IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 teren prywatny blaise'a c.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: teren prywatny blaise'a c.   Sob 10 Mar 2012 - 16:10



Dużo tu książek, rysunków, zeszytów, poniewierających się ołówków, farb, popisanych kartek, gdzieś zawsze leży jego ulubiona gitara. Mimo ogólnego bałaganu... wszędzie, na łóżku nigdy nic się nie poniewiera (chyba, że jego jednonocna muza), jednak rzadko jest ono zasłane z powodu uwielbienia do drzemek.
Nocą jego ostoja, z białą pościelą koniecznie, często wygląda tak:



_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 12:15

(Blejs już jako Blejs osiem de)

Bawaria wydawała mu się już o tyle odległą kwestią, że nawet nie wracał do niej myślami. Zdarzyło się tyle rzeczy, że normalny człowiek rozłożyłby sobie wszystko na miesiąc, albo dwa i narzekał, że ciągle lata zabiegany i zmęczony jest ciągłym pośpiechem i nadmiarem dziwnych zdarzeń. A Blaise przeżył to wszystko w półtora tygodnia, zatem czas mu się dłużył przez to wszystko, jednakże było mu z tym całkiem wspaniale.
Był już SOBĄ, i doceniał to bardziej niż kiedykolwiek. Bez żadnej krępacji mógł teraz robić wszystko, na co miał ochotę, bo nie przebywał już w innym ciele, zabijajac mindfuckami szare komórki. Mógł znów malować, grać na gitarze, bo jedynym minusem, jaki dostrzegał, był słabszy wzrok, ale i z tym już się zaczął zmierzać, zapisując się do okulisty na najbliższy czwartek.
Londyn znów stał się nienaturalnie ciepły, toteż Blaise wziął bardzo długi, lodowaty prysznic, podejrzewając, że "za chwilę będę" w słowniku dziewczęcia, które nawiedzić go miało, w luźnej interpretacji będzie oznaczało "zdążyłbyś pojechać do Walii i z powrotem", ujmując w tym dylemat przed garderobą - typowo kobiece, dlatego Bogu dziękował, że Indiana nie lubi się stroić - zrobienie sobie włosów i innych zabiegów poprawiających/podkreślających urodę, na które i tak uwagi nie zwracał, ostatnio (przez dziewiczość Bawarii) zachwycony pięknem bez jakiejkolwiek ingerencji.
Wyszedł z łazienki, odziany w same bokserki, zapewne w jakieś czaderskie owieczki - może nawet prezent-dowcip od Mer, i zwykłe, granatowe bermudy, wychodząc z przypokojowej łazienki do swojego słodkiego nieporządku. Pachniało terpentyną, bo czyścił wcześniej płótna, i choć zapach ten dla większości ludzi był drażniący (szczególnie dla mamy może-w-przyszlości-wreszcie-Collier, która nie pozwalała Blejsowi używać specyfiku gdy znajduje się w domu), to Blaise'a nastrajał on niesamowicie pozytywnie i naweniał go zwykle porządnie.
Szedł w kierunku okna, żeby je mocniej uchylić - ciepło było dość nieznośne - susząc włosy ręcznikiem, który potem, niewiele się przejmując, rzucił na krzesło i podszedł do okna, otwierając je i zapalając papierosa. Z ochoty, a nie potrzeby. Dobrze było znów być sobą.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 12:40

Bawaria. W gruncie rzeczy Meredith wspominała ją raczej dobrze, oprócz może pierwszych paru dni spędzonych na wykłócaniu się - potem, kiedy wreszcie nie padało, a z Indianą wszystko się ostatecznie wyjaśniło i pozytywnie dramy wszelkie zakończyło, nie miała powodów do większych narzekań, może na zbyt małą ilość czasu spędzoną z Dorianem i resztą przyjaciół. Zastanawiała się też nad propozycją Lanvin, spędzenia ostatniej części wakacji w Paryżu, ale teraz jej lekarze zaprotestowali, kiedy zobaczyli jej wyniki po powrocie. Kategorycznie zakazali podróży samolotem, aktywności fizycznej przekraczającej spacer i noszenie jednej czy dwóch toreb z zakupami, wysyłając ją w zamian na masaże do fizjoterapeuty, w gruncie rzeczy przyjemne. Nie narzekała więc, ciesząc się spokojem i unikając żalów Juliany, której ministerstwo zniszczyło plany na studia w Yale.
Tego dnia akurat przeglądała szkolne papiery, licząc ile ma zaległości. Wymiana, a później wypadek wywołały lawinę rzeczy do uporządkowania. Wszystko miała zaliczone, taryfa ulgowa to mimo wszystko rzecz dość pozytywna, ale część rzeczy musiała jeszcze oddać. Przeglądała właśnie zeszyt od sztuki, gdy w oczy rzuciła jej się rozpiska z charakterem pisma Lindy, głosząca prosto 'wakacyjny projekt artystyczny, termin pierwszy tydzień września, Meredith i Blaise'. Nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać, gdy wymieniała smsy z Młodszym - trochę obawiała się spotkania z nim, po tym wszystkim, po Norwegii, po wypadku, po Bawarii.
Mogło być dziwnie.
Uwinęła się szybko, w owo półgodziny (plus minut piętnaście, przeznaczonych na wysłuchanie kazania chwilowo nadopiekuńczej rodzicielki), ubrawszy się dość klasycznie (link w podpisie <3), włosy w stałym nieładzie pozostawiwszy, z gumką do splątania ich w trakcie malowania na ręce. Jazda taksówką długo jej nie zajęła, a pukaniem do drzwi się nie przejęła, zakładając, że Blaise i Aiden są w domu sami, a drogę do pokoju Młodszego na pamięć znała. Gdzie także się po chwili znalazła, zapukawszy wyłącznie po to, by dać znać, że się zjawiła. Pociągnęła nosem, czując terpentynę - jak bardzo lubiła ten zapach - i uśmiechnęła się.
- Cześć - odetchnęła głęboko, wsuwając się głębiej do pokoju. Ile wspomnień z nim miała, ile godzin tu spędziła, nie była w stanie zliczyć. Oglądanie filmów na łóżku, seks na podłodze, malowanie po ścianach, wszystko inaczej. Ale to minęło, teraz czekało ich jasne płótno i farby, tylko.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 13:07

Papieros smakował mu wspaniale, o wiele lepiej, od kiedy postanowił palić mniej i rzadziej. teraz rzeczywiście czuł smak napisany na opakowaniu, którego niegdyś już zupełnie nie wyczuwał, przejęty samą instytucją nikotyny i smoły zamkniętej w papierku z filtrem. A że ostatni raz palił wczorajszego poranka, zwykłego, niebieskiego Lucky Strike'a, do kawy, bo nie było lepszego połączenia dla Blejsowego podniebienia, to palony teraz papieros malinowy rzeczywiście smakował owocami zerwanymi pod jakimś leśnym krzaczkiem, jedzony wprost z koszyczka z obwolutą wstążki w kolorze zgniłej zieleni.
Odpowiadał mu fakt, że patrząc swoimi oczyma widzi piękniej, nawet jeśli słabiej niż Aiden, czym jednak się kompletnie nie przejmował, bo przywykł już do widzenia wszystkiego nie jako zbiór brył i kształtów, a jakby do każdego przedmiotu miał przyporządkowany opis godny Wilde'a albo Schultza, ujęty w niewidzialnym dymku, który wyświetla się jak najedziesz na niego kursorem wzroku.
Nie było mu jednak dano pokontemplować zbyt długo, ponieważ gdy jego tors wciąż pokrywały krople zimnej wody, a podłoga była średnio widoczna od nadmiaru przeróżnych szkiców i innych błahych rzeczy - nie zdążył ogarnąć, przygotował tylko pyszniące się beżem płótno na środku pokoju i dwie palety farb - zmaterializowała się ona.
Wyglądająca bardzo po swojemu, jednak Blaise nie miał w zwyczaju oceny stroju, jako że przykładał większą uwagę do tego, co było pod spodem. Pasowała tu.
Bo wraz z momentem, gdy weszła głębiej w półmrok pokoju, Blaise'a uderzały falami wspomnienia, te jak najbardziej pozytywne, od których zdążył się już odzywczaić, nie chcąc już dłużej zagłębiać się w dziwną sytuację, która między nimi się narodziła. Mniej więcej od momentu, gdy się pożegnali na skałach w Tromso, gdy ostatni raz poczuł jej truskawkowe usta.
Patrzył tak chwilę, jednak nie na tyle długą, żeby mogła poczuć się jakkolwiek niezręcznie, ot sekunda dla reżysera.
- Kawy, papierosa - seksu - eee... herbaty? - zapytał, podchodząc do szafy, żeby wsunąć na grzbiet jakąś wyciągniętą, szarą koszulkę v-neck, już upstrzoną kilkoma plamkami chabrowej farby. - Pamiętasz może ogóle tytuł projektu? - podrapał się po głowie prezentując sporą niewiedzę na temat sytuacji, z czym musiał wyglądać całkiem nieźle. Naoglądał się siebie ostatnio, co wcale nie przyczyniło się do jakiegoś super wzrostu naturalniej skromności, którą jednak gdzieś aż do zamiany ciał miał. Teraz jednak wyzbył się i tego (bo to dobre dla duszy i obiektywniejszego postrzegania świata - myślenie o sobie neutralnie, za normę po prostu obierając opcję "tak, jestem przystojny"), stawiając na stoliku obok sztalugi kubek wody, kiepując gdzieś między jedną paletą a drugą.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 14:37

Przyjemności używek, zawsze raczej ostrożnie dozowanych, ostatnio urosły do rangi zakazanego owocu. W czasie surwiskurwiela nie miała okazji się nimi raczyć, z uzależnień swoich jedynie herbatę, niepodobną do żadnej normalnej, brytyjskiej, miała. Kawa była cudem, znalezionym wyłącznie raz na jakiś czas, nikotyna zaś w Bawarii dla niej nie istniała. Wszystko przez zakazy, nakazy, polecenia, których miała całą listę. Nie powinnaś dostarczać sobie kofeiny, dbaj o ciśnienie. Nikotyna ci szkodzi, niech płuca po tym chwilowym zatrzymaniu pracy odpoczną. Teina tylko w niewielkiej ilości, zbyt mocna herbata nie jest w twoim stanie wskazana. Najlepiej pij wodę mineralną, musisz uzupełniać elektrolity, masz zaburzoną gospodarkę wodną po tych wakacjach. Nasłuchała się tylu wyrzutów, że nie zadzwoniła, skarżąc się na warunki, okraszonych setką 'a nie mówiłam!' i ciętymi spojrzeniami matki, obiecującej sobie podwoić nadzór, że teraz miała ochotę znowu złamać wszystkie te zalecenia i zapalić papierosa, napić się mocnego alkoholu i odpocząć od kontroli.
Co uskuteczniła, uśmiechając się szeroko, kiedy proponował jej coś do picia.
- Kawa i papieros będą idealne - odparła, rzucając torebkę na łóżko. Zupełnie nieskrępowana rozejrzała się raz jeszcze po pokoju, zauważając dość sporą odbitkę zdjęcia z Norwegii, z tego dnia, kiedy ostatni raz go całowała, wdychając zapach farb, papierosów, whisky, jego zapach rozmawiali po raz ostatni. Jak zawsze, idealnie uchwycony moment, światło, kadr. Na tablicy koło okna wisiały szkice jej ciała - czyżby Indiany jeszcze w tym pokoju nie było? - i to wyjątkowo idiotyczne zdjęcie z weekendu w wesołym miasteczku, z dziwnymi minami. Nie sądziła, że nadal będzie czuła się w tym pokoju tak dobrze, bez żadnych oporów, od razu wiedząc, że za drzwiami do łazienki jest wieszak z jej fartuchem, który zostawiła tu wieki temu, bo czasem nie brała ze sobą ciuchów na zmianę, a nie zawsze chciała je brudzić.
- Szukałam jakichś notatek, ale nic nie znalazłam - pokręciła przecząco głową, wracając myślami do projektu. - Wydaje mi się, że możemy zrobić co chcemy, Linda przecież i tak zaliczy nam wszystko, uznając to za naszą artystyczną wizję - Była pewna, że Barlshomen i tak wystawi im A+ za cokolwiek z odrobiną farby i zgrabnym wytłumaczeniem. Jako jedyna z nauczycieli była w stanie zrozumieć Meredith wystarczająco, do niej też Mer największe zaufanie z dorosłych miała i szczerze ceniła niektóre popołudnia, na herbacie spędzane.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 16:29

Blaise może nie był sentymentalny jakoś przesadnie, ale leniwy był na pewno, zwłaszcza w kwestii porządku. NIGDY nie doproszono się go, żeby pozbierał rozpierdolone po calutkim pokoju pędzle, że matka już dawno temu przestała mu suszyć głowę, wiedząc jak bardzo bezcelowe są jej działania. Prowadziły rozpaczliwie donikąd, a porównywalnie o własne dziecko bała się o własną prezencję, pragnąc zachować niewątpliwą urodę jak najdłużej.
Dlatego też nigdy nie ściągnął ze ścian pamiątek po Mer, nigdy nie wpadł w taki szał, żeby niszczyć wszystko co z nią związane, dość pokornie przyjmując, że tak miało być, i nawet jeśli miała być tylko jednym z wielu elementów jego przeszłej egzystencji, to osobistycznie pozwolił sobie go obarczyć rangą czegoś istotnego.
Poza tym po upływie kawałka czasu, przykładowo wczoraj, daleki był od wzdychania do jej szkiców, wspominając jaki seks na tej podłodze był smfah i jak miło się na nią patrzyło, gdy spała naga na łóżku, bo Blaise akurat nie umiał zasnąć, pijąc czwartą kawę, robiąc drugą akwarelę z lekkim zarysem dość kanciastego, bo kościstego, ciała. Acz sympatycznego, lubego, znajomego, nigdy nie jego, chociaż czasem właśnie tak się czuł.
Cwany był, bo ekspres do kawy - mały, do potrzeb własnych - miał u siebie w pokoju i było to chyba jedyne, poza łóżkiem, miejsce, o które dbał. Zawsze miał na wszelki wypadek trzy czyste kubki, kawa zawsze nasypana, filtry wymieniane, regularne płukanie układu wewnętrznego. Mleka tylko nie miał - pijał bez, choć słodził, aż dwie łyżeczki.
- Papierosy leżą na parapecie, poczęstuj się. Kawa z mlekiem? - spytał, samą podstawę przygotowawszy, gotów ewentualnie wyprawić się do kuchni wedle jej życzenia. Bo tak zachowałby się uprzejmy kunpel, wobec swojego gościa. Nie ważne, że każdy kąt do niedawna jeszcze pachniał nią, a na ścianach było pełno pamiątek po niej, bo dość sukcesywnie było to wypierane przez drobną postać Indiany, że więcej miał tu teraz swej lubej szkiców, zdjęć i akwareli, niż Mer.
Kolejna warstwa, kolejna kartka książki, która jednak wcale się nie skończyła, jak podejrzewał podczas ich pożegnania w Tromso.
Zadanie. To dlatego początkowo był trochę nieswój. Nie rozmawiali, kontakt się urwał, zapewne ku uciesze Indii i Doriana, z czym, najwyraźniej, Meredith było całkiem spoko, bo chociaż Blaise nie płakał w poduszkę i nie ciął się słuchając Arnaldsa, to na pewno było mu przykro i czuł jej brak. Ot, najzwyklejsza tęsknota, w czystej postaci, gładkie linie, zero zadrapań - collierstwo? Nawet sposób tęsknienia był osobliwy.
- No tak, masz rację - odgonił od siebie niemiłe myśli, próbując je zastąpić czymś pozytywny. Przynajmniej pomalują razem jak za dawnych czasów. - Wiesz, że zrobiłbym impresjonizm... - zaczął, biorąc kubki kawy w ręce i podszedł do niej, och jak blisko - patrząc przez pryzmat ostatnich dwóch miesięcy - wręczając kubek. - Nawet nie musielibyśmy kombinować z pomysłem. Jeden już realizowałaś - uniósł brew, upijając łyka słodkiej, ciemnej kawy i patrzył na nią wyczekująco.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 17:11

Jej pokój był zupełnie inny - niemal pedantyczny, uporządkowany, chociaż miejscami widać było, że mieszka w nim artystyczna dusza. Na ścianach było pełno obrazów i szkiców, odręcznie podpisanych, a obok biurka dość spora tablica korkowa z najważniejszymi osobami, których właściwie po równo było. Wszystko inne, co z przyjaciółmi związane, w teczki stojące na regale poupychane było, i tylko grubość mogła świadczyć o ważności osoby. Teczka Młodszego - jak wszystkie, w materiałowej okładce, koloru czarnego - mieściła w sobie najwięcej, jako pamiątka właściwie najbardziej intensywnej relacji. Upchnięta była jednak najbardziej z boku, chociaż w gruncie rzeczy najczęściej przeglądana, z poczuciem winy i żalem, że więcej podobnych rysunków nie będzie. Dorianowa teczka, słonecznie żółta, ilością wkładu może do trzech czwartych w porównaniu z collierską sięgała, dumnie na szczycie piramidki leżąc. Indiany była w sokolskich fioletach, a na wewnętrznej stronie okładki widniało zdjęcie wieży Eiffla, w odróżnieniu do pozostałych, tylko opisanych niewielkimi, pochyłymi literkami, głoszącymi imię obiektu.
Bez słowa podeszła do parapetu i poczęstowała się papierosem, z lubością się malinowym smakiem zaciągając. Przygryzła lekko wargę, duszność atmosfery jednak zaczynając odczuwać. Zapatrzyła się w krajobraz za oknem, dopiero po chwili rozumiejąc słowa Blaise'a. - Hm? Nie, jeśli nie masz tutaj, to się obędę - Nigdy nie pijała kawy bez mleka, ale tym razem było jej jakoś wszystko jedno, jakie to zresztą miało znaczenie, czy kawa mleczna, czy czarna będzie. Nie chciała go fatygować, jeszcze jakiś czas temu samej się po biały płyn wybrawszy.
Dziwnie jej było, w Collierze rezerwę wyczuwając. To było tak różne od tego, jak zawsze się w swoim towarzystwie zachowywali, spontanicznie, bez żadnych zahamowań, teraz milcząc dość nieporadnie. Jakby nagle przekreślone zostały lata ich znajomości grubą kreską, niszczącą resztki zażyłości. Właściwie nie powinna mieć pretensji do nikogo prócz siebie, przecież nie szukała obecności Blaise'a, nie odzywała się, nie uśmiechała, mijając gdzieś w przelocie. Mimowolnie życzenie Indiany spełniała, o sobie nie myśląc. Nieegoistyczna była, tęskniąc w milczeniu i sposobów ukrócenia tego przykrego uczucia nie szukając. Bo może tak powinno być? Tyle że właściwości takiej sytuacji nie czuła.
Kubek odebrała, od razu łyk upijając i krzywiąc się przez chwilę niemiłosiernie. Czarnej kawy nie piła od niepamiętnych czasów, zapomniała, jak gorzki posmak zostawia nawet mimo cukru. Uśmiechnęła się jednak słabo znad kubka, nad obrazem myśląc.
- Swoją drogą, wiesz, że sprzedałam Grindøyę? Jeden ze znajomych ojca ma galerię przy Knightsbridge, wystawił ją tam - uśmiechnęła się przelotnie, przypominając sobie jak chętnie pozbyła się tamtego obrazu. Był dla niej zbyt trudny do oglądania, za wiele wspomnień, zbyt duży mętlik w jej głowie robił. - Ale właściwie możemy coś podobnego namalować, może Alpy tylko tym razem? - zaproponowała, nieco podłamana jak bardzo nie umieli ze sobą rozmawiać.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 19:01

Dlatego też nie lubił przebywać u Tremainów. Cały dom był pedantyczny, poukładany, widać było silną rękę architekta-minimalisty w jasnych, przestronnych wnętrzach, z małą ilością mebli, z zaledwie akcentami pastelowych kolorów, po przeważała biel, choć na szczęście nie taka laboratoryjna, a bardziej... pienista. Która kojarzyła się Blaise'owi z reklamami płynów do prania firanek, bo w ogóle dom Mer był jak z katalogu czy reklamy, chociaż Collierska Rezydencja w Kensington już nawet wyewoluowała do MTV Cribs Lux Edition Odwiedzamy Pałace Koronowanych (nawet jeśli jedyną koronowaną głową był Aiden z diademem króla szkoły z Balu Semestralnego) Głów.
Zwyczajnie preferował bywać tutaj, niż brudzić idealną przestrzeń Meredith brudnymi farbami i brudnymi myślami, bo seks uprawiali tam tylko raz, przy czym Blaise przerwał i zarządził szybką zmianę miejscówki na Hampstead, bo było tam nie do zniesienia dziewczęco, dziewiczo i idealnie. Bo w świecie Blaise'a jedyną idealną rzeczą była nieidealna całość.
Bez wahania zniknął na pół minuty za drzwiami, żeby przynieść mleko, bo aż go coś tknęło widząc, że jej nie smakuje i nalał jej, oczywiście z dobrego serca ulewając trochę na podłogę, przykrytą dywanem szkiców, najczęściej tworów jednej chwili, gdy podczas tworzenia jednej rzeczy, nagły impuls każe zrobić coś innego. Nie chciał, żeby to piła, jeśli wolałaby z mlekiem. Nie przyniósłby? Może od razu przyzna na głos, że mu jej tak bardzo brakowało, że początkowo związek z Indianą nie miał dla niego żadnego sensu? Oczywiście wszystko się zmieniło, nawet zastanawiał się od niedawna, czy aby już jej nie kocha, ale dalej brakowało mu choćby tego artystycznego aspektu ich znajomości. Malowanie w pojedynkę często go zawodziło.
Nie umiał jednak czerpać radości z tej chwili, gdy będzie mógł znów z nią malować. To nie było to samo, zmienili się, zmieniła się sceneria.
- Naprawdę ją sprzedałaś? - mimowolnie zerknął na swoje zdjęcie. Najlepsze chyba jakie zrobił w życiu. Obielone wodą skały, miękko gnące się na ich ostrych kantach fale, niesamowite kolory nieba i dym. Z jej ust. Sprzedała ich ostatnie, wspólne dzieło. To przecież on jej poprawił niepasujące elementy, rozrobił lepsze kolory, zainspirował dalej.
Poczuł się zwyczajnie urażony, czego jednak Mer zobaczyć nie mogła, bo uśmiechnął się tylko lekko, jakby pokornie już godząc się z tym, że był niesamowicie naiwny w swojej wierze, że może jeszcze namiastkę tego będą umieli odzyskać. Mylił się i ta gorzka prawda wypalała mu teraz żyły od wewnątrz. Pozwalając uśmiechniętej masce stopić się z twarzą.
- Tak. Mogą być Alpy jeśli chcesz. Ja... jest mi to obojętne - powiedział rozkojarzony, so blaise, upił kolejnego łyka kawy i podszedł do szafki, gdzie trzymał farby, aby wyciągnąć jeszcze kilka chłodnych kolorów do jakże oryginalnego i zupełnie nieoklepanego malunku widoczków alpejskich.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Czw 23 Sie 2012 - 19:37

Meredith paradoksem była i wiele osób się dziwiło, jak ktoś tak perfekcjonistyczny jak ona może przelewać swoje życie na obrazy i rysunki. Jak może tworzyć impresje, abstrakcje, chaotyczne i niezrozumiałe dla większości. Nie umiała tego wytłumaczyć, taka po prostu była, w dużej mierze pewnie przez dar, zmieniający jej środowisko w coś nienaturalnego, ale dla niej właściwego. Lubiła swój porządek, idealnie zaburzany przez chaos sztuki.
I dlatego też tak lubiła przebywać u Blaise'a, miała kontakt z bałaganem, nadmiarem i niedoborem, brakiem równowagi, wszystkim, czego u niej nie było. Nigdy też specjalnie nie protestowała, kiedy od niej uciekali, zawsze kończąc w Hampstead, zmieniając bałagan w jeszcze większy chaos.
- Nie musiałeś - westchnęła, kiedy wrócił z mlekiem. Podniosła kubek do ust, tym razem szczerze ciesząc się rozmleczonym (osiem-de) smakiem kawy. Nie wiedziała, jak się zachowywać, nagle mu obca. A przecież on zawsze był dla niej ważny i gdyby nie to, że tak nagle się wszystko zjebało, ona by z niego sama nie zrezygnowała, może i wybierając go nad Doriana w pewnym momencie.
Ale pewna niczego już być nie mogła.
- To nie do końca w sumie sprzedaż, akt własności nadal jest mój, ale jeśli trafi się ktoś, kto będzie go chciał, zostanie wyceniony i sprzedany. Trudno mi z tym obrazem - stwierdziła dość enigmatycznie. Za wiele przeżywała, patrząc na niego, za wiele wspomnień, uczuć, emocji. Jednocześnie tęskniła za tamtym miejscem, za tamtym ostatnim akordem ich jedności w tworzeniu i nienawidziła go, bo pojawiało się w niej drżenie, słabość, której pokonanie było niemożliwe. Słabość, objawiająca się rozpaczliwą potrzebą blejsowego wydania collierskości, blejsowej pomocy w innych obrazach, blejsowej obecności w swoim życiu, nie w połączeniu z seksem, to naprawdę było za nią, ale Blaise'a jako przyjaciela, dopełniającego idealne życie Meredith Tremaine. Tak bardzo było to niepokojące, chwiejące egzystencją, że w tamtym momencie ucieszyła się z braku kamienia na sercu. Potem zaczęło jej go brakować i tak na zmianę przeżywała huśtawkę, niewidoczną na co dzień, a objawiającą się chwilami.
Znała Blaise'a, znała go lepiej niż by sobie tego życzyła, w tym momencie widząc jak bardzo udaje, jak bardzo, paradoksalnie, nie jest sobą. Nie umiała tego zignorować, nie umiała tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego i zacząć z nim malować, bo już wiedziała, że to nie wyjdzie.
- Czekaj - zatrzymała go, wyrzucając niedopałek papierosa, którym tylko raz się zaciągnęła. Kubek z kawą odstawiła gdzieś bez zastanowienia. - Tobie nigdy nie jest obojętne, nie namalujemy tego w takiej atmosferze - powiedziała, patrząc na niego z determinacją. Stawiała wszystko na ostrzu noża, albo spadnie i się potłucze, ale będzie cała, albo zrani się do krwi.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Pią 24 Sie 2012 - 13:48

I thought I lost my goddamn mind
trying to be all that you want me to be.


Może i tak było z Blaisem? Może starał się dać Meredith to, czego nawet nieświadomie od niego oczekiwała. Ucieczki od matematycznego, wyliczonego świata narysowanego od linijki, twardym ołówkiem przez osoby, które ją ograniczały i nie pozwalały rozwinąć skrzydeł. Sam był wolnością, nieskrępowaniem, spontanicznością i mógł jej to dać, po prostu oferując swój czas.
Chciało mu się śmiać na wspomnienie jak to się zaczęło. Mniej więcej tak, jak godzinę temu. Wkurwieniem, histerycznym telefonem "projekt w parach". Wtedy też tak było, tylko Blaise znudzony wszystkim, wyjałowiony inspiracyjnie, bez żadnych wizji, z kryzysem twórczości. Że też akurat wtedy usiadł w tej nieszczęsnej drugiej ławce od końca, w rzędzie pod ścianą! Niezbyt wiedział, czy chciałby teraz cofnąć czas. Bo wtedy im się udało, byli szczęściarzami, odnajdując w labiryncie tą jedną, poprawną ścieżkę, by do siebie dotrzeć, że potem odnajdywali się z zawiązanymi oczyma.
Tylko teraz nic nie zapowiadało się tak różowo, bo Blaise nie sądził, aby powrót do tego co było był możliwy. Obydwoje przyzwyczaili się do dwojakiego aspektu ich relacji i rezygnacja z jednego oznaczała utratę obydwu. Bo chyba malowanie z nią nie miało takiego uroku, gdy nie mógł jej w międzyczasie pocałować, ona nie mogła mu ściągnąć brudnej od farby koszulki. I nawet jeśli sporo by oddał, żeby wrócić chociażby do malowania, nie był pewny, czy po prostu to będzie tak samo nieograniczone i dające słodką przyjemność z poczucia wolności w całym precedensie.
- Nie ma problemu, chociaż w Kensington to by mi się raczej nie chciało schodzić aż do kuchni po pół kubka mleka - odparł z uśmiechem, słuchając jej, no nie ukrywajmy, wytłumaczenia. Niepotrzebnego, bo Blaise już przyjął do wiadomości suchy fakt 'sprzedany'. Obraz był naprawdę dobry i wcale nie zdziwiłby się, gdyby już ktoś go kupił. Mer miała świetną rękę do impresjonistycznych linii, a Blaise oko do kolorów.
Jedynym wnioskiem, który obijał mu się teraz z echem po głowie, było, że Mer jest dużo słabsza niż on. I wcale nie chodziło o podział ze względu na płeć, bo nie zawsze bycie facetem oznaczało z góry większej siły i odporności. A jednak, ona patrzeć na obraz nie umiała, a on na zdjęcie owszem. I robił to często, powracając do tamtego dnia, z każdym razem czując coraz większą obojętność, choć natłok emocji w dalszym ciągu był imponujący.
Już miał od niechcenia chwycić którykolwiek pędzel i zrobić tło - grunt przygotował wcześniej, gdy Mer stanęła przed nim, patrząc na niego ze sporą stanowczością, wyczuwalną też w tembrze głosu. Co nieco zatrzęsło równowagą Blaise'a, bo naprawdę był gotów, choć rzeczywiście z ciężkim sercem i artystycznym duchem, zrobić COKOLWIEK. Nawet durny obrazek z wieżą Eiffela.
Co miał zrobić? Nie mógł, patrząc w szare, sokole oczy, pełne twórczej determinacji, kazać jej teraz wyjść, albo powiedzieć, że owszem. jest mu wszystko jedno. Domyślając się tylko, że byłby to cios, bo i on znał Mer. Wiedział, że odebrałaby to zwyczajnie źle, przytaczając jakąś sentencję o tym, że o wiele lepsza od obojętności jest nienawiść, bo to wciąż jakieś uczucie.
Chciałby umieć być teraz skurwielem, lecz nie umiał. Pohamował też unoszące się do uścisku ramiona żeby poczuć chociaż zapach, ten napędzający go do pracy. Bo skoro miało być lepiej, to i on musiał zrobić ku temu jakikolwiek krok. Uniósł zatem brew, świdrując ją brązowymi oczyma na wylot, robiąc niewielki krok w przód, że dzieliło ich nie więcej niż dziesięć centymetrów.
- Namalujemy zatem siebie nawzajem. Z tym wszystkim, co czujemy do siebie TERAZ. Terapia plus projekt, zrobimy sobie pożyteczne dwa w jednym - odparł poważnym głosem, wiedząc że się zgodzi. Musi. Bo jak nie, to będzie sobie malowała Alpy sama. Albo Doriana. Albo rzemyk, który zostawił u niej, kiedy ostatni raz był u niej w domu, jeszcze przed pompatycznym zerwaniem się ich kontaktów. Dopiero wtedy, po jej przeczącej odpowiedzi, byłoby mu wszystko jedno.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Sob 25 Sie 2012 - 17:51





Zawsze wiedziała, że jest słabsza, nigdy nie kryła tego, że bardziej ulega emocjom, że czasem, w przypadku pewnych osób - do których Blaise się zaliczał - to uczucia rządzą nią, a nie ona nimi. To ona się zazwyczaj łamała, gdy chodziło o jakąś kłótnię i nikt nie chciał wyciągnąć ręki do zgody, pierwsza łamała milczenie w kwestiach tabu. Była zbyt niecierpliwa, by móc utrzymać ciężar emocji, zwalający się na nią przez obraz. To wszystko, co czuła na wyspie, przy każdym zerknięciu na pejzaż do niej wracało. Niepewność, strach, żałość, tęsknota, upewnienie, adrenalina. Zbyt wiele, za bardzo skomplikowane, burzące perfekcję.
A mimo chaosu, którego potrzebowała, perfekcja była jej podstawą.
Zagruntowane płótno krzyczało, błagając o wypełnienie. Ona sama nigdy czystego podkładu nie stawiała na sztalugach, wiedząc, że nie będzie w stanie przejść obok, nie rysując chociaż jednej kreski, nie zaznaczywszy czegoś cieniutkim pędzlem. Teraz też chciała tworzyć, ale beznadzieja całej tej sytuacji - o której tak namiętnie Aiden będzie im przypominał, lowe rostrzał <3 - sprawiała, że nie widziała nic, co godnie pokryłoby jasne tło.
Tak, wszystko byłoby lepsze od obojętności. Obojętność oznaczała pustkę, brak zaangażowania, irracjonalność tego, co było wcześniej. Obojętność stawiałaby dwa poprzednie lata pod znakiem zapytania, czy to miało sens, czy to było prawdziwe? A nienawiść przynajmniej zawsze miała źródło w czymś gorącym, czymś ważnym. Nienawiść pomagała zrozumieć, nawet jeśli niszczyła. Nienawiść nie wymazywała przeszłości.
Stojąc niemal twarzą w twarz z Młodszym, nadal niższa o niecałe dziesięć centymetrów, utrzymywała pewność, przebijającą z całej jej sylwetki. Wyprostowana jak struna, dumna, świadoma tego, że albo się spieprzy, albo zacznie iść ku dobremu. Wiedziała, że nie będzie umiał ugiąć się przed wyzwaniem, które mu między słowami rzucała. Odbudowujemy albo niszczymy, prosty wybór. Mogła tylko przypuszczać, że za zrozumieniem w sztuce, jakie tylko oni mogli sobie ofiarować, Blaise choć trochę tęskni.
- Bez słów, nawet o podanie pędzla czy farby, bez wykraczania z mniej więcej połowę płótna? - spytała i nie czekając na odpowiedź, cofnęła się parę kroków. Zdjęła buty, zostając na bosaka, o kolejne sześć centymetrów niższa. Włosy związała w koczek, oplątując go gumką, by niesforne pasma nie uciekały w żaden sposób. Bez słowa sięgnęła po fartuch i instynktownie wybierając cienki pędzel, podeszła do swojej, prawej części płótna.
Kiedy Blaise tylko to zaproponował, namalowanie siebie nawzajem, w jej głowie od razu ukształtowała się wizja jak jej część ma wyglądać. On stojący przy wewnętrznej krawędzi, w swobodnej postawie, zwrócony ciałem ku tej drugiej połowie, jednak odwracający twarz za siebie, z kobiecą postacią gdzieś w tle. Swobodny, wyluzowany, z papierosem w dłoni. Taki jak zawsze.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Sob 25 Sie 2012 - 20:17

Nie zamierzał się hamować z uśmiechem, który wykwitł nieco tryumfalnie na zaoranej zarostem twarzy. Kontrolowanym, chociaż nie golił się już od zbyt długiego czasu. Zapuści brodę, zabierze sto funtów na podróż i wyjedzie do mainstreamowego Paryża ze "Spóźnionymi kochankami" pod pachą, oczekując spotkania na ulicy dużo starszej od siebie, niepełnosprawnej acz inspirującej kobiety. Wyzwolony, nieskrępowany innymi ludźmi - byłby sam, nie zważałby na to, czy zarost ma akuratną długość, czy ma uczesane włosy i czyste ubranie. Mierzyłby dni własną miarką - dzień twórczo owocny, bądź nie, spędzony na wyjmowaniu monet z paryskich fontann.
Może nawet byłaby to kusząca wizja, choć brakowało elementu zajmowania się czymś na tyle niesatysfakcjonującym, żeby mieć konkretny bodziec do wyjazdu popychający. A może to tych kilka istotnych osób trzymało go w deszczowym Londynie? Może nie potrafił być tak bezduszny jak spec komputerowego wywiadu Jacques spod pióra Whartona? Nie umiałby wyjechać bez tych najbliższych, jak tamten bohater zrobił, zostawiając żonę z czwórką dzieci na innym kontynencie.
Głos Mer odbijał mu się w głowie. Znał ją zbyt dobrze - to stąd tamten uśmieszek. Doskonale wiedział, że zareaguje właśnie tak. Ściągnięciem i tak wąskich ust, iskierkami w szarych oczach, związaniem włosów i innymi zabiegami celem przygotowania się do pracy. Samych słów też się spodziewał, doskonale pamiętając, jak lubiła pracowanie w ciszy, zupełnej, choć Blaise często nalegał na muzykę. Mógł nawet zgodzić się na wszelkie dziewczyńskie smęty o miłości i pocałunkach w deszczu.
Jeszcze nie odpowiedział, patrząc jak dziewczyna się porusza po pokoju zupełnie swobodnie, z obeznaniem i jak czyni wszystko, by się przygotować do pierwszych ruchów nadgarstkiem. Kolejny uśmiech na blejsowej twarzy, tym razem wywołany wspomnieniami. Było jak kiedyś, chociaż w tej namiastce dostrzegał to najbardziej pozytywne z widm przeszłości.
- Mer - zaczął łagodnie, podchodząc do niej od tyłu, przesuwając ją na drugą stronę płótna. Trzymając za ramiona, czując na torsie jej plecy, jawnie ignorując to, co powiedziała wcześniej o rzekomym warunku zachowania ciszy. - Zapomniałaś - podjął karcąco, gdy sam stanął po prawej stronie płótna, dotykając jego chropowatej, bladej powierzchni palcami, upewniając się, czy aby na pewno wystarczająco przeschło. Lubił malować na wilgotnawym płótnie. - Zapomniałaś, że wolę malować lewą ręką - dodał po długiej, bo minutowej pauzie, biorąc pędzel, dokładny zamysł tego, co chce namalować, mając już w głowie.
Uczucia teraz. A w tym momencie znów gdzieś wewnątrz zapaliła się świeczka nadziei, podsycana benzyną wspomnień. Kiedy Mer była jego, choć coelhowsko to nie była kwestia posiadania, a bezsłownej umowy podpisanej wzajemnym zaangażowaniem. Zatem od połowy płótna, gdzie było jego miejsce do popisu, postanowił namalować ją od pasa w górę, jednak tylko prawą stronę jej ciała. Bo widział to w jej oczach - lewa z sercem nadal była jego, zbyt intymna by ją ukazać. A prawe oko będzie zerkało na tą część obrazu, na której miał być on sam, na prawym ramieniu będzie ten jej śmieszny pieprzyk, prawa pierś będzie zakryta prawą dłonią, a na prawym nadgarstku będzie ta bransoletka, którą znaleźli kiedyś na wspólnym spacerze. Cienki, płaski, złoty łańcuszek, bez żadnych ozdób poza jedną - uśmiech losu, jego gorzkie zagranie, nazwij jak chcesz. Bo jedyną rzeczą do niej przypiętą była przywieszka, z, o ironio, literą B. O której przypomniał sobie znów teraz, postanowiwszy w tle zrobić tylko akwarelę jej zapachu, tak jak sobie kiedyś obiecali, że zrobią. Wreszcie miał okazję spełnić swą powinność.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Sob 25 Sie 2012 - 21:03

Paryż był ich wspólną wizją przyszłości. Mieli wyjechać razem, wynająć kamienicę - ona jedno piętro, on drugie, a na poddaszu byłyby ich pracownie - i żyć, paradoksalnie, oddzielnie. Ona chciała biegać na studia, a potem przesiadywać na bulwarach, rysując turystów, rozmawiać z nimi, śmiać się i żartować. Nocami wkradać się nad Sekwanę i ignorując zakazy, brodzić przy samym brzegu w butach na wysokim obcasie, rankiem je wyrzucając. Malować urocze dziewoje ze swoimi uroczymi chłopcami, wtulonych ściśle w siebie. Żegnać ich buziakami, a później odciągać Blaise'a od wszystkiego, co w tamtej chwili robił, i uprawiać z nim seks, nieskrępowany i jak zwykle pełen niespodzianek. A potem znów uciekać i czasem przez miesiąc nawet na schodach się nie widzieć.
Chyba nic od takiej wizji Meredith odciągnąć nie umiało. Z pewnymi modyfikacjami, w chwili obecnej element Blaise'a wciskając w nawias jako możliwe, ale nie konieczne, zdecydowana była plan ten zrealizować bez oglądania się nawet na Doriana. Prosiłaby go, by z nią wyjechał, ale nawet gdyby powiedział nie, nie zostałaby w Londynie. Paryż miał być jej miejscem na Ziemi na najbliższe pięć lat, wybić go z głowy sobie nie dawała. Jeszcze swoich uczuć do nikogo nie definiowała na wystarczająco silne, by dla nich z marzeń zrezygnować.
Nie lubiła dziewczyńskich smętów o miłości i pocałunkach w deszczu. Kiedy godziła się na muzykę - a ustępowała dość często, wiedząc, że w takich chwilach będzie więcej interakcji z Blaisem potrzebować, co nieco przeszkadzające, ale inspirujące niewątpliwie było - żądała muzyki stanowczej, coś znaczącej. Zaskakiwała go, czasem Red Hotów puszczając, a czasem Muse. Czasem był to Sting, a raz nawet Justin Bieber. Mina Młodszego w tamtym momencie wywołała u niej wybuch dzikiego śmiechu, nieprzerwanego nawet wyrzuceniem głośników za okno. To były dobre, wytęsknione czasy.
Spięła się lekko, słysząc swoje imię, i rozluźniła, czując jego dotyk. Uśmiechnęła się do samej siebie, z odrobiną poczucia winy. Zawsze pamiętała, ale... Ramię w ramię przy sztalugach ostatni raz stali ponad trzy miesiące temu, chyba jeszcze przed potańcówką pin-upową, po której się wszystko zniszczyło.
Dawno temu.
Skinęła więc tylko głową, odkładając pędzel i oblizując lekko spierzchnięte z nerwów wargi. Lustrzane odbicie tego, co wcześniej chciała namalować, nie było już właściwe. Cofnęła się znów, spoglądając bardziej całościowo na płótno i Blaise'a. Uczucia. Co czuła? Nie skłamie, przyznając później po alkoholu, że go pożąda. To było chyba nieuniknione, ciepły płomień w środku niej, do tej pory zaspokojony tylko przez Colliera Młodszego. Czuła też lekkie rozżalenie, kładące się gorzkim fioletem na wszystko dookoła niego. Zawsze też była teraz Lanvin i Dorian, dwa poczucia winy, za to, że rani ich i siebie. Ale przede wszystkim był Blaise, z potarganymi włosami, na pierwszym planie. Uśmiechnięty tak, jak tylko on potrafił, wysoki, wydmuchujący właśnie dym w górę, bez patrzenia na nikogo. Niezależny.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Sob 25 Sie 2012 - 23:39

Paryż na pewno nie był głównym celem Blaise'a. Był wygodny, mieszcząc wszystko w sobie - artystycznego ducha, inspiracje pochowane po nieznanych jego zakątkach, których nie znajdzie się w przewodniku albo artykule w kolejnej, bzdurnej, kobiecej gazecie, które z takim uwielbieniem czytywała matka Mer, bo z taką prasą ją widywał, ilekroć u nich bywał. Połączenia lotnicze z niemal każdym zakątkiem globu, co kusiło... worldtripami. Bez ograniczeń funduszowych, ze złotą kartą sygnowaną nazwiskiem Collier.
Jednakże wiedział o tym, że Paryż był/jest marzeniem Mer, gdyż niejednokrotnie rozmawiali o tym. Śmiał się, gdy opowiadała o bieganiu po uliczkach i szkicowaniu na czas. Wywracał oczami na zbyt wyidealizowane wizje takiego życia w zupełnej, artystycznej swobodzie, gdzieś pomiędzy Luwrem, wspólnym łóżkiem, a Trocadero. Krzywił się na sztuczność i całe przereklamowanie wieży Eiffela. Cieszył się na to, że w znacznej większości takich wyimaginowanych obrazów, o których opowiadała, znajdował się i on. Nie jako element, nie jako składowa część. Jako podstawa i fundament, na której buduje się inne wyobrażenia. Jeśli był - można było formować sobie przestrzeń dalej, co go naprawdę niezmiernie radowało.
Sam nie potrafił być taki, bo choć na bieżąco z pewnością żył nieco oderwany od regularnej rzeczywistości, to nie marzył tak szczegółowo jak ona, chociaż zdecydowanie ewentualność jej obecności była miła. Bo jedyną rzeczą, o której marzył od kiedy w tamtym miejscu się pojawił, był Amsterdam, z mocnym postanowieniem, że to tam chciałby mieszkać i żyć, od pierwszych sekund kochając wszechobecne rowery, ujmującą przytulność zatłoczonych ulic, pełną swobodę słodko konopią pachnącą i świeżymi rogalikami z masłem orzechowym.
Pracowali w zupełnej ciszy, przerywanej tylko szelestem pędzli na płótnie. Blaise nawet nie zerkał na pracę Mer, poza jedną sekundą, gdy zrobiła kontur, bo sam chciał dopasować kąt spojrzenia, skupiwszy się całkiem na własnej pracy. Na doborze kolorów, na miękkich liniach, zupełnie też nie porównawszy ewentualnego efektu z pierwowzorem, bazując jedynie na własnych wspomnieniach i wyobrażeniach.
Co po dobrej godzinie, albo półtora - nie wiedział, poskutkowało skończeniem twarzy. I dopiero wtedy uświadomił sobie złą kolejność, bo najpierw powinien położyć część tła. Zabrał się jednak i za to bez szemrania, mocno pracując teraz dość grubymi pędzlami, często mieszając kolory, które były dla niego widoczną ekspresją zapachu. Blady błękit zimowego nieba, odrobina fuksji, mocno przygaszonej szarością żółci, koloru mlecznego i dosłownie punkty żywej, trawiastej zieleni, w brzoskwiniowej obwolucie.
Skończył, skończył swoją część, odchodząc od płótna, bez zerknięcia na pracę Meredith, by znów zrobić sobie kawy i zapalić papierosa. Co też uczynił, siadając na parapecie.
Patrząc na skupioną Mer, utytłaną w farbach, której najwyraźniej coś nie pasowało. Jak Blaise podejrzewał - jakiś szczegół. Zaraz weźmie terpentynę i poprawi, bo nie da jej spokoju myśl, że coś wyszło nie po jej myśli = nieperfekcyjnie. Ot przydatna w tym duecie cecha, skumulowana w samej Mer, bo Blaise zupełnie nie miał ciągotek do idealizowania czegokolwiek i poprawiania ewentualnego błędu, uważając, że to niedoskonałości dodają pracy polotu.
Czekał zatem, cierpliwie (jeszcze) pijąc słodką, czarną kawę, cementując sobie jednocześnie płuca, starając się nie robić szumu. Pracowała, a on to szanował, bo rozumiał jak nikt. I czekał bez słów, nie przestając się na nią patrzeć i starając się opanować rozdzierające uczucie pustki, które zostawi po sobie, gdy wyjdzie.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Nie 26 Sie 2012 - 12:14

Meredith nigdy nie rozumiała, jak jej matka z wziętej dziennikarki zajmującej się literaturą, stoczyła się do poziomu eleganckiej pani domu. Tak drastyczne ograniczenie swoich horyzontów było dla niej niepojęte i uwłaczające. Może i Vouge czy Harper's Bazaar były interesującymi lekturami na rozluźnienie się w aromatycznej kąpieli, ale traktowanie ich jako życiowych wyroczni było poniżej krytyki. Mer nie wiedziała, czy każde małżeństwo tak bardzo niszczy kariery, inteligencję i żywość umysłu, czy to tylko jej rodzina jest pod tym względem zasłużona. Sama chyba nie chciała małżeństwa, bojąc się właśnie takiego losu.
I dlatego brak zobowiązań i granic, który zawsze z Blaisem podkreślali i w sobie cenili, był podstawą każdego jej planu. Dlatego przy każdej wyimaginowanej opowieści spoglądała na niego pytająco, pragnąc dowiedzieć się, czy w tej akurat wizji przyszłości on dla siebie widzi miejsce. Jeśli nie, weryfikowała plany wyłącznie pod siebie, do zupełnej swobody możliwej z Młodszym dodając nieco kobiecej próżności i zahamowań. Nie chodziło o zależność, ale współgranie. Żadnych kategorycznych żądań, tupnięć nóżką, kłótni, żali - tylko zgoda i przyjemność definiująca każdy moment.
Jak zwykle zatraciła się w malowaniu. Nie zauważała upływu czasu, nie skupiała się na tym, co obok robi Blaise, nie prowadziła pędzla świadomie, pozwalając dłoniom pracować samodzielnie, tak, jak dyktowało im to serce, skoro miały przeważać uczucia.
Przez większą część czasu zupełnie nie kontaktowała, malując tło, zarysowując kształty. Do zmysłów wróciła, gdy Blaise właśnie odchodził od sztalug, ale ją zajmowało właśnie jak najwierniejsze oddanie linii podbródka, ciągle się gdzieś w cieniach rozmywającej. Nie patrzyła na żywy model, ufając swojej pamięci dostatecznie mocno, by wiedzieć, jak silnie jest zarysowana, z jaką zaciętością Blaise ją właśnie zaciska, zerkając na nią czasem. Nie rozpraszało jej to aż do chwili, kiedy odetchnęła i odeszła trzy kroki, z oddali spoglądając na całość.
- Gotowe - uśmiechnęła się lekko, analizując każdy element najpierw jego części i zauważywszy bransoletkę, odruchowo na nadgarstek zerknęła, gdzie faktycznie pysznił się złoty wężyk, jednak bez literki. Odpięła ją gdy dowiedziała się, że jest z Indią - ale schowała ją, dość bezwiednie, do portfela, zawsze mając ją przy sobie. Zerknęła na torebkę z uśmiechem, a potem przyjrzała się swojej części i na chwilę zamarła. Fioletowe tło nie ukrywało dwóch postaci za Blaisem, wyglądających niemal na przytulone - a ktoś, kto znał te dwie osoby, musiał odgadnąć, że to Lanvin i Dorian. Mrugała gwałtownie, zastanawiając się, czy przypadkiem to nie zmęczenie i opary nie robią jej psikusa, łudząc wzrok, ale...
To było realne.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   Nie 26 Sie 2012 - 13:48

Wspomnienia. Był nimi teraz bombardowany z każdej strony, bo podczas, gdy ona malowała skupiona, zupełnie poza przestrzenią i czasem, Blaise już całkowicie powrócił do życia, tej jego gorszej odsłony konkretniej, bo wolał cały zestaw bodźców świata, w którym się znajdował, gdy malował. Stała, ubrudzona na kolorowo, będąc w epicentrum huraganu obrazów, które tworzyła blejsowa wyobraźnia, wyostrzona na każdy, wrażliwszy element otoczenia. Na każdy pasujący do tematu, którym ewentualnie mógł się dopierdolić jeszcze bardziej.
Bo nagle dostrzegał różne rzeczy. Że pod zdjęciem z Indianą, które zrobili sobie w wesołym miasteczku jeszcze szkic, który Mer dała mu, stworzywszy go, kiedy ten zasnął podczas oglądania filmu. Na którym był oczywiście on sam, nagi, przykryty tylko cienką kołdrą, zakrywającą jedynie tą połowę jego ciała poniżej bioder, z jednym, jedynym kolorowym elementem, mianowicie czerwonym śladem, namalowanym kredką, na blejsowym obojczyku - odbicie ust. Wąskich, charakterystycznych.
Idąc za ciosem, widział także powieszony na ścianie jej kolczyk, który zostawiła, zgubiwszy drugi w drodze do niego. Szkic, na którym Mer siedziała roześmiana na trawie w Hyde Parku. Wspólne zdjęcie z zeszłych wakacji, ze spontanicznego wypadu do Irlandii. Projekt jej pokoju, który wreszcie miał stać się przytulny. Skasowane bilety, gdy postanowili przez cały dzień nie robić nic, poza jazdą metrem. Akwarela przedstawiająca siedzącą na pustej jezdni Mer, na tle wschodu słońca.
Nie mogła wybrać lepszego momentu na powiedzenie, że skończyła pracować. Ocknął się, zobaczywszy, że papieros jest do połowy spopielony, mając szarą czapkę jak jakiś złodziej i zupełnie zgasł.
Strącił popiół marszcząc brwi, odkładając i nieszczęsną połówkę fajki i prawie pełny kubek kawy, żeby podejść i zobaczyć efekt końcowy.
Stanął obok niej, w pewnej odległości od płótna i miał aż ochotę przetrzeć oczy. Delikatnie uśmiechnięta Mer, zerkająca na niego czule z prawej strony malowidła, a z drugiej on sam. Stojący pewnie, z wyprostowanymi plecami i papierosem w palcach, z odchyloną w górę głową i strużka dymu wydostająca się z pełnych ust. Dalej fioletowe tło. Doskonale wiedział, że Mer ma do niego słabość, jednak tym razem ten kolor nie był żywy i radosny, wyrażający euforię (szkoda, że ze spodni nie wystawał mu Calvin Klein osiem-de), a przytłumiony, dołujący i jakby gorzki. Bardziej jednak wstrząsnęły nim dwie postaci, znajdujące się za nim. Niby drobne, niby nieistotne, ale to chyba one były głównym elementem całości. Jego dziewczyna i jej chłopak. Objęci. Indiana i Dorian.
Spuścił na chwilę wzrok, przejeżdżając dłonią po włosach, drapiąc się potem po potylicy, dopiero wtedy decydując się spojrzeć jeszcze raz. Na prawdę tak gorzką, jak fiolet tła lewej strony płótna. Wszystko było sztuczne i nie na swoim miejscu. Zaburzyli odpowiedniość, harmonię. Blaise i Indiana, Dorian i Meredith. Dopiero teraz zobaczył jakie to było... niewłaściwe, choć w jego wspomnieniach, osobistycznych wspomnieniach z Indie, malowało się dość radośnie i przyjemnie. Z pompatycznym finiszem w postaci wizerunku obejmujących się Lanvin i Ashtona. Bolącego. Bo jednocześnie ukłuła go zazdrość o Indianę, ale też widział, jak bardzo Mer nie pasuje do Doriana, idealnie zaś wyglądając przy nim samym.
Oficjalnie spanikował, chociaż nie jak szalone nastolaty w filmach, a po prostu obrócił się, podniósł buty Mer, podszedł do niej i ściągnął z niej fartuch. Nic w dalszym ciągu nie mówiąc. Bo dopiero gdy stanął przed nią, podając jej buty, powiedział zachrypnięty:
- Chyba powinnaś już iść. Zamówię Ci taksówkę - odchrząknął potem, sięgając po telefon, wybierając szybko odpowiedni numer. - Poczekam już na zewnątrz. Nie wiem, skorzystaj z łazienki, czy rób co chcesz. Zapłacę taksówkarzowi z góry - dodał będąc już przy drzwiach z pokoju, tyłem do niej, odwracając tylko głowę tak, że mogła widzieć jego profil. I wyszedł, nie wiedząc jak ma się zachować. Bo o tym, że nie ma prawa zedrzeć teraz z Mer różowej bluzeczki i czerwonej spódniczki, doskonale wiedział, zdając sobie też sprawę, że to nie pora ani stan umysłu na przekraczanie takich granic. Pora na wypicie dużej ilości alkoholu i schowanie obrazu do komórki, żeby nie musiał na niego patrzeć.


zt

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: teren prywatny blaise'a c.   

Powrót do góry Go down
 
teren prywatny blaise'a c.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Blaise Argent
» Teren na zachód od Krwawej Bramy
» Stary Dąb [teren skażony czarną magią]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Collier (Hampstead)-
Skocz do: