IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Czw 21 Cze 2012 - 14:42

Wszystko powróciło na swoje miejsce.
Z rozsypanej układanki, przedstawiającej pamiętny widok lasu iglastego nocą, udało się się, jakimś cudem, uzyskać obraz identyczny, jak na pudełku. Z wszystkimi puzzlami na swoim miejscu, bez przerw, bez brakujących elementów. A wydawało się to niemożliwe. Z takich gruzów, z takiego chaosu nie można było powstać bez szwanku, jedynie z lekko podartymi ciuszkami i zwichrzoną fryzurą.
Ale jemu się to udawało.
Wszystko zawsze szło po aidenowskiej myśli. Nawet, jeśli błądził, błądził z własnego wyboru i na własną odpowiedzialność, święcie przekonany, że wybrał właściwie. I oczywiście tak było. To nic, że ranił przy tym ludzi (zawsze) i samego siebie (rzadko) - liczył się wynik, liczyło się postawienie na swoim. I wyniosłe spojrzenie pod tytułem a nie mówiłem. Zrobię po swojemu, przekonam się, i tak wyjdzie na moje.
jednak teraz było inaczej. Błogosławieństwo trochę opadło, zostawiając po sobie różowy popiół, utrzymujący jeszcze długą chwilę atmosferę zagadki. Mianowicie, jak udało mu się przeżyć te wszystkie dramaty, wstrząsy, zdrady i cierpienia i powrócić na to samo miejsce?
Pokój Prudence. Ciche przedmieścia, zapach spryskiwaczy do szyb, krzyki dzieci, skrzypienie huśtawek, daleki szum samochodów. Ten specyficzny kolor letniego nieba, nasiąknięty przemysłową dzielnicą Londynu i wytracający intensywne purpurowe barwy dopiero za wrightowskim oknem. Osoba Prudence. Cicha introwersja, mieszanka zapachów bezpieczeństwa, drżenia dłoni i oddania, wierne spojrzenie, kruche kości, słomiane włosy, definitywnie niesłomiany zapał. Wywracanie oczami, specyficzny ton, ekstrawertyczna mimika, mimowolne ruszanie biodrami do muzyki.
Kochał ją. Definitywnie. I jeśli kiedykolwiek w to wątpił ( a wątpił kiedyś bardzo często, próbując rozgryźć ten cały uczuciowy mechanizm na spokojnie, rozłożyć na pierwiastki pierwsze swoje zachowania i w jakiś sposób zanegować tą całą emocjonalną eskapadę na ziemię nieznane), teraz, po tylu latach chciałoby się rzec, po tylu wyrywaniach serc z piersi, po delikatnym muśnięciu jej warg, był tego pewien. Jak jeszcze nigdy, oprócz Crown.
Lecz oprócz wewnętrznej jasności nic się nie zmieniło, zero rumieńców, wzdychania i trzęsawki. Spokój totalny i obserwacja siadającej na podłodze Prudence i rozpierdolu przed-wyjazdowego-pokojowego.
I ignorowanie wszystkich słów, które się mu zbyteczne wydawały. Nawet potwierdzanie pomocy w pakowaniu - po prostu się tym zajął, rzucając jej ostatnie, przeciągłe spojrzenie i podchodząc do jej przepastnej szafy, w której metodycznie zaczął szukać ubioru zgrzebnego, ciepłego, zajmującego mało miejsca i odpowiedniego na wymianę.
- Business studies - odparł tonem ucinającym niezbyt wygodny temat, przekładając przez ramię trzy pary spodni. Długich. Składając je równo i kładąc je na łóżku obok walizki, gdyby Prudence chciała poczynić jakieś zmiany. Czego jej nie polecał, przecież on wie, co dla niej najlepsze. - Szczerze, nie wiem kompletnie co planują. Już mnie to nie bawi - dodał przeciągłym tonem, schylając się do szuflad i wyciągając swetry. Same. Od razu odrzucając jakieś fikuśne bluzki z dekoltem do pępka (pewnie demarchalierowskie pozostałości) i inne zbyt kolorowe fantasmagorie. - Ale skupiają się raczej na pożegnaniu szóstoklasistów. Angielski nacjonalizm, nie interesują nas Norwedzy - powiedział z mimowolną wyższością odnośnie ludów Północy. I liczbę mnogą stosując, bo pomimo dość ochłodzonych stosunków na linii Collier - reszta E150, wzburzona jego wyjazdem, uważał się za integralną część bractwa. Którą ciężko będzie pożegnać.
- Jak się ma Chloe? Słyszałem, że on się obudził - spytał powoli, nieco cierpko jednak akcentując zaimek. Nie chciał o tym myśleć, ale...powinien. Co już dawno sam ze sobą ustalił.
Tak jak fakt, że nie pozwoli Prudence na żadne hasanie po Norwegii w czymkolwiek co jest sukienką. Automatycznie z wieszaka zrzucając wszystkie spódnice na dno szafy. Nie walizki.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Czw 21 Cze 2012 - 20:27

Jasność i bezpośredniość. Generalna akceptacja reakcji i ignorancji, wtedy kiedy dramatycznych osuwisk emocjonalnych nie powodują. Prudence uśmiechnęła się do siebie, wpatrzona w zawartość pudełka po butach jakichś Mattie'owych (bo z kosmitami dziwnymi. na pudełku w sensie), gdzie ładnie porozdzielane i w osobne, niesplątanie przestrzenie przestrzenie, poukładane były ładowarki i kable wszelakie. A ta subtelna, nieco niezależna od Pru zmiana na facjacie jej spowodowana była pewnym... przewidywalnym pogubieniem. Kiedy to sobie porównała: Ajda Sprzed Egzaminów, pozornie nie podekscytowany ani trochę (ostentacyjne uzewnętrznianie podobnych lawin czuciowych było dla niego lejm przecież), ale zdecydowanie zdecydowany, spinający się w sobie i zmotywowany. Sugerujący nawet swojego czasu konieczną separację PFFFFFFFF, który to pomysł mu Prudence prędziutko, skutecznie, zjawiskowo z głowy wybiła, bezszelestnie wślizgując się do jego pokoju i wiesz, Ajda, u nas prysznic tak długo zajęty. Ale w sumie nie przeszkadzaj sobie, wróć do krytyki papalizmu a ja się ładnie wykąpię; oraz Ajda Teraz - ucinający temat zdecydowanie.
Co jej się w gruncie rzeczy nie podobało - skąd ten uśmiech? - bo wiedziała, że Collier wie, że podobne pytanie = mała sugestia, że jakieś ogólnikowo rzucone info się przyda ds. całości egzaminów = chce wiedzieć, jak mu poszło = to PRZYSZŁOŚCIOWA bardzo wiedza, a nie ma co odkładać na później, na ogłoszenie wyników ostatecznych, na rekrutację decyzje dla ich obojga istotne i na których przeanalizowanie i schematami obrazowanie nie mieli zbyt wiele czasu - chyba, że telefonicznego. Przez videokonferencje. Mejlem. Listem.
Tak. W Prudence całej rozbłysło światełki podjarania, kiedy w jednej sekundzie przez jej głowę przemknęło milion wyobrażeń miejsca, które będzie miało zaszczyt gościć Prudence do Aidena piszącą, papieru, na jakim wykaligrafuje starannie swój podpis, perfum, których zapach będzie drażnił jego nozdrza, kiedy dostanie list.
A w nim jakieś it won't be long, yeah, till I belong to you.Teraz natomiast na to, że będzie looong do deadline'a Prudence nadzieję miała.
Zastanowiła się nad jego pytaniem.
- Chloe.... wiesz, uważam że niemały w tym mój udział, że Cornelius mógł ujrzeć ją ułożoną, pozbieraną do kupy, kiedy już obudził się - stwierdziła bez ogródek, nawet nie kryjąc zadowolenia z faktu, który on cierpkością przyodział. Bo nie wiedziała, czy - gdyby stało się to odrobinę później - zdołałąby jeszcze kiedykolwiek powiedzieć, że u Chloe dobrze. - Oczywiście nie da sobie wytłumaczyć, że to żadnym cudem nadprzyrodzonym cudem nie było... - dodała, posyłając Aidenowi znaczące, pełne pobłażliwości dla Demarchelierówny spojrzenie. - Uśmiecha się. Je, ubiera znów... po swojemu. Nie nudzi. Dzięki temu... nie myśli dużo - przyznała, ponownie autopropsy uskuteczniając bez animuszu, ale jednocześnie zwracając swe myśli na inny tor. Owszem - powypadkowy. Tym razem nie Klołkowy. I skoncentrowała uważne spojrzenie, podnosząc głowę znad otwartej, w jednej czwartej zapełnionej torby, na pomaającym jej z zapałem Aidenie, jak gdyby oczekiwała, że w tej chwili błyśnie gdzieś informacyjka przez niego prześwitująca, dot. jego stanu. W związku z tym. O czym przecież potrafiła rozmawiać już z Chloe, całkiem bezłzowo nawet ostatnimi czasy, ale... Aiden jest wszystkim tym, czym nie jest Demarchelier. Nie spytała o nic. Że jeszcze nie mogła i nie chciałą zdecydowała, zmieniając piosenkę.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 22 Cze 2012 - 6:44

Babranie się (dosłownie) w dziewczyńskich ciuchach może i nie było ulubioną aidenowską rozrywką, ale przynajmniej miał świadomość, że w jakiś tam sposób pomoże Prudence przetrwać ten potworny wyjazd. Za co też autopropsy (zaraźliwe w tym pomieszczeniu) uskuteczniał, składając w perfekcyjną kostkę bluzkę koloru niebieskiego. Czy tam chabrowego, na odcieniach się zupełnie nie znał, tak jak i na sprzątaniu. Układać, planować i pakować się - to było o wiele lepsze, wymagało zmysłu logicznego i bardzo Aidenowi odpowiadało.
Tak bardzo, że PRAWIE nie zazgrzytał zębami, gdy jego imię zostało na głos wypowiedziane. Biedny, na bruksizm ciągły cierpiał, wywoływany odpowiednim ułożeniem liter i zgłosek. Jak pies Pawłowa.
Skrzywienia twarzy, mimowolnego acz widocznego, nie ukrywał, klęcząc obecnie przed szafą i popadając w szybką rozkminę. Najpierw nad praktycznością obuwia zmiennego na wyjazd, dopiero potem nad odpowiedzią Prudence.
- Będziesz tam dużo chodzić po dziwnych, niebezpiecznych miejscach? Czy tylko na trasie utwardzonej w tej całej... szkole? - spytał powoli, z niejakim niepokojem zastanawiając się jak zapakuje Prudence do walizki rakiety śnieżne. Ewentualnie kostium płetwonurka, gdyby zapragnęła odkrywać norwerskie wraki statków z czasów II wojny światowej. Ewentualnie szukać Yeti czy udawać się na inne dziwne eskapady.
Na razie wziął do ręki hipsterskie, wygodne buciki i wrzucił je do walizki, sięgając do kieszeni po papierosy. Dziesięć minut minęło, należało w nienałogowy sposób się dotlenić.
I może w końcu odpowiedzieć na jakieś prudensowkie pytanie.
Gdyby był nadwrażliwy, odebrałby te wszystkie samozachwalania się Prudence jako ostry cios. I mało subtelną aluzję odnoszącą się do aidenowskiego skurwielstwa. Że ona tutaj ją naprawiła, a jego wtedy nie było, i co to w ogóle ma być i wstyd mi za Ciebie, Aidenie Collierze. Na całe szczęście nie do końca potrafił odczytywać ludzkie aluzje i doszukiwać się w ich słowach drugiego dna, obserwatorem był czysto fizycznym i dogłębnie w ludzką psychikę się nie lubił pchać. Nawet w tak inspirującą jak ta Prudence.
- To dobrze - skomentował z całą empatią, na jaką było go stać, zaciągając się papierosem i nieuważnie strzepując popiół na dywan. Tak pedantyczne pakowanie, tak rozpierdalający porządkowo charakter. Trudne go pogodzenia.
I...naprawdę w jakiś tam dziwny sposób zadowolony był, że Chloe się poukładała. Może ucieczką dla niej był właśnie Cornelius? Nie za bardzo potrafił zrozumieć jak mogła w ogóle patrzeć mu w oczy i nie zamordować, skoro to on w tą noc ją gdzieś zabrał i to była jego wina i może trochę jej i gdy tylko go spotka...
Przez aidenowską twarz przeszedł szybki skurcz, bardzo nieprzyjemny. Był pewien, że zostawił to wszystko za sobą. Że przez ten miesiąc, przez te wszystkie rozmowy, przez cały ten okres czasu udało mu się z tym pogodzić. I pożegnać. I tak, poukładał się na tyle, że bez bólu patrzył na zdjęcie usg - którego nie był w stanie wyrzucić -i bez dziwnych szlochów obserwował dzieci na placu zabaw, ba, jednym się z Wendy zajmował i po początkowych autentycznych mdłościach (czy też by się tak uśmiechała, czy też miałaby swoja ulubioną zabawkę, czy też układałaby tak ksiażki, czy też...)...znormalniał. Nawet z Mattie'm nic się nie zmieniło, mimo, że był pewien, że jakiekolwiek kontakty z kimś poniżej 12 roku życia przypłaci chorobą psychiczną.
Zawiesił się na chwilę, co mu się rzadko zdarzało, po czym zaciągnął się mocniej i z nieco ściśniętą szczęką i szybciej zaciskającym się sercem (niezauważalnie ofc) powrócił do pakowania. Ogarniając, że ani razu po wypadku tego tematu z Prudence nie poruszył.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sob 23 Cze 2012 - 8:57

Prudence właściwie lubiła od czasu do czasu epizodycznie poczuć się jak dziecko, być traktowaną z troską tego... rodzicielskiego typu, pozwalać Aidenowi na wiele, na przejęcie kontroli? Coś jej to przypominało. Pewne porywy serce i miłe, podniecające uczucie w podbrzuszu, kiedy odczuwała jego oczywistą dominację, w zupełnie niepakunkowych kwestiach.
Pozwalała wobec tego Collierowi na spory wkład w dzieło skonstruowania i skompletowania odpowiedniego zestawu wyjazdowego, samej co kilka minut zawieszając się, dekoncentrując i najnormalniej chłonąc wzrokiem poczynania Ajdy - kiedy to pyta się o rzeczy tak praktyczne, swoje wybory ciuszkowe (wśród których Pru pewka w swoim czasie selekcji dokona. jeśli czas się znajdzie. bo jeszcze, kiedy noc się zbliży, jakiś fantastyczny film, który każdy z nich widziało po kilka razy, oglądać będą. a potem pożegnalna partyjka scrabble i herbatka z mlekiem przed snem) uskutecznia - z zainteresowaniem i wewnętrznym dopingiem.
- Nie chcę stwarzać sobie okazji do... uszkodzenia - zawahała się, decydując że oszczędzi Aidenowi wszelkich sformułowań, brzmiących podobnie do połamanych kończyn, zarobionych siniaków, zdartych kolan i łokci. Bo jeszcze gotów ją przywiązać do krzesła grubą liną, uskuteczniając marynarskie supły oraz (w pakiecie) acting like a psycho. Zadowoliła się wobec tego, że potrafiła wypowiedzieć to lekkim tonem, ale bez zbytecznego, nienaturalnego dla niej bagatelizowania podobnego mało prawdopodobnego choć potencjalnego zdarzenia. W końcu to Prudence Wright. Ma różne talenty. Do spektakularnej wywrotki na prostej drodze też. - Nie wiem, jakie zorganizowane wyjścia są w planach, mam nadzieję, że znajdę czas na samodzielne odkrywanie Tromso - dodała miękko, przechodząc obok wyjmującego z kieszeni papierosy Aidena i, musnąwszy przelotnie jego śródręcze swoimi palcami, przymknęła oczy, delektując
się przyspieszonym biciem serca i chwilowym, delikatnym kręciołkiem w głowie. -
Usiadła wśród kolorowych poduszek na miękkich siedziskach pod rozciągającym się przez całą szerokość pokoju oknem, rozkładając przed sobą praktycznie cały swój czapkowo-rękawiczkowo-szalikowy dobytek i - posyłając Aidenowi spojrzenie dezaprobacji max (która jej pewnie wyszła, no jacha), kiedy dostrzegła w slowmotion na dywanie lądujący popiół - zabrała się za ich przesiew i wybory. Bo mimo, że czerwiec, norweski klimat zdawał się jej raczej ostrym, nieprzewidywalnym, z koniecznością na przygotowanie na każde warunki.
Pogardliwe spojrzenie nie wyszło. Nie mogło, bo ujrzała zdecydowanie zamyśloną i niepodważalnie na raczej... nieprzyjemnych sprawach skoncentrowaną osobę Aidena - co głównie w oczach odrobinę zmrużonych, małej, pionowej zmarszczce między ściągniętymi brwiami i szczęce zaciśniętej dostrzegała. I w zupełnie mechanicznym powrocie do czynności przerwanej - pakowania.
- Nie jesteś jak Chloe, prawda? - spytała cicho, zbierając w sobie odwagę na rozwianie kilku wątpliwości, które wciąż w jej głowie pałętały się między wspomnieniami z rozmowy w bibliotece i pierwszego uświadomienia sobie, że Aiden wyjechał, ponad miesiąc temu. - Myślisz, że byłoby - łatwiej, lepiej? gorzej? - trudniej - zrozumieć? Ajda dobrze rozumiał. pogodzić się? nigdy. zapomnieć? impossible - poradzić sobie, gdybym była z Tobą? Teraz, z perspektywy czasu - spojrzała na niego, chcąc dostrzec choćby najmniej zauważalny cień irytacji, niechęci i zdystansowania - bo chciała sprowokować rozmowę, owszem, ale znak jego wewnętrznej negacji zaakceptowałaby i tematu nie rozwijała pewnie. Mimo dławiącej niepewności. Z jej słów nie przebijała ani krztyna żalu, zero wyrzutu, co potrafiła osiągnąć przez przeanalizowanie i... docenienie szczerości przy wyjawianiu jej jasnych, prostych faktów w bibliotece. Zastanowiła się czy retrospekcja będzie dla Aidena bardzo bolesna. Uznała, że mniej, jeśli jej słowa będą brzmiały jak bardziej swobodne, niż w skrępowaniu postawione pytanie, zainteresowanie jego odczuciami bez zbytecznej, drżącej i empatycznie wysnuwanej troski.
Zdecydowanie, chęć rozmowy u Prudence była uderzana raz po raz działaniami wojny podjazdowej, którą z owymi prowadziła niepewność i kompletnie nieznośna niewiedza - o tym jak rozmawiać z Aidenem Collierem o zdarzeniach sprzed pięciu tygodni.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sob 23 Cze 2012 - 9:58

Uszkodzenia Prudence Aidena akurat nie martwiły, bo się do nich przyzwyczaił. A części z nich - tych uszkodzeń przyjemniejszych i bardziej inwazyjnych - był dumnym twórcą. Nic więc nie zakłóciło collierowskiego spokoju ducha, przynajmniej w kwestii swojej lubej z złamanym karkiem, kwilącej gdzieś pod fiordem. Sokołem przecież była, nie będzie pchała paluszków, rączek i całego swego jestestwa tam, gdzie będzie to zabronione. Oczojebnym żółtym znakiem z napisem DANGER, na przykład.
Mógł więc zaprzestać rozkmin o szybkim kupnie ochraniaczy, kasków, lin bezpieczeństwa i innych niezbędnych do (prze)życia akcesoriów dla Prudence Wright w dzikich krajach. Bo miał nadzieję, że wymiana będzie nudna, że poogląda sobie jego luba widoki, nauczy się kilku słówek po norwesku, porobi fociaksy z reniferami i wróci spokojna, zrelaksowana i bledsza niż zwykle.
Do takiej wizji się przyzwyczaił. Do wizji powrotu. Zupełnie spychając na dalsze strony świadomości fakt, że musi jeszcze wyjechać. I go zostawić. Na miesiąc, plus minus. Co go zapowietrzało maks. A Aiden wpadający w panikę nie był dobrym Aidenem, dlatego - póki jeszcze mógł - wolał się koncentrować na pakowaniu jej i wymyślaniu coraz to nowszych tragedii, jakie mogą ją spotkać, niż na rzeczywistym pogodzeniu się z losem. Tak, jakby szedł na ścięcie, licząc stopnie prowadzące na miejsce kaźni.
- Kupiłaś dodatkowy płyn do soczewek? - spytał, gdy mniej beztrosko niż przed chwilą, grzebał w jakichś kosmetykogennych rzeczach, wyciągając z pudełek krem z filtrem. Jeśli przypadkowo trafią na dzień polarny, to Pru wróci zjarana. I śnieg odbija światło. I w ogóle, złe dla skóry, wolne rodniki i proces starzenia się. - Trzydziestka Ci wystarczy? - podrzucił w ręce krem, obczajając filtr i nie czekając na odpowiedź wpakował go do walizki. Pokaźnej już. Może jednak trzydzieści swetrów nie jest jej potrzebnych?
Zmarszczył brwi - równie dobrze mogła być to reakcja na jej dziwne pytanie jak i zwykła rozkmina pakunkowa - i wyciągnął z otchłani bagażu dwa zielone swetry, odkładając je z powrotem na półkę. I będąc wdzięcznym, że stoi sobie do okna tyłem. I do Prudence.
- Jak Chloe? To znaczy? - spytał powoli, zaciągając się mocniej i równie wolno. Myślami będąc gdzieś daleko w przeszłości. I próbując zgadnąć o co Pru chodziło. Że nie jest puszczalskim Lisem? Że...nie zna się na modzie? Nie mógł zrozumieć tego widowiskowego porównania, tak, jak kolejnych słów Wright. Mocno mu zapadających nie tyle w pamięć, co w osierdzie.
Bo to było odrobinę za dużo. Nie dość, że wyjazd, to jeszcze bezpośrednie nawiązania do wypadku. Który powinien zostać oddzielony grubą kreską, ale jednak ta nierealna granica przeciekała i stawała się coraz bardziej rozmyta. I nieznacząca. A Collier takich podziałów nie uznawał.
Tak jak rozkmin co by było gdyby. Stało się - zostało coś zrobione - przeszłość - rozdział zamknięty. Który Prudence otwierała na nowo, rozwalając wszystkie szwy, które sam sobie na ranę głęboką i śmiertelną założył.
Co oznaczało, że wdało się zakażenie (tak kontynuując smutną metaforę) i że ciągle coś go bolało. Mimo, że to odrzucał.
Odwrócił się w końcu od tej szafy, opierając się plecami o półki i przez dłuższą chwilę dalej koncentrując się na papierosie.
- Nie potrzebowałem Cię - odparł spokojnie, krótka piłka, zero niechęci czy pogardy, tylko szczerość. I w końcu spojrzenie w oczy Prudence. Ładnie się w okno komponującej. Co bynajmniej nie pomagało w koncentracji. - Mam swój sposób...radzenia sobie. Wypraktykowany przez lata - dodał powoli, strzepując popiół again. Bo... to było już nawykiem. Przyjemnym. Stres przedegzaminacyjny - seks. Gorszy nastrój - seks. Rozrywające serce zakończenie książki - seks. Wstrząs filozoficzny po filmie - seks. Zawyżone oczekiwania co do osób, ludzi, zdarzeń; brzydka pogoda; odwołane koncerty; boląca głowa; brak papierosów; denerwujący nauczyciel - wszystko, co w jakikolwiek sposób kiedykolwiek mu dolegało, dało się wyleczyć...zbawczym kontaktem z innym człowiekiem. Ewentualnie ludźmi. Im większy dyskomfort, im większy ból, tym więcej bodźców potrzebował. Ucieczka z Wendy była jedną wielką relacją z przyjemnością. Mocno przypominała mu czasy przyjaźni z Boyle'm, odświeżającej, relaksującej, odnawiającej, złej.
Przygryzł wargę, uśmiechając się do siebie ironicznie. Nawet wspominając o wypadku, musiał odreagować, przywołując przed oczami obrazy zdecydowanie +18. Może Prudence miała rację o uzależnieniu? Do którego nigdy się nie przyzna?
Dopiero po chwili zorientował się, że ten collierski uśmieszek bardzo nie na miejscu jest i twarz rozpogodził. To znaczy, do normalnego stanu przywrócił. Już spokojnego, bez większego napięcia.
- Ale teraz Cię potrzebuję. Wróciłem. Muszę ułożyć się na nowo. Bez Ciebie nie wiem...jak to zrobię. Nie mogę budować się od nowa bez jednego z najistotniejszych elementów. - dodał po prostu, gasząc papierosa na szafce nocnej i patrząc prześwietlająco na Prudence. Miał nadzieję, że choć trochę zrozumie, o co mu chodzi. I że nie robi powtórki z rozrywki, że już jej nie będzie błagać i rozkazywać, żeby została, że już się z tym pogodził i pięknie pomaga się jej pakować, ale że... nie wie. A niewiedza go irytowała bardzo. A jeśli coś go irytowało, to musiał odreagować. A skoro ona wyjeżdża to...
Podszedł do niej, łapiąc ją za wolną rękę i bawiąc się jej palcami. Po raz pierwszy od powrotu moc hamując, co było przeżyciem tak dla niego nieprzyjemnym, że prawie bolesnym. Jakby ktoś go dusił, przykładając do twarzy poduszkę.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sob 23 Cze 2012 - 10:37

Skinięciami głowy i cichymi pomrukiwaniami zaspokoiła ciekawość Aidena, nie mogąc się zdecydować czy woli go uściskać i w czółko cmoknąć (jak już na drabinę się teleportnie) z okazji troski i wdzięczności i sokolskiego podejścia, czy preferuje najnormalniej i z pełną odpowiedzialnością skopać mu tyłek (potężnie skopać) i uciszyć (poduszką?) żeby sobie odpuścił już i skończ, wykonał swoje zadanie przecież, challenge completed i chodź do mnie.
Podobny dylemat miała pewnie zanim zadała pytanie trudne, zanim Aiden zdecydował się odpowiedzieć i zanim rozlało się w jej serduszku ciepło i uffulga. To znaczy zanim on odpowiedział, to Prudence jeszcze zebrała się w sobie i uzupełniła dziurę między "jak to?" a "nie potrzebowałem cię" krótkim, pobieżnym, treściwym wyjaśnieniem.
- No... Chloe potrzebowała mnie do ogarnięcia, nie wiem jak z Tobą było. Dlatego pytam - stwierdziła, podciągając kolana pod brodę, zupełnie zapominając o konieczności dopasowania pary do chabrowej rękawiczki z jednym palcem. I kolejnych jego słów słuchała z błyszczącymi oczyma - nie błyszczącymi ze smuteczku i łez wzbierających i tragedii, ale z czystego przejęcia zupełnie bezstronnego i zainteresowania realnego jego słowami.
Które były dosadne, konkretne. Co w Aidenie chyba było jednym z najważniejszych przymiotów, jednocześnie niejednokrotnie tak odróżniającym go od Pru. Z pewnością zastanowiłaby się moocno na jego miejscu, jak ubrać w słowa swoje myśli, jak operować wspomnieniami, co przywołać i a co zostawić na później - w ostatecznej wersji upublicznionej otrzymując prawdę ukierunkowaną na odbiorcę. Czego czasami w sobie nie znosiła.
Collier natomiast o sobie mówił zupełnie jasno, bezpośrednio, tak jakby... dotykając jedynie krawędzi zagięć harmonijki, ignorując półcienie i zagłębienia między nimi, co u Prudence budziło zachwyt i zaintrygowanie - prostota to była? zdecydowanie zupełne? świadomość? co? - i wywołało uśmiech. Który pewnie był nieadekwatny. Niepożądany i nieodpowiedni. Ale zupełnie spontaniczny, wywołany właściwy fizyczną reakcją na słowa Aidena, które w żaden sposób nie mogły wydawać się jej... ukierunkowane. Tak jakby osiągnął obiektywizm zupełny.
- Właśnie o to mi chodziło - przyznała z emfazą, obserwując jak zbliża się. Nawet gdyby próbowała, nie mogłaby zetrzeć ze swojego oblicza rozświetlającego je uśmiechu, który nadawał Pru wyraz osoby usatysfakcjonowanej, takiej, która... pojęła coś istotnego, o czym się nie mówi i czego nawet nie chciałaby na głos potwierdzać. W ramach czego, gdy tylko Aiden znalazł się dostatecznie blisko, wyciągnęła dłoń.. którą on zaraz w swoje władanie przejął, w związku z czym Wright odczekała, aż usadowi się przy niej, oprze o miękkie poduszki, dzięki czemu Pru mogła się... w niego wkomponować jakoś, opierając skroń gdzieś na barku jego, czując ciepły oddech nad swoim uchem i ramiona wokół swoich.
Powiedzieli dużo. Zarówno Prudence jak i Aiden pozwolili sobie na wyszarpywanie przeszłości, na słowa istotne i wiążące. Na tyle emanujące przyszłościową lampką alarmującą, że należało kolejne potoki słów trzymać w ryzach, aby nie wypaliła się. Co było dość apokaliptyczną wizją dla ich związku, ale... Prudence Wright zapobiegliwie milczała, uspokojona, odczuwająca wysiłki Aidena - mogłaby już klęczeć przed nim, a przecież nie doświadcza niczego gwałtowniejszego niż heartbeating harder better faster stronger i odrobinę tylko płytszy oddech i drżenie dłoni. I kolan. I Aiden - którego czuła bardzo.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sob 23 Cze 2012 - 12:02

Aiden nigdy nie był masochistą. Aż do momentu w którym go pieprznął ostro piorun miłości i cały egoizm stosowany 24/7 musiał się schować. Przynajmniej w kontaktach z wybranką serca.
To było czasami...zabawne. Jak próbował sobie przypomnieć, jak zachowałby się ten rok wcześniej. Może nawet - kilkanaście miesięcy. Na pewno nie byłoby żadnych dramatów; przyjemna egzystencja nieskalana nawet odrobiną wyrzutów sumienia, ograniczeń czy stawiania barier. Nie chciała go takiego, nie akceptowała zdrad? Do widzenia, było przyjemnie, ale nie jesteś wcale taka wyjątkowa i może nogi masz długie, ale w łóżku wolę agresywniejsze osoby, koniecznie rude albo niebieskowłose, cześć, pa.
Dlatego dość szokująca była obecna pozycja uczuciowa i nawet...fizyczna. Bo dotykał jej dłoni i palców, cierpiąc przy tym mocno i hamując się i będąc przykładem chodzącym masochizmu. I nie-bycia-sobą-collierskim-wcześniejszym.
Westchnął dość dramatycznie, dłoń jej puszczając. I głaszcząc po włosach. Bardzo nieaidenowsko, bo wolał szarpać. Ale znał siebie i musiał się...wyciszyć. Totalnie. Jeśli miał zamiar wytrzymać miesiąc (MIESIĄC, M I E S I Ą C, m i e s i ą c, !!!!!!!!!!) bez jakiejkolwiek przyjemności, musiał się już wyhamowywać. I dystansować. Na stopę przyjacielską.
Masochizm, again.
- Co Ci jeszcze zostało do spakowania? - powiedział po dłuższej chwili, odsuwając się od niej i oceniającym wzrokiem obrzucając walizkę. Pełną wszystkiego, co jest jej potrzebne. Oprócz odzieży wierzchniej i jakichś babskich rzeczy, których nie mógł na razie zlokalizować. - Bierzesz jakieś książki? - dodał, oddalając się od niej jak najdalej i najszybciej. Mądrze zrobił, przychodząc tutaj, ale jednak nagromadzenie podniecenia i irytacji (wyjazd) i wszystkiego, robiło mu z głowy gwiezdne wojny. Że już o psychice nie wspominając. I innych, newralgicznych częściach ciała.
Dlatego...skupienie się na pakowaniu lepsze było. I na zapamiętywaniu zapachu Prudence także, która, niechętnie bo niechętnie, ale do ogarniania się dołączyła.

zt :C

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Jim Hawkins
Uczeń
avatar

Liczba postów : 29
Join date : 27/08/2012

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 7 Wrz 2012 - 13:52

Naprawdę, smutnym byłoby nie wykorzystać ostatnich dni pogodowo popsutego już lata na jakieś przyjemności związane ze spędzaniem czasu w towarzystwie mniejszych lub większych przyjaciół. Z tego założenia późnym popołudniem wyszedł również Jim. Zrezygnowawszy z pubowo nocnych planów wygrzebał z szafki wino, które kupił tydzień temu na okazję, o której zdążył zapomnieć zanim zadziało się cokolwiek, zgarnął ze stołu kilka przydatnych w życiu dupereli, takich jak telefon czy zapalniczka i wyszedł z domu.
Na dworze robiło się już ciemno a co gorsza wszystko wskazywało że w każdej chwili może spaść deszcz. Hawkins zapiął skórzaną kurtkę, wcisnął na głowę kask, upewnił się, że ma zapięty plecak a następnie wsiadł na swój motor, który darzył – jak każdy motocyklista- wspaniałym uczuciem. Silnik maszyny zamruczał głośno i, dla nieobeznanych lub nieprzepadających, niezbyt przyjemnie dla ucha. Młody mężczyzna skierował się w stronę Hampstead, gdzie mieszkała Wright.
Wiedział, że dziewczyna ostatnimi czasy przechodziła trudne chwile a to związane ze szmatławym Collierem, a to z Chloe i śmiercią Kornela. Jako nie-taki-znowu-zły kolega poczuwał się zobowiązanym do spędzenia z nią chociaż odrobiny czasu.
Zaparkowawszy motor pod domem dziewczyny, który zdołał obejść dookoła, wykorzystał okazję i wszedł do jej sypialni przez otwarte okno. Szczerze wierzył w to, że nie dostanie za to ściera po głowie, ponieważ robił to już nie pierwszy raz. Dla minimalnego chociaż uszanowania jej prywatności, zanim wlazł z buciorami do pokoju, zastukał kilka razy w szybę by nie zaskoczyć jej podczas przebierania.
- Prudence?

sorka, że tak po chuju trochę, nie wiedziałam jak ładnie zacząć :c
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 7 Wrz 2012 - 14:26

Lato kończyło się - być może. Prudence, wiadomo, pamiętała o wyznacznikach datowych, przełomach, przesileniu letnim i równonocy jesiennej, aczkolwiek nigdy nie czuła się jakkolwiek zaskoczona nagłym końcem plenerowych wypadów, długich dni, spędzanych na tak nieproduktywnych zajęciach jak wylegiwanie się nad brzegiem Tamizy czy opalanie w bikini na pobliskim kąpielisku. W tym roku jedyny faktycznie letni czas przypadł na kilka dni w czasie bawarskiego obozu (zagłady), nawet długie dwa tygodnie spędzone na devońskiej ziemi nie były pełne słońca i wysokich temperatur. Których Prudence Wright nie znosiła. Z rosnąca, choć prawdopodobnie jeszcze przez nią nie wyczuwaną ekscytacją oczekiwała dni, w których ujemna temperatura pozwoli na utrzymanie się białych zasp śniegu na ulicach Londynu. Byłą w stanie nawet przeczekać niekończące się, typowo brytyjskie słoty i ulewy, rozmiękłą glebę pod butami, w trakcie przemierzania kolejnych kilometrów podczas spacerów czy konieczność stałego zaopatrzenia w wysokie kalosze. Dla zimy - wszystko.
Tym bardziej, jeśli miało się to szczęście co Pru, która właściwie unikała wszelkich objawów jesiennej deprechy i pochodnych dołków. Można śmiało stwierdzić, że tego roku już miała to za sobą. Gdyby było inaczej, gdyby i ona nie była w stanie uciec przed smuteczkami przełomu klimatowego, prawdopodobnie nie byłaby w stanie podjąc odpowiednich działań do uskutecznienia gruntownych porządków, coby uczynić ze swojego pokoju teren ponownie nadając się do użytkowania. Ponownie - bo przed wakacjami bło tu naprawdę względnie. Zero kurzu, zabrudzonego biurka, rozsypanych M&M'sów czy pustych puszek po kandyzowanych owocach. Żadnych porozrucanych ubrań, czy - nie daj Boże - bałaganu w szafkach. Do czasu... hmm, niejakiego przygnębienia, o którym Pru chciała bardzo usilnie trwale zapomnieć, decydując się na uporządkowanie nie tylko tego, co ma w głowie.
Była aktualnie na dość zaawansowanym poziomie - kiedy wszystkie dzieła literackie, z pogiętymi okładkami i pozaginanymi kartkami, zajmowały dosłownie 3/4 prudensowskiej podłogi. Pru, balansując pomiędzy niepoukładanymi tomiskami, wędrowała w kierunku łóżka aka legowiska, zbierając drobne papierki w międzyczasie, kiedy usłyszała głośne pukanie. Nie w drzwi, w których stronę machinalnie odwróciła się, będąc pewną, że zwyczajnie pokręciło się jej, skoro sądziła, że były to odgłosy od frontu dochodzące tj. od okolic okien. Na które automatycznie przeniosła wzrok, dostrzegając kątem oka ruch. Człowieka - chyba. Oby.
Zaklinając się w duchu, że soczewek nie przywdziała ponownie od chwili, w której wróciła ze szkoły do własnego mieszkania, poczuła jak nerwowo spinają się jej mięśnie, kiedy podeszła bliżej, ostrożnie, wytężając wzrok. Co było wysiłkiem zbędnym, bo przez otwarte okno właśnie do jej osobistycznego pokoju wtranżalał się nie kto inny, a
- Matko boska, Jim - westchnęła, chwytając się teatralnym gestem gdzieś za serducho. - Chyba nie przyzwyczaiłam się jeszcze do Twoich spektakularnych wejść, bo zdążyłam uruchomić tryb ninja, myśląc, że to... - zawiesiła się, zastanawiając c z e g o właściwie oczekiwała - nie wiem, coś dziwnego - podeszła do chłopaka, przytulając się w przelocie, zanim zdjęła kilka pudełek z łóżka, chcąc zrobić niespodziewanemu gościowi trochę niezbędnego do spokojnej, w miarę luźnej egzystencji w wrightowskim bałaganie miejsca.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Jim Hawkins
Uczeń
avatar

Liczba postów : 29
Join date : 27/08/2012

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 7 Wrz 2012 - 15:12

Wiedział, co zamierzała powiedzieć Pru. Może nawet uśmiechnął się lekko tym rozbawiony, ale dziewczyna pewnie tego nie zauważyła.
Ostrożnie przeszedł mały labirynt między książkami starając się żadnej nawet w najmniejszym stopniu nie przydepnąć. Kilka z nich jednak odgarnął nogą na bok, będąc zbyt leniwym na to, by się schylić, podnieść niewielki wolumin i odłożyć w innym miejscu. Klucząc między literaturą zauważył walające się gdzieś po kątach sześć tomów największej powieści Prousta. Siódmy zapewne też się gdzieś walał. Gdyby Pru należała do innego bractwa Jim mógłby z duma stwierdzić, że sterty te są godne podziwu. Jednak u Sokołów nie była to żadna nadzwyczajna rzecz. Literatura z najwyższych półek była w tym przypadku chlebem powszednim.

- Widzę, że wzięłaś się za porządne sprzątanie– pokiwał z uznaniem głową siadając na łóżku i rozpinając kurtkę.- Czas chyba zrobić sobie przerwę, co?- to mówiąc wyciągnął z plecaka korkociąg i butelkę wina, którą wiózł tu ze sobą całą drogę. Sam plecak odrzucił zaś gdzieś na podłogę. Nie był to żaden wybitnie drogi napój, ale też w butelce nie znajdował się żaden sikacz. Ot, zwyczajne, dobre wino, które można wypić podczas wieczornego posiedzenia rozprawiając o dyrdymałach. A o tym, teoretycznie, mieli dzisiaj rozprawiać.
- Jak tam wakacje? Mam nadzieję, że nie trafiłaś na nic gorszego od Bawarii? – uśmiechnął się kącikiem ust a następnie sięgnął po korkociąg, za pomocą którego otworzył trunek. Wakacje na wsi podobały się chyba tylko nielicznym. Na dobrą sprawę mógłby przysiąc, że nie spotkał jeszcze żadnej osoby, która piałaby z zachwytu na wspomnienie zrywania jabłek czy łowienia ryb. Nic z resztą dziwnego. Mieszczuchy, w tym i sam Hawkins, w swoim mniemaniu byli stworzeni do wyższych, wielkomiejskich celów.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 7 Wrz 2012 - 15:49

Jim nie pasował do St. Bernard - co Pru mogła śmiało stwierdzić, doskonale znając usposobienie wielu znaczących uczniów szkoły renomowanej, elitarnej, niezwykłej pod każdym względem. Prawdopodobnie na przestrzeni wielu lat zdążył się wykreować szczegółowy, bogaty stereotyp st.bernardowicza bo - co było pewne - zarówno pokolenie temu, dwa czy siedem, szkolne korytarze były przemierzane przez osoby, którym nie wystarczyła nadprzyrodzona moc, które pragnęły wyróżniać się mocniej, częściej, widoczniej. Stąd chmara wypielęgnowanych dziewcząt i aroganckich młodych mężczyzn w poszukiwaniu rozgłosu, tudzież zdobywając go przypadkowo, naginała wszelkie moralne zasady, odgórne wytyczne i oczekiwania, uciekając się do przeróżnych, nieprzewidywalnych zachowań a-konto progresu osobistej znamienitości.
Bywały osoby, które w podobny do wspomnianego sposobu miały pięknie wyjebane na to, co słuszne, chociaż z nieco innych pobudek. Coby nie szukać daleko - Prudence Wright, zdecydowanie popierdolona, obchodząca dookoła własne reguły i plan działania, żeby tylko trzymać się blisko tego, co kocha. Albo którego kocha. Za co się prywatnie była w stanie znienawidzić.
Jim prawdopodobnie nie należał do żadnej z tych kategorii. Prudence nie mogła tego stwierdzić z pewnością, znając Hawkinsa tak krótko. Od czasu jednak, w którym - na oko pol roku temu (let's say) - nawiązał się między nimi w miarę dobry, regularny i bezpośredni kontakt, Sokolica z niemałą radością przyjmowała zapowiedzi ich kolejnych spotkań. Chyba nawet mocniej cieszyła się, kiedy bywała obecnością Jamesa zaskakiwana. Jak teraz.
- Przyznam, genialne wyczucie czasu - westchnęła, obejmując spojrzeniem cały rozpizdziel, w miarę przedostawania się na drugi koniec pokoju, z którego zgarnęła miskę cuchnącego acz pysznego maślanego popcornu. Zasiadła obok Sokoła, kładąc na wolnej przestrzeni zdobycz. - Serio miałam ambicje na ogarniecie tego w jedno popołudnie, ale widzę, że masz milsze propozycje - uśmiechnęła się z aprobatą, nawet nie zaszczycając etykiety butelki spojrzeniem - znała się na winach gorzej niż na zasadach gry w amerykański football (mimo permanentnych wysiłków Abiego wciąż nie ogarniała po co to całe victory formation) i zareagowałaby równie ochoczo, gdyby Jim potraktował ja wspomnianym sikaczem czy winem z najwyższej półki.
Przegryzając prażoną kukurydzę zastanowiła się nad słowami chłopaka. Nad potencjalna odpowiedzią. Hmm. Mama po koszmarnym kryzysie wyjechała z Jeremy'm, przeżywała męki, nie wiedząc jak rysuje się przyszłość jej przyjaźni z Chloe, doświadczyła maksymalnych stresów związanych z dziwną, negatywnie skutkującą wizytą Aidena i - aha - jeden z jej przyjaciół popełnił samobójstwo, powodując milion wkurwień, mindfucków i lawinę skutków ubocznych.
- Bawaria to gówno, James - pokręciła głową, ściągając brwi. - Działy się dużo gorsze rzeczy, ale przyznam, że warto było ich doświadczyć...przynajmniej części - sprostowała, świadoma że nie może tego powiedzieć o śmierci Kornela - żeby mieć tak czyste, jasne spojrzenie na niektóre sprawy - przyznała bez cienia smutku, obserwując hawkinsowe zmagania z korkiem. - Chyba bez zbędnego wyolbrzymiania mogę stwierdzić, że dla mnie nowy rok jest nowym początkiem. Jak widać - uśmiechnęła się pod nosem, wskazując podbródkiem zawaloną podłogę.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Jim Hawkins
Uczeń
avatar

Liczba postów : 29
Join date : 27/08/2012

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pon 10 Wrz 2012 - 14:45

Uczniowie st. Bernard zawsze byli wesołymi bananowcami, niezależnie od tego, jaką pozycję zajmowali w towarzystwie. Nawet dla największych alienów forma i sposób ich alienacji był wyjątkowy w każdym calu. Jim też w swojej przeciętności i wyrywaniu się z ram panujących w szkole konwenansów stawał się kolejną gwiazdą-samą-w sobie. To miejsce działało na wszystkich, bez wyjątku. Z drugiej strony, cała pokazówka talentów, wyróżnianie się, wspaniałość, najlepszość i bogatość sprawiała, że uczniowie, gwiazdki tej pseudoelitarnej szkoły stawali się tak przeciętni i tak do dupy jak tylko można to sobie wyobrazić.
Hawkins dokładnie nie pamiętał, kiedy tak na dobre zakolegował się z Pru. Gotów był przysiąc, że na pewno zaczęło się od herbaty wylanej na jakąś książkę, ale to nie było pewne. Może początek był podczas pierwszej, dłuższej rozmowy na korytarzu. Albo gdzieś na ulicy. Właściwie, to samo się wszystko potoczyło.
-Sprzątanie jest dla słabeuszy- stwierdził z uśmiechem-prawdziwy geniusz odnajdzie się w bałaganie, nie?- podsunął jej butelkę, aby pierwsza się napiła. Nie mieli przy sobie kieliszków, a przynajmniej nikomu nie chciało się po nie iść, ale i to nie stanowiło raczej większego problemu. Wino przez to mogło smakować jedynie lepiej.
-Nie chciałem o tym wspominać. Koniec zawsze jest początkiem kolejnych durnot jakie sobie zwalimy na głowę. Albo inni. Chujowa jakość życia jest dołączona w pakiecie każdemu.- wzruszył ramionami. Domyślał się, a przecież nie było to trudne, że dziewczyna przeżywała ostatnio same trudne chwile. –Trzymasz się?- było to raczej pytanie czysto retoryczne. Widział przecież, że jakoś daje sobie radę. Mimo wewnętrznego rozbicia, które miała na pewno, radziła sobie z życiem najlepiej jak umiała. Nie była słaba. To wszystko na pewno dodawało jej siły bez względu na to, co myślała.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pon 10 Wrz 2012 - 15:36

Bałagan.
Trwogatrwoga, spora obawa pod fanatyzm podchodząca. Za czasów pełnego spokoju egzystencji (a przynajmniej tak się jej wydawało) Pru nie potrafiła wzrokiem prześlizgiwać się po porozrzucanych ubraniach, książkach, karteluszkach, przyborach użytku codziennego, z zapałem i nerwowym pośpiechem robić wszystko, coby uporządkować najbliższą przestrzeń. Dla spokoju. Który zachwiał się mocno gdzieś w okolicy końcówki roku szkolnego ze słabym rokowaniem na rychły powrót do normy. Tak właściwie Pru zaczynała się poważnie zastanawiać czy nie powinna być wdzięczna za sam fakt, jak daleka teraz od tamtejszego stanu rzeczy jest. Mimo bałaganu, który nie nękał jej pedantycznej nieomal duszy wyjątkowo, a przynajmniej nie wystarczająco, by nakłonić ją do nagłego zrywu narodowego w ramach wysprzątania pokoju, zanim nie sięgnie po, podsuwaną jej pod nos, butelkę wina.
- Sprzątanie... hmm, czasami nie jest konieczne - przyznała, wzruszając ramionami. - Chociaż przerażałaby mnie perspektywa życia w t a k i c h warunkach, jak te tutaj - uśmiechnęła się nieco nerwowo, upijając pierwszy łyk alkoholu. Poranna pobudka w stercie książek i pierdół, które klasycznie na półkach równiutko poukładane były nie była zachęcająca.
A mówiący o końcach, durnotach i chujowej jakości życia Hawkins nie brzmiał wyjątkowo fatalistycznie. Co zaskakuje - Prudence zazwyczaj nie lubiła słuchać defetystów, którzy przedstawiony szereg pesymistycznych kończą wesołym stwierdzeniem "życie, czysty realizm". Prawdopodobnie wiązało się to z faktem, iż Wright lubiła budować sobie urojone wizje rzeczywistości, niejednokrotnie negując faktyczne jej cechy. o mylności jej przekonań nie lubiła być uświadamiana, nie chcąc być zbombardowaną skoncentrowaną dawką argumentów negujących jej.. hmm, iluzję czy szyderą, z jaką często spotykała się gdy na, podobno zbędny, hurraoptymizm się prudensowskiej zebrało.
Subtelne aluzje tragikomiczne Jima skwitowała wobec tego jedynie wzruszeniem ramionami i dystansem - jakiego ostatnimi czasy próbowała się nałowić na zapas.
- Durnoty, które mnie czekają będą z pewnością mniej szkodliwe niż te stare, związane z naiwnością i skrajnym wyczerpaniem zdolności bycia obiektywną - stwierdziła machinalnie, zdecydowanym tonem. - Jestem przekonana, że będzie mi się żyło lepiej, normalniej, właśnie dlatego, że się trzymam - podkreśliła, odpowiadając automatycznie na pytanie rzucone przez Jima. Zakładała, że doskonale poznał tendencje Pru do dramatyzowania i popadania w marazm i apatię przy każdym, większym bądź mniejszym potknięciu. - Nie wiem tylko jeszcze czy chodzi bardziej o to, że nauczyłam się nieco lepiej radzić z porażką, czy nagle olśniło mnie, że coś co mi się nią wydawało więcej ze zwycięstwem ma wspólnego.
Kolejny łyk, oddana butelka, śmiały uśmiech.
- A Ty? Jakie plany Tobie zrujnowano przez obowiązkowy ekstra rok? - przeniosła nogi z podłogi na łóżko, siadając po turecku i zabrała się do powolnego plecenia luźnego warkocza na lewym ramieniu, utrzymując kontakt wzrokowy z Jimem.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Jim Hawkins
Uczeń
avatar

Liczba postów : 29
Join date : 27/08/2012

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sro 12 Wrz 2012 - 16:01

W życiu Hawkinsa nie zaszło wiele zmian, a przynajmniej sam tak twierdził, w kółko robiąc niemal to samo. Kolejny krok w przyszłość zdawał się nie mieć dla niego żadnego, szczególnego znaczenia. Być może James miał wszystko skrupulatnie zaplanowane a wszystkie wydarzenia szły po jego myśli. Dom na Malediwach, śliczniutka pokojówka, pełen barek, gorący piasek, przejrzysta woda, walizka pełna kasy, brak kontaktu z resztą świata i dwa kilo koki w szafce- tak na wszelki wypadek.
Tak naprawdę, jeśli chodzi o te sprawy, żył bardziej z dnia na dzień. W bałaganie w akademiku.
Miewał niekiedy ponure gadki, ociekające pesymizmem niczym pączki lukrem, ale w rzeczywistości stawiał na coś innego. To od niego samego zależało, jak bardzo chujowe będzie wieść życie i od niego też zależało, jak szybko będzie przekuwał porażki w sukcesy. Choćby nie wiadomo jak bajdurzył, nie wierzył w przeznaczenie ani w przeciwności losu. Jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Jesteś kowalem i żelazem.
- Nie można wiecznie płakać z powodu tego, że coś nie wyszło, nie? – wziął od niej butelkę i pociągnął z niej zdrowego łyka. – Każdemu może się zdarzyć wdepnąć w gówno – zapewne bez problemu domyśliła się, o kogo mu w tym momencie chodziło. Nie ukrywał, że cieszył się z jej rozstania z Aidenem. Pru była zbyt mądra na tego ćwoka. Bywały momenty, kiedy Jim współczuł jej naiwnej wiary w to, że uda jej się zmienić Colliera. O tym jednak nigdy nie wspominał.
- Całkiem sporo- skinął lekko głową unosząc na moment brwi. – Już miałem zostać wielkim handlarzem bronią, kiedy się dowiedziałem o tym cyrku. Rozglądałem się za jakimś domkiem na Barbadosie albo Bora Bora i takie tam… nie no- uśmiechnął się lekko widząc minę dziewczyny-myślałem o jakichś studiach. Inżynieria biomedyczna czy coś… Wiesz, przez moment miałem nadzieję, że wreszcie wybędę z st. Bernards, ale to jest jak grypa, ciągle wraca. - sięgnął po książkę leżącą na łóżku, spojrzał na jej okładkę, przejrzał kilka stron i odłożył z powrotem-Jak się trzyma Chloe?-o samobójstwie Cornela ciężko było nie słyszeć, podobnie jak Kennetha. Informacja o tym, co się stało wciąż rozbrzmiewała jak dzwon kościelny.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Czw 13 Wrz 2012 - 13:59

Prudence czuła się trochę, jak gdyby nadrabiali czas, który umknął im gdzieś między końcem roku szkolnego, a początkiem nowego. Czas, w którym nie mieli ze sobą praktycznie żadnego kontaktu, mijając się w pośpiechu w czasie sokolskich prac na pastwisku, nie trafiając raczej celnie w godziny prowizorycznie zorganizowanych posiłków, tajnie organizowane spotkanka integracyjne również nie wchodziły w rachubę - Wright bez specjalnego zainteresowania raczej omijała podobne szerokim łukiem, nie czując się zbyt d o b r z e wśród większej masy ludzi.
Co ostatnio było jej cechą charakterystyczną - jak gdyby wypadła z obiegu. Preferowała grono węższe, bliższe, takie, w którym nie rozproszy się, chcąc skupić swoją uwagę na ośmiu osobach na raz. Ukochała sobie spotkania indywidualne, w czasie których można było naprawdę porozmawiać i... hmm, nadrobić zaległości.
Dlatego dość uważnie słuchała inspirującego wstępu do wywodu Jima, który przyjęła z nieukrywanym, pobłażliwym uśmieszkiem, zauważając, że w jej wyobraźni prędzej niż na przeróżnych Barbadosach, widziała Jima gdzieś w zabitej dechami wiosce w Meksyku. Albo Teksasie. Na pustyni. Rozbrzmiewającej warkotem silnika dwuśladowca, kiedy będzie wyłaniał się z chmury kurzu i piachu, odziany w skórę i z czternastoma dziewczętami, biegnącymi ochoczo w jego kierunku, wysypującymi sobie w locie na odsłonięte dekolty sól i butelkę tequili w dłoni dzierżąc. Coś w ten deseń.
- Perspektywa handlowania bronią bardziej Ci pasuje niż inżynieria biomedyczna- skwitowała tylko, związując warkocza czarną gumką. - Ale pewnie ten cały rządowy burdel, który zwalił się Emmell i.... no, całemu St.Bernard na głowę, przygotował szczegółowy plan rozwoju dla każdego dziwoląga - westchnęła, sięgając po prażoną kukurydzę - nie dając wielkich szans na działanie na własną rękę.
A Chloe? Jak się czuje? No tak. James z pewnością orientował się w bieżących kwestiach nie gorzej, niż przeciętny st.bernardowicz. Londyńczyk. Whatever.
- Wydaje mi się, że dobrze sobie radzi - nie jestem pewna, nie potrafię wejść w jej głowę - pokręciła lekko głową, prawdopodobnie nieświadoma do końca, jak przedziwnych/okropnych/zaskakujących rzeczy dowiedziałaby się, otrzymując takową wejściówkę - ale wydaje mi się, że... szykuje się powrót Chloe Demarchelier - podkreśliła tonem, który wyraźnie sugerował, że ma na myśli jej królewski wizerunek, z nieodstępującą Lisicy na krok świtą, z wszystkim tym, co reprezentowała sobą... - Przed Kornelem taka była - dodała, upijając kolejnych kilka łyków z butelki, przejętej z rąk Hawkinsa.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Jim Hawkins
Uczeń
avatar

Liczba postów : 29
Join date : 27/08/2012

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Pią 14 Wrz 2012 - 17:26

- Dziwne, że nas nie trzymają w zoo, co? – rozsiadł się wygodniej na łóżku. W pozycji niemal leżącej podpierał się na łokciach.- W sumie wkurwia mnie trochę to, że tak usilnie zamykają nas w jednym miejscu. Z drugiej strony to lepsze niż bycie zaczipowanym jak pies. - na dobrą sprawę, mało który uczeń st. Bernards w ogóle myślał o tym, co tak naprawdę robi w tej szkole. Z resztą, pod napływem takich dobrodziejstw kto by się tym w zasadzie przejmował? Spojrzał w okno. Niebo było już całkowicie zachmurzone. Na ulice zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Witaj z powrotem, piękna angielska pogodo.
- Wyobraź sobie, co po takiej inżynierii mógłbym zrobić- uśmiechnął się- Stworzyć jakieś super nanity, które zmieniałyby się w nie wiadomo co, albo masę innego kosmicznego gówna. Chodzi mi jeszcze po głowie chemia. Nie wiem- pokręcił głową. Teoretycznie wiedział co chce robić w życiu. W praktyce wyglądało to jednak nieco inaczej. Wizja Pru z Teksasem nie wydawała się wcale taką nierealną. Dziki Zachód na swój głupi sposób pasował do Hawkinsa. Mimo, że Stany Zjednoczone kojarzyły mu się z kupą gnoju i ciemnoty.
- Powrót Demarchelier… - uniósł brew. Królowe ula i ich podwładne, przechadzające się środkiem korytarza, przyciągające spojrzenia innych i rządzące życiem towarzyskim szkoły wydawały się zawsze Jimowi wyciągniętymi prosto z amerykańskich filmów dla nastolatków. Z drugiej strony, w liceach zawsze panowała jakaś hierarchia. Mimo to Chloe już dawno przestała mu się kojarzyć z takim cyrkiem. – [b]Czyli szykuje się niezły kanał? Czy może masa zabawy?- naszła go ochota na papierosa, ale nie zamierzał smrodzić dziewczynie w pokoju.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   Sob 15 Wrz 2012 - 15:42

Sokolica uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie zwierzęce cele, w których cała st.bernardowska społeczność byłaby zamknięta i monitorowana dwadzieścia cztery godziny na dobę przez Humboshera i specjalnie wyselekcjonowanych przez niego współdziałaczy ruchu antyelitarnego z potężną misją uczłowieczenia jak największej liczby rozbestwionych uczniów. Co zapewne kłóciło się z ideą zoo - paradoks.
- Prawdopodobnie każdy z nas miałby jakąś konkretną rolę w takim zwierzyńcu - podchwyciła temat, wyobrażając sobie, że nie skończyłoby się na pumach, jeleniach, sokołach i lisach - świetnie funkcjonowałyby przeróżne pochodne lwy, goryle (Dick?), pawiany, żmije i tarantule. Plus plankton. - W sumie pewnie istnieje ktoś potrafiący wydobyć i uzewnętrznić prawdziwe instynkty - stwierdziła tonem niezobowiązującej pogawędki, wzruszając ramionami.
Podniosła się, oddając butelkę Jamesowi, zanim ruszyła, lawirując pomiędzy stertami pierdół, zalegających całą podłogę w kierunku odtwarzacza, w którym tkwiła ostatnio maniaczona przez nią, piąta płyta wydana przez Black Keysów. Uruchomiła ją, ustawiając średni poziom głośności, by była w stanie swobodnie rozmawiać z Sokołem nawet stąd - z podłogi, na której się usadowiła, podejmując mozolną misję układania książek według chronologii epok literackich.
- Co do kosmicznego gówna... Poczekajmy aż wykaże się kolejne pokolenie uzdolnionych dziwolągów - uśmiechnęła się mimowolnie na myśl o kolejnych, coraz bardziej abstrakcyjnych i - być może - zauważalnych mutacjach. Przecież już nawet ich rówieśnicy bywali... widocznie niezwykli. Hasa sobie po St.Bernard taki jeden zielonek. - Wszystkie eksperymentalne nauki przestaną mieć sens. Albo zajmą się nami - ściągnęła brwi, zastanawiając się czy przypadkiem j u ż tak się nie dzieje.
Zważyła w dłoni teoretyczny rękopis Wichrowych, znaleziony przez Jace'a, stwierdzając że w ty przypadku świetnie sprawdziłaby się moc Blackyear, w celu uwierzytelnienia stosu kartek. Obiło się Pru o uszy, że Coco, jej dawna przyjaciółka, zdołała wymknąć się łapskom Wertera i nowe życie wśród zakonnych s9óstr, klasztorów i kodów da vinci zaczęła.
- Dla mnie - masa obowiązków, gdybym wciąż była przywódczynią - stwierdziła, wracając do tematu Chloe i jej wielkiego come-back. - Wiesz, zszargane nerwy nauczycieli, narażonych na eksperymenty kandydatek, zapłakane niedoszłe towarzyszki elity, wspinające się na najwyższą wieżę na terenie szkoły. Kosmos - mruknęła, seryjnie martwiąc się o los Sokołów w rozpoczynającym się roku. - Wyszło inaczej, jeśli Chloe znów zacznie funkcjonować po swojemu - wszystko będzie po staremu, TT powróci na piedestał zajebistości, znów mogąc rozpisywać się na tematy tragiczne, jak to, że "ojej, Demarchelier zjadła h a m b u r g e r a" albo cyklicznie powracające do st.bernardowiczów. "Collier z kolejną defloracją na swoim koncie" na przykład - zasugerowała, nie mogąc wyzbyć się z głosu nuty goryczy i zawodu. Dlatego być może ułożyła na stosie pozytywizmu dickensowski "Klub Pickwicka", wkładając w ową czynność odrobinę więcej siły niż było to konieczne.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru   

Powrót do góry Go down
 
sypialnia z nie-widokiem-na-morze Pru
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Sypialnia Gościnna
» Sypialnia Marco - piętro
» Sypialnia gościnna
» Sypialnia numer 4
» Dzikie seksy w krzakach i zakopywanie trupów w piachu, czyli wypad nad morze.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Wright (Hampstead)-
Skocz do: