IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 teren prywatny aidena c.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: teren prywatny aidena c.    Pon 20 Lut 2012 - 16:50




Istny chaos. Łóżko o wiele większe niż się wydaje, spokojnie pomieści troje istot ziemskich. Szafy Aiden nie posiada, bo po cóż? Wystarczy przenośny wieszak, żywcem ukradziony z pokazów mody. Wraz z zawartością.
Okno nigdy nie jest zasłonięte, więc sąsiedzi mogą z radością obserwować przystojnego sąsiada kiedy tylko zechcą. A wykusz jest idealnym miejscem do siedzenia z książką i palenia, co jest ulubionym domowym zajęciem chłopaka.
Mnóstwo książek - wszędzie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 2 Mar 2012 - 16:34

I Pru owo oparcie odczuła i przeczuła, że czeka ich przemiły wieczór z kubkiem gorącego napoju i "Casablancą" albo, że sobie rodzinne albumy pooglądają i fokle spędza przyjemny, collierowski dzionek. Noc znaczy. A jak "collierowski" to piękny i gorący na inny sposób, co całkiem oczywiste było w sposobie, jaki na nią patrzył. Ona z resztą dłużna nie pozostała, tylko po taksę zatelefonowała, czując się zupełnie swojo w zupełnie nieswoim płaszczu.
Generalni Pru zastanawiała się, w jakie kosmiczne, ociekające miłością, seksem i dobrą aurą feng shui, miejsce ich poniesie, nawet na myśl jej przyszły apartamenty, nawet stodoła (która z pewnością chybotliwie kolebała się gdzieś w okolicy) czy tam, nie wiem, stare cmentarzysko, aczkolwiek z ponurych rozmyślań wyrwała ją komenda Aidena, siedzącego tutaj u jej boku na tylnym siedzeniu. Komenda do kierowcy, całkiem dla ucha przyjemna. Hampstead zdecydowanie dobra aurą ociekało. Collierowski adres zdecydowanie seksem. A miłości to mieli aż w zbytku (Pru), a (Aidena) feng shui było zdecydowanie z gatunku tych do zaakceptowania. Mimo rozpierdolu i graciarni.
Cudnym zbiegiem okoliczności kierowca postanowił ich nie nagabywać. Cudnym zbiegiem okoliczności Pru nie wtuliła się w Aidena, jak to we wszystkich filmach podczas podwózek do domu wygląda. Cudnym zbiegiem okoliczności miała wystarczająco dużo czasu, by wpierw patrzeć ciskającym płomieniami wzrokiem z dystansu, płomienie lizały, płomienie rozbierały, a rączki Pru świerzbiły. Długo nie wytrzymała. Skrzyżowała nogi pończoszankowe, zwracając się bardziej ciałem w jego stronę i paznokciami badała linię szyi, odległość między brodą a jabłkiem Adama a także droga od ucha do barku, po czym.... bez wahania i z premedytacją przejechała dwoma paznokciami po linii karku. Dokładnie i tylko RAZ. Uśmiechając się bestialsko i zagryzając dolną wargę. Kultura i ogólnie przyjete normy jednak nakazują nie obnosić się ze swymi namiętnościami i uczuciami w miejscach publicznych, jakim taksówka zdecydowanie jest, więc oszczędzając kierowcy redtubowskiego aktu (a taksówkowy fetysz zdecydowanie musił mieć), Pru na tym poprzestała, zakładając, że wystarczająco rozbudziła i natchneła Aidena do życia.
Czas na nią.
Toteż po wyjściu z taksówki niemal siła pociągnęła abdykującego Króla do drzwi mieszkania modląc się, by rodzicielstwo przybrane i genetycznie powiązane na jakimś balu wykwintniejszym się zabawiało. Przynajmniej w jednym procencie tak dobrze, jak oni (mają zamiar). Ze zniecierpliwieniem obserwowała Aidena, trafiającego do dziurki. Na klucz ofc, po czym gdy iście dżentelmeńsko przepuścił ją przodem, bez animuszu, wstępów, dyrdymałów pochwyciła w szpony jego garnitur i przycisnęła (a z pewnością i rzuciłaby nim, gdyby nie jej potężna siła) do drzwi jego boskie ciało, niepotrzebnie tak długo cisnące się w ciuszkach, i przyssała mocno, drapieżnie do jego szyi.
- Welcome home - zamruczała, gdy po kilku chwilach i dwóch zaczerwienieniach splatała swoją dłoń z jego, by Colliera Starszego pociągnąć w stronę pokoju. Który uwielbiała, do którego drogę doskonale pamiętała.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 2 Mar 2012 - 17:04

A rodziców rzecz jasna w domu nie było. Collierowie Starsi zafundowali sobie szalony trip po Karaibskich wyspach swoim prywatnym jachtem, którym sam William kierował. Pewnie teraz uciekali przed prawie-somalijskimi piratami (krewnymi Corneliusa? mejbi bejbi), więc urocze domo-mieszkanko w Hampstead świeciło pustkami w ciemnościach. Za co Aiden był wdzięczny bardzo. Bo pewnie tatuś ani mamusia nie ucieszyliby się wcale z lekkiego miziania się pierworodnego-niedorodnego syna w okolicy drzwi wejściowych. Tatuś to w szczególności, gdyż nie darzył Wrightówny jakąś specjalną sympatią - bez wyraźnego powodu.
Na widok wręcz przyszłej synowej, przyssanej do szyi wyraźnie ucieszonego z takiej przemocy fizycznej syna, nie zareagowałby zatem wyciągnięciem tacy z chlebem i solą oraz listą imion dzieci z długiej linii Collierów do wyboru.
Ale Aiden na razie nad takimi ojcowskimi niechęciami się nie zastanawiał. Bo jego podjaranie Pru rosło z każdym metrem przybliżającym ich do jego pokoju. Od taksówki, kiedy to Wright dotknęła go w to miejsce. Wyłączając mu na chwilę zdolności umysłowe.
Teraz też to ona rządziła w tym związku, ciągnąc go na górę. Oraz otwierając drzwi do jego pokoju i wchodząc bez żadnego skrępowania. Które byłoby sztuczne i dziwne, bo była jego częstą wizytorką. Za starych, dobrych, słonecznych czasów. Kiedy to Pru miała na sobie tylko letnią sukienkę, a on zwykłe dżinsy i dusili się z gorąca na łóżku i pili herbatę, bo Wright nawet w taki upał musiała mieć obok siebie termos, i rozmawiali i on ją odsuwał i odpychał z częstotliwością depresjonującą, ale to kiedyś było i teraz odepchnięcie jej było ostatnią rzeczą, której pragnął. A pierwszą... pierwszą właśnie uskuteczniał, łapiąc ją w pasie i przyciągając do siebie, by móc ją namiętnie pocałować. Długo. Delektując się wręcz każdym ruchem, każdą sekundą, każdym dotykiem. Z całym językowo-ustnym ceremoniałem pocałunek uskuteczniał, wsuwając swoje dłonie pod jej cienką bluzkę i przejeżdżając palcami po linii kręgosłupa. Robiąc jednocześnie kilka pewnych kroków w przód (a w prudensowski tył) na oślep, nie chwiejąc się jednak ani razu, bo co jak co, ale topografię swojego pokoju znał doskonale. Nawet w taki silnym ferworze uczuciowo-erotycznym.
Nie, nie planował na dziś niczego niecnotliwego. Po prostu nie mógł już wytrzymać. Każda komórka jego ciała była w stanie choroby psychicznej i głodu wręcz narkotykowego. Powodując zamknięcie się w jego mózgu zastawki odpowiedzialnej za cnotę, granicę i moralność. Już nawet abstrahując od dzikiej tru miłości, co go opanowała od stóp do głów, był facetem. Facetem dość rozwiązłym łóżkowo. Który nie miał tej przyjemności od lat setek milionów tysięcy. A teraz miał przy sobie drżące, chętne, UKOCHANE w dodatku kobiece ciało. Nic dziwnego, że trzeźwo nie myślał i prawie ją przygwoździł do jedynej wolnej ściany w pokoju, odrywając swoje usta od jej i prawie że nieelgancko dysząc w jej szyję. Wzięcie głębokich oddechów nie pomagało, bo zaciągał się jej zapachem; postanowił więc grać na czas i swoje niewykorzystane zwłoki i ściągnąć jej koszulkę, nie przejmując się tym, czy jej fryzurę zepsuje czy też nie. I tak dzisiaj ułożona nie będzie. Chyba, że na łóżku i to raczej rozłożona. Ale...cnota cnota cnota!
- Herbaty? Kawy? Gorącej czekolady? - spytał więc kulturalnie zmysłowym tonem, podczas ściągania jej bluzki, jedną ręką, bo drugą dalej trzymał ją za biodro, by mu się od ściany nie odwinęła. I na przykład zaczęła układać się na łóżku do snu. Bo chyba by zwariował. Chociaż, naprawdę, jadąc tu miał plan cnotliwy.
Bluzka upadła na łóżko, więc Aiden mógł się odsunąc w końcu na odległość ramienia i obrzucić jego górną połowę Prudence spojrzeniem tak głodnym, że aż niemoralnym i wręcz gwałcicielskim i zmysłowym i namiętnym i ... doznał lekkiego wcięcia. Co od razu na jego twarzy nie było widoczne.
Pod linią stanika widniało mianowicie coś. Tatuaż. Skądjakkiedywtf? Znów go o mindfuck przyprawiła. I o wantfuck też. I walczyły w nim obydwa obozy. Czy rzucić się na Pru i po prostu mieć ją teraz tutaj o boże , czy dać ujście swojemu wtfowi odnośnie t a t u a ż u.
Na pewno zauważyła zmieniony wyraz jego twarzy, z seryjnego gwałciciela na seryjnego mordercę. Kobiety zauważają takie różnice, na pewno.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 2 Mar 2012 - 23:03

Droga do aidenowego pokoju była w czasie ukrócona znacznie i nowelicznie okazywała się dążeniem do punktu kulminacyjnego, który - wbrew pozorom - nie był jedynie kropką na szczycie schematu, a rozciągniętym w czasie, wieloetapowym osiągnięciem. Prudence uważała oczywistą ochoczość chłopaka (jej chłopaka, osobistycznego i jedynego) za progres swój, jego i ich jako duetu. Na obopólną korzyść podziałał czas - z pewnością, wyzwaniowyznanie Pru - prawdopodobnie, obietnica Aidena - bezsprzecznie i - chwała Fortunie, co to im zesłała - okoliczności wyjątkowo negliżujące i sprzyjające.
Bal Semestralny. Prom. Ostatni taki Collierowi pisany, olaboga! Według wszelkich przyjętych norm powinien być poprzedzony pojawieniem się męskiej połówki w domostwie damskiej, zniecierpliwienie i oczekiwanie na nią, która to ona powinna ze schodów w slowmotion spłynąć w blasku piękna i glorii, po czym on pod ramię kobiecinę młodą ująć i sprowadzić po drewnianych schodkach domostwa z szafirowymi okiennicami do czarnego kabrioletu, którym odjadą na bal huczny. A po balu... Właśnie, już w obowiązujące tradycje wpisane było i w rocznikach nagminnie wspominane, jak to należało po ostatnim tańcu udać się w miejsce ustronniejsze i poddać ochocie odkrycia własnej cielesności na tylnym siedzeniu samochodu, chociażby. Już niekoniecznie kabrioletu, tfu, mróz, śnieg i szczękanie przygryzających wargę zębów.
Jak na hipstersko-hippisowską miksacje przystało, jeśli już balowe stereotypy potwierdzać się zdawali, to w sposób przewrotny i po surowej selekcji. Która, między innymi, wykluczyła czynności drogą wstępu, drogą przymilenia się mamusi i pochwalenia tatusiowi lubej samochodem. Podczas osiemnastowiecznej wiksy, również pod prąd, zignorowali swe wyznaczone pary ( a tak serio to Aiden był zmuszony zignorować, a Pru była zmuszona przyznać, że została najzwyczajniej w świecie OLANA), na after wcale-a-wcale nie przybyli taktownie spóźnieni. Wrightówna szczerze mówiąc nawet o zdjęciu podwiązki nie pomyślała, tylko szybko wciągnęła na tyłek krótkie spodenki z ciemnozielonego jeansu. Co automatycznie powodowało, że musiała podwiązkę co sekund kilkanaście chować pod materiał. Aż do chwili, kiedy after opuścili.
Bo teraz mogła wszystko.
Którą to zresztą sposobność wykorzystywała, dając się porwać namiętnościom i chwili (z czego Kornel dumnym powinien być, ha! ale do niego i jego działalności dojdziemy). Aiden był tak dla niej jak nigdy. Z resztą, NIKT nie był dla niej taki. Nie dotykał jej w ten sposób, tak odważnie i tak... władczo. Przez, przejętą nawoływaniami wielbiącymi Colliera Starszego wzdłuż i wszerz, głowę Pru przemknęła krótka, zapisana w pamięci myśl, że... hmm, to dziewczę prawdopodobnie lubi dominację! I szybkie decyzje. I nie pytanie o pozwolenie.
- Daj mi odpowiednik kawy. Gorący, pobudzający, niezdrowy i pozostawiający w ustach smak. Długo - koszulki pozbawiona, do ściany przygwożdżona, niesokolsko, acz kocio/lisio wyprężona rozebrała Aidena wzrokiem, szacując co z niego warto ściągnąć na początek. Marynarka była pierwsza, była wierzchnia i zbędna. Podobnie jak koszula, której guziki zaczęła odpinać od góry jedną ręką, bo drugą uwalniała jej dolną partię spod pasa spodni. I podczas gdy ona uporała się z trzema guzikami i połową koszuli, a marynarka powiewała w przestworzach, mając zamiar lądować na podłodze - Pru brwi ściągnęła i przeniosła wzrok z kuszącego kawalątka opalonego, widocznego już brzucha, a właściwie biodra - tej najzajebistszej kości u faceta - na jego twarz, nieco confused pauzą, jaką sobie uczynił. I zorientowała się w jakim elemencie jej ciała wzrok utkwił. Zanim spytała, czy coś nie tak z jej lewą piersią jest, ugryzła się w język. Bo to odrobinę niżej było.
Kurwa mać. Tatuaż. O tym zapomniała, o tym on nie wiedział, o to krótkie "inspiration is everywhere is inspiration" mieliby się teraz martwić? Seriously? Ejże, to facetów jara, to podnieca, "dowodzi odwagi, odporności na ból" i takie tam. Ale Aiden (hipstersko - znów) tego nie lubił. Nigdy. Prudka pamiętała jak raz czy dwa mignęła im Amy w jakimś jednym czy drugim epitafium i że Aiden coś tam wymamrotał o wyobrazkowanych i z kobiecości ogołoconych na rzecz tatuażu. I że woli Pru bez makijażu i że ma być naturalnie i jak Pan stworzył i weź sobie herbatki, słońce, nie dotykaj mnie tu. A tak naprawdę to podobna historia miejsca nie miała, Collier nie znosił i już. "Tradycjonalista i szowinista" PFF. A tu patrz, sam stoi przed kobietą mu przeznaczoną i czarnym tuszem podskórnym naznaczoną. Co pomogło Pru pojąć nagłą zmianę zapału, który się z jego oczu sypał.
- To jest piękne Aiden, popatrz - wsunęła dłoń pod jego koszulę i bez animuszu zerwała pozostałe cztery guziki - bądź moim wszystkim - wydobyty z jej ust szept był wysoki, rozdygotany, przejęty. Inspiracją już dla niej był. W tej chwili też. Posyłając w jego kierunku skupione, pytające o pozwolenie spojrzenie, zatrzymała coś co przez chwilę uczynić miała zamiar. I popchnęła go lekko (czyli napierając całym swym ciężarem) w strony miększe, wygodniejsze, utrzymując magnetyczny kontakt wzrokowy. Taki, który iskrzył i... rozpalał. - Nie chcę traktować Cię iluzją akceptacji zdobienia na moim ciele - co dość jasne powinno być. - Chciałabym nie używać mocy nadprzyrodzonych i skupić się na mojej własnej, naturalnej - zadużogadaniaWright, do rzeczy! - Nie wymagam tego od Ciebie - nie, nie kontroluj się Collier, ja sobie poradzę! - ale... nie rozmawiajmy teraz o tym - popchnęła go lekko w nagi tors po raz ostatni, prowokując to, że na łóżku usiąść musiał, a nawet jeśli nie chciał, to Pru mu wyperswadowała, że jednak tak, siadając na nim okrakiem i obsypując kąsającymi pocałunkami jego obojczyk, bark, zaraz potem szyję i, gimnastykując się nieludzko, musnęła językiem okolice karku. Na tyle na ile sięgnęła.
Oesuesu wielkie rzeczy. Przecież nawet Alex tatuażowym był już, o!

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 4 Mar 2012 - 12:51

Aiden naprawdę wolałby się skupić na dawaniu jej odpowiednika kawy, czekolady, dobrej whisky, skręta z najlepszego towaru, powieści w rozdziałach ciekawych napisanej, manny z nieba, ukochanej piosenki w radio na dzień dobry i wszystkich klejnotów świata. W tej chwili, tutaj. Tak, żeby zapomniała o innych przyjemnościach, bo nic przyjemniejszego od seksu z Aidenem na świecie nie miało prawa istnieć. Przynajmniej w danej sekundzie, w której tenże akt się dokonywał - moc miała swoje megalomańskie prawa i może nie powodowała zaniku pamięci, ale wzmocnienie bodźców niestety tak. Co wcale takim idealnym darem nie było, wbrew pozorom.
Nawet teraz, gdy już mindfuck zdecydował się na pozostanie bardziej 'i wanna fuck you right now' niż 'i don't mind about your excuses' Aiden zastanawiał się, na ile jej łagodne podejście do banalnej sprawy SAMOOKALECZENIA JEJ CIAŁA KTÓRE KOCHAŁ I BYŁO JEGO WŁASNOŚCIĄ jest podyktowanie sokolską logiką i racjonalizmem a na ile pożądaniem, które w niej przypadkowo i niechcący rozbudził swym dziewiczym dotykiem. A na ile iluzją spokoju ducha (bo o spokoju ciała mowy być nie mogło, a szkoda, pewnie wyglądałoby to zupełnie inaczej). I już miał zaczynać wywód o tym, co jest naprawdę piękne - a piękne było ciało nietknięte żadnymi igłami, tatuażami, kolczykami w dziwnych miejscach...chociaż nie, w języku było to całkiem okej, ale tylko ze względów przyjemności fizycznej, a nie wyglądowej, ale nie należy się teraz w zdradzieckie wątki zagłębiać - oraz z królewską dumą ignorować romantyczne i dramatyczne wyznanie o byciu jej wszystkim (nieczuły był dziś na słowa, zdecydowanie wolał czyny), gdy okazała mu łaskę nie ingerowania swoją mocą w jego myśli, czyny i słowa. Kolektywnie.
Co powinno go wręcz rozjuszyć, bo jeśli jakąkolwiek formę łaski się Collierowi robi, to tylko w innej pozycji niż taka. W sumie, ten bystry pomysł został w aidenowskim niemoralnym umyśle na chwilę dłuższą niż sekunda. Wykorzystać do własnej hmm zabawy dziewoję, a potem pożegnać z szerokim uśmiechem na wąskich i zaciętych ustach. I zaspokojonym, zadowolonym i zupełnie zrelaksowanym poczytać książkę. Co zapewne Aiden-jakiś-czas-temu by zrobił z całą frajdą i zachwytem z takiego obrotu sprawy, ale Aiden-obecny prawie się wzdrygnął i zatrząsł na myśl o takim bezeceństwie i braku dojrzałości.
A może zadrżał przez to, że został brutalnie (chciałoby się rzecz) popchnięty na własne łóżko. I przygwożdżony (też chciałoby się rzec, ale taka chudzina jak Pru za wiele w tej kwestii zrobić nie mogła) do niego także. I dotknięty do szpiku kości, skóry, mięśni, mózgu, wszystkiego, jej językiem, wilgotnymi ustami i nią całą. Co przeciętnego obytwatela St. Bernard rozkojarzyłoby zupełnie, ale Aiden Sokołem był i kwestię tatuażu zapamiętał bardzo dobrze i zapisał ją na fluorescencyjno-zielonej karteczce, przyklejonej do ważnego zakamarku jego umysłu odpowiedzialneog za pamięć. Razem z notatką poruszającą kwestię rozrywania guzików jego kosztującej fortunę koszuli. Nie był skąpcem a do takiej ostrej reakcji był przyzwyczajony - ile to koszul zginęło marnie, ile zamków w rozporku zostało wręcz rozszarpanych - ale propozycja uszycia mu nowej/przyszycia guzików wydawała się bardzo miłosna. I oddająca się.
A o oddawaniu się, podejrzewał, będzie mowa sporo w najbliższym czasie. Ale na razie wolał nie mówić o niczym. Był świadom swojego szowinistycznego moralizatorstwa, które, na całe szczęście, zostało zmiecione z powierzchni planety przez dziką chęć bycia z Pru bliżej niż blisko. Bo jakoś obecnie nie wątpił, że stawianie sobie granic jest niemożliwe i nieosiągalnym byłoby trzymanie się ich. Bo dziś nie myślał, bardziej czuł i chciał. Racjonalność całej tej idei wcale nie była jednak idiotyczna - Prudence Wright go kochała - bo nie wyobrażał sobie celibatu na całe życie, prędzej odstrzeliłby sobie głowę albo inne organy odpowiadające za jakąkolwiek przyjemność, niż nie dotykał swojej przyszłej żony przez te kilkadziesiąt lat.
Ale dość smutnych wizji, które się nigdy nie spełnią. Bo obecnie Aiden postępował bardzo po colliersku, łapiąc Prudence za nadgarstki i dość brutalnie kładąc ją na łóżku tak, że teraz on zajmował bardziej uprzywilejowaną pozycję na górze, opierając się dłońmi po obu stronach jej głowy. I całując namiętniej, mocniej, silniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Lecz czując jej dłonie na swoim ciele doszedł do wniosku, że powinien ją przywiązać. Naprawdę. Kochał dotyk, ale paradoksalnie wolałby, żeby Pru tylko leżała, ba, wręcz go odrzucała. Wszystko przez moc, ale wspaniałomyślniem postanowił, że dziś nie myśli, bo go to zaprowadzi do psychiatryka a nie spełnienia. Erotycznego, miłosnego, człowieczego. Każdego.
- A czego ode mnie dziś wymagasz? - spytał tylko, odrywając się na chwilę od jej ust, tylko po to, by mógł otworzyć oczy i obrzucić ją collierowskim spojrzeniem. I nieco się unieść na dłoniach, by bez problemu rozpiąć jej spodenki, zupełnie niepotrzebne w takiej sytuacji. Tak i reszta jej afterowego odzienia. Bo siebie tak ładwo rozebrać nie da.
Postanowił się od niej odsunąć, ale w bardzo chlubnym celu. Intensywnego całowania jej po szyi; potem po obojczykach i delikatnym materiale, okrywającym - jeszcze - piersi. Dłońmi pieścił jej ciało, przesuwając się coraz niżej i jakąś - tam - racjonalną cząstką świadomości starał się opanować. Opanować swoją moc, bo siebie nie zdołałby obecnie za żadne skarby Trzeciej Rzeszy. Prudence była zbyt blisko, była zbyt gorąca, była zbyt jego, była zbyt chętna, oddychała zbyt szybko i on był zbyt wygłodzony. W końcu, po pocałowaniu każdego centymetra gładkiej skóry jej płaskiego brzucha, prawie że opadł na kolana za łóżkiem i zsunął z niej buty. Potem spodnie, całując ją wzdłuż smukłej łydki odzianej w ukochane pończochy (przynajmniej w kwestii ubioru szanowała jego widzismisię). I w końcu pewnymi dłońmi bieliznę - chociaż powinny trząść mu się ręce; ale wystarczy, że drżał mu oddech, gdy wylądowała ona na podłodze. Nie chciał nad sobą panować, ale uspokoić się na chwilę musiał, pocałował więc, a właściwie wbił zęby w jej wystającą kość biodrową, rozkoszując się smakiem i gładkością jej skóry oraz starając się ogarnąć wirujące mu w głowie fajerwerki i inne erotyczne rewelacje. Już nawet nie liczył ile granic przekroczył bez żadnego zawachania się i wyrzutów sumienia. Abstynencja seksualna ( i miłość, rzecz jasna) bardzo go zaślepiały.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 4 Mar 2012 - 16:39

To, że nie mogło jej spotkać nic lepszego od seksu z Aidenem zaczynała rozumieć, pojmować dość jasno i klarownie nawet na zasadzie interpretowania ich zachowań, zazębiania się, wzębiania w kości biodrowe na przykład też, generalnie całej aury pasji, pociągu, ofiary całopalnej (bo tak się czuła Pru. a w sumie z tą ofiarą to nie do końca (a szkoda (Pru to taki mały pervert jebany))) i przemiłej otoczki ich niezobowiązującego spotkanka. Z każdym kolejnym krokiem, ruchem języka, rąk, nóg, innej boskiej części boskiego ciała boskiego Aidena, Pru sukcesywnie pogłębiała się w swej rozpaczy i nieogarze. I panice lekkiej.
Powodów jest kilka, powody są niezależne od Colliera, powody są zrozumiałe.
Okres oczekiwania. Wright była zadurzona w Aidenie od zawsze. Zawsze miało miejsce mniej więcej wtedy, kiedy dwa blond warkoczyki dziewczęcia w białych rajtkach pod karmazynową sukienką wychylały się zza ściany przy której ulokowany był sobie rząd kolorowych szafek. Aczkolwiek to nie wesoła egzystencja zbitki blachy ją interesowała, a raczej żywot właściciela skrytki 569, tego tam bruneta (ojezu jestem pewna, że już jako czternastolatek miał dwudniowy zarost) w dobrze skrojonych designerskich ciuszkach i wlepionym w osobistyczne plecy/pupę wzrokiem około dwudziestu ośmiu przypadkowych dziewcząt (i dwunastu chłopców), tego, który odczytywał plan zajęć na cały dzień z góry drzwiczek. Całkiem prawdopodobne, że to wtedy Prudka przyjęła sobie za aspirację życiową zakochać się w Aidenie Collierze. Jak na Sokoła przystało, jak na ambicyjnie zeschizowaną perfekcjonistkę przystało, wreszcie jak na upartą kobietę przystało - mogła bez obaw wykreślić ten element z "to do list". Znaczy... nie wykreślić, tylko w neonowo różowe serduszko zakreślić, podkreślić, pogrubić i pokursywić. Teraz miała go tutaj - po tylu latach oczekiwania, konsekwentnego zakochiwania się, po tylu niewykorzystanych okazjach i wykorzystanych pudełkach chusteczek (nie chce mnie = nie lubi mnie). A ONA TAK PRAGNĘŁA. Zawsze, wszędzie, na akademiach szkolnych i rozdaniach dyplomów, głównym korytarzu i stołówce, jej i OJACIĘ jego pokoju. Wreszciewreszcie.
Moc Aidena. Był to powód kolejny, ogniwo spajające, element nieco nienaturalny, ale ani trochę nie przeszkadzający. Była całkiem supermegafoxyawesomehot ucieszona, kiedy odczuwała kosmiczny głód Aidena, a nie jego dotyku. Zakładała, że on sam również musiał się odrobinę kontrolować, w przeciwnym razie to co on z nią robił mogło raczej spowodować nieświadomość miejsca, czasu i - strzeż Panie - towarzysza. Gdyby erotyczna gorączka dotykała Prudence w swej pierwotnej, niefiltrowanej formie - czy mogłaby mysleć? Serio? Myślec, podczas gdy on działał destrukcyjnie na jej poukładany światek, rujnując wszelkie założenia i prawa rzadzące światem. Nobosory, czym jest grawitacyjne przyciąganie przy żądzy, słabości, jakiej doświadczyła, niemalże rzucona na łózko, na tyle mocno, że odbiła się na dwa centymetry n.(ad)p.(oziom)m.(ateraca)., by zaraz zostać do niego permanentnie przygwożdżona? I pocałowana? I to w TAKI sposób! Taki, tj. nie pozostawiający złudzeń, taki, czyli kontynuowany przez gorliwe pozbawianie jej odzienia bez ekhm.. pierdolenia się z tym, bez powolnego rozpinania i zsuwania spodenek, bez zahaczania palcem o krawędź czarnej, odznaczającej się na tle bladego ciała, bielizny z jej dziewiczego ciała.
Właśnie, dziewiczego. Właśnie, cnota. Prudence Wright była jedną z niewielu st.bernardowiczek (jak podejrzewała), które nie mogły uczestniczyć w szalonych dysputach ds. minionych nocy w blasku klubowych laserów i przyjętej ogólnie zajebistości w postaci defloracji przypadkowej. Aż dziw, że z Aidenowym Bogiem Seksu nie rozmawiali o tym przemiłym aspekcie prudkowej egzystencji. Może przez odtrącanie? Może przez ciągłą nadzieję Pru na rychłą zmiane stanu rzeczy? Może ze względu na krępację? No bo on tyle wiedział, no bo ona nic, OJEJU takie dramaty, takie niejasności, niedopowiedzenia. Prudence była spięta. Tak odrobinę, tak nieświadomie (świadomość nie istniała z racji wyparcia przez lawinę gwałtownych namiętności, a podświadomość skupiona była na całkiem innych kwestiach, tj. przyciąganie Aidena do siebie w celu powzięcia życiodajnego oddechu z jego ust, tj. wyłuskana spośród żarliwego analizowania ciał chwila kontaktu wzrokowego, przez który chciała mu powiedzieć wszystko, tj. usilne mocowanie się z klamrą aidenowego paska w chwilach, kiedy nie była zajęta wbijaniem w skórę collierowskich pleców paznokci do krwi - podramatyzujmy), ale wystarczająco, by ceremoniał od tej chwili - chwili negliżu całościowego - traktować zupełnie poważnie, z palpitacjami serca i ekstremalnie przyspieszonym oddechem. Co można było uznać za zupełnie naturalne, gdyby nie słowa, którymi odpowiedziała na pytanie Aidena.
- Niczego. Ufam ci, Aiden - wydusiła z siebie, rozdygotanym szeptem, natychmiast biorąc haust (nieco przerywany emocjonalistycznie) powietrza. Pru zakładała, że spodziewał się raczej uporządkowanej alfabetycznie (numerycznie też <3) listy pozycji i udziwnień, których wymagać mogła, że wspomni o pieczołowitym uwzględnieniu jej uchowego punktu G czy innych, zdecydowanie plus osiemnaście aspektach ich aktualnego usytuowania ciał/myśli.
W ramach chwilowego zakłopotania, odzyskała jako-tako władzę w palcach na tyle, by się wreszcie (!) uporać z Aidenowym paskiem, lecz miast zerwać spodnie z jego ciała od razu i bez skrupułów - wsunęła dłonie do ich tylnych kieszeni (miał je i kropka) i zdecydowanie nie-po-dziewiczemu uszczypnęła go w pośladki. Tak całymi dłońmi. Czyli po prostu ścisnęła, unosząc się lekko na łokciach, by przejechać koniuszkiem językiem wzdłuż jego lewego obojczyka. I żuchwy. I dolnej wargi. Po czym już musiała umożliwić ich wargom kontakt całkowity, mimo że namiętny, to odrobinę.... niepewny? Prudence Wright ogarnij się.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 4 Mar 2012 - 18:02

Aiden też pragnął. Też od zaorania dziejów, poprzednich epok i ogółem od około lat miliona. Pragnął kochać się z Prudence Wright. Kochać się, a nie pieprzyć czy uprawiać seks, bo uprawiać, to on mógł sporty ekstremalne w toaletach. A pieprzenie czy też wesołe dostarczanie sobie i innym najprzyjemniejszej rozrywki miał już we krwi i za sobą.
Może i nie pragnął tejże szlachatnej i rrromantycznej rzeczy od klasy pierwszej czy drugiej - wtedy raczej gustował w dziewczęciach starszych i bardziej doświadczonych. Potem - chwilowo i sekretnie - w chłopcach. Lecz potem, odkąd pierwszy raz udało im się uskutecznić pierwszy związek - duże nagromadzenie liczebników! - coś w mózgu aidenowskim kliknęło i się zatrybiło. Niekoniecznie dobrze. Bo sobie ubzdurał, że z Pru będzie inaczej, jak już wymyślą jakiś lek na jego moc i będą mogli się po kochaniu się poprzytulać i w ogóle pure romantic, zamiast ponownego rzucania się na niego z pocałunkami. Bo z Wright chciał uskutecznić swoje idealne marzenie o idealnej relacji miłosnej. Nie było tu miejsca na potyczki, pomyłki i wpadki. Jakiekolwiek.
Ale ta dość długa rozłąka, zakończona w Crown, sprawiła, że Aiden dojrzał i pewne rzeczy pojął. Rozumowo. Wręcz empirycznie. Że nie ma rzeczy idealnych i różne takie olśnienia rodem z najnowszej książki Paolo Coelho.
Co sprowadziło go właśnie do swojego pokoju, z roznegliżowaną prawie zupełnie Prudence, zabierającą mu ostatnie oddechy i połączenia synaps z światem rzeczywistym. Jedyne co było realne i namacalne to jej ciało, które obdarzał pocałunkami i cichą adoracją. Gdyby był Blaise'm, mógłby napisać piękny erotyk o tym, jak wygląda pociągająco, jak wzbudza w nim pożądanie (także dotykiem, ale tym...naturalnym), jak światło księżyca (bo księżyc w noc, taką jak ta, musiał być obecny!) igra w jej włosach i tak dalej. Ale był tą gorszą collierowską latoroślą i zamiast myśleć artystycznie, myślał fizycznie. I dość egoistycznie.
Oderwał jej dłonie od swojego ciała i spodni, przenosząc je za głowę dziewczyny i prawie dusząc ją w namiętnym i głębokim pocałunku. Była słodka, była jego. I to bycie zupełnie jego i od jego decyzji zależną w stu procentach, zupełnie wyłączyło mu myślenie, jakiekolwiek i o czymkolwiek innym poza Prudence. I sobą samym, rzecz jasna.
Nie dał się jednak jej nacieszyć dotykiem swoich ust, bo zanim zdążyła zaprotestować albo w jakikolwiek sposób go powstrzymać (ciekawe jak?), stał już nad łóżkiem, oddychając ciężko, jakby właśnie miał problemy z sercem/był podniecony do granic aidenowskiej wytrzymałości, która była bardzo wątła, niepotrzebne skreślić. Oczy miał roziskrzone, usta rozchylone, koszulę zgubioną w trakcie łóżkowych przewrotów styczniowych i wyglądał jeszcze bardziej rozerotycznienie niż zazwyczaj - co było ciężką sztuką, trzeba to przyznać bez zbytniej skromności. Gdyby ktoś, irracjonalny i niemoralny ktoś, postanowił uosobić zmysłowość i ją spersonifikować, wtłoczyć w ramy człowieczeństwa, bez wątpienia spod jego rąk wyszedłby sam Aiden. Coś jak Wenus z morskiej piany. Tylko w wersji jak najbardziej męskiej.
A co do przedstawicielek płci pięknej - Pru wybiła go z rytmu. Pewnie nieświadomie. Miał się elegancko pozbyć spodni w trybie dwusekundowym i zapewne by to zrobił, gdyby oczy miał zamknięte. A nie miał. Więc obraz półnagiej, tylko w biustonoszu (którego równie dobrze mogło nie być) i pończochach (które działały bardziej, niż gdyby były nieobecne) Pru, niemoralnie rozłożonej na jego łóżku, sprawił, że autentycznie zakręciło mu się w głowie, a serce przyspieszyło do tryliona uderzeń na sekundę. Bo nie ma nic bardziej wyzywającego, niż naga kobieta na Twoim łóżku. I, jednocześnie, nie ma nic bardziej uległego i poddańszego. I wiążącego Ci ręce, władczego, oszałamiającego - bo taki widok ma nad Tobą władzę zupełną.
Pewnie Aiden zupełnie niefilozoficznie zastanawiałby się nad tą kwestią kolejne dwie sekundy, ale jego fizyczność przejęła władzę w collierowskim królestwie tak szybko, że nawet nie pomyślał o tym, gdzie potoczyła się jego korona.
Przestał więc patrzeć na nią, jako byt cielesny, i zapamiętywać każdą część jej ciała i spojrzał jej w oczy. Mocno, o ile spojrzenie może takie być, ale załóżmy, że Aiden może wszystko.
I może się nawet po męsku rozbierać. Co też uczynił. Co było oksymoronem, prawie w każdym facetowym przypadku. Bo dziwne, że w tak nagłej i napiętej i napalonej sytuacji mógł to robić bez szamotania się z zamkiem, bez skakania na jednej nodze, bez przekleństw, bez przewracania się, bez nerwowości ruchów, ale też bez zbytniej egzaltacji i jakiegoś niedorzecznego striptizu spod ciemnej gwiazdy i jeszcze tańszej gwiazdeczki jednego kinowego (bądź internetowego) przeboju. Po prostu stawał się nagi. Fizycznie. Psychicznie już dawno taki dla Pru bywał, a to był trudniejszy krok do pokonania.
Bez żadnego zażenowania, wstydu Aiden pozbył się ciuchów w tempie prawie natychmiastowym, acz nie chaotycznym. Nie przestając się w oczy Prudence, w tym półmroku bez koloru niestety, wpatrywać, z lekkim, prowokującym uśmiechem na twarzy.
Chętnie jeszcze by się przetrzymał tak na dystans, chociażby po to, żeby Pru trochę ochłonęła (chociaż, ochłonąć z takim widokiem? sounds logic) i żeby trochę zminimalizować swój dotyk, ale to byłby skrajny masochizm. Więc pozwalił sobie na ostatni odległy-od-Pru oddech i ciągle utrzymując ten magnetyzujący kontakt wzrokowy (to musiało być męczące i optycznie niewykonalne, hmm) pochylił się nad nią i pocałował. Namiętniej niż przed chwilą, jakby ta krótka-długa chwila pseudorozłąki tylko go wygłodziła do granic możliwości.
Pewnymi dłońmi powędrował na jej plecy, rozpinając jednym, sprawnym ruchem biustonosz i schodząc pocałunkami z opuchniętych już odrobinę ust na szyję. Znacząc ją mocnymi ugryzieniami.
Już miał przesunąć język niżej, gdy coś poczuł w drżeniu ciała Pru. Coś, co nie pasowało do żadnych innych oznak podniecenia. Nie było to silne, ale Aiden w kwestiach łóżkowych znał kobiety, kolokwialnie ujmując, na wylot. I potrafił, nawet pod silnym działeniem jego mocy, wyczuć jakieś wahania czy inne wesołości. A teraz wyczuł...zdenerwowanie? Spięcie? Jakieś wahanie?
Oderwał się od jej szyi, znów patrząc jej w oczęta. Gdyby nie był aż tak podniecony, mogło by być to spojrzenie wręcz naukowe, logiczne i psychologiczne. Jak z kozetki psychologa-erotomana. Lecz aż takie pure nie było.
- Denerwujesz się czymś? - spytał niskim głosem, nie mogąc się powstrzymać od pocałowania jej, blokując odpowiedź na to pytanie - mistrz racjonalności.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 4 Mar 2012 - 20:08

Dramaty bohatera romantycznego. I tragicznego przy okazji. Tragiczne dramaty romantyczne! Które zawierane były na kartach historii/literatury od zaorania (<3) dziejów i dostarczały rozrywek jakości wątpliwej dla większości, Pru niekoniecznie. Zaczytywać się lubiła, przeżywać niekoniecznie. Więc (tak, wiem) współczuliła Aidenowi z całego, przepełnionego bezgraniczną miłością, serduszka jego dylematów ciągłych i regularnych w czasie ich związku/ów. Doceniała to zazwyczaj, że jej chłopak czasem myśli właściwą częścią ciała, że nie uskutecznia z nią aktów seksualnych drogą wyładowania agresji/rozerotyzowania, że chce ładnie pięknie i z płatkami róż wirującymi w całym kociołku satynowo-baldachimowym. Do czasu.
Później nadszedł okres wkurwu permanentnego, kiedy to Prudence była sukcesywnie doprowadzana do erotycznej pasji, a następnie z niej wyprowadzana w pakiecie z równowagą i traktowana jak przymilający się kotek (! - "tak Kornel, wiem że to czytasz"), którego po przemiłych i ROZPALAJĄCYCH pieszczotach odkłada się na bok i karmi. Herbatą. W ramach ugłaskania, jasne. Not any more. Pru się zbuntowała, Pru powzięła kroki - jak na romantic hero przystało - tragiczne i koszmarne w konsekwencjach, postawiła dość niejasne ultimatum. Co w sumie równie niejasno pamiętała. Było przesłonięte zasłoną ciemności, chusteczek i przekrwionych oczu. Bo Aiden wybrał źle. Miast dać jej czego pragnęła (jego), bardzo heroicznie zdecydował się na oszczędzenie jej zbędnych fascynacji i radości i łaskawie ją opuścił. Co doprowadziło do tego, że wszystko było wrong, a nic (w)right (he-he), Pru rozsypała się na kawałki, generalnie poskładanie jej było całkiem niezłym wyczynem. Coś jak puzzle z tysiąca kawałków bez ilustracji wyjściowej. Pejzaż w dodatku. Konkretniej las iglasty nocą. Nie dała rady ani wódka, ani Chloe, ani terapia szokowa pt. wiksiarski tryb życia (pewka, Pru, jasne) mode on.
A teraz myślała, że może dobrze. Znaczy generalnie najgorzej na świecie, nic dobrego nie było w rozstaniu z racji tego, że to FACET nie chciał się SEKSIĆ (nazywajmy rzeczy po imieniu), co powinno w jego ego uderzyć i fokle sprowadzić do parteru tak by na kolanach wymadlał przebłaganie za grzechy i niechcenie. Bardzo na kolanach, bardzo z pasją i drogą krzyżową, przez kręgosłup, do szyi i ucha. Nie zrobił tak? Nie. I Prudence zastanawiałaby się, gdyby zdolna była - dlaczego nie jest to za chwilę, czy to nie wyszło im, konkretniej jej, na dobre, bo skoro teraz tak panikowała (jawne i oczywiste) przed (jawnym i oczywistym) aktem defloracji z NIM - co byłoby wówczas? Gdy była młoda i głupia i najarana? Zemrzyłaby na miejscu czy może z podekscytowania złamałaby mu kilka kończyn i żeber? I nie ogarnęła tego, że należy się ogarnąć?
Generalnie jedynie ostatnie retorycznie postawione pytanie zasługuje na odpowiedź. Byłoby mechanicznie. I - owszem - jak z każda inną, czyli nie ma mowy o kochaniu się, genitalia w ruch i zróbmy wszystko, żeby Pru była usatysfakcjonowana. NOT WRIGHT.
Bo teraz to i ona i on (jak wciąż i wciąż podejrzewała) się kontrolowali. I dzięki temu miało być pięknie ładnie składnie i powabnie. I było, naprawdę! Prudence czuła Aidena, czuła jego ciało, ale w odpowiednim momencie ujrzała oczy, co dodawało plus sześćset do bliskości emocjonalnej. Że o autouwielbieniu nie wspomnę. Chociaż nie do końca auto. Aidenouwielbieniu, o.
Który chwilowo się targnął na swoje życie, ten Aiden znaczy. Kto to widział - odskakiwać od uduchowiono-rozerotyzowanej kobiety? Swojej kobiety? I mogła go obrzucić cierpiętniczym spojrzeniem i zasugerować, żeby w ramach kary odtańczył kankana. Nago. Aczkolwiek druga fantazję zrealizował w trybie here and now. A jak tak realizował, to na usta Prudence wstąpił rozanielony uśmiech, oczy jej rozbłysły krystalicznie czystą radością - Aiden chciał spełnić obietnicę. Wcale a wcale nie miał zamiaru jej rozpalić i zostawić na miejscu w negliżu każdego rodzaju ("tak Kornel wiem(...)"), tylko będzie z nią, srsly.
Była na łokciach podparta - do czasu. Bo jej zmiękły, bo wolała spłynąć na miękką poduszkę, by zacisnąć dłonie na dotychczas gładkim prześcieradle i zasznurować usta, coby nie wydostała się z nich ani kropla dziękczynnej litanii w ramach wielbiącego odezwy do Aidena. Na pochwały będzie czas. Właśnie dlatego była niezdolna do myślenia. No more logic.
Spojrzała w te elektryzujące oczy, doszukując się w nich niepewności, zahwiania, "robię to dla ciebie", "chcę cię uszczęśliwić" i takie tam okropne rzeczy. NIE znalazła. Z uwielbionych przez Pru czekoladowych oczu płynął spokój, pewność i.... nie, nie chciała sobie wkręcać, że miłość, kochanie widzi, to pewnie złudzenie. Ale wystarczająco silne, by Pru pojęła, że nie ma się czego obawiać. Nie ma ni pół powodu, dla którego miałaby się trzymać kurczowo paniki i poddenerwowania. Nawet wówczas, gdy on ją wyczuł i pozbawił jednocześnie ostatniego elementu odzienia.
- Dość kosmicznym szczęściem się denerwuję - przyznała, po namiętnym odwzajemnieniu pocałunku. I po zarzuceniu ręki za jego szyję, podczas gdy drugiej palce błądziły po torsie Aidena, szukając drogi do pępka, kości biodrowej, wewnętrznej części ud, na której zacisnęła dłoń. Swoją drogą męskie biodra są niemiłosiernie seksowne. Pru też tak uważa, Pru wyciąga szyję, by przejechać językiem po małżowinie usznej Aidena, jednocześnie wczepiając palce w jego włosy i lekko je ciągnąc. Owiała jego szyję ciepłym oddechem, przysuwając rozpalone wargi do collierowskiego ucha. - Już wystarczająco długo czekałam - oparła się znów na poduszce, ujęła jego twarz w obydwie dłonie i przyciągnęła mocno do siebie, rozpoczynając pocałunek potwierdzający, w pełni aprobujący, bardzo kochający i z kategorii tych... gwałtowniejszych i odrobinę cruel. Kiedy to nie ma czasu na zgrabne ułożenia warg i prowokacje koniuszka języka. Pocałunek podobny charakteryzuje się chęcią. Silna. Mniej więcej taką, jak wyprężenie ciała Pru w ramach uzyskania jak największej płaszczyzny styku z Aidenem.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Nie 4 Mar 2012 - 21:25

+18
Mężczyzna, który odmawia seksu dziewczynie. Mężczyzna, który nie żąda a odmawia dowodu miłośći. Mężczyzna, który nad własne erotyczne potrzeby przedkłada wyimaginowaną cnotę i dobro ukochanej. Mężczyzna, który mając przed sobą ultimatum - albo się ze mną kochasz (mną piękną, młodą, giętką, powabną, seksowną, pożądaną przez lud i przez mężczyznę swego życia) albo się rozstajemy, z honorem i świętym przekonaniem o racjonalności wybiera opcję numer dwa. Czując się wręcz oburzonym, że się go przed takim wyborem postawiło, skoro jedynym dobrym wyjściem jest trwanie w najlepsze w tym uświęconym i nieskonsumowanym związku.
O dziwo (prawie dosłownie?) i o paradoksie! Ten sam mężczyzna dwa dni później wygania z łóżka dwie blondynki, następego dnia trzy. Ten sam mężczyzna uroczo zdradza ukochaną z jej najlepszą przyjaciółką (też w imię cnoty, moralnośći i porządku). Ten sam mężczyzna zwiększa swój licznik partnerek nieżyciowych wprosproporcjonalnie do ilości nocy w roku. I dekadzie. Ten sam mężczyzna, zamiast zostać za to wszystko skazanym na śmierć przez powieszenie albo przynajmniej na spędzenie reszty życia w klasztorze o zaostrzonym rygorze (bez żadnego osobnika ludzkiego w zasięgu dłoni i innych części ciała), zostaje potraktowany przez lubą-byłą-obecną wyznaniem miłości. Szczerej, prawdziwej, pruderyjnej.
Wniosek? Zło i niemoralność popłacają. Wniosek2? Wszystko i tak ułożyło się tak, jak Aiden sobie wymarzył. A właściwie jakby sobie wymarzył, gdyby był bezczelnym Lisem, chcącym tylko zaliczyć dużo panienek i uzyskać przy tym miłość życia, elo. Wniosek3? Wyrzuty sumienia, przytłaczające i dławiące. Których Aiden obecnie nie czuł. Bo nie myślał. To widać ich wspólna cecha (?) dzisiejszej nocy.
Lecz mimo podejrzeń Prudence o kontrolowanie się, była w błędzie. Połowicznym. Bo moc rzecz jasna kontrolował. Bez tej kontroli, w tym momencie, leżąc pod nim nago, stykając się całym ciałem z jego ciałem (nagim także) i spędzając wesoło czas na pocałunkach, dotyku bezpośrednim i innych odrobinkę erotycznych zabawach już dawno wiłaby się z plateau/orgazmu/niecierpliwości orgazmu/nadwrażliwości na bodźce, nie wiedząc za bardzo gdzie się znajduje ani co robi - lecz rzecz jasna wiedząc z kim, bo Aiden stałby się centrum wszechświata, erotycznego, nie życiowego. Na całe szczęście? Lecz nad mocą panował na tyle na ile mógł - co tłumaczy brak kontrolowania samego siebie.
Znów, teoretyzując: gdyby kontrolował siebie, to na pewno doszedłby...do wniosków. Że dlaczego teraz, że powinien się ograniczać, że to jeszcze nie pora, że jakoś sobie z rosnącym podnieceniem poradzi, że może jutro wieczorem. Na pewno też rozpocząłby rozmowę o dziewictwie i tak dalej, i tak dalej.
A propos dziewictwa - gdyby i tym zaprzątał sobie głowę, do pięknego aktu seksualnego doszłoby pewnie za dwa lata, gdyby sprowadził prosto z Maroko najpiękniejszą odmianę lilii i rozsypał je po całym wynajętym hotelu gdzieś w Norwegii. W sumie, za lat dziesięć, bo wtedy przelatuje kometa Halleya i zaplanowany jest deszcz meteorytów, których walenie mogliby obserowwać w trakcie...miłości. Albo za lat czterdzieści, bo wtedy przemagnetyzowanie biegunów i...
Stop, dość teorii. Bo praktyka i rzeczywistość rysowały się następująco: Aiden nie kontrolował siebie, kontrolował moc i kontrolował Prudence Wright, łapiąc ją jedną dłonią za nadgarstki i łącząc je nad jej głową. Dość...krępująco, tak, że dotknąc go nie mogła, a sama na dotykanie się bardzo ładnie wystawiała.
Przerwał pocałunek, tak żarliwy, namiętny i nie podobny do pruderyjnej Pru, że aż zabrakło mu tchu. Za bardzo nie mógł się jednak opanować, by na dłużej oderwać od niej swoje usta. Zniżył się więc nieco, dalej trzymając ją mocno za ręce i zaczął pieścić jej piersi swoimi wargami. Po raz pierwszy, dla niego. Bez specjalnej delikatności, lecz z collierowskim wyczuciem. Drugą dłonią przejechał powoli wzdłuż jej ciała, przez brzuch i gładkie pośladki, czując, że jego oddech przyśpiesza równo z biciem serca. Którego rytm Pru musiała czuć. I w sumie nie tylko to musiała Pru czuć na swoim ciele, bo Aiden był podniecony do granic wytrzymałości. Od jakiegoś tygodnia, święto!
Dreszcze przebiegały mu po kręgosłupie i chwilowo stracił zdolność rozumowania, koncentrując się tylko na emocjach i ciele. Bez logiki. Emocje mu w głowie się dość mocno trzęsły, bo kochał się z osobą którą kochał, co było też jego pierwszym razem i ewenementem na skalę światową. Lecz dłonie i usta mu nie drżały, gdy znów ją zachłannie pocałował, tak zachłannie, że dramatycznie zderzyli się zębami, czego on chyba nawet nie poczuł. Bo całe jego męskie czucie znalazło się w jednym miejscu.
Jedną dłonią dalej pieścił jej sutki, a drugą dość brutalnie rozsunął jej szczupłe uda. Po czym spojrzał jej w oczy, wierząc święcie i grzesznie, że widzi w jego oczach coś więcej niż pożądanie, coś więcej niż chęć posiadania; jakieś wyższe uczucia. Bo mogło to wyglądać inaczej i zapewne, teoretyzując, wyglądałoby, gdyby myślał. Mógłby też wygłosić urocze aj law ju, co byłoby oznaką dramatyzmu, harlekinizmu i erotyzmu z kiosków i supermarketów. Ale zamiast tego pocałował ją dla odmiany delikatnie, już bez rozszarpywania warg zębami.
- Ty wiesz, prawda? - wyszeptał sekundę potem, bardziej stwierdził,niż zapytał, bo był pewien, że Pru wie, szeptem zmysłowym i drżącym, tak drżącym z pożądania i chęci i miłosnego uczucia, że gdyby myślał, to by się przestraszył: tego, ile jego najskrytszych emocji można by z tego tonu, z jego oczu w danej chwili wyczytać.
Przynajmniej z głosu i źrenic, bo czyny aż tak delikatne i kochane nie były. Gdyby wiedział, tak, tak, gdyby. Ale nie mógł już dłużej czekać i rozmyślać. Nie czekając na jej wiedzeniowe potwierdzenie, pocałował ją mocno, jakby chcąc zagłuszyć i zakneblować swój własny oddech i wszedł w nią mocno, jednak jęku nie mogąc powstrzymać. I silnego drżenia ciała. I nagłego otworzenia oczu. I wbicia paznokci w jej ramię, jakby chciał ją przytrzymać, powstrzymać, przybliżyć do siebie bardziej, mocniej, chciwiej.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?




Ostatnio zmieniony przez Aiden Collier dnia Sob 31 Mar 2012 - 15:06, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 9:38

+18
Prudence wyobraźnię ma bujną. Jej imaginacje są żywe, bogate, szczegółowe i dopieszczone, jej imaginacje nie mają nic wspólnego z tym, co przeżyć jej dane było w pokoju Aidena C. po Semestralnym Balu, po afterze, po krótkiej przejażdżce taksą do mieszkania. Seks wyobrażała sobie niejednokrotnie. Seks z Aidenem praktycznie przy każdej nadarzającej się okazji, której nie wykorzystywali. Chociaż nie do końca wyobrażała, a miała na ów nadzieję. Nieporównywalnie słabiutką w porównaniu do tego, co okazało się rzeczywistym aktem miłosnym.
Czując bliskość Aidena wiedziała, że wszystko jest tak jak być powinno, że nie ma powodu do dylematów i zbędnych dywagacji natury erofilozoficznej. Człowiek, którego kochała jako pierwszego i ostatniego tym rodzajem miłości w swoim życiu, był blisko jak nigdy, dotykał jak nigdy i, wreszcie, patrzył jak nigdy. Gdyby nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności Pru oczy miała zmrużone, perwersyjnie, rozkosznie, totalnie - nie dostrzegłaby tego emanującego zapałem spojrzenia. Zapałem namiętności, odrobiny żądzy i mnóstwa uczuć. Których sobie -olaboga -nie musiała wyobrażać. Oczy Aidena były piękne zawsze. Nawet kiedy ciskały z nich błyskawice złości, zniecierpliwienia, każdej innej reakcji na nierzadko nielogiczne zachowania logicznej Pru, nie tyczy się rzecz jedynie koloru (tak przez nią uwielbionego), a głębi i magnetyzmu. Coś co nieco zbijało z tropu, trwożyło, powodowało miękkość w nogach i wilgoć w bieliźnie. Jakby promieniami X przeszywał nie tylko jej ciało ale i duszę wzdłuż i wszerz.
Teraz też. Ale nie tylko. Wzrok Colliera nie tylko analizował, skanował i rozbierał emocjonalnie, ale też dawał. Zanim zdołała zachłysnąć się powietrzem i miłością, bijącą od jej chłopaka (który KOCHAŁKOCHAŁKOCHAŁ), zanim zdążyła osiągnąć szczyt palpitacji serca, które z pewnością doprowadzić mogły do omdlenia natychmiastowego (po którym to Prudka obudziłaby się w ramionach UBRANEGO Aidena, pozawijana w koce i z kubkiem parującej herbaty przy łóżku; kiedy to Collier wyszepcze do uszka "hej kocie, zemdlałaś. nie możemy uprawiać seksu"), Aiden skutecznie ją uciszył i zaaplikował leczniczego siebie.
Pocałunek, jego forma, jedynie potwierdzał przypuszczenia pewność Prudence, co do uczucia, jakim została obłaskawiona jego spojrzeniem. Spowodowało to zupełne wygładzenie pogniecionych myśli dziewczyny, z których wyparowała z prędkością kosmiczną niepewność i panika. Jego głos, jego pocałunek, jego spojrzenie i pytanie uspokoiły ją dokładnie i precyzyjnie.
Dotyk Aidena rozpalał ją fizycznie, miłość (Aidena też, jupijajej) emocjonalnie. Dzięki tej spójności i zazębianiu się dwóch elementów ich wspólnej egzystencji, mogła się ani trochę nie martwić o prawdopodobieństwo jedynie fizycznego pociągu, że to tylko i wyłącznie jego moc, a nie żadne wyższe dobro czy uczucia. Bo teraz właśnie z uczuciem oplotła jego ramię swoim i wpakowała się w kneblujący pocałunek z całym arsenałem broni palnej, wybuchowej, fajerwerkowej i paraliżującej. Uniosła bezwiednie biodra, trzęsącą się dłonią dłonią sięgając do włosów Aidena, które miała jedynie przeczesywać, układać, przedziałkować i takie tam, co skończyło się dość brutalnym chwytem i szybką zmianą lokacji jej palców. Jego szyja. Bark. Plecy. Spazmatyczny, urywany, pocałunkowy wdech. Otworzyła oczy, wiedząc, że źrenice ma niebezpiecznie rozszerzona, ramiona niebezpiecznie spięte, usta niebezpiecznie roztrzęsione. Wygięła plecy łukowo, wysoko nad materacem, wysoko w gwiezdny kosmos wystrzeliła jej racjonalność i opanowanie. Nie czując ani krzty kontroli, ani nawet jej potrzeby, poczuła jak coś się zmienia.
Zapach. Czując trawę cytrynową, czując frezje i dewoński fiołek, czując cynamon z pomarańczą, a zaraz potem jabłkiem, jeżynę i kokos, opium, opium, opium. Jeden zmysł. Zero zamiarów. Mnóstwo iluzji. Niekończące się pasmo miłości. Położyła dłoń na karku Aidena, zamykając wreszcie rozbłysłe od siły, emocji, wszystkiego oczy, przyciągnęła do siebie, pocałowała namiętnie. Oparła dłoń na torsie, przytknęła wargi do niezarośniętej części aidenowskiej szyi, wpijając się soczyście w owoc truskawki, którego zapach połaskotał jej nozdrza. Jego pewnie też. Nic dziwnego, że poczuła w ustach truskawkowo-metaliczny smak. Opadła na poduszkę, nie otwierając oczu. Uniosła dłoń na wysokość twarzy, odgarnęła włosy z palącej ją twarzy. Ujęła swoje własne włosy na czubku głowy i oddychając nierówno, płytko, szybko - otworzyła oczy. W jednej sekundzie wbiła w twarz Aidena spojrzenie, przez które przebijał każdy najdrobniejszy element składowy miłości. Co było nie lada wysiłkiem, bo miała ochotę zacisnąć powieki mocno, pozwolić sobie na głębsze doświadczenie zmysłów, ale nie. Chciała na niego patrzeć, widzieć, kochać spojrzeniem, ciałem, umysłem, sercem. Z jej wnętrza wydobywały się ciche, choć narastające jęki - w miarę ruchów bioder. Szybszych, silniejszych, odważniejszych. Jej pierwszych. Które na pytanie Aidena odpowiadały jasno i klarownie.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 11:25

+18
Fantazje o seksie? Brzmi inspirująco i ludzko, ale przecież Aiden człowiekiem zwyczajnym nie był, raczej jakimś przeinterpretowanym bożkiem z rozkładówki najnowszej mitologii. Wyobrażanie sobie seksu z kimkolwiek przerobił jakieś dwa lata temu. Ale co jest przyjemnego i fascynującego w snuciu kolorowych filmików i obrazków z kimś, kogo można w każdej chwili mieć? Zero ograniczeń, zero barier. Bo Aiden równie dobrze mógł posiadać w ten sposób nauczycielkę, koleżankę z klasy i gwiazdę filmową, dajmy na to Angeline Jolie. Wystarczyło się spakować, wsiąść w samolot i złapać ją gdzieś na premierze filmu. A sama by go do łóżka zaciągnęła. Wraz z Pitt'em. W sumie, niegłupi pomysł.
W każdym więc razie: tak szerokie spektrum możliwości mogło zamieszać w głowie. Złamać kręgosłup moralny w trzech miejscach. Usadzić duchowość człowieka na wózku. Strącić go w otchłanie piekielne do kręgu siódmego, by się smażyć w wyjątkowo luksusowym kotle z Kleopatrą i Don Juanem. Wydrylować z jakichkolwiek wyższych emocji, uczuć, szans na jakikolwiek związek.
I prawie się to udało uskutecznić w wypadku Aidena Colliera. Prawie.
Bez zbytniego dramatyzmu: gdyby w odpowiednim momencie swojego hulaszczego życia nie trafił go szlag/piorun miłości, jego życiowa historia mogłaby się skończyć dość tragicznie. Dla duszy. Bo ciało pewnie umierałoby usatysfakcjonowane, autozachwycone i z poczuciem spełnionego obowiązku wobec świata.
Lecz, na całe duchowe szczęście, w Aidenie wykiełkowało coś większego, bardziej doniosłego, dorosłego i poważnego. Coś, co dawało jakąś nadzieję dla jego wyrzutów sumienia, planów samobójstw i samookaleczania się. Światełko w tunelu, nie będące pędzącym pociągiem. Romantyczny spacer po krawędzi mostu, bez skoku w otchłanie z kamieniem u nóg. Złoty strzał, ale bez smutnej śmierci w berlińskiej toalecie. Cała przyjemność życia bez żadnych konsekwencji.
Jak w tej chwili. Zaliczanie poziomów? Osiąganie celów? Spełnianie marzeń? Whatever. Najważniejsze, że to się działo teraz, tutaj, w k o ń c u.
I patrząc w rozszerzone źrenice Prudence, słuchając jej przybierających na intensywności jęków, czując gorąc jej ciała, czując tak blisko, że bliżej już nie można, przez wyłączony umysł Aidena przebiegła jedna jedyna myśl tego wieczoru. Dlaczego dopiero teraz. I tak jak wcześniej Pru mogła dojść do wniosku, że dobrze, że poczekała, to rzecz jasna on uważał inaczej. Że może potoczyłoby się to zupełnie inaczej. Bez tej rozłąki. Bez całego męskiego dziwkarstwa, które z taką lubością uskuteczniał. Może znalazłby ten punkt zaczepiania w świecie te kilka miesięcy wcześniej. Może byłby to ich miliony raz, a nie pierwszy. Może byłoby lepiej i dla niej i dla niego i..
A może nie.
Dobrze, że filozofia stosowana została brutalnie wyłączona już dawno temu, bo inaczej mogły by tu się odbywać jakieś stoickie rozgrywki. A rozgrywki się odbywały, ale raczej starożytno rzymskie. Czyli ogień, szaleństwo,płyny ustrojowe, pot, krew i łzy.
Zaraz, zaraz, krew? Może gdyby Aiden wyłączył sobie także uczucia, zauważyłby wcześniej odmienność odczuć. Fizycznych. Że trudniej, że przyjemniej, że bliżej, że inaczej, że mocniej? Ale był teraz ukierunkowany na jedno jedyne uczucie, zbliżającego się spełnienia, i jego ciało odłożyło histerie i paniki na zakurzoną półkę, gdzieś na potem. Krystalizując z lekkiego zaskoczenia, które rysowało się w jego źrenicach z pewnością, same odczucia fizyczne, nie histeryczne. Czyli podniecenie rosnące jeszcze bardziej (a myślał, że to niemożliwe), świadomość bycia pierwszym, świadomość, że była tylko jego. Od zawsze.
Ta pewność, zwłaszcza tak nieoczekiwana, wybiła go z rytmu. Z rytmu kontroli jedynie. Przez co przestał panować nad mocą na te kilkanaście długich sekund, od razu widząc różnicę w zachowaniu i ruchach dziewczyny. Chociaż, to może nie nuklearny ładunek mocy a on sam?
W każdym razie, nic innego niż ona się teraz nie liczyło. Z każdym jej jękiem jego ruchy przyspieszały i wzmacniały na sile, w zgraniu wręcz idealnym, co najmniej, jakby sobie przeznaczeni erotycznie byli. Od zawsze.
Czują mocne szarpnięcie za włosy, odchylił głowę do tyłu, jakby chcąc złapać odrobinę powietrza nie wprost z jej ust i nie pachnące jej miętowym zapachem a...truskawkami?
Pocałował ją wręcz dławiąco, jedną dłonią przejeżdżając po jej boku, rysując paznokciami na żebrach ostre zadrapania, przysuwając ją do siebie tak blisko, że czuł dzikie łomotanie jej serca - a może to jego własne było bliskie zawału? - i słysząc jej głośniejszy jęk, widząc rozkosz na jej twarzy, rozszerzone źrenice, oczy zaraz przymknięte, rozchylone usta; czując jej wyprężone bardzo rozkosznie ciało każdym centymetrem swojej skóry, przestał myśleć, wbijając jej zęby w obojczyk, by stłumić swój prawieżekrzyk; jakby jej ciało, a właściwie to miejsce, w które się wgryzł, do bólu zapewne, mogło go uchronić od stracenia przytomności, teraz, tutaj, w tej chwili. Acz nie uchroniło i Aiden przez obezwładniające fale przyjemności - zupełnie innej niż do tej pory - czuł tylko smak krwi z jej przegryzionej skóry, jej zapach i ją całą. A było to doświadczenie tak intensywne, tak długie i tak nowe, że Aidenowi zabrakło tchu. I dopiero po dłuższej chwili podniósł głowę i nie otwierając oczu pocałował ją. Także zupełnie inaczej niż kiedykolwiek ever. Powolniej, spokojniej, dłużej, intensywnej, acz bez tej dzikiej pożądliwości, zastąpionej zupełnym spokojem. I pewnością. Że to ona.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 12:59

+18
Ograniczenia, bariery. Racja, Aiden tego nie znał, ale skrupulatnie i sukcesywnie upewniał się, że Pru zna je doskonale. SKĄD, w życiu nie podejrzewałaby go o świadome okrucieństwo trzeciego stopnia nie do przyjęcia, ale przeca chyba dobrze nie chciał jej robić, nie robiąc jej dobrze? I to - mimo, że przeszłość - konkretnie logiczne i zrozumiałe, czyż nie?
Prawie jak to, że Prudence Wright przeżywała the supermegafoxyawesomehottest chwile swojego życia. Do których brakuje soundtracka z dirty dancing. Bo wirujący seks jeeest i to jaki. To doświadczenie, przed którym właśnie postawiono Prudence, miała zapamiętać do końca życia. Ale nie miała bo tak postanowiono, tylko miała bo tego potrzebowała. Nie mogła zapomnieć o czymś, co spowodowało wyzwolenie się kolejnych wymiarów, nieznanych dotąd zmysłów i doznań wszelkiej maści.
Kochali się w obłędzie i zatraceniu. OBŁĘDOBŁĘDOBŁĘD nie było ani krztyny realności w kolejnych wydyszanych gloryfikacjach i okrzykach. Pojedynczych, niemożliwych do powstrzymania i przełknięcia, koniecznych. Kraina, w której przywitał ją Aiden, okazała się być zaprzeczeniem jej najśmielszych i najmniej pruderyjnych oczekiwań. Jeśli myślała, że będzie wspaniale - nie miała pojęcia, co kryć się może za tym prostym, zbyt bezpośrednim wyrazem. Mijały minuty, godziny, dekady i milenium razy trzy, a oni wciąż pochłaniali się. Aiden trzymał Prudence w swoich ramionach, bo przecież nie mógł inaczej. Byli na równoważni, a wokół nich niebo. Lewitowali, dzierżąc stery harmonii. Nie zaburzali jej dopóki byli razem, gdyby tylko oddalili się od siebie - runęliby z całą pewnością w przepaść. Letarg. Halucynacje na porządku dziennym. Iluzje. Wright wiedziała, że to nie dzieje się naprawdę, ale zapomniała znaczenia tego słowa.
Erotyzm? Ani trochę. Czyste instynkty pierwotne. Które uderzyły w Pru teraz i kazały jej już natychmiast zapleść nogi na plecach mężczyzny, który miał od tej pory znaczyć jeszcze, jeszcze i wciąż więcej. Podejrzewała, że gdzieś istnieje granica zajebistości, ostatnia misja, która doczepia kolejna gwiazdkę do mentalnego pagonu człowieka Aidena, jednakowoż zdawała się ona na tyle odległa i... w ogóle jakaś abstrakcyjna, wobec czego Collier Starszy skazany jest na uszczęśliwianie Prudence bez endu love forever i fokle. Skoro to on zaczął, niech będzie jedynym, a co!
Odnalezienie się w nowym położeniu spowodowało, że w głowie Wright zawirowało, że zapowietrzyła się i niemalże przerażająco wywróciła gałkami ocznymi (wcale nie oczyma, tak coby turpizm zaaplikować), przyciągnęła Aidena mocniej do siebie w chwili, kiedy pewnie on owa kontrolę utracił, a kiedy ona osiągała szczytowe wysokości afektu i ekscytacji. Łapczywie ucałowała usta Aidena, w miarę pogłębiania pocałunku, zaciskała mocniej uda na jego biodrach, dłoń nr1 na jego barku, dłoń nr2 na prześcieradle, zaciskała powieki. Wydała głośniejszy, dłuższy, przeciągły jęk rozkoszy jeszcze zanim Aiden oderwał swoje wargi od jej, by przenieść je na obojczyk dziewczyny.
Ugryzienie nie powodowało bólu (jeszcze), była zbyt przejęta, zbyt oniemiała, zbyt pod wpływem. Właściwie ból odczuwała z różnych przyczyn. Przede wszystkim - nadmiaru wszystkiego. Tak jakby każda pozytywna emocja, którą zdarzyło się jej odczuć skumulowała się, skompresowała z pozostałymi i zwielokrotniła, uderzając w nią za jednym razem. Ekonomicznie bardzo, boleśnie, ale w sposób, którego pozbywać się nie chciała.
I podczas gdy Prudence Wright miała śmiało prawo podejrzewać się o zapędy masochistyczne, podczas gdy Aiden serwował jej pocałunek totalnie czuły - uśmiechnęła się. Mając oczy zamknięte, mięśnie nieco bardziej rozluźnione, dłonie błądzące po collierowskich plecach. Błądzące nieagresywnie, niezapalczywie a delikatnie i drżąco. Chwile swojego życia dzieliła z Aidenem Collierem, którego kochała i który - co sobie znów i na powrót uzmysłowiła - kochał ją, co napawało ją tak niemiłosiernie przeszywającym serce szczęściem, że mogła w tej chwili spokojnie kopnąć w kalendarz ze świadomością życiowego spełnienia.
Nie potrzebowała innego dowodu miłości. Nie chciała usłyszeć tego, nie chciała podejrzewać, et cetera. Tylko "et cetera" już nieistotna, bo to WIEDZIAŁA. Że Aiden ją kocha. Mogła znów pozwolić kończynom dolnym na kontakt z pościelą, mogła przerwać delikatnie delikatny pocałunek, by z niemą apoteozą wlepić spojrzenie swoich rozognionych oczu w równie gorące, znów płynne tęczówki Aidena, które w słabym świetle księżyca (!) zza szerokiego okna kilka metrów za nimi, zdawały się czarne. Przyjemnie, bezpiecznie, kojąco czarne.
Próbując uspokoić rozszalały oddech, obróciła się pod wyważonym naciskiem aidenowego ciała na bok tak, by mieć go przed sobą, by móc pogładzić jego rozpalony policzek i.... przytulić się, dając się objąć, pragnąc gestu opiekuńczego, nie mówiąc nic, tak asekuracyjnie, poddając niemej gloryfikacji miniony moment konsumpcji najpierwsiejszej.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 14:17

Obłęd. Iluzje. Aluzje. Nieistnienia. Rozpadanie się na atomy i cząsteczki. Kwarki szczęścia, jednostki spełnienia, nanosekundy bliskości. Wszystko fizyka, metafizyka, matematyka, ekonomia stosowana. W każdym przypadku, a zwłaszcza w chwili takiej.
Aiden nie powinien jej obejmować - a objął. Ramionami. Całymi. Blisko. Mocno. I ucałował w czoło, rozgrzane, zaciskając ją w uścisku może nie niedźwiedzim, ale pewnym i ramowym. Czy tak to jest, jak się cały świat trzyma w swoich rękach? Romantyzm, tak?
Nie musieli rozmawiać, nie musieli nic mówić. Wszystko zostało wyszeptane, wyjęczane, przekazane bez słów, tylko drogą niewerbalną. I wzrokową. Aiden nie zamykał oczu, odwzajemniając długie i spokojne spojrzenie Prudence i pragnąc zatrzymać te sekundy jak najdłużej. Te sekundy ciągnące się delikatnie, ten powoli rysujący się dreszczami na ich skórze chłód, ta zmiana tempa oddychania: od sprinterskiego do tego powolnego, prawie sennego; ten zapach ich ciał wraz z miętą, truskawką i jej lekkimi perfumami.
Przejechał powoli dłonią wzdłuż jej kręgosłupa, potem przez pośladki i bok jej ciała, marszcząc lekko brwi, widząc ciągnące się nieregularnie zadrapania na jej lekko wystających żebrach. Nie, żeby był zdziwiony swoimi reakcjami, bo zazwyczaj bardziej agresywny bywał (niech się masochistka Pru szykuje psychicznie i fizycznie), ale... mógł w tym świetle, słabym bo słabym, po raz pierwszy ją widzieć. Całą. Jego, do znudzenia, jego. Niematojak fetysz własnościowy.
Odsunął się więc, ale delikatnie i po długim już przytuleniu, gdy ich oddechy się zgrały w niemalże usypiający rytm, na odległość ramienia. I ponowił wędrówkę swojej dłoni po jej nagim ciele. Uśmiechając się. Może mniej perwersyjnie niż przed chwilą; raczej bardziej świadomie. Bo była piękna. Mógłby i zapewne powinien jej to teraz powiedzieć, ale byłoby to banalne. Cała nadzieja w tym, że widziała ten zachwyt w jego oczach.
Przez chwilę pieścił jej piersi, delikatnie; gdyby nie błysk w jego oczach można by rzec że od niechcenia, lecz słysząc jej szybszy oddech odsunął dłoń na obojczyk, gdzie widniało idealne odbicie ortodontyczne jego zębów, zaczerwienione i odrobinę zakrwawione. Uśmiechnął się mimowolnie kącikiem ust, jakby sobie coś przyjemnego właśnie przypomniał, po czym skierował dłoń na jej twarz, obrysowując jej idealne kontury, wystające kości policzkowe, linię nosa, żuchwy; brwi, kusząco wykrojone i nieco wilgotne usta, na których złożył po chwili kolejny pocałunek. Wolny i leniwy, nigdzie się nie śpieszący. Pocałunek nie z dworca kolejowego, gdy trzeba nacałować się na zapas, bo pociąg już odjeżdża i pożegnanie wyszarpuje Ci wszystko z ramion i tłok i huk i chaos; pocałunek pewny, początkowy. Bo nie było sensu się spieszyć, już nie, skoro przed nimi tygodnie, miesiące, lata i wieczności. W zaokrągleniu.
Całując ją, poczuł, że drży. Nie wiedział, czy z zimna, czy z powodu collierowskiego - znowu ją dotykał; widocznie lekkie i słodkie otumanienie powoli przechodziło, pozwalając na wzrastanie podniecenia. I nie miałby nic przeciwko ponownemu kochaniu się tej nocy, i następnego poranka, i popołudnia, i wieczora i nocy kolejnej i kolejnej i kolejnej, ale mimo spokojnego, niekrępującego i nieprzeszkadzającego milczenia, powinni porozmawiać.
Podniósł się więc odrobinę, by podnieść z podłogi kołdrę - musiała tam wylądować w trakcie nieco chaotycznych łóżkowych dziewiczych mizianek - i opatulił ją dziewczynę. Dokładnie. Samemu pozostając nagiemu i nieprzykrytemu - było mu wręcz nieprzyzwoicie gorąco, pomimo panującego w pokoju przyjemnego, nocnego, zimowego chłodu. Miał nadzieję, że gorąco przestanie mu być, gdy przykryje to pobudzające ciało i odgrodzi się od niej, by móc ją znowu przytulić. Bez prowokowania jej do czynów lubieżnych. Które bardzo by chciał powtórzyć, ale...cnota cnota cnota. Naprawdę?
O, właśnie, cnota.
Aiden podparł głowę na ramieniu, tak, by móc patrzeć jej prosto w oczy, rozświetlonych księżycowym (wewnętrznym) blaskiem, dalej z tym collierowskim uśmiechem. Czyli seks, zmysłowość, papierosy (o właśnie, nie palił już od dawna!), sarkazm, orgazm, dziewice - plus wielka czułość. Niespotykana wcześniej w jego mimice uśmiechowej. No, może w Crown.
Bezmyślnie oblizał spierzchnięte i spuchnięte od pocałunków wargi, zastanawiając się, od czego zacząć. Od podziękowania za zachowanie wianuszka? Od spytania, czy było dobrze? Od skomplementowania jej? Od wyrażenia swoich uczuć? Od ostrego opierdolu za tatuaż? Od oświadczenia się jej? Od wymówek odnośnie nie poruszenia tak ważnej sprawy jak dziewictwo?
Ilość tematów, które należałoby teraz poruszyć w nieco filozoficzny nastrój go wprowadziła. Nie widząc, co uskutecznić jako pierwsze, ponownie ją pocałował - to już zakrawało na nałóg - ale nie tak długo. Raczej...zapobiegawczo. I potwierdzająco. Że mimo tego, że zaraz wygoni ją z łóżka za nieposłuszeństwo i lubieżność i prowokowanie go do seksu (a to było takie niemoralne, wodzić Colliera na pokuszenie!), to ją kocha i szanuje. I żeby nie chowała urazy.
- Chyba nie poruszyliśmy ważnego tematu - stwierdził po prostu miękkim, pościelowym tonem, lecz bez zbytniej agresji. Po czym zmrużył panterowo - nie kocio! - oczy. - Bolało? - spytał, lecz nie z ckliwą, matczyną troską, a raczej...dokumentalistycznie i z autentycznym zainteresowaniem. Ba, bez wyrzutów sumienia nawet. Bo takich Aiden w tej chwili nie posiadał na zewnątrz. Lecz w środku - trochę tak. Mimo tego, że czuł się odrobinę...wyruchany - bo Pru mu jednoznacznie nie potwierdziła nigdy faktu bycia tru dziewicą. Zaprzeczyć też nie zaprzeczyła, co tylko zwiększało lekki mindfuck. I dobrze, że był przed chwilą skoncentrowany tylko na miłości i kochaniu się i na spełnieniu, bo w innym wypadku zapewne akcji erotycznej by zaprzestał, wszczynając jakaś mini dramę. I zapowiadając, że nie będzie się z nią kochał nigdy. Chociaż. mogło by być już odrobinę (sporo?) za późno.
Ale to nie tak, że Aiden za złe miał jej bycie dziewicą. Skądże znowu. Bardzo go to...uderzyło. W serce. Pozytywnie. I tak...dławiąco. Że pozwoliła mu być pierwszym. Zapamiętanym na całe życie. Niezależnie od tego, z kim będzie później (a będzie TYLKO Z AIDENEM) i w ogóle. Gdyby Aiden był do wzruszeń skory, pewnie i by się wzruszył szczerze. I zapłakał gorzko nad swoją niewiedzą. Bo uczyniłby ten jej pierwszy raz wspaniałym. Z baldachimem i w ogóle. A zamiast złotego łoża, kolii z diamentami i murzynów wnoszących Pru do sypialni w lektyce ozdobionej pawimi piórami zaoferował jej jedynie jego pokój, w którym byli już setki razy i swoje łóżko, na którym czytali, jedli, miziali się i dyskutowali, także razy kilkaset. Nie było w tym nic odkrywczego, nic nowego i Aiden mógłby poczuć się wręcz zawstydzony, że o miłość swego życia nie zadbał.
Ale wstydliwy Collier to był oksymoron niespotykany. Więc tylko collierowski uśmieszek, collierowskie pragnące dalej spojrzenie, collierska aura. Collierowska naga aura, warto dodać. Przez wszystko to ciężko było się przebić wyrzutom sumienia i jakiemuś tam zakłopotaniu. Bo był szczęśliwy. A to, że miał jakieś trylion powodów do wpieprzenia Pru i ponownego jej zgwałcenia, to już inna sprawa.
Przejechał więc dłońmi po jej rozczochranych włosach i złapał je w garść, przyciągając jej głowę mocno do siebie, tak, by stykali się nosami, lecz ustami jeszcze nie. - Powinienem Cię za to zgwałcić - powiedział bardzo męskim, gardłowym głosem, po sekundzie miażdżąc jej usta w pocałunku. Znów agresywnym i łaknącym. Lecz bystrze przypomniał sobie, że to miała być kara, a nie nagroda, więc się odsunął.
Rollercoaster, proszę państwa. Fizyczny. Bo tylko uczucia tu stałe były.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 18:25

Wyciszenie było Wrightównie zdecydowanie potrzebne. Wyciszenie mogło nieść spokój i wyrównany oddech(przydałoby się). Wyciszenie mogło dać nadzieję, a właściwie podstawę do odbicia się, by znów wyciszenie stłamsić w zarodku i osiągnąć ponowne apogeum namiętności i wszystkiego co antywyciszeniowe. I nawet chciała, i nawet bardzo pragnęła. Miała niesamowicie budującą motywację do uspokojenia skołatanych myśli/roztrzęsionych rąk/pogmatwanego emocjonalizmu.
Aiden zdawał się to rozumieć, zdawał się wyjątkowo trafnie interpretować jej zachowania, spojrzenia, siłę dotyku. Bo o ile wpasowując się w jego gorące, idealnie uformowane ciało, dawała jasny przekaz "tulaj" - chęć otrzymania całusa w czoło to już chyba z niesfornego ułożenia kosmyków włosów wyczytał. Wyczytał i spełnił. A Pru uniosła się nadmierną egzaltacją w głowie podnosząc Aidena do rangi już nie boskiego herosa, a samego gromowładnego. Który panuje, rządzi i rozporządza. A ona, niczym jego życiowa kochanka, wtulona w jego potężne, rogalikowe ramiona i gotowa na jego każde skinienie i....
Nic z tych rzeczy. Muskulatura Colliera nie miała z rogalikiem ani żadnym innym wyrobem piekarskim nic a nic wspólnego, Prudence nie była kochanką, a życiową miłością, Prudence pierwszy raz czuła się z nim równa. To nie miało praktycznie nic wspólnego z jej niedawną defloracją, aktem miłosnym, kochaniem się i tym wszystkim, co chciała powtórzyć terazzaraz, tylko rozumiała Aidena i jego jak dotąd nie uzewnętrzniane uczucia. Bo dziś, chcąc czy nie chcąc, dość jasno jej wszystko jak na tacy wyłożył. Nigdy więcej nie dopuści się dziewczę sokolskie szaleńczego fangirlingu, w który zdawało się, że czasem popadała (na szczęście w swojej głowie - nie latała za nim uczepiona ramienia i błagająca o parafkę na biuście), nie będzie się czuła słaba paradoksalnie przez siłę uczucia. Są równi, są tak samo kochający, są dla siebie.
Aż sobie westchnęła głęboko i krótko, pojmując skalę szczęścia. Dość ogólnoświatową, a nawet międzygalaktyczną skalę. Plus to, że teraz jest ten moment. Chwila, w której porozmawiają, kiedy są sami i do obnażenia cielesnego dołożą to wewnętrzne. Czego Prudence się nie obawiała ani trochę, z racji tego, że nigdy nie udawała. I z racji tego jak spokojny, chciałoby się rzec wyciszający, ton przybrał Aiden. Mimo tego, że na jej usta cisnęły się od początku ich przemiłego spotkanka, słowa raczej wielbiące i raczej miłości, oddania i białej chusty na głowie dowodzące - zdołała odłożyć na później entuzjastyczne i niepożądane porywy serca, na rzecz słów prostszych i w tej chwili odpowiednich. Do których była przygotowana i które z jej ust spłynęły bez pośredniczących problemów.
- Bolało - przyznała, zgodnie z prawdą z resztą, ale... - Zaskakujące jest to - dodała cicho, delektując się bliskością chłopaka, i za dokładną analizę jej twarzy odwdzięczyła się. Wzrokiem, który błądził po zacnym aidenowskim licu, wzrokiem który jak gdyby dopiero teraz widział dokładnie - jak mało istotny ból jest - ból, bo nie mogła tego nazwać dyskomfortem, mimo że brzmiało to... lżej, mniej. Dyskomfort był... czymś uciążliwym, niepożądanym, a -szczerze? Tych boleści to mogła doświadczać non stop. I tak mu tez powie, a co. - Był... właściwy, wiesz? I zagłuszony przez... - Twoje namiętności, moje namiętności, nasze nierówne oddechy, jęki, krzyki i nawoływania, serce galopujące z nadmiaru miłości, którą Ci wyznam tu zaraz natychmiast na klęczkach i z gotowością na kolejne porcje pasji i ekscytacji, nawet bólu! - wszystko.
W końcu przeniosła spojrzenie jasnozielonych dziś oczu z perfekcyjnie zarysowanych kości policzkowych na jego patrzałki, pakując w magnetyczny przekaz wzrokowy peryfrazę "wszystkiego", która przemknęła przez jej głowę. Och, jak wspaniale byłoby, gdyby Aiden wiedział... Gdyby mógł być świadomy szczęścia, które ją wypełniało, wagi, jaką przykładała do seksu z nim, spełnienia, którym ją uraczył, całej swojej zasługi, dzięki której Pru czuła się jak w niebie, nie tylko przed chwilą, gdy przeżywała szczyt ekscytacji (znów) seksualnej, ale teraz. I na dłuugi czas wprzód. Że nie mogło być piękniej, że pogardziłaby wizją diamentowego łoża, złotej kolii, ozdobionych sokolimi piórami murzynami czy cesarską lektyką. To nie byłoby do końca ich, czułaby się źle i nie na miejscu, nieswojo i - tu zdecydowanie - z dyskomfortem. Zacieniona sypialnia Aidena była intymna, nie krępowała jej, stanowiła idealne miejsce na pierwszy raz. Z Aidenem i nią w roli głównej, z księżycem a nie przygaszonym światłem dogorywających karmazynowych świec, ze skupieniem się na sobie - nie otoczce. Chciała go tym wszystkim uraczyć, Aiden, czytaj mi w myślach! Czytaj z oczu!
Sytuacja była poważna. Była istotna i ani trochę nie błaha. Śmieszna też nie. Ale Prudence nie mogła poradzić nic na niezdolność powstrzymania parsknięcia śmiechem cichym, choć ogółu jej osoby nie wyciszającym, słysząc słowa Colliera.
- Koniec świata, Aiden - przerwała pocałunek nieco niechętnie i leniwie, przybrała ton osoby przejętej bezgraniczną trwogą. Cholera, chciała mieć w końcu w tym związku prawo głosu. Więc musiała od czasu do czasu nie dać się poskromić seksualnością i namiętnością i.. tym dotykiem, który znów doprowadzał do wyścigu obłędnych myśli i fantazji. - Czy skuteczne uciszanie mnie jest pierwszym ku temu krokiem? - uniosła pytająco brew, sama zaskoczona tuzinkowym tonem, jakim zdołała słowa opatrzyć. Tak jakby już się zdążyła przyzwyczaić i do seksu z Aidenem przejść na porządek dzienny, kosmos.
Szczerze - nie liczyła na gorliwe potwierdzenie. Przecież opatulił ją kołdrą. Przecież odgrodził od siebie. Przecież.... wykreował swoistą puentę, podsumowanie? Zakończenie miłosnych uniesień na dziś w postaci czułych pocałunków w czoło i udostępnienia siebie jako żywej przytulanki? Co w gruncie rzeczy jej odpowiadało. Będą mieli ery i epoki. W zaokrągleniu. A póki co Prudce bardzo nieromantycznie... zaburczało w brzuchu. Cicho, na szczęście, ale i tak na tyle, że szoknięta Sokolica uzmysłowiła sobie nagle, że - okurczę - istnieją jeszcze inne aspekty życia poza sielankową egzystencją z Aidenem Collierem! Cuda niewidy. Pogładziła chłopaka po ramieniu i barku, przeniosła dłoń na twarz, wymuszając na im przymkniecie oczu, by badać jego powieki, kąty oczu, przestrzeń pod łukiem brwiowym.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pon 5 Mar 2012 - 19:24

Generalnie, słysząc od Miłości Swojego Życia słowa tak tragiczne, jak przyznawanie się do bólu fizycznego - który sam spowodował! z premedytacją! - Aiden powinien gorzko zapłakać, głowę posypać popiołem, przywdziać szarobure worki pokutne i udać się na czterdzieści dni na pustynie. Albo wykłuć sobie oczęta, odciąć rękę i inne gorszące części ciała i zostać wygnanym z St. Bernard. Albo kilka innych, antyczno-mitycznych rzeczy.
Lecz nic takiego się nie stało. Albo Aiden był tak butny i zapatrzony w siebie, że nie widział w tym swojej winy albo był tak pewny swojej miłości i właściwego wyboru, którego dokonało za niego jego osobiste prywatne ciało, że...również nie widział w tym swojej winy. Więc, tłumaczyć się przed sobą nie musiał.
Bo cały raczej opętany był uczuciami pozytywnymi (delikatnie ujmując), ekstatycznymi i... spokojnymi. Paradoksalnie. Bo nie musiał się już powstrzymywać. Od niczego. Co czyniło jego żywot od razu przyjemniejszym (dosłownie), bardziej beztroskim i zdejmowało mu z klatki piersiowej kilkanaście ciężkich odważników, pozwalając oddychać swobodnie zapachem Prudence Wright. Który opanował już cały pokój, sprawiając, że zmysły Aidena się już wyostrzyły, wyrywając się zupełnie z pokochaniowego rozkosznego otępienia.
Nie miał daru czytania w myślach, może to i dobrze, bo wcześniejsze wrightowskie fangirlowskie myśli by go odrobinę przeraziły. Za to był Sokołem, miał więc generalnie dość dobrą zdolność wyczuwania intencji i logicznego myślenia. W związku z tym, skoro Pru nie wydawała się niezadowolona - a mógł skromnie stwierdzić, że wręcz przeciwne wrażenie sprawiała - wniosek nasuwał się sam: było...tak jak miało być. Żadna ze stron nie została poszkodowana (no, może trochę ta dziewczęca strona ucierpiała, ale za to w jakim stylu!), obydwie się wyjątkowo zgadzały. Idylla, sielanka, euforia i gwałt na dramatach, które miały częsty udział w ich dotychczasowym życiu. Ale nie pożyciu.
Na impertynenckie wręcz stwierdzenia Pru, dość słabo udającej przerażenie (przykro mi) i modulującej swój ton wręcz niedorzecznie, Aiden się uroczo uśmiechnął. Acz bez dołeczków w policzkach, bo takich nie posiadał, chyba, żeby za jakiś wyjątkowo szkaradny i nieregularny dołeczek wziąć podłużną bliznę na policzku prawym.
- Zrobiłaś się strasznie pewna siebie, Wright - powiedział z ironicznym przekąsem, trochę wyzywającym. Po czym sprawnie przeturlał się tak, że na owym zbyt-pewnym dziewczęciu wpółleżał, tym razem na łokciach oparty. I nie stykający się z nią ciałem, a z kołdrą. Co w sumie dla niej było bardziej komfortowe, ale dla znów spragnionego Aidena mniej. Ale niech też chłopaczyna pocierpi.
Albo i niech nie pocierpi.
Bo pocałował ją delikatnie. Z zamiarem delikatnie, w sensie. Bo zupełnie przypadkowo nad mocą panować zaprzestał, zupełnie. Co od razu skończyło się dość ekstatyczną reakcją Prudence, jej dłońmi, przyciskającymi jego głowę do swojej i odruchami, mającymi na celu pozbycie się kołdry. Co wywołało na aidenowskiej twarzy rozczulony uśmiech triumfu. Więc się od niej oderwał i znów wstał, zostawiając kobietę w potrzebie. Dla jej dobra!
- Kto by pomyślał, mam w łóżku swoją całkiem nagą - prawie - przewodniczącą bractwa - powiedział pseudozaskoczonym i zdemoralizowanym tonem, schylając się w poszukiwaniu spodni. Które chwile potem wciągnął na zgrabny tyłek, zostawiając Prudence roznegliżowaną i rozpaloną. Na chwilę. Bo usłyszał rzecz jasna jej wcześniejszy głód. Głód nie wrażeń, a zwykłej...życiowości. - Staczasz się - dodał niewiadomodlaczego ucieszonymi podjaranym tonem. I przez chwilę się zawahał, czy by tu jej na to krótkie pożegnanie znów nie rzelecieć pocałować, ale stwierdził, że potem Prudence umrze mu tu z głodu. Więc, kierując się racjonalnością, wyszedł z pokoju i zszedł spokojnie na dół po schodach. W kierunku kuchni, w której spędził czas niedługi, a owocny. Dosłownie. Stwierdził, że jego zdolności do kuchennych rewolucji o tej porze i w takim stanie upojenia ekstatyczno-seksualnego skończą się wybuchem (nie namiętności) całego Hampstead, postawił więc na coś casual. I tradycyjnego. Czyli wstawił wodę na herbatę (co z tego, że środek nocy), wyjął ze spiżarni kilka puszek owoców, ukochanych przez Pru. Znalazł także kawałek jakiegoś jabłkowego cuda od babci. A w zamrażarce lody. Których smaku nie zdołał odczytać, bo światła rzecz jasna nie zapalał. Proeko.
O, a propos zapalania. Schylił się pod szafkę i wyciągnął z tajnej skrytki ojca rodu Sobranie, z lansiarskim złotym filtrem, którego przedstawiciela zaraz włożył do ust i odpalił od kuchennego palnika. Skoro już życiodajną truciznę w płucach posiadał oraz cały jadalny asortyment na tacy położył - wraz z złotymi szesnastowiecznymi sztućcami oraz filiżanką/kubkiem (osobistym Wright, który już na stałe w domu Collierów zamieszkał) z herbatą - mógł udać się z powrotem na górę, mając nadzieję, iż a) Pru nie zasnęła (chociaż byłoby to urocze i słodkie i mógłby wtedy usiąść w oknie i sobie trochę popłakać ze szczęścia), b) Pru nie ubrała się (!!!) c) on sam nie wyjebie się genialnie na schodach, mając zajęte obie ręce a także usta. Co też uczynił.
Wchodząc z eklektyczną i hipsterską tacą jedzeniową do pokoju i kładąc ją na łóżku. Dalej ćmiąc papierosa. I raczej nie przejmując się tym, że spodnie się mu dość ero zsuwają, pokazując tak ukochane przez Pru kości biodrowe.
- Za późno na chińszczyznę - wyznał z ubolewaniem, wyciągając z ust papierosa i wydmuchując dym, tworząc wokół siebie idealne warunki do zrobienia hipsterskiego zdjęcia. Na rozkładówkę pisma dla pań. Po czym papierosa zgasił o szafkę i wyrzucił go do popielniczki. Nieprzepełnionej!

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Wto 6 Mar 2012 - 15:47

Powinien zapłakać. Gorzko też. Wtedy Pru go pocieszy, bardzo słodko pocieszy. I ugryźć mocniej, bo ona AŻ TAKIEGO śladu swej osoby na jego ciele nie zostawiła. A szkoda! Nie żeby chciała sobą kogokolwiek naznaczać - to Kornela działka. A co do Kornela - Wright usłyszała dźwięk nadchodzącej wiadomości, konkretniej przeciągłe wibracje, jeszcze zanim Aiden ją zostawił. Ponownie w negliżu, ponownie rozpaloną, ponownie widzącą odchodzącego jego. Konkretniej plecy, konkretniej zjeżdżające z tyłka spodnie. W ogóle tyłek. I tył głowy. Czemu poszedł? Jak może zostawiać rozpaloną ją na swoim łóżko?
Mając na języku smak Aidena westchnęła tak lubieżnie, rozkosznie, zamykając oczy i dziękując. Sobie, jemu, wszystkim naokoło, pokojowi Aidena, Bogu, Fortunie, właścicielom Crown. Pewnie, że pewna była, tylko że ani trochę siebie. Byłą po prostu... mniej onieśmielona? Odważniejsza? Ale wciąż i wciąż doszukująca się sporego progresu w osobie jego, a nie swojej. Tak jakby to on dał jej drugą szansę, podczas gdy Prudence na ewentualny come back przygotowana była.
Nie to co wiadomość.
Nie fatygując się w przyodzianie czegokolwiek, a jedynie zarzucając na plecy kołdrę (chłodno) wyciągnęła ze zmiętej marynarki na drugim końcu (!) pokoju telefon.
Krótki, acz konstruktywny, z wykrzyknień i haseł złożony sms od Corneliusa zaskoczył ją zupełnie. Raz - na balu nie odezwał się dobitniejszym, logiczniejszym słowem, a dopuścił przypadkowej próby rozlania czegośtam na nią, jakoś ani trochę nie zaniemówił, uszy mu nie poczerwieniały, a wzrok nie zabijał, kiedy widział Pru przy boku Aidena tego wieczora (który zdawał się minąć dekadę temu), bierze do ręki telefon i proszę. Zmarszczywszy brwi wystukała odpowiedź, ufając mu. Że przecież zrozumie. To Kornel! Taki empatyczny, taki nierozsądny. Taki.... impertynencki? Ciśnienie niebezpiecznie skakało Pru w miarę kolejnych, martwiących, zdecydowanie nieprzyjemnych treści. Pod wpływem lekkiego szoknięcia i silnego poczucia niesprawiedliwości i zawodu opadła na łóżko, podejmując niegodną flame war. Bardzo poniżej poziomu, bardzo niedojrzałą. Którą chciała rzucić na miejscu i odstawić na później, ale zachłysnęła się kolejnymi zarzutami.
Poddałaś się w walce. Błąd. Kolosalny, gigantyczny, niepożądany i zaprzeczający temu, co Pru wiedziała. A wiedziała, że walkę podjęła. O siebie, o swój dobry stan, szczęście i zyskała w niej. Zyskała wiele i zyskała na każdej płaszczyźnie. Miłość, spokój, pewność, oparcie, oddanie, przekroczenie dotychczasowych granic - Aidena. Mężczyznę, którego kochała. Z czego jedna z osób tak jej bliskich nagle teraz z dupy sobie szydzi. Pobłażliwie, bardzo niesprawiedliwie i krytycznie traktując Pru Do Żywych Powracającą. Pru Szczęśliwą.
Aż z tego szczęście zacisnęła zęby, ściągnęła wargi i z furią do niej niepodobną, choć głęboko kipiącą, rzuciła telefonem o przeciwległą ścianę.
To wszystko działo się bardzo szybko, Prudence miała na względne uspokojenie się niecałą minutę, jednak wystarczająco, by zdołała skupić się na chwili tuiteraz, a nie najebanym na afterze Kornelu, pewnie dającym się ponieść, spontanicznym i w objęciach kilku dziewcząt. Blond, długonogich, o zmiennych kolorach oczu i pieprzyku na policzku.
Aiden musiał ujrzeć ją w stanie całkiem porządnym. Półleżała już na podłodze, oparta plecami i karkiem o materac łóżka i odrobinę nerwowo wygładzała kołdrę, gdzieś między jej nogami przeplecioną.
- E150 miało od zawsze szczęście do panienek Wright - zasugerowała, nieco zbyt wysokim głosem, nawiązując do jego wcześniejszej wypowiedzi i historii matki Pru, z której od czasu do czasu potrafiła żartować. Mimo, że to ona sama była owocem owego szczęścia.
- Aidenie Collier - jęknęła, konsumując wzrokiem wpierw tacę, jej zawartośc - potem jego samego. - Jesteś najlepszym zachciankospełniaczem na świecie - zasugerowała, podnosząc się z podłogi, podczas czego kołdra ups! zsunęła się z jej ciała, pozostawiając ją nagą i chętną. Jedzonka ofc. Ucałowała usta chłopaka krótko, acz namiętnie. Zanim poczęła urocze pałaszowanie smakołyków i Aidena - postąpiła kilka kroków wprzód, ściągnęła z jednego z drewnianych wieszaków na otwartej "szafie" powieszonych aidenowską bluzę pierwszą-lepszą-byle-z-kapturem, dopiero później, zapinając jedną trzecią zamka sięgającego połowy ud odzienia wierzchniego - usiadła na łóżku, układając zgięte nogi z jednego boku.
- Nie mogło być lepiej - pokręciła głową, wypracowanym ruchem otwierając puszkę owoców w słodkim syropie. Którego łyk upiła, zanim wyłowiła wiekowym widelczykiem sześcian mango. - Mmmmmm, boże - zamruczała, przegryzając soczysty owoc na pół - nigdy w życiu nie smakowało mi tak jak teraz - spojrzała podejrzliwie na Aidena, nie mogąc powstrzymać błysku pożądania, zastanawiając się czy Collier jakiegoś małego czary-mary nie uskutecznił. W ramach uszczęśliwiania permanentnego. W wyniku którego ponownie złożyła na ustach Aidena pocałunek, czując jak smaki jego i jej są uzupełniane kosmiczną mieszanką tytoniu i owocowego soku.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Wto 6 Mar 2012 - 19:21

Gdyby Aiden potrafił czytać w smsach swojej dziewczyny (chociaż brzmiało to zbyt nastolatkowo i banalnie), na pewno ze stanu dzikiej namiętności wpadłby w stan furii - pewnie mniej intensywnej, bo Sokołem był i święty spokój oraz pacyfizm wyznawał w każdym geście, make love not war i inne upalone i zjarane trawskiem cytaty wielbił. Lecz na pewno różne insynuacje pod swoim adresem nie przejęłyby go tak bardzo, co zachowanie-poniżej-krytyki-Corneliusa, który przecież przyjacielem był.
Chociaż Aiden nie wiedział wszystkiego , a przynajmniej na razie poskąpiono mu pełnej wiadomości o stanie relacji Wright - Lancaster. Zawierającej takie drobne szczególiki jak lądowanie razem w łóżku, zadawanie sobie bólu w tymże, obnażanie piersi dziewiczych (not anymore), wsparcie emocjonalne, tatuowanie sobie NIEMALŻE własnych inicjałów w płonącym sercu i posiadanie więzi zbyt silnej jak na zwykłą tró friendszyp. Ot tam, rzeczy nie warte wspomnienia. Nic więc dziwnego, że obecnie Aiden bardziej Corneliusem zafascynowany był (niereagowałtralalaszok) niż planował seryjne morderstwo na jego skromnej osobie i całej rodzinie jego - bo to takie honorowe było. A to mogło się zmienić.
Ale nie musiało, bo Aidenowi umknął trzask telefonu o ścianę. Zapewne też nie zauważyłby zwłok aparatu pod ścianą, bo przez pierwszy kwadrans od wejścia do pokoju oczy miał zajęte widokiem innym.
Konkretniej, kontemplował i podziwiał Prudence Wright. W świetle księżyca. W kołdrze. W negliżu. Zupełnym. W bluzie. Zapiętej do połowy. Potem prawie do szyi. Z bliska, z daleka, z perspektywy swojego metra dziewięćdziesiąt dwa i z perspektywy podłogi, na której usiadł, by móc obserwować ją także będąc na dole. Skupienie jego wzroku, przerywane tylko lekkimi pocałunkami, było wręcz...niepokojące i hipnotyczne. Zwłaszcza, że się nie odzywał. I nie słuchał, noboprzepraszambardzo, naga Prudence Wright mu po pokoju hasa i na łóżku się przeciąga i tak zmysłowo je owoce z puszki i oblizuje wargi z słodkiego syropu i ogółem ugh. Nie dziw więc, że Aidena wcięło. Ale jak zawsze - z klasą!, bez prawiczkowatego ślinotoku. Raczej z głęboko ukrytą perwersją i schowanym przed światem zewnętrznym pożądaniem. Tja.
Dopiero gdy pocałowała go, uroczo mieszając ich smaki i doprowadzając kubki smakowe do nadmiaru hipsterstwa, nieco się wewnętrznie doprowadził do porządku i uspokoił drżące ręce. Których widzieć nie mogła, zajęta jedzeniem i wyglądaniem. Ktoś tam kiedyś rację miał – Prudence mogła jedynie leżeć, pachnieć, sprawiać iluzoryczne, acz jak najbardziej rzeczywiste wrażenie perfekcyjności, a i tak sprawiałaby tym Aidenowi przyjemność wielką. Może nie największą – żeby jeszcze bardziej mu żywot uprzyjemnić powinna się jednak nieco poruszyć – ale wystarczającą, by egzystować w stanie wiecznej euforii.
Collier trwał więc w najlepsze w stanie wiecznego upojenia szczęściem każdego rodzaju. Takim szczęściem spełnionym. Na właściwym miejscu. Sekunda, i wszystko tak idealnie pasowało. Wszystkie elementy w dobrym porządku, perfekcyjnie dopasowane do sąsiedniego. Ona rozkochana w nim, on rozkochany w niej. Ona tylko w bluzie, on w spodniach. Ona słodka do szaleństwa, on raczej o smaku gorzkiej czekolady z orzechami. Uzupełniające się trybiki, maszyna pracowała wydajnie, rozpędzona na następne dziesięciolecia.
Aiden czuł autentyczną dumę, że doprowadził do takiego sukcesu. Tak, jakby założył całkiem nowe miasto i teraz obserwował jak się rozwija i dostaje najlepsze ratingi, mimo tego, że cała reszta świata jest pogrążona w kryzysie. Emocjonalnym. Bo co z tego, że wszędzie zdrady, boleści, sprzeczki, rozboje i gwałty – tutaj sielanka i idylla o zapachu brzoskwini, cynamonu i wody kolońskiej.
Poczucie wszechobecnego szczęścia nieco Colliera obecnie zdławiło. Dosłownie. Bo dopiero teraz mógł trochę dłużej pomyśleć i poczuć to, co się stało, to, co się działo bez napadu pożądania, przesłaniającego wyższe uczucia. Był szczęśliwy – tak po prostu i tak banalnie, jak tylko się dało. Takim szczęściem jakiego szukał od długiego czasu.
Nic więc dziwnego, że uśmiech na jego twarzy całkowicie się rozczulił. I wręcz boleśnie odczuł rozdzielenie od bliskości Pru, szybko więc podniósł się na łóżko i nie martwiąc się za bardzo tym, że może spowodować rozwalenie zawartości wspaniałej tacy po całym swoim pościelowym królestwie, przytulił Pru mocno do siebie. Tak nieerotycznie - po raz chyba pierwszy? - ZUPEŁNIE. Raczej tak moja jesteś i dzieci chcę z Tobą wychowywać i czesać Ci włosy i całować Cię w czoło i podwozić do pracy i rozwiązywać Twoje problemy i zabierać do teatru i budować z Tobą igloo i palić z Tobą papierosy i czekać na Ciebie na dworcach i nie pozwalać Ci czekać na mnie i robić Ci gorącą kąpiel w środku zimy i droczyć się z Tobą i wybierać kolor ścian do salonu naszego i kochać się z Tobą i kochać Cię i..
- Chcę z Tobą skakać na trampolinie - wyszeptał jej gdzieś we włosy, nieco zwalniając uścisk, tak, by mogła oddechu trochę nabrać. I żeby mogła się z szoku otrząsnąć, że Aiden ckliwe wręcz uczucia posiada i co GORSZA/LEPSZA je przejawia. A właściwie objawia. W swoim tonie.
Puścił ją wręcz zupełnie, uskuteczniając kolejny pocałunek w czoło i położył się wygodniej na łóżku, dbając, by nie strącić tacy. Naciągnął na siebie kołdrę - w którą zawinięta była naga Pru przed chwilą, perwersja? - wpychając twarz w poduszkę, która pachnęła pruderyjnie nią, by ukryć uśmiech. Nieco szaleńczy.
Albo to Pru albo to półsenne zmęczenie tak na niego działało. Jeszcze chwila takiego stanu bliskiego delirium albo naćpania, a zacznie wybierać imiona dla ich dzieci, niedobrze.
- I chcę z Tobą spać - powiedział, już się opanowując i nie dając się przesłonić poduszce. Po czym bardzo kulturalnie i lekko za długie włosy Prudence szarpnął - tak jak w zabawie szarpał ją lat trzy wstecz. Albo i cztery? - dając jej jasno do zrozumienia, że jak się posili i zaspokoi wszystkie pragnienia, on tu jest, ramię jej oferując. A właściwie całego siebie. Platonicznie.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Wto 6 Mar 2012 - 22:32

Zbędne i niechciane wiadomości, treści wulgarne, oskarżenia, domysły i krytyka dość jasno i klarownie przekazana nie zniszczyła wieczoru. Nie zniszczyłby najazd ludów azerbejdżańskich na Zjednoczone Królestwo, nie zniszczyłby nagły powrót państwa Collier ani Syna Drugiego w porywach pasji, natchnienia i nadmiaru kreatywności mylącego pokoje, z jakąś greckoboską istotą w ramionach. Wieść o kataklizmie, bankructwo przedsiębiorstwa M&M'sy produkującego, meteoryt zbliżający się niebezpiecznie szybko w stronę Hampstead - nic nie było w stanie wpłynąć na aktualny, wręcz nowelowy punkt kulminacyjny, zdający się rozciągać w czasoprzestrzeni nieskończenie. Czasoprzestrzeni szczęścia, miłości, upewnienia.
Noc likwidacji domysłów, odbiegania od przypuszczeń i likwidacji niepewności. Podczas gdy dotąd spory emocjonalizm i niespotykane oddanie wyrażała postawa, spojrzenie, zachowanie Aidena - teraz upewniała sama się. Znalazła nie ostoję, a do brzegu przybiła. Nieodkrytego, paradoksalnie dziewiczego (bo nieznanego jej dotychczas) brzegu, którego być może nie podbiła, nie zdobyła, a protokooperację uskuteczniała i za ów ląd odpowiadała. Dawał jej życie, dawał spokój, w którego obronie Prudence miała stać. I taki zamiar miała - gdyby do walk terytorialnych dojść miało. Nie będzie pozwalała na krytykę, barwne epitety i nieadekwatne sugestie pod adresem jej obecnego uszczęśliwiacza. Którego dzięki wierności i oddaniu, dzięki stałości i obronie miała uszczęśliwić również.
Nieporozumieniowa historia lancasterska zagnieździła się w jej głowie w miejscu dość zupełnie totalnie mobilnym. Które mogła zdmuchnąć i na krańce świadomości oddalić. Po to by spodziewać się bumerangowego powrotu, ale to w swoim czasie. Czas na heroiczną obronę Itaki.
Która to Kraina Szczęścia postanowiła robić wszystko, by Prudence doszczętnie zakałapućkać, pozbawić racjonalizmu i logiki nie zbliżeniem, a dystansem. Do szału doprowadzającym, w myśli już pokonanym i sumienną analizą fizyczności zastąpionym, w rzeczywistości połączenie zawiązującym, każde inne tylko nie cielesne. Co było im potrzebne i wymagane - w ramach pokuty za grzechy. Którą naprędce wypełnią i do dogłębnej i szczerej do bólu spowiedzi przystąpią znów.
Leniwie konsumowała owoce, zapominając o lodach na rzecz parującej gorącem (nieporównywalnie chłodniejszym od jej uczuć), której kubek ujęła w dłonie między kawałkiem ananasa i gruszki, by podjąc i zachować cały rytuał konsumpcji najboskszego (!) płynu. Pochylając się nad kubkiem, przymknęła oczy, rozkoszując się kwiatem zapachu. Czarną uwielbiała najbardziej. W swej dziewiczej formie zaserwowaną, bez grama cukru i kropli cytryny/soku owocowego. Nie otwierając oczu upiła mały, ostrożny łyk, pozwalając kubkom smakowym przyzwyczaić się do goryczy i temperatury, zanim powzięła kilka odważniejszych, w język parzących. Przyjemnie całkiem. Czarna, niepoddana żadnym zabiegom, gorąca herbata.
Która mimo tego, że w jakiś dziwny, skomplikowany i raczej intuicyjny sposób, kojarzyła się dziewczynie z Aidenem - nie miała aktualnie z nim szans. Nie była na tyle gorąca, rozpalająca, nie wystarczająco ukochana i zdecydowanie za mało intensywna. Odstawiona na bok - w sekundzie poprzedzającej zasługujące na Nobla posunięcie w dziedzinie pokoju i homeostazy uczuć większych, śmielszych, niepewnych i chowanych skrzętnie tj. wszystkich.
Prudence w bezpiecznie niedźwiedzim uścisku się znalazła, chociaż nie do końca odnalazła. Zaskoczona nagłym przeparcelowaniem Aidena i jego namiętności, które zdawały się Wrightównę łagodnie łaskotać, tłumione przez wyższe dobro. Wobec którego nawet na-przekór-wszystkim Geralt z Rivii obojętnym by nie zdołał być. Podduszana siłą i - powtarzam - bezpieczeństwem, otworzyła szeroko oczy, błądząc gdzieś po, owiewanej jej oddechem, collierowskiej klatce piersiowej, swoich oczodołach, osobistycznych włosach przesłaniających jej pół świata czyt. Aidena i generalnie gubiąc wszelkie obawy. Poczuła jak dookoła ich wyrasta niewidzialne jajeczko powinności. Że to wszystko chronić trzeba przed złem tego świata. Że zwalczać zawiść i bezpodstawną krytykę krytyków, niekryjących się z niekonstruktywnym usposobieniem krytykanckim, należy przez ukazanie faktycznego stanu rzeczy - szczęścia bezwarunkowego. Przecież podobne uczucie jest - podczas gdy pozostałe to zwykła lemoniada - rzadsze od puszki Dandelion&Burdock!
Które miała tutaj, w zasięgu ręki, ust, zębów i na odległość jednego oddechu. Jaki to wydobył się z jej piersi, brzmiąc rozedrganie i wzruszająco odrobinę. Musnęła wargami obojczyk Aidena, poruszyła przyciśniętymi i zmiażdżonymi między ciałem jej a jego dłońmi, gdy rozluźnił nieco uścisk przeniosła je leniwie na swoje ramiona, uniosła je, przytulając policzek do jednego z nich i posłała Aidenowi powłóczyste, ospałe spojrzenie.
- Słyszałam - zaczęła cicho, melodyjnym głosem, takim dobranockowym i iluzjonistycznym - że moment, w którym usypia osoba, którą się kocha - przełknęła ślinę, poświęcając się i przekładając tacę pełną jeszcze nietkniętego i tego nadpoczętego jedzenia na podłogę - jest najpiękniejszym widokiem na świecie - dodała, nie mogąc powstrzymać osobliwego, bardzo tajemniczego i całkiem skromnego uśmiechu, kiedy układała skroń na poduszce. Tej samej, na której leżał Aiden. Coby przestrzeni i okazji do bliskości nie marnować.
Zapomniała o głodzie. Zapomniała o Kornelu. Zapomniała o dramatach balowych i wszelkich niejasnościach klołkowo-aidenowo-stbernardowskich.
Zapomniała o tym, że to [i]ona[/i chciała w sen zapadającego Aidena widzieć.
Usnęła sama.



Prudence Wright zamyka temat.
Ja ze swojej strony jednak na klęczkach upraszam się o piękny, sumujący, kwintesencją będący post.
Przez który się rozpłaczę i pozazdroszczę Pru jeszcze bardziej <3

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Sro 7 Mar 2012 - 10:59

To było inne. To było dziwne. Bo Aiden z nikim nie sypiał. To znaczy, w tym najpiękniejszym sensie, platonicznym. Bo w fizycznym...czasem mu się tam zdarzyło. Od święta. Codziennego. Ale nie było to teraz ważne (a przynajmniej taką nadzieję miał), bo jego łóżko przyjmowało niecodziennego gościa.
Który, jeśli szczerym zupełnie trzeba być, już w tym łóżku pomieszkiwał. W męczarniach, najczęściej. Bo najpierw przytulanki, potem całusy, potem Aiden nie wytrzymywał tego, że Prudence nie wytrzymuje i ta ostatnia lądowała na podłodze. Dość brutalnie czasem tłukąc sobie zgrabny tyłek. Co było idiotyzmem - dopiero teraz Collier to zrozumiał. Ileż musiała się przez niego nacierpieć! Wynagrodzi jej to, naprawdę, zapisał to sobie fluorescencyjnym różem przed oczętami. A sposobów wynagradzania znał naprawdę wiele.
Wracając do pomieszkiwania w łóżku - Pru tu bywała jako jedna z nielicznych. Lecz nawet gdy do późnych godzin wieczornych oglądali dramatyczne filmy, razem się uczyli, próbowali sprzątać czy też po prostu w sufit się patrzyli, grając w skojarzenia bądź w szachy - nigdy Wright na noc nie została. Mimo swoich usilnych chęci i sokolich podstępów, takich jak dosypanie Aidenowi do kawy kilkunastu tabletek nasennych, podkradzionych mamusi. Collier musiał przyznać, że Pru wytrwała była, ale on był bardziej. I ładnie, w zimę za rączkę, w lato na odległość ramienia (coby jej nie prowokować aż do drzwi jej domu) odprowadzał ją tak długo jak się dało. By się nacieszyła. Jego widokiem chociaż.
A spacer dobrze mu robił, bo się uspokajał (z trudem), oddychając przeponą i nie mając Prudence tak blisko, że mógłby ją wykorzystać na wszystkie znane i nieznane sposoby.
A teraz uspokajać się nie musiał. Nie musiał się też denerwować, stresować, smucić, męczyć, dręczyć i oskarżać. Mógł spokojnie leżeć, nos w nos z swoją miłością, już skonsumowaną, mając przed sobą dobre osiemdziesiąt lat (bo długowieczność w rodzie Collierów w modzie była!) pożycia. Ręka w rękę, ramię w ramię. Może nawet z babcią Gertrude ją zapozna, by pożyczyła swoją collierowską koronę czy tam diadem na ich ślub. Tylko ojca trzeba będzie przekonać, ale z tym Blaise pomoże. I czy Heath nie żartował z tym lokajem?
Słysząc jej bardzo romantyczne i głębokie słowa, uśmiechnął się. Lecz nie kpiąco. Przez tak mocne uczucie zacierała się mu się ironiczna linia, za którą patrzył na wszystko z góry, z lekkim niedowierzaniem i niedoczuciem. Ale teraz wiedział, poznał, doświadczył - i to, co wcześniej było tylko sarkastycznym stwierdzeniem, mało oryginalnym powiedzeniem, mainstreamową przyśpiewką - teraz się mu objawiało w całej swej świątobliwości i prawdziwości. Czego się nawet nie wstydził.
I może wyznałby swoje uczucia całkiem szczerze, bezpruderyjnie i śmiało, jakby podejmując największe wyzwanie świata, ale oddech Pru uspokoił się, lekki uśmiech na jej twarzy rozleniwił się i rozpłynął także, dłoń na pościeli się rozluźniła i... można by rzec, że Aiden został w łóżku sam.
Ale tak nie było.
Bo Pru miała rację, że ktoś miał rację. W sensie, z tym zaśnięciem i osobą kochaną. Aiden obserwował z mimowolnym i wręcz krępującym zachwytem na jej lekko rozchylone usta, na gładkie powieki (jeszcze nie śniła), na cień długich rzęs na policzkach, na włosy, które opadły jej na czoło, zasłaniając część twarzy - odgarnął je tak delikatnie, jak tylko mógł. I czuł się...zawstydzony. Najpierw z nim spała, teraz spała przy nim i nie wiedział, co było oznaczone większą intymnością, większym zachwytem, głębszym uczuciem. O ile wcześniej było to mocne, rozedrgane do granic ciała opiętego skórą, głośne i łaknące, to teraz Aiden czuł się nasycony. Tak, że nawet przez myśl mu nie przeszło, by ją budzić i się z nią pokochać. Albo jej nie budzić, na przykład.
Lekki uśmiech błąkał się po jego twarzy, gdy wreszcie przymknął oczy i wsłuchując się w powolny oddech Pru i czując ciepły, owocowy zapach na swojej twarzy, zapadł w sen. Szczęśliwy. W końcu.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 26 Lip 2012 - 17:40

Wracam do domu - zgubiłam się na wrzosowiskach.
Nie było trudno odwrócić się na pięcie od obowiązków i znikających za rogiem terminalu walizek, ciągniętych w stronę lotniskowego parkingu przez st.bernardowskich wymienników. Nie było trudno zdecydować o docelowym miejscu podróży 7283363 środkami transportu, które okazały się równie zawodne co powolne. Świeżutko wytargana przez Abiego z samolotu mogłaby głośno i z przejęciem utyskiwać i demonstracyjnie narzekać na poruszające się z prędkością motyla podw/miejskie busy i, nie wiem, wozy końmi zaprzężone.
Mogłaby, gdyby nie zbiór okoliczności łagodzących zdecydowaną większość powiązań z rzeczywistością - te same, które sprawiły, że nie było trudno - jednocześnie potęgujące wszelkie porywy gwałtowności i bezmyślności.
Czas, który Prudence spędziła w rodzinnym hrabstwie Devon był jej potrzebny - o czym wiedziała, kierując się cichaczem od wejścia do domostwa Collierów przez kuchnię - i zdecydowanie za długi - o czym mogła poświadczyć, analizując swój stan fizyczny, wzorowo niezmącony żadnym zagrożeniem, kiedy wspinała się po stopniach na piętro. Zatrzymała się przed drzwiami, pewna trzech kwestii: 1. nikogo nie było w domu (zero samochodów na podjeździe), 2. zna cel, dla którego chciała się tu pojawić, 3. jej organizm jest stoikiem. Dziwaczne i nieprudensowskie. Oczekiwała wzburzenia i rozgorączkowania zdecydowanego, którego doświadczałaby praktycznie bez przerwy od chwili dezercji z lotniska, gdyby nie sen. Wymuszony, z premedytacją przedsięwzięty i nadużywany sen w każdych warunkach klimatycznych i przyrodniczych. Odczuwając jedynie smutne zdecydowanie i urojone wyczerpanie szumem (nie natłokiem) myśli przed jej oczyma się urealniającymi, nacisnęła zimną klamkę i pchnęła drzwi, nieomal bez zainteresowania skanując wnętrze pokoju Aidena. Trwając w tym nieokreślonym uczuciu znajdowania się pod ciągłym wpływem sennych omamów, przeszła na sam środek małego pomieszczenia, obracając się wokół własnej osi powoli i kilkakrotnie. Podczas gdy jej wzrok padał na przeróżne, pogrążone w ciemności nocy, która trwała już od kilku ładnych godzin, przedmioty - kwiaty? od kiedy Aiden hoduje kwiaty? och, lustro, nie wyglądam jak ja. nigdy nie biło ode mnie tyle smutku... o, teraz lepiej - Prudence oddychała spokojnie, czując się oderwana od swojego ciała, tak niesamowicie spokojnego w porównaniu z niedawnymi agresjami i pochodnymi anomaliami.
Wiedziała, że zupełnie odporna na upływ czasu stała się od chwili, kiedy już w drodze do Torquay wyłączyła telefon, wobec czego oczekiwanie na przybycie Aidena miało minąć jej w niezmąconym niczym spokoju i chorej, nienaturalnej bierności.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 26 Lip 2012 - 18:13

Aiden miał za sobą ciężki powrót do domu. Taksówką. Miał za sobą także ciężkie kilka godzin, ciężką noc, ciężki dzień, ciężki tydzień, ciężki miesiąc, ciężki miesiąc numer dwa. Aż dziw, że trzymał się, tak jak zawsze, wyjątkowo prosto. Nawet po dość smętnych zabawach w jakimś podmiejskim klubie spokojnie otworzył drzwi wejściowe i nie zachwiał się ani razu na śliskiej posadzce, prowadzącej do kuchni.
Zrzucił buty, czując nieprzyjemny chłód płytek na nagich stopach i otworzył lodówkę, wyciągając stamtąd butelkę wody mineralnej. Ledwie powstrzymując chęć wylania jej sobie na głowę. I stłuczenia tamże.
Przynajmniej wyglądałby tak, jak powinien, po całonocnej imprezie. Rozwydrzeni nastolatkowie świętowali koniec szkoły (już za kilka dni?), upijając się na umór w Crown czy też w innych, podrzędnych klubikach do potańcówek i chcąc nie chcąc - E150 bywało upierdliwe i miało swoje sposoby - Aiden musiał do nich dołączyć. Ostatnia klasa, ostatnia szansa do świętowania i tak dalej.
Problem w tym, że on sam zupełnie nie mógł znaleźć żadnego powodu do celebracji. Czegokolwiek. Nawet tego, że udało się mu dzisiaj odmówić milion razy alkoholu i tysiąc razy przypadkowego seksu - był już tym znużony. I wyprany z wszelkich emocji, jakby... z każdym głuchym sygnałem telefonu Prudence przekraczał własne granice i ta obecna - totalna depresja i totalne wkurwienie i totalne zranienie - nie mogła się już poszerzyć. Czyli gorzej być nie mogło. Co było wręcz...pocieszające.
Dom był o tej porze pusty - rodzice w kolejnej delegacji, Blaise po raz kolejny w ramionach Indiany w obskurnym pokoju akademika - co było dziwne. Aiden odruchowo wyciągnął z kieszeni telefon - trzecia pięćdziesiąt trzy. Za godzinę zacznie świtać. - i równie odruchowo wybrał numer Wright. Po raz dwusetny.
I równie odruchowo rozłączył się po kilkunastu sygnałach, odkładając pustą butelkę z wodą na szafkę.
Dzień jak co dzień. Wyjście z kuchni, schody na górę, trzeci schodek trzeszczy jak w dzieciństwie, z pokoju Blaise'a nie dobiegają żadne dźwięki - nie maluje, nie urządza seansu filmowego; ciekawe, jak to będzie, kiedy w końcu odwiedzi go Indiana? będą razem jeść śniadanie? nie daj boziu napije się z jego aidenowskiego kubka? - dlaczego jest tak duszno i po kij w ogóle dał się namówić na idiotyczną imprezę, mógł zostać w domu i poczytać i...
Pchnął drzwi do ciemnego pokoju, kierując się w stronę szafy. Którą gwałtownie otworzył w poszukiwaniu czegoś, co nie śmierdzi piwem, tanimi perfumami, potem i feromonami groteskowo umalowanych dziewczątek, a pachnie raczej czystym prześcieradłem, wrzosem, herbatą i...Prudence?
Powtórka z rozrywki. Z biblioteki. Najpierw zapach, potem stwierdzenie choroby psychicznej, następnie odwrócenie się (by się zaśmiać ze swoich zwidów) i...totalne zaskoczenie.
Stanął w pół obrotu, mrugając zawzięcie oczami i czując, że w końcu wie, o czym pisano w tych wszystkich dramatycznych książkach. Serce przestaje bić, wszystko jest zdziwieniem, głęboki oddech, zupełny szok na twarzy. Brakowało tylko wypadających z rąk rzeczy i widowiskowego zemdlenia z wrażenia.
Stał więc tak jak słup soli (<3), z półotwartymi ustami, wielkimi oczami i w zupełnym szoknięciu, wpatrując się w Prudence Wright jak w ducha, który w ramach wyjątkowo śmiesznego kawału postanowił nawiedzić go w środku nocy.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Czw 26 Lip 2012 - 21:21

Prudence powoli przyzwyczajała się do ciemności, jej oczom ukazywało się coraz więcej mniej bądź bardziej istotnych dla ogółu szczegółów, naniesionych na całokształt osobistycznej przestrzeni Aidena, dokonujących niejako plastycznej deskrypcji realiów w jakich rzeczony ostatnimi czasy egzystował. Bytował. Prawdopodobnie jedynie noce przesypiał. Porozrzucane po wszystkich sześciu kątach nieregularnego pokoju zmięte koszulki, pozostawione na podłodze 'tak jak stał' spodnie i not-anymore biała pościel niedbale zwinięta na łóżku nie były nowością. Zazwyczaj. No może z wyjątkiem tej bieli. Znaczy w okresach absencji Prudence - bo w czasach pokoju i łaski jeśli nie ona sama to troska Aidena prowokowała go do uporządkowania względnego całościowego burdelu (literally), tak coby dziewczę jego ukochane mogło bez obaw o panikę i wstręt ogólny przesiadywać długimi, słodko smakującymi godzinami właśnie tutaj - gdzie teraz czarno na białym rysował się jej przed oczyma dowód ich długiej rozłąki. Symbol. Smutny efekt.
A smutek jej to też efekt. Tym razem marnej, raczej naiwnej (so Prudence) próby odwleczenia jak najbardziej w czasoprzestrzeni momentu wyciągnięcia wniosków, małego podsumowanka tygodni (?) dziwnych, destrukcyjnych analiz i statystyk w główce i wśród wrzosów dokonywanych. Bo w przerwach między karmieniem samej siebie silną iluzją senności (i każdą inną. przypadkowych ludzi, aby jedynie się wyczerpać. skutki uboczne przedziwne) rozdrapywała z premedytacją rany najdrobniejsze i najpotężniejsze, coby sobie swoją godną pożałowania naiwność przypomnieć, ładnie zapamiętać i przestrogę z niej uczynić. Właściwie gdyby nie pomyślunek pewno do jakichś dhrramatycznych aktów desperacji doszłoby i jej ciało wśród wrzosów odnalezione w białą zwiewną sukieneczkę odziane i z puklem włosów lubego w zamykanym wisiorku na szyi i z długim, pełnym pięknych metafor i gęstych hiperboli, listem pożegnalno-miłosnym. Ale nie. Bo myśleć poczęła, kiedy już wystarczająco się nad Aidenem i jego niestałością poużalała.
Zatrzymała się, wymacała na oślep wibrujący w kieszeni jasnoniebieskiej marynarki telefon nie odbierając go, utkwiwszy nieobecny wzrok gdzieś w okolicy framugi okna, i powróciła myślą do chwili, kiedy po kolejnym wyczerpującym spacerze po polnych ścieżkach wróciła do gospodarstwa wuja i zamknąwszy się na cztery spusty w swoim pokoju, po raz pierwszy od czasu dłuższego pomyślała o sobie jako nie ofierze zdrady (co doszczętnie rujnowało jej poczucie własnej wartości. bo to po raz 9738494854) a oszustwa. Co nie było już na tyle emocjonalne i pomagało w chwytaniu się każdej podbudowującej myśli, krytykującej jej służalcze oddanie i hamowało rozpaczliwy powrót do trybu Prudence Ślepo Zapatrzonej. Od tego momentu - pamiętała, że to popołudnie było na tyle parne, że bezsenność miała gwarantowaną - jej subiektywna ocena zaczęła stawać się bardziej krytyczna, wyobraźnia mniej rozbujana a konieczność konfrontacji bardziej świadoma. Cały syf emocjonalny zdawał się być konwersowany do dojmującego, wielobarwnego i nieodstępującego na krok smutku.
Nie umknął jej zgrzyt otwieranych drzwi, nie umknął zapach alkoholu i collierstwa, które to collierstwo rozbijało się na kolejne czynniki - papierosy, wodę kolońską i.. hmm, coś jeszcze, czego (mimo collierstwa oczywistego) Blaise nie miał, a pewnie jedynie jej węchowi jest dane to odczuć, nie umknęła sylwetka nieco chwiejnie poruszająca się po pokoju. Prudence miała tę przewagę, że przywykła do ciemności w czasie tego kwadransa. Widziała Aidena dobrze. Co jednocześnie było słabością, bo nieco głębiej i szybciej powzięła przez uchylone usta powietrze, przymykając oczy na chwilę, aby powstrzymać chęć głośnego westchnięcia i runięcia na podłogę na uginające się kolana. Aiden emanował sobą tak potężnie. Prudence nie mogła pozwolić sobie na słabość. Dlatego przymknęła oczy. Dlatego przełknęła ślinę i oddaliła się dwa kroki w tył, zachowując zdrowy dystans (i ewentualną asekurację w postaci miękkiego łóżka zaraz za sobą, gdyby przyszło jej zejść na zawał serca).
- Nie patrz tak na mnie. Muszę wiedzieć czy jesteś w stanie ze mną rozmawiać - powiedziała spokojnie w ramach czułego powitania i splotła nisko palce swoich dwóch, zaskakująco niedrżących dłoni, oczekując cierpliwie na jakikolwiek odzew. Bo była świadoma, że jest w stanie przełożyć spotkanie, jeśli tylko okoliczności będą tego wymagać. Najwyżej odchoruje to potem u wujaszka. Permanentnie.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 27 Lip 2012 - 10:00

Gdyby Aiden był choć odrobinę wierzący (bogowie, anioły i te sprawy) mógłby w tej chwili paść na kolana, modlić się i aplikować o świętość. Bo stał się cud. I jego ciche prośby zostały wysłuchane.
Prośby różnorakie.
Przez ten cały cholernie-wkurwiście-zajebiście (bo inaczej się opisać nie da) długi czas rozłąki nie potrafił sobie ze sobą poradzić, bo w głowie miał tylko Prudence. Cały czas, z małymi wyjątkami na puszczalskie przygody, dzięki którym nabierał oddechu, dystansu i...wyrzutów sumienia. Po raz drugi w życiu ich doświadczał, co było bolesne, dławiące, tak inne i specyficzne. I wcale mu się to nie podobało. Przeczytał za dużo książek psychologicznych, żeby nie zdiagnozować u siebie depresji maniakalnej. Z elementami chorej obsesji. Ciągle pod telefonem, ciągłe łudzenie się na kontakt z Prudence, ciągłe urojenia, ciągłe rozmyślania o chuderlawej osobie Wright i o tym, co jej zrobi, gdy w końcu się spotkają.
Najpierw wizualizował to sobie bardzo spokojnie. Że Pru się nagle zmaterializuje, przeprosi, on jej wspaniałomyślnie wybaczy i będą kontynuować nowy, dojrzalszy związek z elementami oralnymi i pogłębianiem się wyuzdania. Potem - gdzieś około pięćdziesiątego nieodebranego połączenia - popadł w czystą rozpacz. Będąc pewnym, że nie doczeka tego spotkania o zdrowych zmysłach, że przestanie mu na Prudence zależeć, że po prostu zwariuje bez niej. Bez mijania jej na korytarzu, bez pocałunków w czoło, bez czułego wyśmiewania, bez pogawędek przy herbacie, bez kochania się - nie pieprzenia, nie zaliczania, nie pierdolenia, nie ruchania - bez jej zapachu, bladości skóry, bez dziwnej mimiki, gdy się dąsała, bez iluzji orzechowego raju, bez...wszystkiego, czym i kim była Prudence.
Trwało to dość długo i jedyną ucieczką od stanu marazmu i tragedii był seks. Dzięki (przez?) któremu Aiden wyrwał się nieco z otępienia, kreując sobie spotkanie z Powróconą Prudence w zupełnie inny sposób. Zbiegło się to, zupełnym przypadkiem, z sto trzecim połączeniem. Przestał wyobrażać sobie ich ponowne spotkanie, opętany tak irracjonalnym i potężnym gniewem, że nie potrafił myśleć o Prudence bez zaciskania pięści. Chciał ją uderzyć, chciał ją spoliczkować, chciał wyzwać za totalną głupotę i bezmyślność, chciał zranić za to, że go zostawiła.
Ostatnie kilka dni upłynęło mu w tym właśnie wesołym, agresywnym stanie, który mógł rozładować tylko na swój sposób. A i to nie pomagało.
Dlatego stał teraz jakieś dwa metry od Prudence, czując w sobie dziką mieszaninę...wszystkich uczuć, które nim ładnie miotały przez ostatnie milion dni. Co było zapewne widać jak na dłoni, pierwszy (drugi) raz w życiu. Pięści miał zaciśnięte, szczękę także, w ten swój specyficzny sposób, oddychał spazmatycznie acz cicho, jakby miał się zaraz zapowietrzyć, a oczy się mu zaszkliły. Na chwilę. Z gniewu, z rozpaczy, z tęsknoty, z niechęci, z całej tej gamy nieprzyjemnych doświadczeń, które właśnie przyprawiały go o perforację duszy i serca.
Zrobił chwiejny (a przecież trzeźwy był zupełnie) krok w przód, dalej patrząc na Prudence wzrokiem dzikim (nieopanowany Aiden, zapisać w annałach) i zdziwionym.
- Dlaczego... - zaczął, głosem tak łamiącym się, jakby zaraz miał się rozpłakać albo przejść do przerażającego wrzasku. I ta słabość strun głosowych nieco go otrzeźwiła,na tyle, że chociaż na chwilę przestał czuć, koncentrując się tylko na tym, by wydobyć z siebie coś, co nie będzie zwierzęcym charkotem. - Dlaczego? - zdobył się tylko na to jedno, mocne pytanie, zawierające w sobie wszystkie inne. Dlaczego tak długo, dlaczego nie wróciła od razu, dlaczego go zostawiła, dlaczego dopiero teraz wraca, dlaczego pozwoliła mu czekać, dlaczego stoi teraz taka żałobna, zamiast go gorąco przepraszać, dlaczego on, Aiden, tak mocno reaguje. Chciał odpowiedzi, wyczerpującej, bardzo po Sokolsku wierząc, że Pru doskonale go zrozumie.
Jednak chwilę później nie mógł już nad sobą panować, robiąc kolejne dwa szybkie kroki i popychając Prudence gwałtownie o ścianę, tak, że pięknie wyrżnęła chudymi łopatkami w białą ścianę. Aż się zatrzęsły krzywo przywieszone plakaty filmowe. Zupełnie odwrotnie niż - już całkiem spokojny i collierski - głos Aidena. - D l a c z e g o? - ponowił pytanie niczym fan zdartej płyty, trzymając dłoń kurczowo na jej odzianym ramieniu i schylając się nieco, by patrzeć jej prosto w oczy (w świetle księżyca ofc), dwa centymetry od jej twarzy. I od jej ust. I od jej całej, czując ten prudensowski zapach tak mocno, że zakręciło mu się w głowie. Co jeszcze wzmocniło uścisk, opierający dziewczę o ścianę.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 27 Lip 2012 - 12:37

W swojej wyobraźni nigdy nie próbowała znaleźć się w tym miejscu. Nie chciała przewidywać możliwych wersji wydarzeń, kiedy zupełnie wyczerpie limit nieobecności, nadany przez nią samą i przekroczony czterokrotnie, i stanie przed Aidenem - gotowa na konfrontację, zdecydowana i wypłukana z wszelkich gwałtownych emocji, które mogły jedynie zachwiać jej skrupulatnie składanym w całość poczuciem pewności. Bo te (gwałtowne emocje) też wyczerpały się - czego Prudence pewna była przez... właściwie ostatni tydzień, którego kolejne dni jak gdyby zlewały się w całość, zacierając granice między poszczególnymi godzinami. Czas, który mimo kontynuowanej bezczynności nie miał nic wspólnego z beztroską.
Nie próbowała sobie wyobrazić również reakcji Aidena na jej powrót, jego zaskoczenia? Może paniki? Niewysłowionej ulgi i wściekłości? Czegoś. Zasypana przecież została kolosalną liczbą nieodebranych połączeń, wiadomości; od niego, Chloe, innych. I z każdym kolejnym sygnałem telefonu zaciskała mocniej usta, aż utworzyły cienką, prostą kreskę, otrząsała się z zupełnego marazmu, wracając do niemiłej rzeczywistości.
Trwało to tak długo, że aktualnie po apatii, skostnieniu i zastoju nie było mowy. Nie obawiała się, że nagły kontakt z Aidenem zaskoczy ją, zmniejszając dystans między nimi jedynie uspokoił Prudence. Nie na długo. Jego pytanie było zrozumiałe - tak cudnie odzwierciedlało i kumulowało wszelkie wątpliwości, których doświadczyła. Tak jakby na głos jej główny przewód myślowy wydobył. Nie miała jednak czasu zastanowić się nad tym dłużej, zadrwić i odbić piłeczkę. Gwałtownie pochwycona syknęła głośno, czego dźwięczną kwintesencją było uderzenie o twardą ścianę. Usłyszała i poczuła siłę, z jaką jej łopatki obite zostały, wykrzywiła automatycznie twarz w grymasie zaskoczenia i złości.
- Nawet nie próbuj mnie dotykać - wycedziła, ogłuszona bólem, który spowolnił jej reakcję. Dopiero po kilku sekundach od uderzenia zebrała w sobie tyle siły, ile zdołała, nie chcąc pozwolić Aidenowi zbliżyć się bardziej. Czyli odpychając go od siebie. Poczuła się unieszkodliwiona, orzeźwiona zupełnie, przestraszona. Mogła się przyjrzeć udręczonej twarzy Colliera. Której tak długo nie chciała widzieć na oczy. Twarzy, w której za dużo emocji mieszało się, by mogła uznać siebie za bezpieczną. - To był bardzo celny cios - przyznała tym samym, wydobywającym się zza zaciśniętych zębów tonem, ciskając z oczu błyskawice i rozpaczliwie próbując się wydostać spod silnego uścisku Sokoła. - Chloe, tak? - żachnęła się, czując jak cały misternie budowany plan kulturalnej rozmowy i rozsądnej argumentacji pada w gruzach przemocy Aidena. Która ją też rozjuszyła. - Nie obchodzi mnie zupełnie czy ją pocałowałeś Ty, ona Ciebie, zrobiliście sobie nawzajem dobrze czy przerżnąłeś ją na wylot - uderzyła go pięścią w pierś, przy okazji wreszcie wyswobadzając się z uścisku. - Nie jestem kretynką, nie wybaczę Ci tego jak Cornelius jej - wyartykułowała, odchodząc od niego, wciąż przestraszonym, bolesnym spojrzeniem taksując górującą nad nią sylwetkę chłopaka. - Nic nie usprawiedliwia Twojej słabości, bo nie potrafisz walczyć, wiedząc, że dla kogoś się poświęcasz.
Oddychając szybko i urywanie, zacisnęła pięści wyciągniętych wzdłuż ciała rąk, patrząc na Aidena z odrazą z odległości zbawiennego półtora metra. Wiedziała jedynie o Demarchelier, nikim innym. O czymś, co skłoniło Kornela do sporej rozpaczy. Mimo, że w końcu do zaręczyn i wesołej kontynuacji sielankowego życia doszło. Coś jednak dla niej, dla Prudence Wright, okazywało się zbyt wielkim nagięciem zasad, zbyt upokarzającym aktem dewastacji jej pewności siebie. Zbyt oczywistym dowodem samolubstwa i zdrady.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    Pią 27 Lip 2012 - 13:12

Jeśli przedtem był zdziwiony i zszokowany wręcz do granic wytrzymałości rozszerzonych źrenic, to w chwili obecnej owe zaskakujące doznanie tylko się spotęgowało. W najmniej przyjemny ze sposobów.
I nie chodziło nawet o zbytnią bliskość Prudence, o jej zapach, o włosy łaskoczące go w szyję, o to, że wręcz czuł bicie jej przerażonego/wkurwionego serca; o to wszystko, co odbierało mu zmysły; o to wszystko, o co prosił jakąś siłę wyższą przez ten cały czas. Raczej o aurę Wright, o siłę emocji jakie z niej promieniowały. Negatywnych emocji, z którymi nigdy do tej pory się nie spotkał. Nawet, gdy go spoliczkowała, nawet, gdy wrócił z ucieczki z Wendy, nawet, gdy stłukł jej ulubiony zestaw filiżanek, nawet gdy opowiadał kiepskie matematyczne żarty, nawet gdy budził ją w środku nocy.
Wszystkie te wspomnienia - mocne, ale kończące się zawsze spokojnie, łagodnie i bezpiecznie - teraz nagle wyblakły, jakby cała niechęć, żeby nie powiedzieć nienawiść, bijąca od Prudence wybieliła wszystko, pozostawiając Aidena nie dość, że skołowanego to jeszcze ślepego.
I odtrąconego. Teraz już fizycznie, na własne oczy; odtrącenie, które poczuł na własnej skórze.
Obrócił się powoli, ciągle z zaciśniętą pięścią i znów czystymi emocjami na twarzy. Zaskoczenie, znów, tym razem z rodzaju takich z lodowatą wodą z wiadra prosto na rozgrzaną skórę. Nie próbuj mnie dotykać.
Patrzył na nią z niedowierzaniem, mając na końcu języka jedno, podstawowe, naiwne pytanie. Za kogo Ty mnie masz? A potem kolejne, co się zmieniło, co się stało; miliony sokolskich pytań w wzburzonym umyśle, nie nadążającym (nowość) za tym wszystkim, czym pieprznęła go Prudence.
Patrzył na nią zdezorientowany, milcząc. Długo. Chloe? Skąd do cholery wytrzasnęła akurat Chloe? Już zapomniał o czymkolwiek związanym z Demarchelier; ostatni raz widzieli się kolejny trylion lat temu, na korytarzu, gdzie uginała się pod ciężarem kiczowatego pierścionka zaręczynowego. Zdążył zapomnieć o tym, co się działo na imprezie w piwnicy, to było tak nieważne, tak błahe i tak nieistotne, że nie pomyślał nawet o tym, skąd Pru się o tym dowiedziała, skoncentrowany tylko na tym, jak kretyńsko głupio postąpiła Wright.
Bo wszystko się mu ułożyło w głowie. Pru się jakoś dowiedziała o zwykłym pocałunku w obskurnej toalecie, Pru uciekła, Pru spędziła kilka tygodni na wyolbrzymianiu tego z całą siłą swojej wyobraźni.
Uśmiechnął się odrobinę, jak szaleniec, który właśnie ma wysadzić budynek pełen ludzi w powietrze, prostując w końcu ręce i patrząc na Wright z...naganą? Ulgą? Złością?
- Jesteś kretynką, Pru. Totalną - zaoponował odzyskując w końcu błogi spokój i z powrotem stając się Aidenem-Collierem-Panem-Sytuacji. Przynajmniej według swojego widzisimisię. - Dowiedziałaś się o tym, że przez kilka sekund przebywałem z nią w tym samym pomieszczeniu, wysnułaś jakieś chore, nieprawdziwe teorie i zamiast do mnie zadzwonić, zamiast ze mną porozmawiać postanowiłaś się odciąć, dając swojej wyobraźni pole do popisu. - mówił prosto, spokojnie, próbując złapać jej spojrzenie i powstrzymać się od warczenia albo wykonywania jakichś innych, obelżywych gestów. Postąpiła tak głupio i nieodpowiedzialnie, że Aiden nie był w stanie tego zrozumieć. Mógł jednak znów szybko połączyć fakty i znaleźć idealne wyjście z sytuacji.
Idealne dla siebie. Zostawiła go przez taką głupotę. Przez pogłoskę. Obiecała, że wróci jak najszybciej. Starał się. Odtrąciła go, dając mu wolną rękę w pewnych...kwestiach.
- Nie zdradziłem Cię z Chloe - powiedział z pewnością, głosem lekko drżącym z nadmiaru nagłych olśnień.
Sięgnął do kieszeni, wyciągając paczkę papierosów i odpalając jednego, nie spuszczając wzroku z Prudence. I mierząc odległość między nimi. W chwili obecnej tęsknił za nią bardziej, niż kiedy była w Norwegii albo Gdziekolwiek, jakby te trzy metry, które ich dzieliły, były zupełnie nie do przebycia.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: teren prywatny aidena c.    

Powrót do góry Go down
 
teren prywatny aidena c.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Teren na zachód od Krwawej Bramy
» Stary Dąb [teren skażony czarną magią]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Collier (Hampstead)-
Skocz do: