za jakich miało ich teraz starsze towarzystwo. Istniały tylko uprzejme uśmiechy i niezamierzone ignorowanie swych pierworodnych. Chciano, aby wszystko zachowane zostało w tajemnicy, ale nic nie można było poradzić na to, że powoli pojawiały się plotki.
Do niedawna tak bardzo zakochana para narzeczonych siedziała dziś na drugich końcach stołu, trochę na ukos, tak, że przechylając lekko głowę, Wends była w stanie wymieniać z nim porozumiewawcze spojrzenia poza głowami z misternie ułożonymi fryzurami. Starała się ignorować wzrok ciotki Annabeth wędrujący wciąż w kierunku jej pustego palca, na którym jeszcze niedawno dumnie świecił klejnot rodu Wingfieldów. Ona jednak nie chowała ręki, ani zawstydzona, ani zawiedziona, buńczucznie myśląc raczej: a niech myślą, co chcą. To nie jej zależało na nieskazitelności.
Naprawdę? Od kiedy?
Teraz natomiast rozluźniło się, płynęła spokojna muzyka, a wszyscy rozproszyli się po niemal całej posiadłości, jednak głównie zbierali się w miejscach, gdzie panowały szwedzkie stoły oraz kelnerzy roznoszący wino i szampana. Wendy, dzierżąc w ręku lampkę czerwonego, pół-słodkiego trunku, przyniesionego specjalnie z collierowskiej winnicy, miała wszystkiego dosyć, włącznie z ignorancją i badawczymi spojrzeniami wszystkich wokół. Nigdy nie lubiła tego typu imprez, ale akurat na ten czas miała dodatkowo trochę zmartwień. I żeby to chodziło o brak pierścionka na palcu.
Obydwoje, Aiden i ona, przeszli zgodnie do biblioteki, gdzie często jako dzieci lubili przebywać (rozrabiać ewentualnie), gdzie na szczęście tłumów nie było. Wends, ubrana w kremową, cocktailową sukienkę, zasiadła od razu na fotelu przy stoliku, jakby już nie mogła unieść na tych dwóch stopach własnego ciężaru wraz z ciężarem wszystkich myśli.
- Alan, ten od neutralizowania chorób, nie chce się zgodzić - przeszła od razu do rzeczy, czując, że musi to z siebie wyrzucić. Ton jej głosu przybrał barwę pełną frustracji, złości i bezsilności. Instynktownie jednak mówiła półgłosem, jakby wszystkie ściany miały tutaj uszy. Zresztą nigdy nic nie wiadomo.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: biblioteka   Wto 10 Lip 2012 - 13:35

Rodzinne spędy sprawiały Aidenowi wielką frajdę, zawsze. Czuł się potrzebny, akceptowany, wzięty w słodką niewolę genów i każde spotkanie z babkami, wujkami, ciotkami i znajomymi powyższych dawało mu dużą dawkę pozytywnej energii. Bo mógł obserwować i wyciągać wnioski, bo mógł wyciągać sekrety, bo swoją wysoką sylwetką idealnie komponował się z drewnianymi antykami i był prawdziwą ozdobą każdego przyjęcia.
Hm. Lecz słodkie czasy się skończyły wraz z dość mocnym zawodem jaki sprawił rodzicom. A zwłaszcza ojcu, doznającemu wielokrotnego zawału. Co właściwie Aidena początkowo szalenie ucieszyło - skoro się denerwował to musiało mu zależeć! - ale była to radość chwilowa. Bo opierdol jaki dostał mocno go dotknął.
Chyba wszyscy Collierzy wiedzieli gdzie uderzyć, żeby zabolało i jak umiejętnie dokopać, by przeciwnik poczuł się jak ostatni śmieć.
Na całe szczęście reprymenda była jedna i potem wszystko zawoalowało się słodką otoczką z waty i udawania, że żadnych problemów nie ma. William traktował go z zabójczym dystansem, który przypominał mu niemiłe wspomnienia z dzieciństwa. Bolało, ale obecnie miał na głowie ważniejsze problemy.
Prudence się nie odzywała. Ani słowem. Od dość długiego czasu, a przecież wczoraj Blaise pisał, że wracają już do Anglii. Niepokojące. I o dziwo nie bał się, że cokolwiek się wydawało - bał się tylko jakiegoś przypadkowego wypadku samochodowego albo potrącenia na pasach. I pożegnania się z Pru na wieczność - a ta perspektywa przerażała go zabójczo.
W bibliotece panował miły chłód, kuzynka Cecylia rozpoczynała właśnie grę na fortepianie, rodzina rozchodziła się w grupkach, popijając szampana i wszystko wyglądało sielankowo. I perfekcyjnie. Nawet Aiden, niechętnie wciśnięty w czarną koszulę (żeby bandaż nie prześwitywał) nie sprawiał wrażenia osoby poturbowanej. To znaczy - takie miał nadzieję, bo wątpił, by ojciec przyjął wytłumaczenie siniaków na szyi za prawdziwe. Siłowanie się z kumplem na zajęciach, żałosne!
Jedynie Wendy zdawała się być w jakimś innym świecie, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Jakby zapadła się we własnych myślach. Niewesołych. O których nie wspominała aż do momentu, w którym znaleźli się prawie sami w lewym kącie sali z widokiem na ogród. Cecylia grała coraz głośniej, więc mogli swobodnie rozmawiać. Sprawiając wrażenie skruszonych, zasmuconych i wciętych nastolatków.
- Alan? - zmarszczył brwi, przysiadając na oparciu antycznego fotela i po chwili się z niego zrywając, bo babka pogroziła mu sękatym palcem z drugiego końca pokoju. Uniósł uspokajająco ręce i zajął miejsce w fotelu na przeciwko, opierając rękę na oparciu i brodę na dłoni. - To uroczy Jelonek, zgodzi się. Jak coś ja go poproszę. Lubił mnie - odparł przeciągle, zastanawiając się przez sekundę nad swoimi słowami. - Nie, zapomnij, on też mnie już nie lubi - dodał z szerokim i bardzo szaleńczym uśmiechem, popijając wodę mineralną. Alkohol źle wpływał na tony leków, które łykał. Na własną rękę. - Zresztą, Wends. Nie bądź kretynką. Nie żyjemy w magicznym świecie i nie możemy wszystkiego załatwiać w taki sposób. Po prostu...zgódź się na leczenie. Idź na chemioterapię. - powiedział powoli, patrząc prosto w jej oczy. I pochylił się nagle, by poprawić jej włosy, opadające na twarz. Wyglądała jak pięćdziesiąt nieszczęść. Co go...cieszyło. Znów. Patrząc na nią mógł zapomnieć o wszystkim, co go dręczyło.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: biblioteka   Sro 11 Lip 2012 - 1:11

Kolejny dzień, kiedy musiała udawać. Było to zauważalne szczególnie w otoczeniu rodziny, kiedy wszystko musiało być w jak najlepszym porządku. Wendy już dawno zapomniała, kiedy ostatni raz szczerze rozmawiała z ojcem. Odkąd zmarła mama, najbliższe otoczenie utraciło pierwiastki tej swojskości, które odzyskać mogła tylko w Meksyku, chociaż to i tak nie było to samo. Jeszcze pamiętała fantastyczną atmosferę na święta - te ostatnie święta przed tragedią - kiedy nawet babka uśmiechnęła się do niej, gdy dziewczyna podnosiła gustownie zapakowany prezent. Jednak gdy kogoś zabrakło, powoli zaczęło się psuć. Wspólny język z Jonathanem gdzieś zniknął, a na progu ich domu stanęła przerażająca biała dama, która pojawiała się coraz częściej. Z czasem jednak, pomimo dystansu, jaki dziewczyna utrzymywała względem swojej macochy, mogła porozmawiać z nią i poradzić się. Co prawda nie biegała do niej specjalnie - czasami po prostu samo wychodziło.
Nikomu z rodziny jednak nie byłaby w stanie powiedzieć o tym, co teraz się z nią działo. Nikt nawet nie mógł się domyślać, nieczęsto bowiem czas spędzała w domu, a doktor prosiła, aby nie kontaktowała się z ojcem. Wendy była przecież pełnoletnia, a co za tym idzie DOROSŁA, mogła więc o sobie decydować. Mogła zadecydować o tym, że za wszelką cenę nie przekroczy progu kliniki, aby podjąć się leczenia. Mogła także zadecydować, żeby zachować wszystko w tajemnicy, pozbawiając swojego ojca dodatkowych zmartwień, ale i chwil szczęścia we wspólnym nieszczęściu, tak na wszelki wypadek. Jakby nagle zamierzała im wszystkim zniknąć, pozostawiając wyrzuty sumienia za złość z tak błahego wobec śmierci powodu.
Wszyscy więc trwali w niewiedzy prócz kilku osób, które - jak powoli dochodziła do wniosku Wends - zasługiwały na tę wiedzę. Cieszyła się przynajmniej, że miała przy sobie takiego Aidena, który zawsze był gotów odgarniać jej włosy z twarzy.
Nawet wtedy, kiedy będzie rzygała po kolejnej chemii?
Nie, tego nie potrafiła przyjąć do wiadomości. Nigdy nie wyobrażała sobie siebie takiej i wzdragała się na tę myśl. Podejmując leczenie, jednocześnie sprawiłaby, że wszyscy by się dowiedzieli, stawiając na czele jej ojca i macochę. A nie potrafiła wyobrazić sobie zawodu w ich oczach. Że wcale nie była idealna, tak, jak chcieli.
Jakby już w ich oczach nie dało się tego zauważyć.
Teraz jednak sprawę konfliktu pozostawiała daleko w tyle, chociaż mogło się zdawać, że przejmowała się właśnie tym. Och, jak ona uwielbiała stwarzać pozory.
Przeraziła ją myśl, że nawet Aiden przekonuje ją do leczenia. Chociaż wiedziała, że to właśnie od niego pierwszego powinna była się tego spodziewać. Zbyt racjonalne, żeby podejmować jakiekolwiek inne ryzyko. Zbyt logiczne i przyszłościowe, aby zastanawiać się na innymi, okrężnymi sposobami.
Och, ale cóż można było teraz nazwać przyszłościowym w jej życiu?
Wywróciła oczami na wzmiankę o relacjach Aidena z Alanem, kwitując wszystko zrezygnowanym, beznadziejnym uśmiechem. Bo wiedziała, że nie ona jedyna ma w tym otoczeniu problemy, ale wciąż zachowywała się egocentrycznie.
- Nie - powiedziała twardo, stanowczo, jakby myślała o tym wiele razy i już postanowiła, że się nie podda w razie jakiegokolwiek namawiania. - Zrobię co w mojej mocy, żeby nie zniżać się do tego poziomu. Żeby nawet ten cholerny jeleń do końca życia musiał zatrzymywać mi tę chorobę, wzięłabym go jako pokojówkę. Albo znajdę osobę, która zamienia moce i sama się będę neutralizować - stwierdziła, każde słowo wypowiadając coraz cieniej, choć z tą samą determinacją w oczach, co na początku. I nie obchodziło ją to, że większość jej posunięć była niemoralna. Bo jej się to do cholery należało, życie, ono nie mogło tak po prostu jej uciec. Nie miało prawa.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: biblioteka   Sro 11 Lip 2012 - 11:26

Westchnął teatralnie, słysząc jej słowa. Była tak kurewsko uparta. Już prawie o tym zapomniał. Niezależnie czy chodziło o kupno sukienki, wybranie miejsca na wakacje, pozycji erotycznej, zakupy spożywcze czy zasady gry w eurobiznes. Wszystko musiało być tak, jak Wingfield sobie upatrzyła. Zero odstępstw, zero negocjacji.
Odziedziczyła to po ojcu - owszem, przydawało się to w biznesowych sprawach, ale w zwykłym życiu i kontaktach z ludźmi było to...co najmniej irytujące. Częściej: przeszkadzające i wkurwiające. I o ile Aidena prawie zawsze jej zaperzanie się bawiło - była wtedy taka buntownicza i urocza, zosia samosia! - to teraz wcale nie było mu do śmiechu.
Bo dopiero niedawno dotarła do niego powaga sytuacji. Gdy Wendy powiedziała mu o tym prawie trzy miesiące temu, sam był w tragicznej sytuacji. Potem cudowne zapomnienie o wszystkim, potem bolesny powrót do szkoły. I tutaj zaczął szukać informacji na temat nowotworów, dzwonić po najlepszych londyńskim klinikach, orientować się w kwestiach finansów i...szans na przeżycie.
Przy dramacie, jaki musiała przeżywać, wszystkie jego problemy wydawały się małe. Nawet te związane z durną Prudence, która nie odbierała telefonów. Podejrzewał, że znów zniknęła z Annabeth. Do kurortu w Szwajcarii, żeby podreperować nerwy. Kurort w górach. Brak zasięgu. Krach na giełdzie. Czy coś tam.
Odebrał od kelnera (od kiedy babka zatrudnia służbę?!) kieliszek białego wina i napił się powoli, starając się pohamować irytację.
- Jesteś tak beznadziejniegłupia - powiedział wręcz pieszczotliwie i z rozczuleniem, obrzucając ją przeciągłym spojrzeniem. - Radziłbym postępować z nim sympatyczniej. Nie bądź suką. Jeśli nie jesteś skurwielem wszyscy nagle Cię lubią, to moja dobra rada - kontynuował powoli, sącząc trunek i lekkim skinieniem głowy odpowiadając na powitania wchodzącego do pomieszczenia kuzynostwa. Które od razu zajęło miejsce przy oknach, obrzucając Wendy zaciekawionymi spojrzeniami.
Cóż, musieli wyglądać jak nie za wesoła para byłych kochanków.
- Pójdziesz do lekarza - powiedział po dłuższej ciszy i wsłuchiwaniu się w dźwięki fortepianu. Tonem poważnym, pewnym i spokojnym. - Choćbym miał Cię skuć kajdankami. A przedtem użyć swojej mocy - ciągnął leniwie, przechylając kieliszek i zastanawiając się, ile franków szwajcarskich właśnie wypił. Burżujstwo. - I nie musisz mi dziękować, zrobię to dla siebie - dokończył z collierskim uśmiechem (wracał powoli do wprawy), odstawiając trunek na stolik i przejeżdżając ręką po włosach.
Nie mógł pozwolić, żeby Wends coś się stało. Była jedną z najbliższych mu osób. Wspólne dzieciństwo, wspólne wspomnienia, z nikim nie znał się tak długo, tak mocno i tak intensywnie. Z nikim nie udało mu się naprawić kontaktów, tylko z Wendy. Nie potrafiłby się odnaleźć w świecie bez niej. I było to...egoistyczne. Ale raczej w ten zdrowy sposób.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
W. Wingfield-Demarchelier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 238
Join date : 09/04/2012
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: biblioteka   Sro 11 Lip 2012 - 15:21

Kiedyś zapewne rozjuszyłaby się, gdyby Aiden powiedział o niej, że jest głupia. W jego ustach, kiedy się nienawidzili, brzmiało to według Wends co najmniej jak obelga godna najbardziej inteligentnej, wrednej i perfidnej osoby na całym świecie. Rzuciłaby się na niego z pazurami.
Teraz zdołała tylko przewrócić oczami, puszczając mimo uszu tę uwagę. Nie przyjmowała do wiadomości niczego, co mogłoby poddać w wątpliwość jej genialną decyzję. Zamknięta na cztery spusty, zamknięta na cały świat.
Chociaż nie była totalną kretynką, słuchała chłopaka i wyciągała wnioski. To, że czasami potrafiła być suką, żeby osiągnąć swój cel nie znaczyło, że dąży do niego po trupach i robi sobie wrogów, nie zyskując przy tym nic. Może trochę za bardzo poniosły ją emocje. Jedynie w akcie całkowitej desperacji zdołałaby zrobić coś z tych rzeczy. I choć nadal obstawała przy swoim, jej argumenty zaczęły mięknąć. Z drugiej strony jednak wyrastało przerażające widmo leczenia, do którego nie mogła dopuścić. Zawieszona między dwoma wyjściami, zapędzona w kozi róg, nie mogła zrobić nic innego, jak uciec gdzie indziej. Przed siebie, byle najdalej. To już za chwilę.
Przypatrywała się jego powolnym ruchem, a myśl w jej głowie była tak nęcąca, że nie chciała z niej nie skorzystać. Dźwięki fortepianu sprawiały, jak zawsze zresztą, że czuła się rozluźniona i zrelaksowana. W ostatnim czasie trudno było o właśnie takie samopoczucie. Powędrowała więc wzrokiem po egzystujących tu członkach rodziny, u niektórych zauważając dyskretne zerkanie w stronę pary, ale już po chwili wróciła wzrokiem do Aidena. Jednym dystyngowanym haustem dokończyła powolne sączenie wina i odstawiła je na stół. Po kilku lampkach czuła, że przyjemnie szumiało jej w głowie.
- Jestem za. Użyj swojej mocy i skuj mnie kajdankami - powiedziała półgłosem, zręcznie omijając tę część najważniejszą - pójście do lekarza. Nie chciała się na to godzić.
Nachyliła się trochę w jego stronę, ukazując dekolt, i dotknęła jego dłoni, oczekując znajomej, przyjemnej fali, na którą przez chwilę musiała się przygotować. Tak. Oto ona. Uśmiechnęła się porozumiewawczo i wstała, ściągając na siebie nieliczne spojrzenia. Jasne, nieliczne.
Jeszcze niedawno ponura, miała teraz na twarzy uśmiech dość figlarny.
Wyszli ramię w ramię, jakby znów byli tymi łobuziakami, którzy cichaczem idą, aby coś zbroić i udają, że nie mają wcale niecnych zamiarów.

zt
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: biblioteka   

Powrót do góry Go down
 
biblioteka
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Kawiarnio-biblioteka "Bookszpan"
» Biblioteka
» Biblioteka w zamku Bestii
» Wielka Biblioteka
» Biblioteka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Posiadłość Collierów (Kensington)-
Skocz do: