IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sala nr 55

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Sala nr 55   Pią 20 Sty 2012 - 0:56

Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Czw 26 Lip 2012 - 15:59

Długi czas słyszysz tylko dzwoniącą ciszę. Wzrok ci nie działa, świadomość skupiona jest tylko na słuchu. Nie wiesz, co mogłabyś widzieć, a brak dźwięków nie pomaga. Unosisz się w nicości, nie czujesz nic. Dookoła ciebie jest tylko obezwładniająca, niesamowita cisza.
Potem pojawia się ciemność, twoje oczy mogą ją zobaczyć, wiesz, że ją widzisz. Nie rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi, czujesz się, jakbyś była w jakimś koszmarze. Nie potrafisz podnieść ręki, nawet poruszenie palcem jest niemożliwe. Tak, jakbyś nie miała własnego ciała, tylko świadomość zawartą w jakiejś niezidentyfikowanej przestrzeni. Dryfujesz w niej bez celu, bez poczucia czasu, równie dobrze mogłaby minąć sekunda jak i wieczność. Nie wiesz, co się dzieje, jesteś przytłoczona brakiem zmysłów. Nie umiesz sobie wytłumaczyć, co się wydarzyło i jak się wydarzyło. Nie wiesz, czy jesteś w szkole, czy jesteś w domu, czy w jakimkolwiek innym miejscu. Nie pamiętasz, co było przedtem. Nie wiesz nawet, o jakie
p r z e d t e m chodzi.
Boisz się, że straciłaś tożsamość. Wydaje ci się, że gdy otworzysz oczy, nie będziesz nazywać się Meredith, tylko zupełnie inaczej i wcale nie będziesz tą dziewczyną ze zdolnością do wyciągania przedmiotów z kartki, tylko jakąś zwykłą, przeciętną Brytyjką. Że Dorian, Blaise, Indiana i Luke wcale cię nie znają, przyjaźnią się z kimś innym i nie troszczą się o ciebie, bo dla nich nie istniejesz. Ogarnia cię przerażenie i wiesz, że zaczynasz drżeć jak liść osiki, ale nie czujesz swojego ciała. W pewnym momencie dociera do ciebie myśl, że jesteś martwa. Nie wiesz w jaki sposób mogłoby być to możliwe, skoro pozostała ci świadomość, ale nie umiesz połączyć tego w żaden sensowny sposób.
Po chwili czujesz nagłe uspokojenie. Wyrywasz się z rozmyślań i usypiasz, wiesz, że zaczynasz śnić.


Dookoła łóżka stoją lekarze, wpatrujący się w ciało dziewczyny, przypięte do monitorów i kroplówek setkami kabli i rurek. W tej chwili nie są w stanie zrobić nic więcej. Złożyli złamane ramię i zszyli rozcięcie na karku, ratując je od powstania paskudnej blizny. Badania mózgu nie wykazały nieodwracalnych zmian poza obrzękiem, a jednak dziewczyna nie obudziła się.
- Jak to się stało? - pyta jeden z nich. Szkoda mu tej osiemnastolatki, która ma przed sobą całe życie, a wisi nad nią groźba pozostania roślinką przez całe życie.
- Z raportu wynika, że została zahaczona przez rozpędzony samochód i upadając, uderzyła się głową w krawężnik, niemal natychmiast została wezwana pomoc - wyjaśnia drugi, ten, który przyjmował ją na izbie przyjęć. - Czy jej rodzina została powiadomiona?
- Tak, są już w drodze - odpowiada pierwszy lekarz.
- A więc zostaje tylko czekać.

Więc czekasz cierpliwie, nie wiedząc o niczym. Czekasz, bo nie masz innego wyjścia. Czekasz.

// może któryś mg wymyślić coś, co sprawiłoby, że dowiedzą się w szkole o wypadku? będę wdzięczna <3

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Dorian Ashton
Dorosły
avatar

Liczba postów : 297
Join date : 29/03/2012
Skąd : bezkres oceanów

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Pią 27 Lip 2012 - 16:06

Mam złe wieści.
Już te słowa sprawiły, że pod Dorianem ugięły się kolana, a czytając dalszą część sms-a od siostry Meredith, jego świat zawalił się w kilku sekundach. I nie były to wcale słowa przenośne, wyświechtane frazesy czy godne pożałowania sceny z książek. Chłopak w chwili odczytywania tej wiadomości trzymał nad sobą dach, niestabilny jeszcze dach domku na drzewie, który budował z całą zapamiętałością, z poświęceniem i czułością. Tworzył ten przytulny i stabilny - na tyle, na ile pozwalały leśne warunki i wysokość - domek z myślą o swojej dziewczynie, o Meredith.
Czyli właśnie to się czuje, kiedy los bliskiej osoby jest niepewny?
Jedne, o czym mógł wtedy pomyśleć, kiedy na jego głowę sypały się gałęzie, liście i piasek, był ból. I to wcale nie ból fizyczny, którego wcale nie czuł. To był ból rozdzierający w środku, sprawiający, że serce biło mu szybciej ze strachu o dziewczynę, ból ściskający w gardle, ból jednocześnie obezwładniający i pchający do tego, aby coś zrobić. Właśnie dlatego nie stał w miejscu, nie zastanawiał się długo, a zeskoczył z domku, nie korzystając nawet z drabinki, gdyż za dużo czasu by stracił. Chciał ją zobaczyć. Chciał się upewnić, że ona jest. Że nie jest za późno. Że wszystko będzie dobrze. Chciał być przy niej, tak po prostu.
Ledwie myślał, wsiadając zdyszany na rower i przekraczając bramę szkoły, aby jak najszybciej dostać się do szpitala. Miała poważny wypadek. Co to, do cholery, znaczy poważny wypadek? Czy była przytomna? Czy mogła na niego spojrzeć? Co miała uszkodzone?
Takie myśli doprowadzały go na skraj rozpaczy, nienawidził tej niepewności. Nienawidził siebie za to, że tak wolno pedałował i tak szybko oddychał. Nienawidził tego, że go przy niej wtedy nie było. Mógł teraz tylko jechać przed siebie, pozwalać, by wiatr smagał mu twarz, rozwiewał włosy i suszył łzy zalegające w kącikach oczu. Których tam być nie powinno.
Gdy budynek - W KOŃCU - zamajaczył mu przed oczami, przyspieszył, niemal tratując powolnego dziadka w gustownym kapeluszu, który posłał mu spojrzenie pełne zdziwienia i dezaprobaty. A później rzucił rower na trawnik, wbiegając do środka. Narobił zamieszania swoim zachowaniem i krzykami, zmuszając pielęgniarzy do doprowadzenia go do porządku. Trochę czasu zajęło mu znalezienie recepcji oraz odpowiedniego oddziału, ale pokój odnalazł błyskawicznie.
Sala numer 55. Numer 55. Chyba zapamięta go już do końca życia.
Wpadł do pomieszczenia, błędnym wzrokiem lustrując czyste, bardzo pachnące szpitalem - czego Dorian wręcz nie znosił, chociaż teraz nie zwracał na to najmniejszej uwagi - pomieszczenie, w którym znajdowały się właśnie trzy osoby. Zdyszany, niemal słaniający się na nogach, roztrzepany i podrapany Dorian mógł sprawiać wrażenie obłąkańca mruczącego pod nosem coś niezrozumiałego, chociaż w przypływie grzeczności udało mu się wyartykułować jedynie dzień dobry.
Rodzina Mer, bo tak się domyślał, obrzuciła go badawczym spojrzeniem, ale po chwili wszyscy zgodnie wyszli, zostawiając go sam na sam z Meredith. Z Merrie, jego Merrie, która leżała nieruchomo na tym bezosobowym łóżku w tej smutnej, choć urządzonej przytulnie sali. I wcale nie wyglądała jak jego uśmiechnięta, serdeczna i zawsze racjonalna dziewczyna. Wyglądała raczej jak.... ciało. Ciało, które nic innego w sobie nie miało.
Ale Dorian otrząsnął się z tych okropnych myśli, siadając przy jej łóżku i zwieszając głowę. Bojąc się odezwać. Bo nie wiedział właściwie, co z nią jest. Wiedział tyle, co widział. I postanowił, że niedługo będzie musiał porozmawiać z lekarzem. Ale najpierw przy niej posiedzi.
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Nie 29 Lip 2012 - 22:48

Ten dzień nie miał okazywać się bardziej wyjątkowym od poprzednich - w bawełnę ani inne tekstylia nie owijając - idyllicznych dość. Bo wreszcie czuł, jak do jego życia powraca utracona kolejno występującymi wszystkimi anomaliami pogody emocjonalności harmonia, którą, jak właśnie postanowił, kochał. Znów mógł uprawiać sobie osobistyczny hejt o życia w stresie i dramatach, ponownie odnajdując przyjemność w samotnym malowaniu, samotnym szkicowaniu i tak dalej, sukcesywnie usuwać z tej płaszczyzny swego życia osobę, która, choć nieprzytomna i niezdolna do ruchu, wkopała mu się w tą sielankę ubłoconymi buciorami, bez najmniejszego pardonu.
Jak napomknięte zostało - nic nie zapowiadało burzy, bo nawet cisza przed takową była słodko zmącona smakiem świeżego soku jabłkowego, który pił sobie Młodszy spokojnie idąc w bezkarnie świetnym nastroju ulicą w kierunku sklepu z najlepszymi ołówkami w całym Londynie (twarde drewno otoczki i niewiarygodnie jedwabisty grafit wewnątrz, a te małe cuda świata powstawały w tej jednej, maleńkiej manufakturze, która chyba tylko dzięki Blaise'owi jeszcze jakkolwiek prosperowała). I nawet po pierwszym odczytaniu niepokojącego smsa uśmiech z jego twarzy nie spłynął. Dopiero przy drugim razie dotarło do niego, że to nie jest dowcip i momentalnie poczuł, jakby zamiast słodkiego soku przez przełyk sączył się ołów, który teraz niebezpiecznie skumulował się w jego stopach przytwierdzając je do podłoża niebezpiecznie.
Mer. Szpital. Wypadek.
Błagał w tej chwili bóstwo wyższe, aby jego umysł płatał mu figle, bo te zlepki głosem właśnie powiadamiały go o tym, że Mer generalnie właśnie gdzieś kończy swój żywot na niewygodnym, szpitalnym łóżku. Czego oczywiście do wiadomości nie przyjął, gorączkowo czternasty raz czytając to samo, po czym rozejrzał się pół przytomnie wokół siebie, czując się jak w filmie.
Kiepskim.
Kogo jeszcze powiadomiła siostra Mer? Blaise domyślał się, że z pewnością Doriana. Indianę pewnie również, ich konflikt był świeży, a do obowiązków starszej siostry nie należy (chyba) przesadne zainteresowanie życiem towarzyskim młodszego rodzeństwa. Szybko jednak, jak na Colliera przystało, zorientował się, że stanie jak kołek na środku ulicy niczego dobrego do sprawy nie wniesie, więc zaczął nerwowo machać ręką na jakąkolwiek taksówkę, by już dziesięć minut później biec przez chłodną rejestrację szpitala, uraczyć jakąś wyjątkowo nieprzyjemną pielęgniarkę delikatną hipnozą (sprawdź czy nie ma cię w parku za szpitalem) i wciskać, już o wiele mniej porywiście, guzik windy, w oczekiwaniu na ową.
Bo przewidział co zobaczy po przekroczeniu progu sali 55.
- Dorian... - zaczął, jednak nie uwiesił wzroku na posiadaczu wypowiedzianego imienia, a na leżącej na łóżku, bladej jak jej szpitalna piżamka Meredith. I choć zdążył już opanować palpitacje serca i ogólne kosmiczne przejęcie całym zajściem, zewnętrznie, wewnętrznie wciąż dygotał w obawie przed zadaniem najgorszego pytania.
- Czy ona... - żyje? PRZEżyje? zostanie roślinką już foreva? tylko śpi i robi nam jakiś ohydny dowcip? - ...z tego wyjdzie? - postawił na najłagodniejsze z pytań, które szwankująca logika mi nasuwała na język i stanął po drugiej stronie łóżka, przykładając sobie lodowatą dłoń do rozgrzanego czoła. Już nawet nie myśląc nad tym, jak gigantyczny syf mu w głowie pozostał po odczytaniu niefortunnego smsa.

_________________
Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Pon 30 Lip 2012 - 23:46

Wbrew pozorom nie miała problemów ze znalezieniem odpowiedniej sali, gdyż mimo swojego dość roztargnionego stanu zachowała jako taką trzeźwość oceny sytuacji i odpuściła miotanie się po wszystkich salach i rozpaczliwe wołanie Tremaine na rzecz dowiedzenia się wszystkiego po ludzku od pielęgniarki. Nie było to też takie trudne, jak się spodziewała, bo po „poważnym wypadku” miała w głowie co najmniej OIOM, watahę pielęgniarek broniących dostępu i bardzo depresyjną poczekalnie, która jednakowoż uskuteczniona była. I wypełniona rodziną Meredith, która to tylko utwierdziła Lanvin w przekonaniu, że jej zmysł orientacji nie jest aż tak do końca biedny. Podeszła na chwilę i przywitała się, by później trochę nieśmiało udać się do sali, uprzedzona już tym, kogo tam zobaczy.
I w tej chwili opuściło ją zupełnie cały pomysł, wola działania, wszystko ulotniło się w momencie, w którym stanęła w progu i spojrzała na szpitalny, pogrążony w specyficznej atmosferze pokój. Cisza, pikanie maszyn, biel, denerwująca, brudna biel. Nie było psychologów, przygotowujących ich na to, co zobaczą, więc sytuacja nie mogła być aż tak zła. Z resztą Mer nie wyglądała źle. Tylko leżała z zamkniętymi oczami, ot, tyle było z nią nie tak.
W pierwszej sekundzie India zareagowała złością – jak zwykle infantylnie nie godząc się na to, co się stało. W końcu sprawa brzmiała trywialnie: została zahaczona, nawet nie potrącona, nie uderzona, a ledwo zahaczona i upadła na krawężnik. I tyle wystarczyło, żeby zebrać ich tu wszystkich z żałobnych nastrojach, całą czwórkę, a właściwie piątkę, bo właśnie usłyszała za swoimi plecami Aidena, który najwidoczniej też nieźle się po szpitalu poruszał. No, ciekawe skąd mu się to wzięło.
Ruszyła z miejsca dopiero, kiedy próbował ją wyminąć, po czym trochę jak lunatyczka pokonała odległość dzielącą ją od łóżka i usiadła na krześle po stronie, po której stał Blaise.
- Oj Mer – powiedziała tylko cicho, miękkim tonem i z lekkim zrezygnowaniem. W tej chwili nie dopuszczała do świadomości, że faktycznie ta sytuacja może się źle skończyć, bo przecież NIE WYGLĄDAŁA ŹLE. Dopóki miała wszystkie ręce i nogi i nawet twarz była ledwie draśnięta. Mimo to w ostatniej chwili cofnęła rękę, którą planowała odgarnąć jej włosy z twarzy czy poprawić przykrycie, do szaleństwa bojąc się, że zamiast normalnego, ciepłego i żywego ciała wyczuje zimny kamień, świadczący o tym, że to już koniec. Co przez wzgląd na pikające maszyny monitorujące prace serca nie było możliwe, ale jakieś tam przeświadczenie w głowie Indiany nadal uparcie trwało.
Zerknęła przez łóżko na Doriana, obraz nędzy i rozpaczy, i chociaż jej natura domagała się poszukiwania winnego całej tej sytuacji, w tym przypadku Ashtona, który najzwyczajniej w świecie Meredith jak dziecka nie dopilnował, tak teraz po prostu nie miała serca. Albo było za miękkie, jak zawsze względem tego chłopaka. Oparła więc brodę na łokciu (o łóżko, łóżko : D) i ponownie wróciła zrezygnowanym spojrzeniem do Tremaine.

_________________
Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 11:35

Z każ∂ą sekundą, paradoksalnie, uspokajał się. Również bał się dotknąć Meredith (jeszcze zostanie oskarżony o napastowanie nieprzytomnych), głównie przez irracjonalny lęk przed zrobieniem jej gorszej krzywdy. Więc stał sobie, oparty o ten-biały-plastik-u-nóg-łóżka biodrem i spędzał kolejne minuty na tępym gapieniu się w śpiącą Tremaine, jednocześnie zupełnie już się uspokajając.
Logicznie myśląc - maszynki pipczały regularnie i spokojnie, co musiało oznaczać stabilność Mer, w przeciwieństwie do zielonkawego Doriana, który wyglądał, jakby zaraz miał zejść na zawał. Blaise milczał jednak, uważając to za wyjście lepsze, od nieszczerych pociech, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach, dlatego podziękował Bogu w myślach i obietnicę dania sporego datku na ofiarę złożył, ujrzawszy Indianę w progu. Której położył rękę na ramieniu, gdy względnie wykopał się z szoknięcia, widząc za lubą swego brata, co wydało mu się nad wyraz dziwne i wprawiło go w... zakłopotanie? ie, to złe słowo. Nie na miejscu się czuł w każdym razie, chociaż egoistycznie poczuwał się do tego, że jego obecność tu jest zdecydowanie konieczna.
- Cześć - rzucił krótko, wciąż zdziwiony, ponieważ w drodze do szpitala dostał od Ajdy niepokojącego smsa i zamierzał się z nim zobaczyć zaraz po powrocie do szkoły. A tu zjawia się, w szpitalu gdzie leżała Mer - nie powiązana z nim zupełnie, z Indianą - powiązaną nie z nim Ajdą, a z Blejsem. Zmarszczył zatem brwi nieznacznie, oczekując jakiegokolwiek słowa od kogokolwiek, bo powoli dostawał kociokwiku od tej żałobnej ciszy.
Przecież nie umarła. Żyje. Tylko zahaczyło o nią auto, zaraz się obudzi a za dwa dni wyjdzie. Może ta nagła zmiana została wywołana, wreszcie, oceną sytuacji, gdy zobaczył zachowanie reszty. On też przez kilka ostatnich minut stał nad tym nieszczęsnym łóżkiem jak duch, blady i zadręczony myślami?
Nawet nie chciał samemu sobie odpowiadać, toteż przeniósł wzrok z bezwładnej Mer na brata.
- Co tutaj robisz? - zapytał, niezbyt siląc się na szept, co pewnie byłoby w takich momentach wymagane (cierpimy przecież, przyjaciółka na łożu niemalże śmierci), jednak miał to w tym momencie gdzieś. Chciał usłyszeć głosy, przerwać niezręczną ciszę. Zresztą Mer pewnie wolałaby zobaczyć ich rozgadanych i uśmiechniętych po przebudzeniu, a nie smętnie wiszących nad jej poobijanym ciałem z grobowymi minami.

_________________
Powrót do góry Go down
Dorian Ashton
Dorosły
avatar

Liczba postów : 297
Join date : 29/03/2012
Skąd : bezkres oceanów

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 12:55

Jak do tej pory nic nie było w stanie wyrwać Doriana z apatii, w której trwał, odkąd wparował do sali jak szalony. Wciąż wpatrywał się w Meredith, jakby jego wzrok w końcu miał sprawić, że dziewczyna otworzy oczy, uśmiechnie się i wypowie jego imię... cokolwiek... Wyobrażał sobie to idealnie, jakby mogło się to zaraz rozegrać właśnie tutaj, właśnie teraz. Czasami tak bardzo intensywnie tego pragnął, że od patrzenia pojawiały mu się plamki przed oczami, które witał z niejakim rozdrażnieniem, ale lekkim zobojętnieniem. Jeszcze tylko brakuje mu przywidzeń.
A miało być tak pięknie. Czyż te zdanie nie brzmiało trywialnie? Brzmiało, chociaż w rozgoryczeniu Doriana nic nie było ważne, myśli płynęły tak, jak chciały, czasami nawet wywołując w kącikach jego oczu łzy... JAKIE ŁZY? Nie mógł płakać. Nie teraz. Nigdy. Już nie pozwoli sobie płakać, a przynajmniej nie w tej chwili, nie tutaj, nie przy Meredith; nic właściwie nie zapowiadało tego, że może się tak okropnie spieprzyć. Jeszcze kilka dni temu snuli wspólne plany odnośnie wakacji, jeszcze śmiali się razem, obejmował ją w pasie... Mimo że bronił się przed pesymistycznymi myślami, bombardowały one jego mózg niezwykle zaciekle.
Dlatego po prostu siedział. Siedział i zastanawiał się, czy prócz niej jego życie miało jeszcze sens.
Spokój tego pomieszczenia zakłóciło wejście Blaise'a, którego widział pierwszy raz od swojej imprezy urodzinowej. Zabawne, jak bardzo różne emocje wywołały w nim obydwa spotkania. Teraz z jednej strony cieszył się, że ktoś przyszedł, udzielając mu niemego wsparcia samą obecnością. I będąc przy Mer, tak jak on. Ale... spojrzenie Colliera wetknięte w obrazek śpiącej Merrie wywołało w Ashtonie zazdrość. Ukłucie, którego doświadczył wcześniej, ale w związku z inną dziewczyną. I teraz odgonił tę myśl, odgonił wszystkie przyziemne myśli, zapominając o sympatiach i antypatiach. Bo teraz najważniejsza była Meredith.
- Wyjdzie - wycedził przez zęby mrukliwie, stawiając słowa pewnie, ostro, bez załamania. Mówił to wbrew swoim wcześniejszym myślom, których powstrzymać nie mógł, chociaż to właśnie one doprowadzały go na dno rozpaczy. Bo właściwie nie wiedział, co zapowiadali lekarze. Kiedy ona się obudzi? Czy się obudzi? Jeśli tak, czy będzie coś pamiętać? Musi. Rozkazał jej to w głębi duszy.
Nie zdążył nawet ponownie pogrążyć się w ponurych rozmyślaniach, wdzięczny za obecność Blaise'a, który pogawędki dalej nie ciągnął, kiedy w sali znów pojawili się goście. Dorian niechętnie odwrócił głowę w ich kierunku i mocno się zdziwił, widząc zarówno Indie, jak i Aidena. Indie rozumiał. Jej tchnący zmartwieniem wzrok mówił bardzo wiele, przez co chłopakowi przyszło na myśl, że musiało dojść AŻ do tego, żeby zakopać topór wojenny. Żeby wszyscy znów spotkali się razem, w tym samym składzie co wtedy, kiedy wszystko się popsuło. Zjednoczyła ich tragedia.
Przejechał dłonią po włosach i twarzy, po czym jedną rękę położył na swoim brzuchu, a drugą oparł o nią, pocierając wciąż skroń. Nie chciał się odzywać. Miał wrażenie, że głos go zawiedzie; wolał przysłuchiwać się ostrożnej i powolnej wymianie zdań, z jednej strony wdzięczny za jakieś poruszenie, z drugiej pragnący znów zostać sam na sam ze swoją dziewczyną.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 14:40

Sam nie wiedział, dlaczego po prostu nie podwiózł milczącej i spiętej Indiany pod drzwi szpitala i nie odjechał w promieniach zachodzącego słońca. To byłoby najnormalniejsze wyjście; i tak mocno nagiął swoje irracjonalne zasady i przedobrzył uprzejmość, nie komentując dziwacznego zachowania Lanvin w żaden sposób. Jednak nawet polepszenie swojego humoru i samooceny nie było wystarczającym, by wypchnąć Aidena z Chryslera na chodnik i potem na klatkę schodową, wiodącą na któreśtam piętro, na którym leżała Tremaine.
Jednak - odczytany dopiero przed chwilą, gdyż racjonalny Collier wyznawał złote prawdy typu nie pisz, kiedy jedziesz - sms mógł go ładnie poprowadzić do sali 55, bo wszystko się mu ładnie poukładało. Blaise nie był umierający tylko odwiedzający i mógł się z nim spotkać w tych smętnych okolicznościach przyrody.
Od progu przywitała go biel, smród środków chemicznych i odór szpitala. Nienawidził szpitali. Nienawidził też tej gęstej, ciążącej atmosfery, która wypełniła pokój, czyniąc oddychanie wręcz niemożliwym. Przystanął na sekundę przy drzwiach, obserwując nieprzytomną Meredith, zrozpaczonego Doriana, roztrzęsioną Indianę i bardzo zaniepokojonego Blaise'a.
Trupiarnia.
Nie lubił Tremaine, więc nie zamierzał rwać włosów z głowy i tarzać się ze szlochem po podłodze z rozpaczy. Ani - tym bardziej - udawać, że od zawsze się przyjaźnili i wstawiać na faceflashu świeczki. Było to idiotyczne.
- Wyglądacie jak pracownicy zakładu pogrzebowego. Chcecie ją dobić? - powiedział spokojnym tonem, zamiast przywitania, energicznie podchodząc do okna, by je gwałtownie otworzyć i wpuścić chociaż trochę tlenu (bo okno wychodziło na zielony park a nie na tłoczną arterię, i think). - Nie słyszeliście o aurze? Emocjach? I tak dalej? Na pewno się wkurwia, widząc i czując, że siedzicie przy niej jak przy brzydkim trupie - dodał mało delikatnie, uśmiechając się smutno do Blaise'a, powracając jednak wzrokiem do nieprzytomnej Meredith. - Jak długo jest w śpiączce? Rozmawialiście z lekarzami? - kontynuował swobodnie, ignorując pytanie Blaise'a i prawie zapominając o swojej depresji, będąc w swoim zajmująco-się-innym żywiole. Dodatkowo był niemal pewny, że Mer cieszy się z tego, że przerwał tą grobową ciszę. Chętnie by do niej pogadał i poirytował ją, nie wiedział jednak, czy nie wyleci zaraz w sali w podskokach darowanych mu przez Doriana.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Indiana Lanvin-Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 610
Join date : 24/02/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 16:39

Właściwie nie była złej myśli, wręcz przeciwnie, nic nie wskazywało na to, żeby Meredith balansowała na jakiejś krawędzi śmierci, a zwyczajnie była nieprzytomna, – bo to takie NORMALNE, – co miało skończyć się zaledwie za kilka minut, kiedy otworzy oczęta, pokrzywi się na jakieś siniaki i wtedy już wszyscy będą mogli wrócić do starego, normalnego trybu życia, mniejszych czy większych problemów, szkolnej egzystencji i (w przypadku niektórych) planowaniu swojego życia. Skupiona i zacięta mina Indiany świadczyła jednak o tym, że z przerażającą jasnością dostrzegała inne scenariusze tej sytuacji, coś, co mogłoby się stać, gdyby tylko Merrie miała trochę mniej szczęścia i czego ona, Indiana, najprawdopodobniej nie potrafiłaby sobie wybaczyć już nigdy. Bo przecież jakkolwiek zła by nie była, nie c h c i a ł a rozstawać się z Tremaine, nie w taki sposób i nie z poczuciem winy, które teraz wypisz wymaluj było wypisane na jej twarzy. Nie żeby winiła się za ten cały wypadek, ale za całą resztę i w końcu brutalnie została doprowadzona do momentu, w którym trzeba było to wszystko skończyć. W momencie, w którym Meredith otworzy oczy, oczywiście.
Czując dłoń Blaise’a na swoim ramieniu zerknęła na niego w końcu, tak bladego i zmartwionego, jakiego nie widziała go chyba nigdy. Miała coś powiedzieć, cokolwiek by jej ślina na język przyniosła, ale zdążyła tylko delikatnie dotknąć palcami jego ręki, kiedy buciorami w ich strefę sacrum wdarł się Aiden. Spiorunowała go spojrzeniem. Miał rację, ale to nie on powinien tu mówić takie rzeczy.
- Przypomnij mi, kto cię tu tak do końca zaprosił? – zapytała trochę jadowicie, tylko trochę, ale no, emocje. – Naprawdę dziękuję, że mnie podwiozłeś, ale nie musiałeś przecież fatygować się aż tu – zmrużyła nieprzyjemnie oczy, czując dziwaczne, słodko-gorzkie uczucie, towarzyszące zawdzięczaniu czegokolwiek starszemu Collierowi. – Bez twoich komentarzy jest dostatecznie wesoło – stwierdziła na koniec. I cóż mogła poradzić, że naturalnie przypuściła otwarty atak na Aidena. Aczkolwiek na jego ostatnie słowa odruchowo spojrzała na Doriana, który wyglądał, jakby siedział tu najdłużej. Chyba nie spędził całego tego czasu przy łóżku Mer, patrząc na nią tym pustym spojrzeniem i czekając, aż wyzionie ducha? W sumie nie zdziwiłaby się, bo w kwestii jakiejkolwiek akcji dobrali się idealnie swoim ślimaczym tempem i dziwną, załączającą się automatycznie apatią.

_________________
Powrót do góry Go down
Meredith Collier
Dorosły
avatar

Age : 33
Liczba postów : 636
Join date : 07/04/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 17:56

Budzisz się ze snu, myśląc, że kiedy otworzysz oczy, wszystko to okaże się koszmarem, który śniłaś. Że wstaniesz ze swojego łóżka przy oknie, obok ciebie będzie kręciła się Ivieth, przy drugiej ścianie Victoria, a z boku ktośtam. Uśmiechniesz się do nich niemrawie, zerkniesz na telefon, napiszesz smsa do Doriana, usiądziesz przy toaletce i dobre pięć minut przesiedzisz, rozbudzając się. Potem zacznie się zwykły, unikający zajęć przed-wakacyjny dzień, w trakcie którego zrobisz zakupy na wyjazd, skończysz rysunek Indiany, potem spotkasz się z Dorianem i skutecznie będziesz mimo wszystko unikać zmartwień.
Jednak otwierasz oczy i nadal widzisz tylko ciemność, z której powoli wyłania się obraz sytuacji. Zaczynasz sobie przypominać ten dzień. Wstałaś, napisałaś do Doriana, ogarnęłaś, w międzyczasie kończąc rysunek Indiany. Potem wyszłaś na zakupy i... No właśnie. Tego nie wiesz. Wychodziłaś właśnie ze sklepu z nowym, pięknie pachnącym szkicownikiem z kredowym papierem, do malowania gór, zrobiłaś krok na ulicę i od tamtego momentu nic więcej nie wiesz. Obudziłaś się już tu, w tej dziwnej przestrzeni, gdzie słyszysz i czujesz wszystko, ale nie widzisz, nie możesz nic zrobić. Sznur lekarzy, szlochy mamy, dziwne drżenie w głosie ojca, Juliana, która mówiła nienaturalnie cicho i wspominała coś o poinformowaniu
jej przyjaciół. Jej, czyli twoich. Masz ochotę krzyknąć nie, że nie mogą cię zobaczyć w takim stanie, zresztą nie masz już przyjaciół poza Dorianem i Lukiem, a nie chcesz, by Blaise i India poczuli się do obowiązku odwiedzenia cię.
Obudziłaś się teraz, czując obecność Doriana. Tak bardzo chcesz go przytulić i powiedzieć mu, że nie może się martwić, bo jej nic nie jest, to tylko drobny uraz. Próbujesz zrobić coś, c o k o l w i e k, ale nie możesz doprowadza cię to do frustracji. Chciałabyś teraz wstać i zacząć czymś rzucać, ale nawet wyobrażanie sobie tego nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej cię dołuje. Potem słyszysz głos Blaise'a, chwilę potem Indiany i Aidena? Nie rozumiesz, dlaczego oni tu są. Masz ochotę ich wszystkich stąd wyrzucić, wykrzyczeć całą złość i bezsilność, niezrozumienie.
Nagle dochodzi cię wymiana zdań między Starszym a Indią. Zaczynasz się śmiać, śmiać w tej głębi, jednocześnie będąc wdzięczna Collierowi. Czujesz powiew powietrza na swojej twarzy i zaczynasz jeszcze bardziej się cieszyć, co w sumie jest zupełnie idiotyczne, ale masz chyba do tego prawo, skoro jesteś w śpiączce, nie? Nie zauważasz, że śmiech niemym w pewnym momencie przeradza się w ciche kaszlnięcie, już nie tylko ukryte w twojej czerni.


Meredith poruszyła się lekko na łóżku, wydając z siebie owo pojedyncze, ciche kaszlnięcie. Nie powróciła do przytomności, niezupełnie, jednak to był jakiś postęp. Nie była trupem, co to, to nie.

_________________

Come and take a walk on the wild side
Let me kiss you hard in the pouring rain

Powrót do góry Go down
Dorian Ashton
Dorosły
avatar

Liczba postów : 297
Join date : 29/03/2012
Skąd : bezkres oceanów

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 18:47

Zrobiło się tłoczno. I przygnębiająco. A Dorian miał ochotę zakopać się gdzieś głęboko pod ziemię i ukryć całe swoje rozgoryczenie, cały swój smutek i złość, żeby tylko nie patrzeć wszystkim ludziom tu zgromadzonym w twarz. Z zewnątrz był całkowicie obojętny na sceny rozgrywające się obok niego, na całe zamieszanie i mimikę każdego z osobna, których wcale nie chciało mu się analizować, bo za bardzo zapatrzony był w Merrie, okno lub sufit. Nie dbając o to, czy powinien coś robić, gdzieś latać, pytać o jej stan czy chociaż rozpocząć rozmowę z kimś, kto tu siedzi.
Bo może ich słyszała. I może powinien mówić jej coś fajnego, ale i tak czułby się z tym co najmniej głupio. Przynajmniej w towarzystwie wszystkich.
Bez ruchu obserwował poczynania Aidena, który latał po całej sali jak szalony, wypełniając grobową ciszę swoją energiczną aurą i... Dorian wcale nie miał mu tego za złe. Może i miał rację. Może i powinni w końcu rozmawiać normalnie, zachowywać się normalnie. Chociaż chyba nie wyobrażał sobie ich wszystkich w zwykłej pogawędce. A zwłaszcza siebie, ponieważ teraz nie potrafił wydobyć słowa, choćby chciał. Ale mimo wszystko coś mu nie pasowało. Co Collier Starszy tu robił? Co do diaska obchodziło go, w jaki sposób i co będą tutaj robić? A chwilę później Indie wypowiedziała na głos to, co myślał. Uśmiechnął się lekko w myślach, chociaż ten gest nie ukazał się na jego twarzy. Jakoś jego mięśnie nie były w stanie w ogóle się poruszyć.
Spojrzał na swoją byłą dziewczynę i na chwilę zetknęli się spojrzeniami, a później wzrok Ashtona padł na ich ręce. Na to, jak stali blisko siebie, pokazując samymi ciałami, co do siebie czują. I w tej chwili Dorian poczuł rozdzierający smutek, ponieważ jego połówka zamiast siedzieć obok niego w ich domku na drzewie, leżała w tym irracjonalnym miejscu. Już przestał winić siebie za to, że nie upilnował jej, że go wtedy przy niej nie było, ale pozostał bezbrzeżny żal do... do... właściwie nie wiedział, do czego. I to nazywało się właśnie bezsilnością. Był w stanie ciskać wszystkimi przedmiotami w nicość, jakby to miało czemukolwiek posłużyć.
Już miał westchnąć, już miał poruszyć się na siedzeniu zmieniając pozycję, ale zanim zdążył to zrobić, zarejestrował ruch na łóżku. Zerwał się, zupełnie nieświadomy tego, co robi. A gdy jego dziewczyna kaszlnęła, miał wrażenie, że właśnie dostał zawału i przywracają go do życia. Bo nieważni byli ludzie, nieważne było to, jak bardzo kończyny go bolały od tego siedzenia, jak bardzo oczy bolały go od wpatrywania się... Nic nie było ważne.
- Meredith - szepnął niewprawionym głosem, a później odchrząknął lekko, łapiąc ją za rękę i lekko ściskając. Miał nadzieję, że to poczuła. W końcu jakaś iskra. W końcu coś, co przywróciło mu nadzieję i szansę na jakikolwiek uśmiech. Bo w tej sytuacji niemalże zapomniał o swoim optymizmie. Nie potrafił cieszyć się z tego, że jego dziewczyna leżała w szpitalu. Nawet nie potrafił z ufnością patrzeć w przyszłość. Nie w tej chwili. Czyżby jego wewnętrzne dziecko się skończyło?
Miał ochotę powiedzieć, żeby ktoś zawołał lekarza, ale z drugiej strony nie chciał opuszczać dziewczyny. Nie chciał przerywać z nią kontaktu; nie chciał, aby jakiś obcy człowiek wtargnął w tę atmosferę.
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 19:02

Jadowity ton ukochanej Lanvin wcale go nie dotknął ani nie zbił z tropu, gdyż Aiden już dawno zabłądził w swoim dramatycznym życiu. Czyli, jaśniej, bez smutnych metafor: było mu wszystko jedno, bo światło jego życia zostało mu odebrane. Czyli, jeszcze prościej, czuł się gorzej niż zielonkawy Dorian, prawie, że płaczący nad trupem swojej dziewoi. Bo Mer nie wpitoliła się pod autobus czy tam koparkę specjalnie, by z nim zerwać, Mer zaraz się obudzi i będą prowadzić nudny, dziwny żywot dwojga brzydkich osób. Zupełnie do siebie niepasujących. Idylla, podczas gdy Aiden będzie cierpiał, popadając w chorobę psychiczną i gnijąc. W jakimś ciemnym zaułku. Niechciany przez wszystkich.
Tak jak tutaj, o.
Zignorował przytyk Lanvin i - co dziwne! - zignorował nawet słowo dziękuję, opierając się o komodę, stojącą dokładnie na przeciwko łóżka, skąd miał doskonały widok na truposza i aparaturę. I na wszystkich żałobników, wyglądających na pierdolone mimozy. Nawet Blaise'a ochrzcił tym niezbyt chlubnym mianem.
- Och, wesoło jak na imprezie, ostatnio tak dobrze bawiłem się na Twoich urodzinach, Ashton - powiedział z całą sympatią, na jaką było go stać, zakładając ręce na piersiach. I miał kontynuować chamski wywód, mając nadzieję, że wyciągnie Doriana ze stanu agonalnego (bo wyglądał jakby sam miał zaraz zemrzeć) i może dostanie chociaż wpierdol, gdy zauważył dziwne miganie aparatury przy głowie Mer. I usłyszał kaszlnięcie. Charczące.
- No widzisz, mówiłem, że ją wkurwiacie. Co nie, Tremaine? - powiedział spokojnie, obserwując nagłe poruszenie wśród płaczek zgromadzonych wkoło łóżka. Poczuł się niemal jak zbawiciel i Jezus, który wskrzesza Łazarza. Jednak Bozia miała rację - dobre uczynki poprawiają humor. Na tyle, że można przekroczyć wszystkie granice, licząc na to, że może uda mu się pobudzić Mer jeszcze bardziej. Nie tyle do życia, co do powstania z łóżka i pobicia go własnoręcznie narysowanym młotem. - Myślisz, że moja moc na Ciebie działa? Pomimo tego, że śpisz? - spytał uroczo, dalej zwracając się do Mer jak jakaś słodka pielęgniarka, po czym zrobił kilka gwałtownych kroków w kierunku jej łóżka, wyciągając niewinną rączkę.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 31 Lip 2012 - 20:23

Nie chciało mu się komentować zatarcia Indiana-Aiden, nie widział w tym potrzeby swojego udziału, póki scena nie zajęłaby się ogniem. Pożądania na przykład, przy kontakcie skórnym, czego chyba nie zniosłaby jego biedna, artystyczna dusza.
Na całe szczęście mógł umysł zajmować tworzeniem ewentualnych czarnych scenariuszy, z nieprzytomną - tam martwą - Mer w roli głównej. Scenariusze, które powinien spisać i sprzedać, powiększając konto Collierów o kilka kolejnych zer, jakimś superduper holiłudzkim specom od horrorów, by do końa życia mieszkać w tej upragnionej chatce na polu lawendy, ewentualnie w kamienicy w Amsterdamie na wyjebanym poddaszu.
I pewnie odpłynąłby wraz z tymi myślami, gdyby nie czuł się teraz w obowiązku do podtrzymania na duchu lubej swej, wtraźnie załamanej owym wypadkiem - ardziej niż on sam, to pewne. Bo sam Blejz ogarnął, wypadek, brak przytomności, przebudzenie w najbliższym czasie, a pozwolił sobie tylko na kilka minut żałobnego niemal letargu, tkwiąc tu jeszcze sam na sam z Mer, nie licząc wpół umarłego Doriana.
Podziękował zatem w duchu (i spojrzeniem wymownym, że na sto procent zrozumiał) Aidenowi, za to nieco zbyt gwłtowne, acz potrzebne poruszenie, samemu czując się luźniej, wreszcie słysząc słowa, a nie arię westchnięć i niemalże słyszalne, czarne myśli dotyczące chudgo ciałka pod białą, szpitalną kołdrą.
Jedynie na wspomnienie urodzin Doriana wywrócił oczami. Nie chciał wracać do tego wieczoru, bo pikusiem było to, że solenizant jego bratu prawie obciągnął na środku pokoju, wśród pierdyliardów świadków. Zresztą poruszenie nastąpiło w idealnym momencie, aż mocniej zacisnął rękę na ramieniu Indiany, obserwując prychająco-kaszlącą Mer z błyskiem w orzechowych oczach.
Nie wyrwał się jednak do objęcia jej, jakby to pewnie zrobił jeszcze dwa miesiące temu, w ostatniej chwili przytomniejąc, że to jest chwila dla Doriana i jego dziewczyny. Pani Dorianowej, Pani Ashtonowej. Która Collierową nigdy nie była i STOP.
Odsunął się od łóżka, pogodnie się uśmiechając, gdyby tak Mer się rozejrzała i bladm wzrokiem na niego trafiła, przysuwając się do Aidena. Cofnął jego rękę, stanowczo - w końcu mógł - jednak jednocześnie dość delikatnie. Czyli całkiem po swojemu.
Źle się tu czuł, widząc troskę Doriana i nie mogąc własnej uzewnętrznić. Bo sytuacja się zmieniła i... po prostu czuł, że nie może. A jedyną osobą, z którą ewentualnie mógł się tym podzielić był Aiden.
- Zaraz pójdziemy i porozmawiamy - powiedział cicho, jednak bez żadnej grozy w głosie, zapowiadającej burzę. Ot sygnał, prosto przekazana informacja, prosto do celu, bez międzystacji i powikłań. Odpowiedź również, zatem uprzedzając Indianę cmoknięciem w głowę wyszedł, obiecując sobie, że wróci wieczorem sprawdzić czy wszystko jest w porządku.

Blejczi i Ajdiczi ztczi :>

_________________
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 7 Sie 2012 - 20:35

Doktor Methews był dziś wyjątkowo przewrażliwiony. Pierw pielęgniarka do której żywił gorące uczucia od dwóch lat dała mu kosza. Potem nieudany lunch z dziećmi, które odebrał ze szkoły. Dwójka piekielnych tyranów, żądających tylko co rusz nowych rzeczy, zupełnie jak ich matka, a była żona naszego doktora.
Methews w pośpiechu przeglądał kartę swojej pacjentki, bo właściwie spóźnił się na obchód. Wszystko przez te dzieciaki. Meredith Tremaine była jednym z cięższych przypadków od ostatniego tygodnia.
Wszedł na salę zaczytany w karcie i widząc tak dużą ilość osób oburzył się natychmiast.
Co ten szpital ma za ochronę? Żeby, aż tylu ludzi naraz puszczać w jej stanie?
- Proszę natychmiast opuścić salę! Jest tu zbyt tłoczno, chora teraz musi odpoczywać - Patrzył gniewnie na odwiedzające dziewczę grono nastolatków.
I w stanowczym geście otworzył im drzwi. Kiedy już wszyscy wyszli zabrał się za przeglądanie opatrunków, które jak można wywnioskować z jego przekleństw źle założyły pielęgniarki.

wszyscy zt.
Powrót do góry Go down
Peony von Laffert
Uczennica
avatar

Age : 23
Liczba postów : 343
Join date : 31/07/2012
Skąd : Vienna

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Nie 9 Gru 2012 - 22:12

Peony zaczynała powoli wariować. Już uspokoiła się (chociaż może to zasługa całego kubeczka tabletek, które dała jej ta pofarbowana na kruczoczarno pielęgniarka) po całej akcji w akademiku, po wypadku, przestała zupełnie myśleć o podwójnych zaręczynach, o wyborach, bo... bez względu na określanie się, jej uczucia nie uległy zmianie. Dlatego właśnie siedziała milcząca przy łóżku Londona, zawieszona w rzeczywistości, niemalże z dostosowanym tętnem i oddechem do pikań wszystkich aparatur do których był już od kilku dni podłączony.
Bardzo się bała, tak potwornie bała się, że chłopak się nie wybudzi, choć lekarze mówili, że najprawdopodobniej jeszcze działają jeszcze bardzo silne leki usypiające i przyspieszające gojenie się po operacji, ponieważ musieli zastosować większą dawkę, ze względu na poważne obrażenia jego ciała. Nic jednak do niej nie docierało, a siedziała tutaj tylko dzięki uprzejmości oddziałowej.
London oczywiście jeszcze nie wiedział, choć Peony też już zdążyła się dowiedzieć, że to nie był koniec jego problemów zdrowotnych. Szczęście w nieszczęściu, trafił do szpitala w najodpowiedniejszym momencie, ponieważ z badań wynikło, że jego nerki są poważnie chore. Przez wypadek zostały dodatkowo uszkodzone i nie nadają się już do leczenia farmakologicznego i ratuje g tylko przeszczep. Rzecz jasna dziewczę, poczuwając się do wszystkiego maksymalnie (i słusznie) natychmiast poprosiła o sprawdzenie, czy mogłaby być dawczynią.
Lekarz złapał ją akurat, gdy jedna z pielęgniarek niemalże zmusiła ją do zejścia do kafeterii, celem zjedzenia czegokolwiek, ze świadomością, że i tak pójdzie wszystko zwrócić. Wyniki badań szczegółowych były pozytywne, bo zaraz po przyjeździe do szpitala, tuż po wypadku, zrobiono najbardziej podstawowe badania, ponieważ London stracił dużo krwi, trzeba było ją szybko uzyskać, a Peony okazała się być pasującą. Teraz też wiedziała, że będzie mogła mu uratować życie, tak jak on zrobił to kilka dni temu
Wróciła do sali gdzie leżał, kuśtykając o kulach i klnąc na nie pod nosem, zapadając się w tym fotelu i czekała kolejne kwadranse, niezbyt wiedząc właściwie dlaczego. I czy aby jest właściwą osobą, którą powinien ujrzeć po przebudzeniu. Przecież o wiele lepiej, zapewne, byłoby, gdyby przykładowo to Aiden tutaj był, a nie ona. Wieczorem jednak wizyty, te oficjalne, były zakazane, dlatego Peony była tu sama, patrząc na nieprzytomnego Londona.


Ostatnio zmieniony przez Peony von Laffert dnia Pon 10 Gru 2012 - 14:17, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Nie 9 Gru 2012 - 22:34

Była ciemna otchłań, cały czas. I nagle coś zaczęło się przejaśniać. Irytujące migotliwe światła, głosy, których nie mógł rozpoznać i pulsujący ból przeszywający całe jego ciało. A świadomość wracała powoli. Nie mógł jeszcze otworzyć oczu, ani się ruszyć. Nie wiedział, co się stało, ani gdzie jest. Był tylko ten niesamowity lęk. Bał się o Peony. Mogło stać się z nią coś bardzo złego.
- Pony… Pony… - Powtarzał ledwo słyszalnym szeptem, starając się walczyć z tą ciemną substancją zalewającą mu umysł. Ale przegrał i znów zapadł się w ciemność.
Nie był w stanie ocenić, czy minęło kilka sekund, minut, czy tygodni, kiedy znów zaczął odzyskiwać świadomość. Teraz udało mu się otworzyć oczy.
- Pony!- Zawołał przerażony, prawie, że zrywając się na równe nogi. Prawie, że gdyż został zatrzymany przez całą masę aparatur, różnych kabelków, którymi był do nich podłączony, gipsu, bandaży i nie wiadomo czego jeszcze. Zobaczył dziewczynę i odetchnął z ulgą. Nie był jeszcze w stanie przyjrzeć jej się uważnie, ale już wiedział, że jest cała i zdrowa. Wcisnął głowę mocniej w poduszkę, zacisnął mocno powieki i jęknął przeszywająco. Ból jaki odczuwał był paraliżujący. Nie mógł poruszyć żadną z kończyn i nie wiedział, czy jest to tylko chwilowe, czy zostanie tak na dłużej. Nie analizował tego teraz. Ale chyba było okay, bo czuł ból w całym ciele. Czyli miał czucie w kończynach, czyli chyba nic nie było jakoś trwale uszkodzone.
W pierwszej chwili nie wiedział gdzie się znajduje, ani co się stało. Dopiero po jakimś czasie zaczął kojarzy fakty. Samochód. Dziecko. Wypadek. Wyminął to dziecko. A co potem? Odpiął pasy i rzucił się na Peony żeby zasłonić ją własnym ciałem. I chyba nic jej nie jest. To dobrze. Czyli był w szpitalu. Tak, to musiał być szpital. Jeszcze raz spróbował otworzyć oczy, ale ciężko mu było przyzwyczaić je do światła, które wydawało mu się oślepiające.
Powrót do góry Go down
Peony von Laffert
Uczennica
avatar

Age : 23
Liczba postów : 343
Join date : 31/07/2012
Skąd : Vienna

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Pon 10 Gru 2012 - 15:53

Siedzenie bezczynne w tej sali wbrew pozorom nie było wcale nudne; wręcz stanowiło jakieś ukojenie rozszalałego poczucia winy, bo przecież nie próbując robić z siebie wielkiej ofiary, to przecież właśnie ona była wszystkiemu winna. Miała wrażenie, że to ona powinna teraz leżeć pod tymi maszynami nieprzytomna, a nie tylko narzekać na to, że niewygodnie się chodzi o kulach. Przygotowywała się też psychicznie do znacznie poważniejszej operacji, ponieważ lekarz transplantologii nie omieszkał jej powiadomić jak skomplikowana jest operacja oddania organu i czym jej to grozi. Nic jednak nie zmieniało faktu, że była zdecydowana, a jedyne co ją od tego dzieliło to decyzja Londona.
On chciał się poderwać, a ona faktycznie to zrobiła, gdy zobaczyła jak zaczyna się poruszać i wypowiadać jej imię. Niestety wciąż mocno ograniczona ruchowo przez calutką nogę w gipsie, tak szybko jak wstała, opadła z powrotem na fotel, zaciskając oczy przez kolejną falę rwącego bólu w złamanej kończynie. Ponowiła cały precedens związany ze wstaniem, tym razem skutecznie na tyle, że stała nad nim, patrząc z nadzieją to na jego twarz, to na pipczące aparatury, wciskając w międzyczasie zielony guzik wzywający lekarza.
- London! London, słyszysz mnie? - spytała troskliwie, odgarniając z jego czoła włosy, zaraz jednak cofając rękę. Nie powinna przecież tego robić, a siedzenie tutaj było chyba największym egoizmem, jaki mogła zafundować sobie/reszcie świata w całej tej sytuacji, z której przecież póki co nie wychodziła jeszcze tak do końca przegrana. Jako, że to ona w wypadku ocalała jako ta wszystkiego świadoma, na niej skupiło się większość dotychczasowej wrzawy i niemal cały dzień ktoś u niej siedział - tak jak u Londona zresztą, choć z nim to nie za bardzo można było porozmawiać. Nawet jej rodzice specjalnie przylecieli z Wiednia do Londynu do połamanej w wypadku córeczki. Choć z całą pewnością nie jej przywilejem było bycie tą osobą, którą widzi się po przebudzeniu, a jednak wciąż tu była, mimo bezskutecznych przekonywań Jace'a, zgodnie jednak z poradami Nette.
Do sali weszła jakaś pani doktor, która zaczęła spisywać wyniki pokazywane przez ekraniki maszyn, kombinować coś przy kabelkach łączących chłopaka z całym tym podejrzanym osprzętem. Na co sama Peonka już uwagi tak nie zwracała, patrząc tylko na Londona z trwogą, czekając na jakąkolwiek reakcję, o ile w ogóle był zdolny jakkolwiek zareagować, przez ciężki stan zdrowia.
Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Wto 18 Gru 2012 - 23:21

Ciemno, jasno, migotliwe, rażące w oczy światła. I ból. Ból, który chwilami był nie do zniesienia. Jednak działo się tyle, że nie był w stanie skupić się nawet na nim.
Nie pojmował całego tego zamieszania wokół siebie. Ale świadomość powoli wracała. Widział Peony słyszał jej głos. Czuł jej dotyk, kiedy odgarniała mu włosy z czoła. Aż się uśmiechnął, zadowolony z tego czułego gestu, jakby nie pamiętał co tak właściwie się stało i dlaczego znalazł się właśnie tutaj.
- Nic ci nie jest? – Zapytał zaniepokojony. Bo może jednak coś się stało? Wolał mieć pewność. Teraz lepiej widział dziewczynę. Gips na nodze. I to wszystko. Nie widział nawet żadnych poważniejszych zadrapań, czy siniaków. Czyli mógłby być z siebie dumny. W końcu udało mu się ją ocalić, a przecież właśnie to było jego celem.
Wokół kręciła się jakaś kobieta, na którą nawet nie zwracał uwagi. Do czasu, kiedy poczuł kolejną faję bólu i jęknął przeszywająco, nie mając nawet siły żeby zawyć z bólu. Zwijał się, kiedy kobieta uspokajała go i wstrzykiwała do kroplówki jakieś dziwne płyny. Dziwne, ale całkiem skuteczne. Bo już po kilku minutach tej męczarni, poczuł jak w całym jego obolałym ciele rozlewa się błogi brak jakichkolwiek odczuć. Przytomności jednak nie stracił, to w kocu tylko leki przeciwbólowe. Wprawdzie poczuł się jeszcze bardziej otępiały niż przed chwilą. Kobieta coś do niego mówiła, ale nie miał najmniejszej ochoty jej słuchać. Chciał już zostać sam z Peony. Nie był pewien dlaczego, ale chciał.
Docierało do niego jedynie co któreś słowo kobiety. Między innymi nerka, poważnie uszkodzona, pańska narzeczona… Chłopak spojrzał na lisicę, ze zdziwieniem unosząc brwi.
Zaraz, co? Jego narzeczona? Pony. Ale, że ona miałaby mu oddać swoją nerkę? Nie ma mowy! W życiu nie przyjąłby od niej takiego daru. W końcu jeszcze kiedyś może jej się do czegoś przydać. A poza tym, wiedział, że takie operacje są ryzykowne. Nie pozwoliłby jej na tak poważne ryzyko. W końcu nie po to ratował jej życie, żeby teraz coś jej się stało w wyniku jakiegoś błędu lekarskiego, powikłań, albo nie wiadomo czego jeszcze.
Ale jeszcze jedno. Narzeczona. To słowo od razu przypomniało mu całą tą okropną sytuację. Peony zaręczona z Chamberlinem. Tak nagle, nie wiadomo dlaczego, bo wszystko było idealnie. A ona tak nagle wbija mu nóż w serce. Mimo wszystkich jego starań. Nieświadomie skrzywił się z obrzydzeniem. Dopiero teraz żal i złość zastąpiły, rozpacz, która wypełniła jego serce, kiedy poznał tą, jakże okrutną, prawdę. A więc chciała odkupić swoje winy? Tak, pewnie o to chodziło z tą nerką. Myślała, że jeśli w zamian za wyrwane serce odda mu nerkę, to wszystko będzie w porządku? Że to będzie okay z jej strony? Popatrzył na Peony znów, tym razem ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi wargami, pierwszy raz gardząc nią. Wydała mu się nagle jakimś beznadziejnie głupim stworzeniem.
Nawet nie zauważył kiedy tamta kobieta wyszła z pokoju. Jego myśli krążyły teraz tylko wokół tego, jak jego cudowna Pony, mogła w kilka dni stać się takim bezmyślnym potworem. A może zawsze tak było? Może od samego początku pogrywała sobie z nim, bawiła się jego uczuciami? W międzyczasie to samo robiąc z Jace’em? Miał wrażenie, że zaraz eksploduje mu czaszka od tych rozmyślań. Ale wiedział już jedno. I tego był pewnie na sto procent. Nie przyjmie od niej nic. Nie będzie na tyle wspaniałomyślny żeby pozwolić jej uspokoić swoje sumienie w taki sposób.
Powrót do góry Go down
Peony von Laffert
Uczennica
avatar

Age : 23
Liczba postów : 343
Join date : 31/07/2012
Skąd : Vienna

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Sro 19 Gru 2012 - 18:21

Całkiem dobrze się działo, że Peony nie miała mocy odczuwania tego, co druga osoba, jakiegoś superdetektora emocji w oczach, bo prawdopodobnie by umarła tutaj, teraz, zaraz - z wyrzutów sumienia. Na co, we własnej opinii, zasługiwała, bo wystarczająco mocny węzeł powstał z jej zaciśniętych jelit i innych wnętrzności, gdy tylko patrzyła. Widziała twarz wygiętą bólem, widziała złamania, zwichnięcia, stłuczenia i zranienia, a wszystko tylko po to, by ją uratować. Mógł przecież zginąć! A egoistycznie nie chciała dać mu odejść. Wolała skazywać wszystkich na cierpienie, mając go jednak wśród żywych, po coelhowsku mimo wszystko go nie posiadając.
- Nie. Mam tylko złamaną nogę, kilka zadrapań, coś z nadgarstkiem... ale to jest nic w porównaniu z Tobą. Dlaczego to zrobiłeś? Mogłeś zginąć - mówiła cichym głosem, zaczynając bawić się kosmykiem swoich włosów, patrząc na niego z przejęciem, obawą, może nawet trochę strachem. Przecież nie chciała żeby to się tak skończyło, kto by chciał? Po prostu seria niefortunnych zdarzeń.
Tak jak fakt konieczności przeszczepu Londonowi nerki. Nie była to forma pięknego zadośćuczynienia, poświęcenie za poświęcenie, życie za życie - uogólniając. Gdyby jej nie uratował jej życia w czasie wypadku to ona nie mogłaby teraz uratować jego. Nawet za podobną cenę, choć Peonka była już zdecydowana i gotowa pójść pod skalpel teraz-zaraz-natychmiast, jak tylko London wyrazi zgodę na przeszczep. Głupio jej tylko było, że żeby otrzymać jakiekolwiek informacje musiała podać się za jego narzeczoną.
Choć akurat na przemyślenie tego nie miała ani czasu, ani ochoty. Nawet w wewnętrznych monologach nie zaczynała tematu, że jest narzeczoną dwóch różnych osób jednocześnie. Jednak w kwestii jej miłości nic się nie zmieniło, poza samym nastawieniem. Jakby zaczęła przyzwyczajać się niezdrowo do faktu i myśli, że może jakoś uda jej się to jeszcze jakoś połączyć i zorganizować.
- London, potrzebujesz przeszczepu. A ja mogę być dawcą. Zgódź się... - kontynuowała z determinacją, pewna, że to jest to, co MUSI zrobić. Chociaż tyle po całej tej katastrofie, którą niejako spowodowała.
Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Sro 19 Gru 2012 - 22:10

Po głębszych przemyśleniach i dla Londona jej zachowanie nie było okay. Ale nadal byłby w stanie jej wszystko wybaczyć. Wszystko, bo przecież kochał ją szczerze i prawdziwie i chciał spędzić z nią resztę życia. Mimo tego co zrobiła, tej całej chorej akcji z zaręczynami z innym facetem. Wystarczyło jedno jej słowo, żeby wszystko wróciło do normy, żeby znów mogli być taką przeszczęśliwą, idealna parą.
- Co z nadgarstkiem? – Zaniepokoił się. Bo przecież troszczył się o nią jak zawsze, nic się w tej kwestii nie zmieniło. – To trochę głupie pytanie. Wiesz dlaczego. Bo cię kocham i jesteś dla mnie najważniejsza. To, że ty potrafiłaś wszystko zmienić w ułamku sekundy, nie oznacza, że ja też. Chyba jestem nieco bardziej stabilny.
Właściwie mówił to z pobłażliwym uśmiechem. Był bardzo zraniony, ale przecież jak mógłby się na nią złościć? Przecież patrzył na tą najukochańszą twarz, oliwkowe oczy za które naprawdę dałby się zabić, co parę dni temu chyba dość dobitnie udowodnił.
A teraz jak to ma wyglądać? Patrzył na ukochaną kobietę z mieszaniną, strachu, niepewności, żalu i smutku. Tyle miesięcy przekreślone w kilka minut. Przez trzy idiotyczne słowa tego pacana. A może jednak każe mu skoczyć z klifu? Co za problem? Wystarczy użyć mocy i już. Sam skoczy przecież, a London będzie poza podejrzeniem, bo będzie w tym czasie gdzieś daleko.
- Chyba oszalałaś! – Zawołał oburzony, znów krzywiąc się z bólu, bo chciał się podnieść, a oczywiście mu to nie wyszło. Dopiero teraz słowa dziewczyny zburzyły jego spokój i wywołały wielką złość. – Co ty sobie myślisz!? Że możesz wyrwać mi serce z piersi i zamiast niego oddać nerkę? I, że to by niby było okay? Organ za organ!? Skąd u ciebie biorą się tak idiotyczne pomyły? Chcesz dać mi nerkę zamiast siebie, a potem odejść, zostawić mnie i żyć sobie długo i szczęśliwie z tym troglodytą? Po moim trupie! Skoro wybierasz jego, to ja wolę umrzeć niż przyjąć cokolwiek, co należy do ciebie.
Ostatnie zdanie wypowiedział spokojnie. Pewnym tonem i zaciskając przy tym pięści ze zdecydowaniem. To była jego nieodwołalna decyzja. Bo mówił prawdę. Skoro Peony ma należeć to Chamberline’a, to on nie chce nic co należy do niej, bo to jakby jego. A poza tym, nie wyobrażał sobie życia bez niej i chyba wcale go nie chciał, więc może lepiej od razu umrzeć i to nie poprzez samobójstwo jak jakiś pierwszy lepszy tchórz?
Powrót do góry Go down
Peony von Laffert
Uczennica
avatar

Age : 23
Liczba postów : 343
Join date : 31/07/2012
Skąd : Vienna

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Sro 19 Gru 2012 - 22:43

Peony też nie rozumiała, albo nie chciała rozumieć. Wiedziała, że ją kochał, i świadomie używała w myślach czasu przeszłego. Miał rację - zraniła go, doszczętnie zniszczyła mu serce, zmarnowała konkretny fragment życia, obracając dotychczas miłe wspomnienia w pożywkę dla emocjonalnych masochistów. Czemu jednak, w obliczu tego wszystkiego, całej jej winy, karą musi być akurat brak możliwości odpokutowania, albo chociaż częściowego... podziękowania? odwdzięczenia się? No cześć, uratowałeś mi życie, może chcesz w zamian tą moją brylantową kolię, albo może moją nerkę?
Szczerze mówiąc wolałaby, żeby podpisał odpowiedni papier i żeby mogła opuścić szpital i wrócić na jakiś czas do Wiednia, zakopać się w nutach i grać całymi dniami smutne sonaty i depresyjne symfonie. I robić to wszystko z jedną nerką, ze świadomością, że spłaciła swój dług.
- Był podobno przymiażdżony i trochę skruszyły się jakieś delikatniejsze kostki. Jest ciągle obandażowany - wyjaśniła tonem wypranym w jakiejkolwiek emocji, schodząc z łóżka na podłogę. Niewygodnie było jej siedzieć i dyndać nogą z ciężkim gipsem.
- Och przestań. Moja nerka Ci się n a l e ż y, rozumiesz? I po prostu szczęśliwie złożyło się, że mogę Ci pomóc - zaczęła wyjaśniać, zdając sobie jednak sprawę, że zapewne jej słowa są zupełnie bezskuteczne, bo znała go przecież nie od dziś. Wiedziała, że gdy London się uprze, to niewiele jest rzeczy, które mogłyby zmienić jego decyzję.
Przyłożyła sobie dłoń do skroni, zaraz jednak poderwała się z miejsca, gdy usłyszała stęknięcie, kiedy próbował się podnieść. Jednak ton jego głosu skutecznie hamował ją przed zrobieniem choćby połowy kroczku ku niemu, a wypowiadane słowa haratały jej ledwie pozbieraną psychikę od nowa. Ale akurat kłótnie od zawsze wychodziły im dobrze, w co Peony trochę bezmyślnie i bez uprzedniego zastanowienia się weszła.
- London, czy Ty nie rozumiesz, że jeśli nie przyjmiesz jej teraz to UMRZESZ? Albo za miesiąc, jak niewydolność całkiem zaśmieci Ci organizm, albo za pół roku, jak będziesz źle znosił dializy. Nie wiadomo, kiedy znów trafiłby się pasujący do Ciebie dawca. W tej sprawie akurat zwyciężył przypadek, że mogę Ci pomóc i to nie ma nic wspólnego z którymikolwiek zaręczynami. W ludzkim odruchu, podobnym do Twojego, chcę uratować Ci życie - powiedziała, opierając się rękami o łóżko, dopiero pod koniec orientując się, że jej głos niebezpiecznie osiągnął zbyt wysokie, drżące rejestry. Twarz jednak miała zaciętą i nie miała zamiaru odpuszczać.
Znała go i wiedziała, że nie wytrzyma on nużących filtrowań. Zignorowała wibrujący telefon w swojej kieszeni, doskonale zdając sobie sprawę, że dzwoniący od szesnastu połączeń się nie zmienił, a akurat ten moment był najmniej odpowiedni na rozmowę z tą osobą. Już wystarczająco się nasłuchała o swojej głupocie w ryzykowaniu własnego życia podczas zabiegu transplantacji, żeby jeszcze wysłuchiwać tego samego po godzinach.
Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Czw 20 Gru 2012 - 1:55

London sam nie wiedział, czy wygrywa w nim złość i to, że nie chciał pozwolić jej tak łatwo uspokoić sumienia, czy troska o dziewczynę, która sprawiała, że nie mógłby pozwolić jej na takie ryzyko, bo przecież to ona była najważniejsza. A może i jedno, i drugie? W połączeniu z jego głęboko urażoną dumą, która nie pozwoliłaby mu przyjąć od niej czegokolwiek, a co dopiero tak wielkiego daru. Nie zniósłby myśli, że to jej zawdzięcza życie.
Słysząc o nadgarstku dziewczyny, skrzywił się niezadowolony. Mimo, że sam był cały połamany i poharatany i wyglądało na to, że przez najbliższe tygodnie nie ma szansy stanąć na własnych nogach, to pogruchotany nadgarstek Pony był dla niego o wiele poważniejszym problemem.
- Należy mi się? Co ty w ogóle mówisz? Uderzyłaś się w głowę, czy co? – London nie rozumiał jak jego ukochana, cudowna, inteligentna Pony może wygadywać takie idiotyzmy. To tak, jakby stwierdziła, że należy mu się jej stopa, albo prawy kciuk, albo nie wiadomo co jeszcze. – Należy to mi się twoja ręka, którą wspaniałomyślnie oddałaś komu innemu! Po co mi ta nerka, skoro nie będę miał ciebie kretynko!?
Wkurzył się tak bardzo i znów tak mocno się szarpnął, że zrobiło mu się ciemno przed oczami. Jęknął przeszywająco i zapadł się głębiej w poduszki. Przymknął oczy na kilka sekund żeby wrócić do siebie, a kiedy je otworzył mówił już o wiele spokojniej i ciszej. Prawie szeptem.
- Rozumiem to doskonale. Ale już podjąłem decyzje. Nie chcę twojej łaski. Nie chcę ci nic zawdzięczać. I nie musisz mieć żadnych wyrzutów sumienia. Skoro nic dla ciebie, nie znaczę i jak widać nigdy nie znaczyłem, możesz stąd wyjść i już nigdy nie wracać. – Jego głos był tak bardzo zachrypnięty, że musiał odchrząknąć, żeby móc mówić dalej. Ale tak naprawdę nie chciał już nic więcej mówić. Chciał zamknąć oczy i odpłynąć z powrotem w tą ciemną otchłań z której dopiero niedawno się wyrwał. Ale teraz chciał się w nią zapaść w nią już na zawsze i nigdy nie wracać.
Dopiero ostatnie wypowiedziane przez Peony zdanie podziałało na niego jak płachta na byka.
- Ludzkim odruchu? A masz jeszcze takie? Czy wszystkie już zanikły przez tą hienę !? Poza tym nie porównuj swojego zachowania do mojego! Wszystko co robiłem w ciągu ostatnich miesięcy wynikało z miłości do ciebie! Ze szczerej prawdziwej, miłości! I z troski i stawiania ciebie na pierwszym miejscu! A ty nawet nie wiesz co to znaczy „kochać kogoś”! Nie potrafisz tego! Doskonale to pokazałaś! Nie wiesz jak to jest kiedy ci na kimś zależy! Kiedy troszczysz się o niego, a nie o swoje chore zachcianki! – Roznosiła go ta zła energia. Najgorsze w tej sytuacji było to, że nie mógł w tej sytuacji niż zrobi, w żadne sposób odreagować. Nie mógł się nawet podnieść do pozycji siedzącej. Mógł jedynie zaciskać pięść i to tylko prawą. To był jakiś koszmar.
- Pony… Kiedy stałaś się bezuczuciowym potworem? – Znów spokój. I zaszklone oczy. I ból rozwalonego w drobny mak serca. I to niedowierzanie. Bo coś się z nią stało. Coś złego. Przypomniał sobie jak powiedziała, że kocha ich oboje. A tak przecież nie można. Tak samo kochać dwie osoby. Tak samo ich pragnąć i tak samo chcieć być przy nich.
Powrót do góry Go down
Peony von Laffert
Uczennica
avatar

Age : 23
Liczba postów : 343
Join date : 31/07/2012
Skąd : Vienna

PisanieTemat: Re: Sala nr 55   Czw 20 Gru 2012 - 14:42

Zdążyła już sobie wyperswadować wszystko odpowiednio, jakkolwiek poukładać elementy i dopasować sytuację do odpowiedniego schematu, żeby było możliwie najlepiej. Oczywiście z tą nerką, bo zaczynała zdawać sobie sprawę, że swojego drugiego, wielkiego problemu nie będzie umiała rozwiązać w żaden sposób, że nie istnieje opcja optymalna i nie da się zrobić by wilk był syty i owca cała.
Westchnęła i oparła ręce na biodrach, nie odrywając od chłopaka wzroku. Nie było słów opisujących dostatecznie ekspresywnie jej aktualne samopoczucie, bo dno i pięć metrów mułu było stanem wręcz przyjemnym, porównując do wewnętrznego rozpierdolu Peonki.
- Ja nie miałam tego komfortu wyboru, czy przeżyć czy nie, kiedy zadecydowałeś sam, żeby się tak idiotycznie poświęcać. Dla mnie. Powinieneś mnie nienawidzić - stwierdziła z emfazą. - Aktualna sytuacja niekoniecznie sprzyja braniu ślubu z kimkolwiek. I mnie nie potrzebujesz do życia, potrzebujesz nerki. Żadna inna osoba z Twoich bliskich nie może Ci jej dać, bo chociaż Brook to Twój bliźniak to swoje własne ma już niewystarczająco wydolne, żeby móc jedną oddać - dodała, siadając na krześle przy łóżku. Niestety, złamana noga uniemożliwiała jej pełną sprawność ruchową, nawet jeśli w porównaniu do Londona miała się wspaniale.
I nawet taka zdenerwowana tą jego idiotyczną dumą, poczuła jak niebezpiecznie zatrzymało się na chwilę jej serce, gdy przymknął oczy, a w jej umyśle już zdążyło się pojawić mnóstwo czarnych scenariuszy. Nie zniosłaby, gdyby umarł teraz, tutaj, na jej oczach i w jej obecności, dlatego odetchnęła z niemałą ulgą, gdy zaczął znów mówić. Bez względu na samą treść jego wypowiedzi.
- Uparty jak zawsze - syknęła, nadal nie wstając. - Nie potrafię Ci tego wyjaśnić. Nadal Cię kocham, bardzo. I wszystko co razem przeszliśmy było wspaniałe. I moje uczucia nie zmieniły się, kocham Cię nadal tak samo mocno, ale to zadziałało tak, ze serce się podzieliło, a miłość pomnożyła. Czy Ty w ogóle p r ó b u j e s z się postawić w sytuacji innej niż Twoja własna? - głos jej wyraźnie zadrżał i zamilkła na chwilę, by potem kontynuować ciszej i spokojniej. - W takiej jednak chwili nie umiesz być egoistą, prawda? Kiedy chodzi o Twoje życie i to wszystko, co jest jeszcze przed Tobą. Nie umiem nawet myśleć o tym, że możesz umrzeć, kiedy ja mogłam Ci pomóc. To jest tylko pieprzona nerka - skończyła niemalże szeptem, spuszczając głowę i wyrwała z kieszeni telefon, niemalże razem z tą że kieszenią. Siedemnasty raz w ciągu kilku ostatnich minut.
- Przemyśl to, błagam Cię - dodała jeszcze, wstała i koordynując chodzenie o kuli i trzymanie telefonu, odebrała połączenie od Jace'a, wychodząc z sali.

zt :C
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala nr 55   

Powrót do góry Go down
 
Sala nr 55
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
 :: Szpital św. Tomasza
-
Skocz do: