IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 teren prywatny aidena c.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 27 Lip 2012 - 15:53

Jeśli zastanowić się z jakiej przyczyny związek z Aidenem był dla niej zdrowy i dlaczego go potrzebowała - to zdecydowana zasługa jego pragmatyczności i rozsądku. Zazwyczaj taki się okazywał: sprowadzający na ziemie, prześmiewczy wobec niektórych jej urojeń, twardo trzymający się gruntu i przy okazji przyciągający Wright do siebie. Oczywiście zbawienne to było, nie pozwalające na przesadne oddalenia od rzeczywistości, ale jednocześnie umożliwiające mu manipulację. Obdarzony stuprocentowym zaufaniem Wrightówny Aiden mógł skorzystać na jej średnim ogarze - niegdyś jedynie lekko dając do zrozumienia jak bardzo Pru go potrzebuje i jak niewiele wystarczy żeby go stracić. Razem że spokojem ducha. Czego zazwyczaj obawiała się najmocniej i była w stanie upokorzyć się wobec samej zupełnie, wybaczając mu wiele, żeby tylko trwać przy nim.
Dlatego próbowała zastanowić się, ile racji Sokół może mieć, jakie korzyści ewentualne czerpie z potencjalnych manipulacji tym razem. Uśmiecha się. Coś, co wydarzyło się między nim a Chloe nie znaczy dla niego nic. To nic nie znaczy. I to krótkie zdanie rozbrzmiało kilkakrotnie , z przeróżnym natężeniem i napięciem w jej głowie, jak dobijające się do drzwi... wspomnienie? Mawiał tak. W stosunku do zdarzeń, które ja odrzucały, które zapisała sobie w swojej główce jako przestroga i alarm. Czy przypadkiem nic nie znaczył dla niego ten miesiąc hmm... odreagowywania? Przygodny seks? Bo przecież z nikim innym poza nią Aiden Collier się nie kocha bo co? Bo ją kocha.
Świadoma tego była. Pewna. Tak samo jak tego, że jej oczy niebezpiecznie mgłą zaszły, kiedy poczuła jak łzy niekontrolowanie wzbierają.
- To że mnie kochasz i nie rozumiesz jest o wiele gorsze niż gdybyś nie czuł do mnie niczego - przyznała wysokim tonem, mrugając zawzięcie powiekami, w ramach hamowania łez, które dały o sobie znać o wiele za wcześnie - przecież obiecała sobie, że podczas tej rozmowy nie będzie płakać. Faktyczne znaczenie tych slow uderzyło ją sto razy mocniej niż swobodnie rzucona pod jej adresem obelga. Świadcząca o niespodziewanej zmianie aury ze zrozpaczonego agresora na prześmiewczego stoika. Który kłamał, twierdząc że to wyssana z palca pogłoska. - Dla Ciebie nawet miesiąc sypiania z mnóstwem ludzi w czasie związku ze mną nie był zdradą, pocałunek z moją najlepszą przyjaciółką też nią nie może być, prawda? - zadrwiła z goryczą w glosie, kręcąc powoli głową. Świadoma tego, że ją okłamał, że faktycznie doszło do czegoś co nieomal powstrzymało Corneliusa od oświadczyn (dalej nie rozumiała, jakim cudem jednak do nich doszło), nie uznała za konieczne uświadamianie go o tym, że wie. Że coś zaszło. Że jedynie on trzymał wydarzenia z piwnicy w tajemnicy. - Nie wiem czego mogę się po Tobie spodziewać Aiden, jestem bezsilna wobec Twojego immoralizmu - dodała, starając się uspokoić oddech i patrząc na Colliera z rosnącą rezygnacją, która zastępowała złość.
I ponownie wróciła pamięcią do wydarzeń z biblioteki. Do słów, tym razem swoich. Które paliły ją teraz nieomal fizyczny ból zadając, jakby chciały za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz.
- Tak jak powiedziałam Ci kiedyś - podjęła po minucie ciszy, ignorując dławiącą zasłonę dymną uskutecznioną przez Aidena; teraz to mało istotne było, bo wreszcie dobrnęła do celu, do podsumowania - nie będę z Tobą bez zaufania - skinęła głową, czując mrowienie rozchodzące się wzdłuż ramion od zaciśniętych do białości pięści. - A już Ci nie ufam - poczuła się, jakby jej słowa wyprzedziły myśli tudzież myśli były tak oczywiste i wielokrotnie powtarzane, że teraz jej usta automatycznie ułożyły się w te słowa, poczuła ulgę i akceptację. Smutną - znów. Zbyt spięta, żeby się ruszyć wzmocniła znaczenie słów wzrokowym przekazem, zdecydowanym i śmiałym.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 27 Lip 2012 - 21:33

Miał wrażenie, że prowadzi rozmowę ze ścianą. Ścianą wyjątkowo mu bliską, ścianą ukochaną, jednak ścianą będącą zupełnie głuchą na jego racjonalne argumenty. Tak, jakby próbował wytłumaczyć dwutygodniowemu niemowlęciu fizykę kwantową albo zmusić rozwrzeszczanego trzylatka do zrozumienia losów Józefa K. w kafkowskim Procesie. Było to tak ciężkie, tak niezrozumiałe i bezowocne, że Aidena wręcz to bolało. Tak, jakby każde z nich prowadziło własny monolog, skoncentrowany tylko na swoich racjach i argumentach, zupełnie ignorując przesłanki rozmówcy.
Brzmi jak codzienność w idyllycznym collierskim światku?
Jednak idylla się kończyła i Aiden także. Pomimo świeżo odzyskanej maski spokoju, rozluźnionych mięśni, spokojnego spojrzenia i lekkiego uśmiechu, czuł, że coś powoli się w nim trzęsie i łamie pod własnym ciężarem. Za dużo złudzeń, za dużo emocji, za dużo pragnień. Nie był w stanie powstrzymać tego galopującego uczucia i wytrącało go to z równowagi.
Co było dziwne, znów. Bo nie pamiętał konkretnego momentu, w którym to wszystko się zaczęło. Nie kochał Prudence od początku, tylko tego był pewien. Nie było grzmotu i pioruna, nie dostał strzałą od jakiegoś pulchnego aniołka, nie darzył namiętnym uczuciem Prudence piętnasto-szesnastoletniej. Zafascynowała go - to z pewnością - była inna, niż wszystkie; bardzo chciał przeżyć coś innego, stawiając sobie za cel czystość cielesną. Nawet go to trochę bawiło. Aż do momentu w którym...zaczęło mu zależeć. Najpierw dla żartu, ciekawe jak się zachowam mając prawdziwe uczucia, potem niezauważalnie mocniej, naprawdę i zanim zdążył się wycofać na nihilistyczną pozycję dystansu, został wciągnięty w uczucia. I - co znów dziwne - nie chciał się wycofać, dostrzegając coraz więcej nowości, pojmując świat szerzej i myśląc mocniej. Za dwoje. W przyszłości może za pięcioro, bo na pewno chciał mieć z Prudence Collier trójkę dzieci. I chciał robić jej herbatę i narzekać na niewyprasowane koszule i całować ją po rękach i chodzić na męczące zakupy w supermarketach i kochać się z nią na wielkim łóżku i w małej pralni i narzekać, że zabiera więcej kołdry i nie wysypiać się przez jej bóle krzyża i...być.
Dlatego teraz chwiał się umysłowo pomiędzy uderzeniem jej w twarz (by się ogarnęła) a oświadczeniem się, teraz, zaraz, najlepszy moment, najlepsza chwila.
Jednak Aiden nigdy nie ulegał impulsom. Nawet teraz. Słuchając cierpliwie i z coraz większym niedowierzaniem. Zdrada? Chloe? Brak moralności?
Zrobił spokojny krok w jej stronę, kręcąc głową trochę z niedowierzaniem i trochę, jakby właśnie obudził się z koszmarnego snu. - Dlaczego płaczesz? - spytał cicho, w półmroku jeszcze dokładniej zauważając szklące się oczy i czując, że wolałby zostać spoliczkowany niż...narażony na taki widok. Nie mógł połączyć swojej perfekcyjnej osoby z powodem do rozpaczy, pytał więc całkowicie spokojnie i szczerze.
By chwilę potem zostać wytrąconym z równowagi. Zupełnie, po raz enty, powinien się przyzwyczajać. Albo zacząć brać leki nasercowe. Bo nawet tak zadufany w sobie osobnik jak Aiden, mógł połączyć te zaufaniowe fakty w tylko jeden sposób, dość...dramatyczny. Nawet jak na collierskie perypetie.
Zaciągnął się powoli papierosem, czując prawie, że żar przepala mu płuca i zaraz zacznie kaszleć papierem. Nie był przerażony, nie był odrętwiały, nie chciało mu się płakać, nie rozpaczał, nie histeryzował, nawet nie myślał. Tylko na nią patrząc. Jakby dając jej kilka sekund na cofnięcie swoich słów, ewentualnie na rzucenie zupełnie nowego światła na tą zbitkę głosek.
Ale zmian nie było.
Odwrócił się powoli, gasząc papierosa o całkowicie zniszczony stolik, patrząc się przez chwilę tępo w ścianę, w nadziei, że wszystko się ułoży tak, jak planował a nie tak, jak planowała zniszczyć to Prudence.
Na co nie mógł pozwolić, tylko tego był w tej chwili świadomy.
Odwrócił się więc znowu, przybliżając się do niej, jednak nie za bardzo; na wyciągnięcie dłoni, ostrożnej, jednak nie drżącej, przejeżdżającej po jednym z rozczochranych kosmyków jej włosów. Zaraz przy policzku.
- Pomyśl, Prudence - powiedział cicho, opuszczając w końcu rękę i powstrzymując się mocno od dotknięcia jej skóry. Ta bliskość go wręcz bolała, rozlewając się paraliżującą falą gorąca po całym ciele. - Ufasz mi. Możesz mi ufać. Przecież o tym wiesz - ciągnął spokojnie, nieco hipnotycznym tonem, zatrzymując wzrok na jej pełnych wargach, odruchowo zaciskając swoje. - Nie dam sobie rady bez Ciebie. Jesteś...za dużo dla mnie znaczysz - kontynuował, opuszczając dłonie wzdłuż ciała i oddychając już nieco szybciej, jakby brakowało mu tchu. - Jeśli teraz odejdziesz, nie będzie odwrotu, ale jeśli zostaniesz, jestem pewny, że damy sobie z tym radę- skończył po prostu, robiąc jeden, niewielki krok w tył i po prostu...czekając. Mając nadzieję, że Pru odbierze jego słowa zupełnie szczerze, a nie jako wyrafinowaną formę szantażu.
Wpatrywał się w nią więc natarczywie, czując się jak w jakimś psychologicznym koszmarze sennym.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Sob 28 Lip 2012 - 2:27

Gdyby do tej pory nie była pewna swojego stanowiska - stałaby się teraz, z rozbłysłym neonem gratulacyjnym nad blond główką. Aiden, jak gdyby z premedytacją, zebrał się w sobie i pierdolnął w Prudence potwierdzeniem jej działań, skumulowanym usprawiedliwieniem jej nieobecności, zdecydowaną głupotą, samobójczym krokiem. Bardzo nielogicznie, aktywnie kibicował jej decyzji, przyklaskując ochoczo i zachowując się jak dorosły wobec dziecka, chcący podstępem (!) przekonać je do czegoś poprzez pozorne zniechęcenie - co w oczywisty sposób skutkowało wzbudzeniem zainteresowania.
Nie tym razem. Prudence poczuła jak, określając to wytartym frazesem, wszystko jej opada zaraz po chwili zamarcia i wstrzymania akcji serca, kiedy dłoń Aidena znalazła się... za blisko. Napięcie się ulatnia, ręce zwisają bezwładnie, nawet ramiona jakoś opadają i jeszcze chwila a pod ciężarem potężnego garba runęłaby na zawaloną ubraniami, książkami i pustymi paczkami papierosów podłogę. Oczywiście gdyby Prudence Wright skłonna do przesadyzmu była. A gdzieżby tam!
Po ponownym wygenerowaniu się między nimi dystansu mogła znów swobodnie oddychać i równie swobodnie niedowierzać. Taksować Colliera wzrokiem porównywalnie zawiedzionym co nierozumiejącym. Trochę oburzonym też - w końcu poczuła się jakby w jej głowę z buciorami wlazł i potwierdził wcześniejsze obawy: o manipulację i chęć ulepienia jej światopoglądu jego palcami. Tak, coby jemu spasowało najbardziej i po myśli collierskiej się ułożyło. Pru, jakby broniąc swojej osobistycznej głowy, potrząsnęła nią lekko, mrużąc wściekle oczy.
- Zamknij się - syknęła, mierząc go gniewnym spojrzeniem, nie chcąc przebywać z nim w jednym pomieszczeniu/mieszkaniu/mieście ani minuty dłużej. - Zamknij się i posłuchaj mnie. Zjebałeś zupełnie. Zrujnowałeś mi poczucie własnej wartości bo za każdym kurwa razem zastanawiałam się co jest ze mną nie tak. Ze mną, rozumiesz? - zaśmiała się nienormalnie, wytrzeszczając nieestetycznie oczy. - Jak gdybym to ja zawiniła. Zrobiłeś wszystko co konieczne, żeby doprowadzić nas tu, do tej... - żachnęła się - rozmowy i właściwie podziękować Ci muszę - ściągnęła brwi, przekrzywiając głowę na bok - za to, że uświadomiłeś mi jak mylne moje wyobrażenia bywają. Bo zupełnie wbrew im nie zależy Ci w c a le - przeciągnęła ostatni wyraz, czując znów jak oddech jej przyspiesza i zalewa ją fala... chłodu. Takiego samego, jakim naszpikowała kolejne słowa. - W przeciwnym razie nie mógłbyś o mnie zapomnieć, przestać myśleć chociaż na chwilę, żeby dopuścić po raz kolejny tego samego.
Wyprostowała pochyloną sylwetkę, dysząc ciężko, postawiła dwa chwiejne kroki w tył i objęła się ciasno ramionami.
- Chciałabym potrafić wyobrazić sobie, że nie istniejesz - dodała cicho, wymacawszy klamkę za sobą. Rzuciła Aidenowi jeszcze jedno, przesiąknięte dziwną mieszanką rozczarowania i dominacji, spojrzenie, po czym jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wybiegła przez nie, nie zwalniając tempa ani na wypolerowanych schodach, ani na wybrukowanej ścieżce przed domem, ogłuszona na zmianę mieszaniną tych wszystkich, lawirujących w czasoprzestrzeni emocji i pustką.



ogłaszam zt ze strony prururur

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Kenneth Reventlow
Uczeń
avatar

Age : 23
Liczba postów : 63
Join date : 15/06/2012
Skąd : Kopenhaga

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Sro 22 Sie 2012 - 20:36

Bawaria skończyła się już jakiś czas temu, a Kenneth trwał nadal w tym egzystencjalnym marazmie, bezpieczny i odizolowany od wszelkich istot ludzkich. Bezpieczny? Właściwie niekoniecznie. Odkąd opuścił Antoinette na polu ziemniaków, wiele o tym wszystkim myślał. Wiele myślał o sobie, o niej i o życiu, jakie prowadził i jakie ono będzie w przyszłości. A szczególnie zapadły mu w pamięć jej słowa: nie chcę cię nigdy więcej widzieć. Słowa, którymi zraniła go do głębi, ale na które - jak święcie był przekonany - zasługiwał i w związku z tym nie pozostało mu nic innego, jak zagłębiać się w nie i rozpamiętywać ton jej głosu oraz przesłanie, jakie się za tym niosło.
Już w tamtym momencie, kiedy ostatni raz na nią patrzał i zdecydowanie - choć jakoś dziwnie ociężale - odszedł od niej, w jego głowie narodziła się pewna myśl. Jeszcze mała, kiełkująca, ledwie muskająca jego świadomość, ale już bardzo podniecająca i wprawiająca w ekscytację. Dzięki niej postanowił nie wracać do Kopenhagi na wakacje, starając się trzymać z dala od sztucznych uśmiechów jego rodziców i postawy nicsięprzecieżniestało jego przybranej siostry. Nie chciał chłonąć tamtej atmosfery; nie miał najmniejszej ochoty na powolne żegnanie się właśnie w tamtym miejscu. Wolał zrobić to tutaj, w Londynie, gdzie znajdowali się ludzie związani z nim bardziej, czy tego chciał, czy nie. Mimo wszystko jednak nie mógł zaprzeczyć, że brak odzewu z jego strony odblokuje lawinę telefonów i skarg w stylu: dlaczego jeszcze go nie ma. Postanowił więc napisać do nich list wyjaśniający bardzo okrężnie i pobieżnie przyczynę jego pozostania w Wielkiej Brytanii, ale nie tylko. Niektóre wersy mogły być dla nich niezrozumiałe, ale inaczej nie mógł tego ująć. Skończył więc list słowami: Nie musicie za mną tęsknić. Żegnajcie.
Po wrzuceniu koperty do skrzynki na poczcie poczuł, że wypełnia go spokój i harmonia, której do niedawna tak mu brakowało z powodu jednej jedynej dziewczyny, o której nie chciał teraz myśleć. Chciał pozostawić w sobie jej obraz zezłoszczonej - wściekłej wręcz - na niego, wypowiadającej raniące słowa i tak bardzo obcej. I tak powinno pozostać. Krążył po mieście cały wieczór na pozór bezcelowo, a tak naprawdę łapał się na wypatrywaniu dogodnych i cichych miejsc, w którym nikt nie mógłby mu przeszkodzić. I kiedy siedział na ławce w parku Hampstead Heath, krążąc wciąż myślami wokół swojego życia, napotkał w kieszeni kurtki skórzanej - wieczorami było już potwornie zimno - nieznanego pochodzenia klucz, błyszczący w mroku, lecz jeszcze nierozpoznany. Wpatrując się w ten przedmiot, zalała go nagle fala wspomnień związanych z domem, w którym czuł się jak u siebie. Stanęły mu przed oczami wyobraźni wszystkie dni spędzone na szperaniu w książkach, kiedy ważniejszym stało się zaspokajanie raczej głodu wiedzy niż głodu fizycznego. Słoneczne chwile spędzane w ogrodzie na dziwnych zabawach. I... dość zdrowe młodzieńcze zainteresowanie bronią.
To właśnie wtedy wszystko wyklarowało mu się w głowie i stało się jasne jak słońce. Jeśli do tej pory błądził i niepewnie stawiał kroku w swym postanowieniu, to teraz wstał pewnie i na wyimaginowanych nogach popędził do przodu, w stronę światła jarzącego się ostro, podniecająco, a za razem niebezpiecznie.
Nie wiedział nawet, kiedy wstał z ławki i instynktownie obrał właściwy kierunek - dom Aidena Colliera. Jeszcze do niedawna odwiedzanie swojego dawnego najlepszego przyjaciela byłoby dla niego niepotrzebnym szaleństwem, ale teraz - po tych wszystkich postanowieniach i myślach, przez które widocznie zmieniał się - już nic takim nie było. Noc także nie była odpowiednią porą na składanie wizyt, ale dla niego stanowiło to najlepsze okoliczności. Bardzo możliwym było, że chłopak spał, a w najlepszym przypadku nawet nie było go w domu, przez co mógłby uniknąć niepotrzebnej rozmowy. I takie też nadzieje żywił co do reszty jego rodziny, chociaż wiedział, że w takim czasie mało kogo mógł tam zastać.
Zanim się obejrzał stał już przed drzwiami eleganckiego domu, tak swojskiego i tak zapomnianego, że gdyby był bardziej sentymentalny, na pewno zakręciłaby mu się w oku łza. Same drzwi przywołały tyle wspomnień, że wolał o tym nie myśleć. Metaliczny szczęk klucza w zamku był głośniejszy pośród przytłaczającej ciszy nocy, kiedy Kenneth z zębami zaciśniętymi na dolnej wardze aż do bólu przekraczał próg domu i kierował swoje kroku w stronę pokoju Aidena. Nawet w ciemnościach i po takim czasie był w stanie dotrzeć tam bez problemu.
Słysząc jednak kroki na górze stał się bardziej ostrożniejszy, czając się pod ścianą jak włamywacz i wychylając się, by zobaczyć, kto to był. W takich sytuacjach rabusie zwykle mieli przy sobie nóż, którym mogli zadać rany potencjalnym ofiarom stojącym im na drodze, ale Kenneth nie przyszedł tutaj z aż tak niecnymi zamiarami. Z wielkim wahaniem wkroczył na szczyt schodów, a zanim zdążył zrobić cokolwiek, odwrócić się czy nawet mrugnąć, na progu pokoju Aidena pojawiły się dwie postacie - dziewczyna z rozczochranymi włosami, chichocząca, oraz chłopak utrzymujący większą powagę i trzymający dziewczynę za ramię. Obydwoje wysocy, obydwie z butami w rękach. Kenneth stanął jak osłupiały, ale tajemnicza para minęła go bez słowa, racząc sugestywnymi spojrzeniami i uśmiechami, które sprawiły, że na jego twarz wypłynął ironiczny uśmiech.
Miał nadzieję jednak, że Aiden już spał.
Reventlow uchylił drzwi, które nie wydały z siebie głosu i przystanął na progu, próbując wybadać sytuację. Aiden leżał na łóżku, ale w tym świetle i pod tym kątem chłopak nie był pewny, czy tamten śpi. Na ile mógł sobie pozwolić, będąc tutaj?
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 23 Sie 2012 - 9:59

Bawaria wydawała się Aidenowi zamierzchłą przeszłością, jakimś niezbyt przyjemny reliktem starożytnych Egipcjan, słabym widmem drzewa we mgle. Albo czymś równie nierealnym, co się wydarzyło milion lat temu, o czym nikt nie pamięta, ale co - niestety - ma wpływ na obecne życie. Coś w stylu uderzenia meteorytów w ziemię kilka eonów temu. Zupełnie zniszczenie wszelkiego życia, biednych dinozaurów i smętnych paprotek.
Problem w tym, że obecnie gwiezdna skała nie zniszczyła wszystkiego na Ziemi, ale genialnie wycelowała tak, by rozpieprzyć życie tylko i wyłącznie Aidena Colliera. Musiał pożegnać się ze studiami, z marzeniami, z kancelarią, z tym rokiem, który miał być najlepszy w całym jego życiu; musiał definitywnie pożegnać się z Prudence - czego nie potrafił zrobić, mimo, że nienawiść do dziewczyny rosła z każdym dniem bez jej uśmiechu, bez rozmowy z nią czy nawet bez głupiego widoku jej jasnych włosów na szkolnym korytarzu - musiał zamartwiać się Wendy - przerzuty? nowa chemia? ile jeszcze wytrzyma jej burżujskie ciało, nie przygotowane do tak intensywnej walki? Wszystko skupiło się na nim, wciskając go w ziemię. Ale ciągle żył, nie został jakąś zwęgloną skamieliną, za co byłby wdzięczny. Otwierał oczy, wstawał z łóżka, czytał książki, palił, a wieczorem...cierpiał. Prosty plan dnia, banalny, Coelhowski.
Z tym, że wieczorne cierpienia miały różne oblicza. Odkąd chodził do tego pokręconego psychoterapeuty o powierzchowności George'a Clooney'a wcale nie czuł się lepiej, wręcz przeciwnie. Dzielenie się z jakimś obcym facetem swoimi najskrytszymi problemami i myślami dosłownie przyprawiało o mdłości. Gdyby nie cholerny upór i chęć pokazania, że da sobie radę, już dawno odpuściłby sobie te niezwykle przyjemne mityngi. Właściwie, powinien być zadowolony - doktor nie był jakimś psycholem, nie przyjmował w białym kitlu, nie kazał mu kłaść się na jakiejś burdelowej kozetce. Siedział na wygodnym fotelu i uprawiał słowną szermierkę. Z godnym przeciwnikiem. Wszystkie argumenty, którymi karmił swoją miłość własną i ukrywał prawdziwe problemy zostawały natychmiast zbijane. W dobrym stylu. Kto wie, może był na dobrej drodze do przyznania, że faktycznie jest uzależniony.
Albo i nie.
Maggie miała długie blond włosy i wystające łopatki, Xavier wiecznie spierzchnięte usta i zbyt agresywne ruchy (kolejna koszula do wyrzucenia, przecież nie będzie bawił się w przyszywanie GUZIKÓW, to zbyt kobiece zajęcie), jednak w półmroku sypialni nie było to zauważalne; ot, kolejne zamglone sprawy z przeszłości, wychodzące przez drzwi z cichą rozmową i obietnicami spotkania. Na kawę, ależ oczywiście, zadzwonię, a i tak skończy się to na tym samym łóżku, bez pościeli, rzuconej teraz po prostu na stertę książek.
To nie tak, że terapia - jak to pedalsko brzmiało, nawet w myślach kogoś, kto przed chwilą miał na ustach smak innego faceta - nie dawała skutku. Aiden od powrotu miał za sobą zaledwie dwie, męczące noce. Takie jak ta. Kawiarnia w centrum Londynu, szybkie pocałunki w bramie, taksówka, łóżko, cześć, do widzenia. Nie wyobrażał sobie, że ktoś obcy mógłby spać na jego prywatnym materacu, budząc go rano pocałunkiem. To było zbyt...intymne, zbyt miłosne, zbyt przypominające mu Wright.
Czy kiedyś przestanie o niej myśleć? Przejechał dłonią po rozczochranych włosach, zaciągając się papierosem. Ciągle leżał na łóżku, obserwując, jak dym unosi się do sufitu i...myśląc. A nie powinien.
Tak jak ten idiotyczny Xavier nie powinien tutaj wracać - bo któż inny mógłby znów wchodzić mu do pokoju? Aiden zaciągnął się ostatni raz i zgasił peta o nocną szafkę, wstając z łóżka i naciągając w ciemności zwykłe, bawełniane spodnie. - Chyba już się pożegnaliśmy, prawda? - spytał zirytowanym tonem, wiążąc na biodrach spodnie i odwracając się w końcu do drzwi. I doznając...cóż, bolesnego zaskoczenia, bo owszem, w pokoju stał brunet, ale brunet z zupełnie innej kategorii.
Patrzył na niego dłuższą chwilę, w milczeniu, badając w półmroku rysy jego twarzy. Które tak drastycznie zmieniły się od dzieciństwa, od wspólnego dzieciństwa, które spędzili razem, razem zmieniając się z chłopców w mężczyzn. U obydwu ta przemiana przeszła inaczej, jednak w taki sam, brutalny sposób, oddzieliła ich od siebie. Jak się Collier domyślał - raczej bezpowrotnie.
- Co za...niespodziewana wizyta. - powiedział w końcu, po naprawdę dłuuuugim milczeniu (które nigdy im nie przeszkadzało), przygryzając dolną wargę. Po czym znów odwrócił się plecami i zrobił kilka kroków w kierunku dużych okien, otwierając dwa na całą szerokość. Naprawdę, pachniało tu seksem zbyt intensywnie i wulgarnie. Nawet jak na collierskie standardy. - Albo przyszedłeś mnie przeprosić i zaproponować przyjaźń aż do śmierci... albo się ze mną pieprzyć. To drugie skreślam od razu, więc... - powiedział spokojnym, aidenowskim tonem, siadając na parapecie i ponownie sięgając po pudełko fajek.Wpatrując się w Kennetha intensywnie. Co on tutaj robił? Po co? Dlaczego? Za dużo pytań bez odpowiedzi, a takich Aiden nie cierpiał.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Kenneth Reventlow
Uczeń
avatar

Age : 23
Liczba postów : 63
Join date : 15/06/2012
Skąd : Kopenhaga

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 23 Sie 2012 - 12:08

Gdy Kenneth wszedł powoli do tego pokoju, wszystkie skumulowane w nim wspomnienia uderzyły chłopaka z wielką intensywnością. Pomieszczenie mieniło się różnymi porami dnia i roku za oknem, przybierało wciąż inną barwę i blask, choć tak naprawdę wciąż panował w nim półmrok. Odczuwalny zaduch po oczywistych uniesieniach czasami zmieniał swoją konsystencję, raz będąc nieziemsko odpychającym zapachem substancji chemicznych, innym razem duszącą mieszaniną kilku rodzajów perfum męskich. Wysokie okna nagle otwarte były na całą szerokość, a z nich wychylało się dwóch podlotków, wypuszczając samoloty z papieru. Leżąca na stercie książek pościel nagle zaczęła przypominać misternie ułożony namiot, pod którym z lampkami siedziało dwóch chłopaków.
A wszystko to odbijało się w osobie Aidena, tak innego od tych przeszłych wydarzeń. Od przeszłego siebie. Obydwoje widocznie się zmienili i zatarli między sobą tę więź, która kiedyś była dla nich tak oczywista i nieodzowna. Dzisiaj nie pozostało z tego już nic, co można byłoby skomentować uśmiechem. Jedynie wspomnienia odległe i niknące jak horyzont sprawiały, że jednak nie do końca byli sobie obcy.
I dlatego właśnie Kenneth tutaj był, chłonąc atmosferę obcą i naznaczoną ciszą. Stał pewnie przy wejściu, nie ruszając się ani o milimetr, obserwując powolne ruchy Aidena i słuchając jego słów, takich charakterystycznych, spokojnych. Poczuł się trochę jak widmo przeszłości, ponure i milczące. Zabawnym wydawało mu się pomylenie go z wychodzącymi ludźmi, a zaskoczenie i ten stan zawieszenia byłego przyjaciela przyjął z ciekawością, ale i stagnacją. Tak wiele chwil ciszy było za nimi, tak wiele momentów spędzonych na zagłębianiu się w swoje myśli, zupełnie nie zwracając uwagi na siedzącego w pobliżu chłopaka. Tak zapomniane one były, że Kenneth poczuł powiew czegoś dawno niepraktykowanego, ale swojskiego i przyjaznego, choć była to cisza zupełnie innego rodzaju. Tym powiewem za to mógł być lekki zimny wiatr wpadający przez otwarte na oścież okna. Coś, co otrzeźwiło trochę Kennetha prześlizgującego wzrokiem po idealnie wyrzeźbionym ciele Aidena.
Ironiczny uśmieszek pojawił się na twarzy chłopaka po słowach Colliera, które zadziwiająco nietrafnie wpasowały się w jego zamiary co do przybycia tutaj, ale jednocześnie aluzja o śmierci przyprawiła go o ten sam dreszcz, kiedy myślał o tym wcześniej.
I nagle przypomniał sobie, co tak właściwie go tutaj przywiodło i na co miał nadzieję. Chciał, aby Aiden spał teraz w swoim łóżku lub nie było go, natomiast zamiast tego odpowiadał tym samym na jego intensywne spojrzenie, badające wnikliwie i po cichu zamiary Kennetha. Nie pragnął, aby ta rozmowa się odbyła, ale teraz odnalazł idealną sposobność po pożegnania się ze swoim dawnym przyjacielem. Na zawsze. I oczywiście nie otwarcie, pragnąc zachować tę mroczną tajemnicę dla siebie, chociaż podejrzewał, że Collier wcale nie pozostawi tego bez odpowiedzi.
- Jeśli naprawdę tak bardzo tego pragniesz, odnówmy przyjaźń na zgliszczach, i tak nic nie tracę - powiedział, nadal stojąc w miejscu, ale unosząc lekko ręce w nonszalanckim geście otwarcia. Wcale nie niepewnym, wcale nie wstydliwym i pełnym poczucia winy. Bo Kenneth wcale nie czuł się winny za rozpad ich relacji; oczyścił się z tego już dawno temu, jednak nadal trzymał na dystans Aidena, który nagle sobie o nim przypomniał. Jeszcze do niedawna był pełen pogardy, teraz pozostało tylko zobojętnienie. Skoro do śmierci, to i tak zbyt długo by to nie potrwało. Pochwycił się natomiast instynktu zamykania wszystkich spraw. - Ale mylisz się. Pamiętasz, co mi napisałeś? - Tak, Kenny odczytał jego wiadomość i choć wtedy zignorował ją, kiwając tylko głową na stwierdzenie logiczne, oczywiste; nie zapomniał, co obiecał. I po raz pierwszy miał zamiar zrobić coś niemądrego. I miał zamiar zaproponować udział w tym Aidenowi. - Obiecałem, więc dotrzymuję słowa. Chciałbym, abyś pożyczył mi rewolwer. Ten, który dostałeś od ojca.
Broń. Właśnie po to przyszedł Kenneth, gdyż bez tak nieodzownej rzeczy nic by się nie zdarzyło. Nadal był pewny siebie i tego, co postanowił; zauważał, że ta myśl odmieniała go każdego dnia, sprawiała, że stawał się człowiekiem naprawdę wyzutym z wszelkich uczuć. Pozostało tylko to, co miało się zdarzyć. Pragnienie tej ostatniej chwili. Pragnienie tak pociągające, jak heroina dla narkomana, jak akt seksualny dla nimfomana, jak łyk wódki dla alkoholika. Coś, przed czym Kenneth nie potrafił i nie chciał się uwolnić.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 23 Sie 2012 - 13:46

Zimne powietrze, cichy szmer nocnego miasta za plecami, liście potężnego dębu zaraz za oknem, światło u tych nowobogackich sąsiadów, dalekie dźwięki jakiejś nastoletniej imprezy, półmrok, woda kolońska Kennetha - tak delikatna, że prawie niewyczuwalna w tym burdelowym aromacie potu i namiętności - i jego przeszywające oczy, błyszczące nawet w tak słabym świetle.
Aiden nie mógł wspominać przeszłości, przeszłość była zamknięta, była tymi wszystkimi ginącymi dinozaurami, była czymś bolesnym i drapiącym. A Reventlow był uosobieniem przeszłości, był jak wyjątkowo wychudzony duch przeszłych Wigilii; brakowało mu tylko łańcuchów; no i przyszedł nie w porę, ale czy może być lepszy czas na takie wizyty niż summertime sadness?
Po spoconych plecach przeszły mu dreszcze, powinien się ubrać albo przynajmniej zamknąć okno, ale przynajmniej czuł, że to nie jest sen i że naprawdę Ken - z którym znali się od dobrych dziesięciu lat; więcej niż połowa życia; chyba tylko Blaise był mu bliższy - stoi teraz na środku jego pokoju, skąpany we wspomnieniach i w niewyraźnym świetle księżyca. Nów, nie romantyczna pełnia.
Milczał, znów, nie wiedział co powiedzieć, czując się tak, jakby faktycznie spotkał ducha. Nie wiedział tylko skąd u niego, racjonalnego Aidena, jakieś dziwne dywagacje. Reventlow tu był, namacalny, widoczny, podnosił ręce do góry w geście wręcz optymistycznym, zaraz się lekko zaśmieje, wykpi jego nocnych kochanków, rzuci się na jego łóżko, wyciągną spod materaca szachy; znów Ken wygra, będą się spierać; dyskusja i tak zejdzie na literaturę, którą obydwaj uwielbiali; znów kłótnia o wyższości Yeatsa. Znał to tak dobrze, tyle razy przerabiali podobne, acz odkrywcze scenariusze, że obecny dystans - tutaj, w jego pokoju, w ich pokoju - wydawał mu się groteskowy.
Zaśmiał się cicho i krótko, wstając z parapetu i zaciągając się mocno, do przepalenia przełyku i szmeru w płucach. Jeden, drugi, trzeci wdech, Kenneth nie miał nic do stracenia? Nie zamierzał tego komentować, bo miał zupełną rację. Cóż można było stracić, będąc przyjacielem Colliera? Reputacji i tak nie miał.
- Pamiętam, niemądre rzeczy -prychnął cicho, robiąc kilka ostrożnych kroków w kierunku Kena, jakby ten miał zaraz rozpłynąć się w chmurze dymu. Chociaż, lepiej, gdyby to zrobił; może nie zażądałby czegoś tak niedorzecznego jak rewolwer.
Aiden palił w milczeniu, patrząc teraz na niego z bliska, jakby widząc po raz pierwszy jego dojrzalsze rysy, mocniejsze spojrzenie. Nie musiał się schylać, Reventlow dogonił go wzrostowo i mogli teraz spokojnie mierzyć się sokolskimi spojrzeniami. Nieco błędnym kennethowskim i tym collierskim.
Nie zaniepokoił się, nie zaczął zadawać durnych pytań - a po co Ci? a kiedy zwrócisz? - po prostu patrzył, zastanawiając się, kiedy stracili tą cudowną moc czytania sobie w myślach i kończenia swoich zdań. Lata temu. Miesiące. Eony.
Odwrócił się do biurka, przyklękając i wyciągając z zamykanej na klucz szuflady swój prezent od ojca na piętnaste urodziny. Webley, stara angielska firma, sześć naboi; żadna replika, sprzęt całkowicie zdatny do użycia.
Wyprostował się, otwierając bęben i sprawdzając ilość naboi. Cichy trzask, ponowne spojrzenie na Kennetha.
- Kiedy ostatnio robiłeś coś pierwszy raz? - spytał nagle, podając mu rewolwer. Bez dodatkowych pytań, bez klauzul, czyste wzrokowe porozumienie. - Wiesz, coś, czego nigdy nie robiłeś, coś nowego, nieprzewidywalnego - kontynuował, urwawszy jednak w połowie; już zapomniał, jak dobrze Reventlow potrafi go zrozumieć. Nawet przeszywając go tym przenikliwym wzrokiem człowieka pragnącego. Głodnych nakarmić, spragnionych napoić; jak więc mógł odmówić ostatniej posługi przyjacielowi?

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Kenneth Reventlow
Uczeń
avatar

Age : 23
Liczba postów : 63
Join date : 15/06/2012
Skąd : Kopenhaga

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 23 Sie 2012 - 16:49

Kenneth drżał. Drżał niezauważalnie i bardzo pewnie, jak nigdy przedtem. Nie były to jednak dreszcze zimna, które - choć wlewało się poprzez otwarte okna - nie dotykało skóry chronionej kurtką. I nie były to ciarki strachu, jaki czuje się w ciemnym lesie pośród nocy i pohukiwania sów. Drżał w oczekiwaniu na to, co zaraz może się zdarzyć. Na to, co być może zobaczy i dotknie. Prawdopodobne odrzucenie prośby przez Aidena wprawiało go w jeszcze wyraźniejsze drżenie niż wcześniej. Myśli przelatywały mu przez głowę z szybkością światła, nie pozwalając skupić na sobie uwagi. A może to mózg był już tak otępiały, tak zaabsorbowany jednym i tym samym. Jedną szaleńczą myślą. Jednym przedmiotem, który spełniałby jego chwilowe pragnienia. Pragnienia, których konsekwencje miały się ciągnąć już na zawsze. Kenneth idealnie zdawał sobie z tego sprawę i na to się własnie godził.
Jak przez mgłę obserwował Aidena i jego powolne ruchy, automatyczne palenie papierosa produkującego chmurę dymu, który zawsze umykał gdzieś w powietrze, na zewnątrz. Stał wciąż w tym samym miejscu, jakby wbito go w podłoże z chwilą, kiedy wszedł. Jakby bał się, że stawiając kolejne kroki nie uwolni się już z lepkich macek wspomnień, które przełamią go i skruszą lód, który skuwa go od zewnątrz. Naprawdę bał się swoich uczuć. Mógłby przysiąść na łóżku jak gdyby nigdy nic, zakładając stopę na kolanie; mógłby oprzeć się o ścianę ramieniem lub nawet usiąść obok Aidena na parapecie.
Nie mógłby. Collier wstał, tworząc w tym miejscu wrażenie zwyczajności i swobody, jaka emanowała z jego ruchów; w przeciwieństwie do postawy Kennetha, jakby obronnej, chociaż nie wiadomo przed czym. Przecież zostawił to za sobą. Czy na pewno?
Gonitwa myśli nadal trwała, wzrok mącił mu się w półmroku dodającym Aidenowi upiornych cieniów na twarzy, z której ciemniejszą plamą odznaczał się zarost, a całkowicie jasnym, bursztynowym blaskiem świetliste oczy. Oczy, którymi zdawał się przewiercać Reventlowa spojrzeniem pełnym pytania, zastanowienia, przenikliwości. Chłopak nie miał pojęcia, o czym tamten myślał. Co kryło się za tym minimalnym uśmieszkiem, który przed chwilą zniknął i pozostawił po sobie jeszcze wspomnienia na skórze? Cała ta sytuacja była pełna niedomówień, wiszących w powietrzu pytań i tajemniczości. Przyjaźń, dobre sobie. Przyjaźń, która staje się cierniem w oku i w sercu; przyjaźń, która nie pozwala na swobodne rozmowy. Jak kiedyś. Bo nic nie było jak kiedyś.
Kenneth odegnał od siebie wspomnienie siebie jako dziecka, które jeszcze z ufnością i klarownością charakterystyczną sobie wpatrywało się w przyszłość. Kiedy mógł bez przeszkód powtarzać "kiedy będę dorosły", kiedy istotne dla niego były takie małe przyjemności, które nadawały wszystkiemu sens. Ale wszystko skomplikowało się i Kenneth musiał coś z tym zrobić. Bo nie potrafił żyć wśród tych wszystkim emocji; nie potrafił żyć z takim sobą, jakim się stał.
Nagle wszystko jakby przyhamowało. Wiatr za oknem przestał poruszać listowiem, zegar zatrzymał swoje zwyczajne tykanie, nie słychać było szmeru samochodów i nawet dom wstrzymał oddech, nie wydając z siebie charakterystycznych nocnych skrzypnięć. Wszystko przestało być istotne w obliczu tego, co Aiden wyjął z szuflady i podał Kennethowi po sprawdzeniu pozornie niedbałym. Reventlow wziął do ręki rewolwer, ważąc jego słodki ciężar i kontemplując kształt metalu. To było właśnie to, czego szukał przez ostatnie dni. Dni udręki, ale także jednocześnie dni emfatycznego uniesienia, które wciąż w sobie podsycał.
Spojrzał nieobecnym wzrokiem na Aidena właśnie w chwili, gdy ten przemówił, więc jego słuch i wzrok wyostrzył się, próbując zrozumieć chłopaka. I gdy tamten wypowiadał słowa, na twarzy Kennetha wymalował się lekki uśmiech. Bo znów zmuszał go do wytężania umysłu, przypominania sobie swoich doświadczeń, pozornie tych niepowtarzalnych, ważnych, ale odchodzących w zapomnienie.
- A ty? - spytał najpierw, odbijając piłeczkę i wyłapując błysk w oczach Aidena, jakby znów połączyła ich nić porozumienia. A może to tylko złudzenie? - Zbyt dawno temu - odpowiedział w końcu krótko, nie zagłębiając się w to wszystko. Kiedyś pewnie zapytany o to wymieniłby stos rzeczy, większość związana z ich relacją. Śmiałby się, wciąż przypominając sobie coś nowego, co na pewno było tym ostatnio.
Rewolwer schował do wewnętrznej kieszeni kurtki, czując wciąż jego idealną obecność obok niego. W jego życiu. - Wróci do ciebie... zapewne jeszcze przed początkiem roku szkolnego - stwierdził z zastanowieniem, przewidując przyszłość lepiej niż kiedykolwiek. Przypomniało mu się wtedy ogłoszenie bawarskie; przymusowe przedłużenie nauki w St. Bernard o rok. Mieliby więc kolejny rok, żeby coś z tym zrobić. Albo żeby nie robić nic. Kenneth wolał nie rozwodzić się nad tym, uciął więc tego typu rozmyślania. Koniec ze starym Kennethem. Koniec z jakimkolwiek Kennethem.
- Żegnaj, przyjacielu - powiedział na koniec mrukliwym tonem, zupełnie mimowolnie łapiąc się na tym, że wcale nie chciał stąd iść. Że pożegnanie oko w oko naprawdę było trudne, te ostatnie pożegnanie. Nie było łez, nie było białych chusteczek i przytulania się. Chociaż Reventlow miał wielką ochotę na poklepanie Aidena po ramieniu, nie zrobił tego. Z oczywistych powodów.
Cieszył się jednak, że wcale nie rozstawali się w niezgodzie. Nie krzyczeli na siebie - jak nigdy, przecież to było takie niesokolskie - nie wbijali sobie nożów w plecy i nie byli do siebie negatywnie nastawieni. Już nie.
Kenneth wychodził stąd pogodzony ze sobą i ze wszystkim, co tutaj pozostawiał.

zt
Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 31 Sie 2012 - 16:57

Po tym jak Aimee upiła się prawie, że w samotności, bo jedyną osobą jaka jej towarzyszyła był obleśny barman, który z każda minutą wydawał jej się tylko brzydszy, a z każdym kieliszkiem grubszy. Normalnie gardziłaby kimś, kto z własnej woli chcę się ot tak po prostu opić, przede wszystkim samotnie. Do niedawna wzór cnót i wszystkiego, Aimee Laurents unikała alkoholu, bo to blee i w ogóle. No ale kiedy odkryła, że to neutralizuje jej moc widok Aimee w barze nieopodal własnego domu stał się widokiem dość częstym. Rodzice i tak się nie bardzo przejmowali w jakim stanie do domu wróciła, byle tylko wróciła, bo jakby się po nocy błąkała, albo spała gdzieś na ławce to już wstyd.
Normalnie w życiu by na to nie wpadła, ale teraz, kiedy ledwo trzymała się na nogach, przyszedł jej do słowy super, zajebisty pomysł, aby odwiedzić starego znajomego. Starym znajomym był nie kto inny jak Aiden Collier i normalnie, gdyby taki Dorian się dowiedział na miejscu zarzuciłby jej teorią, że go kocha, co przecież jest nie prawda, bo może i jest jak dla niej ideałem, poza tym mogłaby patrzeć na niego godzinami, a to, że rozszedł się z Pru było dla niej najlepsza wiadomością roku 2012, ale to obsesja nie była. I tego będzie się uparcie trzymać. Na szczęście bywała tutaj już wcześniej, więc problemu z wejściem nie miała, bo doskonale wiedziała, które okno należy do Aidena, dlatego też po kilku nieudolnych próbach, które skończyły się rozdarciem spodni w końcu wdrapała się na drzewo, co było prawie próbą samobójczą, a koniec końców dotarła i do jego pokoju.
Była już tutaj kiedyś, ale oczywiście od tamtego czasu nieco się zmieniło. Zajrzała więc do pierwszej lepszej szuflady, żeby pogrzebać mu. Skoro go nie ma nie przepuści takiej okazji, być może to jedna jedyna, a zdjęciem Aidena nie pogardziłaby bo jej ostatnio zakupiona komoda taka pusta, nie ma co tam ustawić i w ogóle. Rozwaliła przy okazji rzeczy w jego szafie na dywan, co wyglądać mogło jakby mu się ktoś na prawdę włamał, a nie, że Aimee wpadła z przyjacielską wizytą. Po chwili stwierdziła jednak, że da sobie spokój z penetrowaniem jego rzeczy, na to będzie jeszcze czas. Położyła się zmęczona nieco na łóżku chłopaka, analizując, czy jakby podkradła mu to zdjęcie z dzieciństwa, które stoi na biurku, to czy by się zorientował, czy też nie.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 31 Sie 2012 - 19:34

Nocne powroty z wiks wszelakich na pewno spotkałyby się z karcącymi spojrzeniami tatuśka. Na szczęście jednak rodzina Collierów dopiero przelatywała nad jakimś wielkim oceanem, wracając swoim prywatnym jumbojetem z Wysp Kanaryjskich. Albo skądś tam. Aiden był zbyt zmęczony, żeby ogarniać, bo wracał do domu po wyjątkowo męczącym spotkaniu z Wendy. Zabrał ją do pięknej restauracji, niemalże siłą wpychając jej szczupłe stopy do szpilek i motywując do ubrania się. W stylu gwiazdy filmowej, w baaardzo modnej chuście na głowie i przeciwsłonecznych okularach. Cały pomysł - z początku zhejtowany przez Wingfield ostro i kapryśnie - przywrócenia Wends, chociaż na chwilę, na łono społeczeństwa się powiódł. Bo burżujska restauracja, bo świece, bo złote talerzyki. Wszystko przebiegałoby idealnie, gdyby w dziewczęciu nie odezwała się kokieteryjna strona natury. Przez co prowokowała go ciągle pod stolikiem, jak w tym erotycznym filmie z Marlonem Brando.
Nie, żeby narzekał, ale był na tyle wycieńczony i zdegustowany (a także szczerze rozbawiony i...podniesiony. na duchu), że postanowił nie zostać na noc u Wingfieldów.
Otwierał więc teraz drzwi do swojego pokoju, marząc o swoim wygodnym łóżku - do którego będzie musiał przejść przez całe stosy książek, ciuchów i wszystkiego, co tworzyło aidenowski burdel - gasząc papierosa o komodę, stojącą przy drzwiach. Komodę z wysuniętą szufladą. Zmarszczył brwi, bo był pewien, że pozasuwał wszystkie szuflady, by JAKOŚ wyjść z pokoju, nie będąc zmuszonym do przeskakiwania mebla.Weird.
Zapewne lepiej oceniałoby mu się zmiany w pokoju, gdyby zapalił górne światło...więc to też uczynił, odpinając sobie ładnie pasek od spodni i ściągając przez głowę koszulkę. Dopiero po wykonaniu tych czynności odwrócił się do łóżka i...doznał mocnego mindfucka. Może nie takiego, jak wtedy, gdy był Indianą albo swoim bratem, ale jednak... nie codziennie (wieczornie) ktoś zajmował jego łóżko. Ktoś, od kogo pachniało alkoholem, ktoś w podartych portkach i ktoś z obtłuczonym kolanem, z którego na jego BIAŁE prześcieradło ciekła krew. A w owy materac mogła wsiąkać tylko krew dziewicza, żadna inna.
Zdębiał więc, mrugając nerwowo oczami jak na jakiejś kreskówce (był naprawdę ZMĘCZONY), rozpoznając w osobie zalegającej mu na pościeli tą małą Laurents. Jednak obczajenie personaliów dziewczęcia wcale mu nie pomagało w ogarnięciu tego co jest, kurwa?
- Dlaczego leżysz na moim łóżku?- spytał kulturalnie, mając naprawdę ZSZOKOWANĄ minę. I po raz pierwszy uzewnętrzniając emocje bez mocowego wspomagania.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Sob 1 Wrz 2012 - 10:35

Może i by się przejęła tym, że rozpierdoliła mu wszystko z szuflad, jakie miała pod ręką, tak, że w jego pokoju, o ile oczywiście to możliwe zapanował jeszcze większy bałagan. Gdyby była choć odrobinę bardziej trzeźwa być może zastanowiłaby się nad tym czy tu w ogóle przyjść, nie mówiąc o tym, żeby nie grzebać mu w rzeczach, a każdym razie nie pozostawić po sobie tak widocznych śladów. W tej chwili jednak nie przejmująca się niczym Aimee leżała sobie wygodnie na łóżku Aidena, nawet nie orientując, że rozwaliła sobie nogę, dopiero, kiedy zapalił światło jej wzrok padł na jej spodnie. Rozwalone i zakrwawione. Jęknęła cicho i podniosła się po pozycji siedzącej. Chwilowo to właśnie temu poświęciła największą uwagę, ignorując nawet fakt, że właśnie zawitał właściciel pokoju, który najpewniej nie życzy sobie jej tutaj, a już na pewno nie życzy sobie rozpierdalania wszystkiego w zasięgu jej ręki, czy brudzenia pościeli krwią. Zrobiła skupioną minę, marszcząc brwi zastanawiając się, czy wytrzeć nogę o prześcieradło, skoro już i tak ujebane było, czy jednak wstać i zejść na dół, jak gdyby nigdy nic, udając najwyżej, że Collier ją tu zostawił na cały dzień, a nie, że włamała mu się do pokoju przez okno, żeby poszukać nowych zdjęć Aidena.
- Ty patrz, krwawię - rzuciła, nadal na niego nie patrząc, bo skupiona była przede wszystkim na tym, że się rozcięła. Podarowała sobie szukanie dobrej odpowiedzi na jego pytanie, bo takowej nawet nie było. Dopiero potem podniosła wzrok na niego i przestała już zastanawiać się nad czymkolwiek tak mało istotnym, jako że Collier stał właśnie przed nią, prawdziwy, a do tego bez koszulki. Wciągnęła cicho powietrze nadal nie spuszczając z niego wzroku. Po czym zsunęła nogę, żeby bardziej mu łóżka nie ujebać, ale nadal mierzyła go wzrokiem od stóp do głów, mając ochotę wyjąc telefon i po kryjomu zrobić mu zdjęcie, ale świadoma była, że jej się to nie uda zrobić tak, aby nie zauważył, a przecież nie chciała, żeby wziął ją za psychiczną! Co to to nie! - Przyszłam z przyjacielską wizytą.
W sumie była to prawda. Przyszła, a raczej wczołgała się przez okno, bo chciała mu złożyć typowo przyjacielską wizytę. Oczywiście nie pogardziłaby gdyby teraz zajął się nią, bo biedna wygląda pewnie jak bezdomna w podartych i zakrwawionych spodniach, a na koniec może jej dać jakieś pamiątkowe zdjęcie czy coś. Ewentualnie może sobie nawet z nią takie zdjęcie zrobić! Chociaż na drugi dzień, pewnie na kacu, kiedy oglądałaby to zdjęcie miałaby ochotę zabić się, lub zrobić coś nieco mniej dramatycznego, byleby tylko on tego nie pamiętał, ewentualnie będzie musiała unikać go na korytarzu w szkole. Wtedy chyba nawet fakt, że jednak przedłużyli i nadal będzie z nim w szkole nie cieszyłby ją aż tak.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 8:17

Aiden naprawdę gościł w swoim łóżku...kilka nieznajomych dziewcząt, dosłownie do policzenia na palcach jednej ręki, ale zawsze owe przedstawicielki płci pięknej były przez niego zapraszane. I - w jakiś tam sposób; może to dzięki Sokolskiemu umysłowi? - zapamiętywane. Nigdy nie budził się na kacu, zastanawiając się gdzie jest i kimże jest ta brunetka obok niego. Do imion też miał niezłą pamięć i nie zdarzyła mu się frustrująca pomyłka, chociaż i tak jego partnerka nie zwróciłaby na to uwagi, zatracona w szczęściu i rozkoszy.
Naprawdę, był szalenie kulturalny.
Nawet teraz, gdy zupełnie nie miał pojęcia skąd w jego pokoju wzięła się Aimee L., lat cztery i pół, pachnąca nie pudrem dla dzieci a alkoholem. Z lekkim nieogarem na twarzy i krwawiącym kolanem. Zawsze kojarzyła mu się z dzieciakiem, tak, jakby jego zmysł rozpoznawania zatrzymał się (w jej przypadku) kilkanaście lat temu. Kiedy to ich rodzice chodzili razem na jakieś spotkania i naiwna Aimee próbowała z mniej naiwnym Aidenem nawiązać jakiś koleżeński kontakt. Który dla dziewczynki skończył się płaczem w mamusiną kiecę a dla Aidena ojcowską pogadanką. Że kobiety trzeba szanować.
Co przecież uskuteczniał, nawet teraz! Nie wrzasnął na nią, nie zadzwonił po policję (która NA PEWNO przyjechałaby w ciągu pięciu minut, zamykając JEGO a nie ją) ani nawet nie wypierdolił jej w wielkim stylu za drzwi, opierdalając w mocnych i wyjątkowo niekulturalnych słowach.
Bo był zaskoczony, mocno. Co jednak powoli mu przechodziło, na tyle, że uruchomił się u Aidena wymęczony ciąg rzeczy-do-zrobienia-w-przeciągu-kwadransa.
- Gwóźdź ze starej drabinki, tak? - spytał z mimowolnym zainteresowaniem, gapiąc się na jej kolano. Jeśli weszła tu przez drzewo (a mówił ojcu, żeby ściąć tego habazia zza jego okna), to w takim stanie na pewno ujebała się o pozostałości dziecięcej drabiny. Gwoździe. Zardzewiałe, z bakteriami tężca i czarnej ospy.
Przez chwilę się zawahał - czy pozwolić jej na dokończenie żywota na jego łóżku czy jednak nie ściągać do siebie ponownie policji - jednak zanim zdążył podjąć jakąś decyzję, na czoło rozkmin wysunęło się podstawowe pytanie co do kurwy laurents tutaj robi w środku nocy.
- Przyjacielską? Przecież się nie przyjaźnimy. - powiedział ostrożnie, dalej stojąc w jednym miejscu i trzymając w ręku pomiętą koszulkę. Nawet paska nie zapiął, czując się jak w jakimś podejrzanym Mamy Cię. - Nawet się nie pieprzymy, więc: co tu robisz?- powtórzył, obcinając ją dość niechętnym acz zaintrygowanym spojrzeniem. Ostatni raz w nocy gościł tu trupa, a wolał nie mieć na sumieniu (wątpliwym) kolejnych osób. Zwłaszcza dzieci.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 8:38

No więc teraz gościł też ją. Pewnie tamte były przez niego goszczone w nieco inny sposób, ale nie przeszkadzało jej to. Siedziała sobie nadal patrząc z poważna miną na kolano. Bardzo możliwe, że w normalnych warunkach, czyli na trzeźwo, a tym bardziej po złożeniu mu normalnej wizyty, bo wdrapywanie się przez okno do pokoju, się do takich nie zaliczało, zaczęłaby się zastanawiać czy aby na pewno położyć się na łóżku, w którym jej-nie-jej-Aiden gościł różne dziewczyny. W tej jednak chwili nie przejmowała się tym, że na prawdę mógłby wezwać policję, bo mała Aimee, włamała mu się do pokoju. Jedyne co teraz zaprzątało jej głowę, to czy przypadkiem zaraz tutaj nie umrze z powodu wykrwawienia się, czy złapania jakiejś choroby, bo sama nawet nie wiedziała jak doszło do tego, że rozcięła sobie nogę. Ale skoro ma umrzeć w łóżku Aidena Colliera, skłonna się była na to zgodzić. To by było takie romantyczne i z pewnością by jej długo nie zapomniał.
Teraz jednak nie skończy się to wycieczką do maminej spódnicy i donoszeniem, jaki ten Aiden jest wredny, nie chce się z nią bawić i ciągle się z niej śmieje. Nie szanował kobiet, w każdym razie tak sądziła Laurents wtedy. Tak więc po sprecyzowanie nie szanował małych dziewczynek. Spodziewałaby się teraz po nim tego, że lada chwila ją wyrzuci, bawet nie przejmując się tym, że być może nie będzie mogła iść, bo noga.
- Bardzo możliwe, sama nie wiem - podniosła na niego wzrok, poprawiając włosy, które wpadały jej do oczu. To była najwidoczniej pułapka zastawiona na ludzi, którzy chcą się włamać mu do pokoju. Jak widać, działa. A teraz niech jej lepiej pomoże, inaczej biedna wykrwawi się na śmierć.
- No to przyszłam się zaprzyjaźnić, co za różnica - wzruszyła ramionami. Lepsza to była wymówka w każdym razie, niż wprost wyjaśnienie, że buszowanie mu w nocy po pokoju było spełnieniem jej dziecinnych marzeń. Wtedy najprawdopodobniej uznałby, że Laurents ma ze sobą problem, a nie ma. Po prostu interesuje ją jego osoba, nic więcej. Żadna obsesja, czy tam miłość, gdzie tam.
Aimee po prostu stwierdziła, że fajnie byłoby mieć takiego przyjaciela. W każdym razie jest to wersja dla niego, bo ona sama ubolewała cicho nad tym, że jednak podwędzić zdjęcia z biurka jej się nie da. Może innym razem.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 9:01

Pijane, wykrwawiające się na śmierć dziecko. Rozczochrane, nie wiedzące o tym, jak się tutaj znalazło. Może nie powinien dzwonić na policję a do jakiegoś biura rzeczy znalezionych? Albo młodocianych przestępców? Kto wie, czy nie wdrapała się tutaj, by go zadźgać za cierpienia niewinnych kobiet. Bo wyglądała na feministkę - gdyż nigdy jej nie widział w spódnicy, a to było od razu klasyfikowane przez Colliera-szowinistę jako NIEBEZPIECZNE - i kto wie, gdyby nie była taka niepozorna, Aiden mógłby się naprawdę przestraszyć. Zamiast zdziwienia.
Ogarnął się jednak - te pierwsze kilkadziesiąt sekund szoku minęło - i założył na siebie tą koszulkę, zapinając przy okazji spodnie. Cóż, żegnaj, wygodne łóżko, żegnaj zbawienny śnie, trzeba pozbyć się intruza.
Wyszedł z pokoju bez słowa - tak, jakby zamierzał iść się kimnąć do sypialni Blaise'a albo do salonu - jednak po jakichś pięciu minutach wrócił. Zastając Aimee w tym samym miejscu, zerkającą chciwie na jego biurko, zawalone papierzyskami i zdjęciami. Psychofanka? Trochę się to Collierowi w głowie poukładało, jednak po raz pierwszy spotykał się z takim poziomem...zafascynowania sobą samym. Rozumiał liściki miłosne podrzucane do szafki, nagie zdjęcia wysyłane na jego maila, ciągłe nagabywania i nawet wystawania pod jego domem, ale jednak włamywanie się to była zupełnie inna liga. Można by śmiało powiedzieć, że Laurents w jakiś sposób mu zaimponowała. Gdyby nie zakrwawiła mu łóżka, spokojnie mógłby ją nawet polubić, ale niestety, zgotowała mu zmianę prześcieradła, a był taki zmęczony. I niechętny do porządku.
Przyklęknął obok niej na podłodze, kładąc obok siebie plastry, gazę i wodę utlenioną, po którą wyszedł przez chwilę. Nie był takim ostatecznym skurwielem, żeby wywalić małą dziewczynkę za okno (jak przyszła tak powinna też pójść), postanowił ją więc naprawić i dopiero wtedy uskutecznić wykop za drzwi.
Nie bez zbędnych złośliwości, nie był aż tak zmęczony, żeby po prostu w milczeniu pobawić się w platoniczną pielęgniarkę. Chyba.
- Nie mam przyjaciół - odparł prawieże pogodnie, patrząc na nią z dołu. Dość...niecierpliwie - Zdejmij spodnie - zakomenderował po sekundzie, zastanawiając się, czy będzie musiał męczyć sobie kolana na tej podłodze przez całą noc, aż tej pijany obdrapaniec raczy cokolwiek ogarnąć. Miał zdecydowanie za dobre serce, powinien złapać ją za kark jak nieposłusznego szczeniaka i wynieść za frontowe drzwi. I potem paść na kanapę w salonie; taka wygodna, taka kusząca. Przymknął na chwilę oczy, czując, jak zmęczenie daje mu się we znaki. Dość mocno łamiąc święty spokój. - Masturbujesz się, myśląc o mnie? - spytał beznamiętnie, bo nieco go ta wizja demoralizowała. Mocno właściwie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 9:20

Jakby chciała go zabić, nie musiałaby się wdrapywać na drzewo, wstarczyłoby pojawić się w okolicy jego domu, będąc całkowicie trzeźwą i wyłączyć mu podświadomość. Być może nie zabiłoby go to, bo tak w sumie nie miała pojęcia co chodzi mu po głowie, czego nigdy nie miał odwagi zrobić. W sumie to Collier. Wątpiła więc czy jest cokolwiek co mogłoby go przerosnąć i czego najzwyczajniej w świecie by nie wykonał. Tak czy inaczej wpadłaby na inny pomysł, bo to nie problem wysłużyć się kimś, kto kiedyś był w nim zakochany, a teraz życzył mu jak najgorzej. Dlatego bez obaw, nie miała ochoty brudzić się krwią bardziej. Nie miała zamiaru go zabijać, okaleczać, ani nic. Jest bezpieczny.
Nie bardzo wiedziała gdzie sobie poszedł. Jeśli wyszedł i zostawił ją samą to myli się myśląc, że jak rano zawita do pokoju to już jej nie będzie. Najpewniej poszłaby spać, bo była zmęczona nieco, potem wstała i uświadamiając sobie gdzie jest, co robi i w ogóle spierdoliłaby stąd w zastraszającym tempie, ignorując ból w kolanie i fakt, że żeby go ominąć musi wyskakiwać przez okno. Wrócił chwilę później, więc jej mózg, który pracował na zwolnionych obrotach nie podsunął jej żadnego rozwiązania, więc kiedy wszedł siedziała w tej samej pozycji co wtedy, kiedy wychodził. Spojrzała na niego z uśmiechem. Jaki on kochany, zajmie się jej nogą i w ogóle się o nią zatroszczy, no wiedziała, że to chodzący ideał jest.
- No to będziesz miał - wzruszyła ramionami, nadal ciągnąc grę, przyszłam tutaj, bo chcę się zaprzyjaźnić, a nie dlatego, że, no w sumie sama nawet nie wiedziała czemu tu jest. To było takie o, pójdę odwiedzić sobie Colliera. Stęskniłam się za nim strasznie, on pewnie za mną też. Słysząc jego słowa wzruszyła ramionami iw stała, żeby ściągnąć z siebie spodnie, co chwilę trwało, bo robiła wszystko, żeby przypadkiem nie potrzeć spodniami o kolano, co skończyłoby się głośnym jękiem bólu.
Ona mu może pościelić łóżko, skoro już mu je ujebała, jako dobra przyjaciółka zmieni mu prześcieradło, aby miał gdzie spać. Z czystej troski, choć nie miałaby nic przeciwko, gdyby zaproponował jej, żeby spała z nim i nei wracała tak po nocy samotnie.
- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytała mrużąc oczy i siadając na łóżku. No bo przecież to, że włamała się do niego przez okno w środku nocy i podejrzanie często zerka na biurko, gdzie stoi jego zdjęcie z dzieciństwa nie znaczy, że jest psychofanką. Nie, nie.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 10:11

Przez chwilę zastanawiał się, czy Laurents nie jest naćpana. W końcu to jeleń. Niby takie spokojne, parzystokopytne stworzenia, a jeszcze nie spotkał przedstawiciela tego domu, który nie próbowałby go namówić na działeczkę darów Matki Natury albo przygodny, hipisowski seks bez zobowiązań. I o ile na to drugie, za dawnych czasów, chętnie przystawał, to na propozycję narkotyków reagował alergicznie. Gdyby nie wiedział jak słabo działa prawo dt używek, to straciłby połowę majątku na telefony na policję. Trudno.
Chociaż w tym przypadku od razu stwierdził upojenie alkoholowe. Bo Aimee była bardziej nieogarnięta niż zwykle, gdy mijał ją na korytarzu - czuł wtedy jej spojrzenie wwiercające mu się w plecy. Podobnie jak teraz, gdy powoli zdejmowała spodnie, pokazując niezwykle chude nogi. I jakąś dziecięcą bieliznę.
Czuł się jak doktor, a nie jak facet, przed którym obnaża się całkiem dorosła dziewoja, jednak był zbyt zmęczony na komplementowanie jej ścięgien i wiązadeł. I pomysłów na przyjaźń.
Złapał ją gdzieś przed kolanem, zginając nogę i mało delikatnie oblewając zranienie wodą utlenioną. Zapieniło się pięknie i zapewne mocno szczypało, ale Aiden do osób czułych i empatycznych nie należał. Zwłaszcza w stanie umęczenia totalnego. Kiedy bliżej mu było do upierdliwego tetryka niż zachwycającego młodzieńca.
- Włamałaś się do mojego domu. Nie chcesz mnie okraść - jesteś bogata. Nie chcesz pożyczyć książek - jest za późno. Nie masz seksownej bielizny - nie przyszłaś tutaj na szybki seks. Wniosek - musisz być we mnie ckliwie zadurzona. I masturbować się do moich zdjęć - ciągnął swój wykład, skupiając się na jej ranie, już ogarniętej i zaplastrowanej. Niestety nie plastrem w różyczki, ale w apteczce Collierów nigdy nie było dziewczyńskich wzorów.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 15:01

Nie była naćpana. Już nawet prawie pijania nie była. Prawie, bo jednak mimo wszystko nadal ją nieco trzymało, jednak zaczęła się obawiać, że jej moc lada chwila się aktywuje. Gdy wypiła zbyt dużo nie była w stanie jej użyć, nawet jak to zwykle bywa przypadkowo. Dlatego chciała, żeby lepiej załatwił to szybko, bo lada chwila może skończyć się to nieco inaczej, niżby sobie tego życzyła. Z pewnością nie miała ochoty tego sprawdzać.
Niech nie przesadza, bo może i zdarzyło jej się zerknąć na niego w szkole, na korytarzu, raz, czy dwa, no może nieco więcej, ale żeby od razu go wypatrywać i mierzyć spojrzeniem dopóki jeszcze może go dostrzec, bo nie wszedł do pobliskiej klasy? E tam.
Siedziała patrząc spokojnie na jego poczynania. Kiedy wylał jej na nogę wodę utlenioną syknęła cicho. Szczypało cholernie. Mógł jej to oddać, samemu by sobie nogę opatrzyła, wykazując przy tym więcej ostrożności. Gdyby nie fakt, że siedziała u niego w pokoju, nadal nie dając mu odpowiedzi na podstawowe pytanie dlaczego i gdyby nie to, że w każdej chwili może się to źle dla niej skończyć. Przewóz radiowozem, czy inne atrakcje jak wyrzucenie ją dość niekulturalne za drzwi kopnęłaby go zdrową nogą w brzuch, za to, że nawet krzty empatii względem biednej, cierpiącej dziewczyny nie wykazał. Poza tym, skoro nie miał przyjaciół, powinien się ucieszyć, że ktoś złożył mu wizytę, aby się nie nudził, żeby miał towarzystwo i w ogóle, żeby miał z kim pogadać. Bo Aimee była idealnym dzieckiem do rozmów i narzekań. Taka do rany przyłóż.
- Nie jesteś mistrzem dedukcji, wiesz? - powiedziała zabierając nogę i siadając wygodniej na jego łóżku. To prawda. Nie miała zamiaru go okraść, bo życie w luksusach ją nie jara, dlatego był to najgłupszy pomysł na jaki mógł wpaść. Książek też nie chciała pożyczyć, bo nie czytała. Na szybki seks też nie przyszła, a tym bardziej nie przyszła się tutaj masturbować przy jego zdjęciach. Błędnie wysunięte wnioski. - Nie jestem w tobie ckliwie zadurzona.
Powiedziała pełna przekonania, bo sama do siebie takiej myśli nie dopuszczała, więc tym bardziej na ten temat z Aidenem dyskutować nie miała zamiaru. Mógł więc sobie podarować wszelkie spekulacje i pogodzić się z faktem, że przyszła tutaj, ponieważ składa mu koleżeńską, skoro słowo przyjacielską tak bardzo mu przeszkadza, wizytę.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 17:09

Wywrócił teatralnie oczyma na jej obelgę. Do męskich dziwek i skurwieli się przyzwyczaił i w ogóle przestał zauważać takie stwierdzenia, ale jakikolwiek pojazd po swojej inteligencji zawsze trafiał w jego wrażliwe serduszko. O ile hejtował go ktoś na równym poziomie dojrzałości i inteligencji, a niestety, Aimee była jakieś milion leveli niżej od niego. Choćby przez sam fakt bycia dziewczyną.
Męski szowinizm zobowiązywał, a Collier naprawdę spotykał mało inteligentnych kobiet. Owszem, kreowały się na takie, łażąc w garniturach, okularach w grubych oprawkach i z książkami Hardy'ego pod pachą, ale to była tylko naiwna poza. Coś jak krzyczenie pieprz mnie po francusku, bo ładniej brzmi. I lepiej się sprzedaje.
Nie zapłakał więc nad tym, że nie jest mistrzem dedukcji (bo nim NIEWĄTPLIWIE był, a przynajmniej tak uważał), tylko wyprostował się, odkopując nalepki od plastrów gdzieś w bok, gdzie dołączyły do kubków po herbacie, stert gazet i książek oraz przewróconego i wysuszonego na wiór kaktusa.
- Nie jesteś? Jaka szkoda - powiedział dramatycznym tonem, patrząc na nieogarnięte maks dziewczę z góry. Dziewczę, które się rozsiadło na jego łóżku. Chyba nie zamierzała tu zostać? Zmarszczył brwi. Nie rozumiał tak NIELOGICZNYCH ludzi, uważał ich za niebezpiecznych wariatów od których należy trzymać się z daleka, bo nie można przewidzieć co zaraz odpitolą. A dzisiaj nie miał nastroju na żadne atrakcje. Nawet w kobiecym wykonaniu.
Ziewnął mało dyskretnie, zastanawiając się, czy dzwonić po rodziców dziewczyny - na pewno jego tatuś miał gdzieś w komodzie numer do Laurentsów - żeby odebrali swoje krnąbrne dziecko czy po prostu ją wyprosić. Obliczył, że bardziej zmęczy się rozmową ze swoim dalekim wujostwem, westchnął więc zrezygnowany, idąc w kierunku drzwi. I gasząc światło w pokoju, mając nadzieję, że jelenie mają coś z ciem i że Aimee przyjdzie w kierunku światła. Inaczej będzie musiał wywabiać ją nutellą albo czymś takim. - Trafisz do drzwi, jesteś już dużą dziewczynką, prawda? - zadał jej nęcące pytanie, opierając się o framugę.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aimee Laurents
Dorosły
avatar

Age : 23
Liczba postów : 225
Join date : 08/04/2012
Skąd : Londyn, Thetford

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 2 Wrz 2012 - 17:30

To nie tyle była obelga, co po prostu stwierdzenie faktu. Przecież to, że tutaj przyszła, w nocy, pijana, gapiła się natrętnie na jego zdjęcia i leżała w jego łóżku, wcale nie oznaczało, że jest w nim ckliwie zakochana. Bo nie była, więc i dowodów na to w życiu Collier nie znajdzie.
No więc najwidoczniej Aimee była jedną z pierwszych inteligentnych kobiet jakie dane mu było spotkać. Rozejrzała się po pokoju. Dopiero teraz zorientowała się, że panował tu straszny bałagan i cud, że nie potknęła się na wejściu o książki, czy coś innego, wybijając sobie przy okazji kilka zębów.
Wstała zaraz za nim i stanęła chwiejnie na nogach. Po chwili wciągnęła na siebie spodnie, bo raczej innej opcji nie miała. Chciała już wrócić do domu, bo jak widać Collier nie był równie przyjaźnie nastawiony co ona. Dziwiła mu się z tego powodu strasznie, bo przecież każdy lubi, jak przyjaciel go odwiedza. Nawet w takich godzinach. Szczególnie jeśli to pijane dziewczę. Przecież nie ma nic słodszego, nieprawdaż? Pokręciła więc tylko głową, nieco energicznie, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie jest, nie będzie, nie był i nawet on jej tego nie wmówi. Bo to nie prawda przecież.
Niech nie dzwoni. Nie chciało jej się tłumaczyć im w jaki sposób znalazła się u Colliera, z rozwaloną nogą, pijana, podczas gdy on jest trzeźwy i wygląda normalnie. Czyli jak dla Aimee był tak zajebisty jak zwykle.
- Oczywiście - odpowiedziała i nieco kulejąc podeszła do niego, następnie minęła go w drzwiach i skierowała się w kierunku wyjścia z jego domu. Wkurzyło ją to, że uważał ją za dziecko. Choć między nimi był rok różnicy, a on nadal traktował ją jak małą dziewczynkę. No do chuja. Tak czy inaczej opuściła wreszcie dom Colliera, trzeźwa prawie całkowicie i żałując, że w ogóle wpadła na tak głupi pomysł jak odwiedziny przyjaciela.


zt I love you
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    

Powrót do góry Go down
 
teren prywatny aidena c.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Teren na zachód od Krwawej Bramy
» Teren przy Exodusie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Collier (Hampstead)-
Skocz do: