IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sala nr 264

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Sala nr 264   Pią 20 Sty 2012 - 0:55

Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 8 Cze 2012 - 17:24

Chloe czuła się lepiej i taki stan utrzymywał się u niej od ostatnich kilku dni. Nawet mimo nienaturalnych jak na Londyn upałów, które jednak dzielnie znosiły, gdyż Prudkowe mieszkanie od północy szczęśliwie się znajduje, no i klimatyzacja chodzi cały czas. Bo przedefiniowała sobie niektóre rzeczy, niektóre poukładała, może niekoniecznie sama, aczkolwiek liczy się efekt. Opieczętowany jej osobistym podpisem pod czekiem, który to wspaniałomyślnie klinice podarowała, na zakup bardzo konkretnego sprzętu.
Ściągając kapelusz z głowy przekroczyła próg szpitala, czując jak owiewa ją kojące, chłodne powietrze klimatyzowanej rejestracji. Pielęgniarka już ją poznawała, wiedziała gdzie idzie, więc Chloe odwzajemniła jedynie uśmiech i windą wjechała na trzecie piętro, by swe kroki skierować do sali numer 264, do której chyba by już trafiła z zawiązanymi oczami. W końcu to już całe dwa tygodnie minęły, a ona bywała tu czasem nawet po kilka razy dziennie, wedle możliwości. I od kilku dni nawet przynosiła sobie jakąś książkę, żeby nie patrzeć jedynie smętnie na niego i płakać po cichu, by po godzinie wyjść roztrzęsiona, zmęczona i jeszcze bardziej przybita niż wcześniej.
Jednak sporo się zmieniło, zaczynała coraz mocniej wierzyć w cud, gdy stan Kornela unormował się, według lekarzy, no i spokojniejsza się czuła, gdy stopniowo znikały z otoczenia specjalne aparatury, co musiało świadczyć o tym, że musi być z nim coraz lepiej. A im lepszy jego stan, tym lepszy był stan Klołki, bo w pewnym momencie chyba trudno byłoby o stan gorszy.
Ze wsparciem ze strony Prudence, dopiero teraz w obliczu niedawnych wydarzeń docenianym, miała wrażenie, że o wiele lepiej znosi całą sytuację, zaczęła nawet jeść regularnie i zapisała się na terapię do psychologa, żeby nieco też ogarnąć dalej mocno odczuwalną stratę dziecka, bo z tym nikt nie mógł jej pomóc, zwłaszcza po dezercji Aidena, z którym chyba nawet rozmawiać nie miała ochoty. Patrzeć nawet nie miała ochoty, na jego twarz, w której będzie teraz widziała tylko tchórzostwo i będzie zastanawiać się jak z całym tym syfem pomóc się przyjaciółce uporać, czyt. jak jej powiedzieć, że będzie o wiele lepiej jak to zakończy, czyt2. doprowadzić do tego, z troski, po prostu. W końcu na kogoś musi przelać swoją wciąż szalejącą matczyną opiekuńczość. Bo niestety, nie miała co się obawiać o Kornela, gdyż tylko... leżał. Chociaż codziennie w nieco innej pozycji, co Chloe uspokajało, bo oznaczało to iż pielęgniarki jednak należycie opiekują się pacjentami, codziennie inna pościel, zawsze poprawione poduszki, dostrzegała to, za każdym razem.
Zwyczajowo już po wejściu do sali pocałowała go lekko i usiadła na fotelu, jeszcze przez chwilę się na niego patrząc, przygryzając usta. Zabrała się jednak do czytania książki, wygodniej tyłek wpasowawszy między dwie poduszki.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 8 Cze 2012 - 19:52

Is it getting better
Or do you feel the same
Will it make it easier on you
Now you got someone to blame

Białe, nie do zniesienia lampy na sali operacyjnej. Krzyk, przeszywający jego ośrodki nerwowe. Lekkie ukucie, zimna substancja powoli zaczyna tańczyć z jego erytrocytami, a on po raz kolejny traci świadomość. Kolejny krzyk, silne uderzenie w klatkę piersiową. Ciemność, zaraz znów te pieprzone białe jarzeniówki, a potem już długo nic.
Did I disappoint you?
Or leave a bad taste in your mouth?
You act like you never had love
And you want me to go without

Niewiele pamiętał z samego wypadku. Wiedział, że obiecywał Chloe, że już będą tylko razem. Ona, on – oni. W ich nowym wspaniałym domu. Śmiali się głośno z czegoś, nawet rozmawiali z kierowcą, co przecież rzadko się zdarza. Cornelius czuł w ustach jeszcze gorzki smak wódki, przez co miał olbrzymie wyrzuty sumienia. Czy trzeźwość ciała jest równa z trzeźwością umysłu? Nie chciał jej zawieść. Wybrał dom, sam malował kołyskę na różowy kolor, a potem dodał niebieskie wzory. I kremowe, i białe. Jak na „tatę” tatuażystę przystało. Pokój małej miał być wyjątkowy. Chciał założyć jej opaskę na oczy, zaprowadzić i delikatnie ją zsunąć z oczu. Właśnie po nią sięgał, chwile się nią bawiąc w dłoniach. A potem uderzenie, biel, jarzeniówki, krzyki „tracimy go, tracimy go”.
Have you come here for forgiveness
Have you come to raise the dead
Have you come here to play Jesus
To the lepers in your head
Did I ask too much
More than a lot
You gave me nothing
Now it's all I got
We're one
But we're not the same
We hurt each other
Then we do it again

Ćpun – jego nie warto ratować. Migotanie komór, zastrzyk prądu o wartości 100 W. Potem tylko coraz większe wartości, więcej krzyku. Nawet słyszał czyjś płacz. Czuł jak jego łzy spływają po policzkach, a on nie mógł nic zrobić. Widział tylko rozmazane obrazy, odbijające się głucho dźwięki w jego głowie. Pragnął natychmiast wyrwać się z tego nieprzyjemnego pocałunku respiratora i przytulić do nawet do jeża. Dlaczego nie może oddychać? Dlaczego go tak bolą żebra?
Well it's too late
Tonight
To drag the past out
Into the light
We're one
But we're not the same
We get to carry each other
Carry each other
One

Chciał wiedzieć, musiał wiedzieć – czy oni żyją? Nie kierowca. Ophelie i Chloe. Żyją, prawda? Zadawał za każdym razem to pytanie pielęgniarce, która szeptała do niego, że czas wybudzić się ze śpiączki. A on mówił do niej! Do cholery cały czas zadawał jedno pytanie. Tylko usta z nim nie współpracowały. A struny głosowe poszły pić z sercem, co by zatraciło swój rytmiczny bit. Pragnął nawet złapać za rękę tę grubą pielęgniarkę i krzyknąć prosto w twarz: Chloe, Chloe, co z nimi?! Potem już zapadł w długi sen. Czuł niewyraźnie muśnięcia czyiś dłoni, lecz nie widział twarzy. Perfumy jak i dźwięki – były niewyraźne. Żył, bo tak nakazywał mu sprzęt. Kilka operacji, dwa namiętne pocałunki z 100 W.
Nie miał siły otworzyć oczu. Nagle poczuł niesamowitą mieszankę wanilii z czymś. Nigdy nie chciała mu zdradzić, jaki jest ten drugi składnik perfum. Poczuł rozlewające się ciepło w okolicach klatki piersiowej, co było wyraźnie słuchać i widać na specjalistycznym sprzęcie. Jego serce w końcu „żyło”. Intubacja nie pozwalała mu powiedzieć ani słowa. Lekko poruszył dłonią w ich uścisku, dając znać, że przebudził się. Wracał do życia. Król i jego wielki powrót.
We get to carry each other
Carry each other
One
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 8 Cze 2012 - 20:58

Książka nie była wciągająca, fotel był jakiś dziwnie niewygodny, powietrze zbyt suche, aparatury szumiały jakoś inaczej, lampy błyszczały intensywniej. Dlatego zamknęła książkę głuchym plaskiem i położyła ją obok siebie, średnio wiedząc czym się zająć. Stukała obcasami butów jeszcze przez kilka sekund, by chwilę później poderwać się i zacząć krążyć po sali. Co niestety również okazało się być mało pasjonującym zajęciem, gdyż nic ciekawego w pustych ścianach nie dojrzała, poza niewielkim pęknięciem i wyraźnym śladem odbitej dłoni przy drzwiach.
Usiadła zatem na pufce przy łóżku i lekko wsunęła swoje palce między jego, opierając o ich dłonie czoło. Jej nos łaskotał delikatny zapach, taki kornelowy po prostu, nie do zniesienia. Bo na ten bodziec reagowała gwałtownie, nie umiejąc zupełnie kontrolować tego, co jej umysł kreował w wyobraźni, a raczej jakie wspomnienia jej wyrzucał. Te najbardziej intymne, przepełnione emocjami, bliskością, czyli te, które raniły ją w tym momencie najbardziej. Niestety, zaciskanie jego ręki, pocałunki, zdawała sobie sprawę jak beznadziejnie i żałośnie rani tym samą siebie. Świadomością, że on nie odwzajemni niczego, że wciąż będzie tylko leżeć, oczy zakryte mając powiekami, usta tak samo nieruchome i twarz wciąż nieco bólem wykrzywioną, przynajmniej Chloe tak się wydawało.
Westchnęła aż, gdy mimowolnie pomyślała o wypadku, znowu przed oczami mając dymiący samochód, zmiażdżony po części drugim, ludzi w popłochu próbujących jakoś pomóc wydostać drugiego pasażera, gdy Chloe już leżała, półprzytomna, na drodze, czując dookoła swoich ramion czyjeś inne. Pamiętała jak słyszała jakieś pseudopocieszające słowa, które zlewały jej się w jeden bełkot, bo wodziła przerażonym wzrokiem po funkcjonariuszach kręcących głowami z zaprzeczeniem, gdy go wyciągali. Następne kwadranse były dla niej tylko jakąś nieistotną sekundą, aż do momentu, gdy dowiedziała się, że Mała nie żyje. Cios wymierzony, o losie, w brzuch.
Aż zacisnęła oczy i usiadła prosto, próbując odgonić od siebie te myśli i wspomnienia jak najdalej. Spojrzała w sufit, oddychając głośno, gdy nagle poczuła. Coś tak, jak jej się wydawało, nieprawdopodobnego, że aż zerknęła nerwowo na osprzęt, dopatrując się jakiegokolwiek potwierdzenia dla tego, co jak jej się zdawało, było zaciśnięciem się jego palców. Bo o ile nie popadła jeszcze w jakoś skończony obłęd, to właśnie to się właśnie stało, jedna maszyna zaczęła pracować jakby żywiej, a Chloe aż poderwała się, o mało nie zabijając się o materiał długiej sukienki i przykładając sobie ich dłonie do ust patrzyła na jakikolwiek grymas, którego oczekiwała po jego twarzy.
W tym momencie poczuła się, jak za starych nie-tak-dobrych czasów, gdy to była nierozważną gówniarą i bawiła się w narkotyki. Czuła, jak jej się wydawało, każdy impuls układu przewodzącego, każda sekunda jakimś magicznym sposobem trwała co najmniej kwadrans, wszystko się wyostrzało, było intensywniejsze, piękniejsze, jednak zupełnie nie liczyło się dla niej w tym momencie. Bo była już pewna, to nie substancje odurzające krążą radośnie po jej naczyniach krwionośnych, a szczęście, w najczystszej postaci. Jakiej nie kupi się u żadnego dilera.
Z wrażenia miała wrażenie, że odebrało jej mowę, więc tylko usiadła na samym łóżku, pochyliła się nad nim i przyłożyła mu dłoń do twarzy, całkiem odcinając się od panującej rzeczywistości. Właśnie była świadkiem cudu. Gdyby umiała, pewnie zaczęłaby się modlić, ale zamiast tego w tym momencie na jej twarzy wykwitł najpiękniejszy uśmiech, na jaki tylko Chloe Demarchelier mogła się zdobyć, wciąż w drugiej dłoni ściskając jego, która to chwilę temu dała jej znak. On żyje, wrócił, będzie dobrze.
W momencie zrobiło jej się niesamowicie ciepło, czuła wręcz, jak rozlewa się ono po całym jej wnętrzu, jak złoty miód, pokrywając wszystkie dotychczasowe niepokoje słodką warstwą osiągającej swoje szczyty miłości.
- Kornel, kochanie, słyszysz mnie? - powiedziała drżąco, błądząc wzrokiem między ekranami maszyn a jego twarzą, ostatecznie jednak przy tym drugim pozostając na dłużej. Jednak nadzieja nie jest taką szmatą, jak to zdawało się być do tej pory. I choć powinna się właśnie rzucić do telefonu i natychmiast zadzwonić po Prudence, albo chociaż zawołać pielęgniarkę, siedziała tylko jak odurzona, czując jak nieopisywalne szczęście wypełnia ją szczelnie od środka, że zdecydowanie nie była w stanie wykonać żadnego racjonalnego działania, ponieważ teraz liczyło się tylko to, że wrócił, a ona w tym momencie mogła paradoksalnie umrzeć z miłości.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Sob 9 Cze 2012 - 12:27

Przestrzeń, w której się znajdywał, również nie była interesująca. Wciągająca owszem, w końcu nie mógł z niej wyjść, zdjąć te kajdany ze swoich nadgarstków, żeby w końcu ją przytulić. Tu była tylko pieprzona biel. Nikt nie pokusił się stworzyć bohaterów, rzeczywistość, w której „ci ze śpiączki” mogą normalnie żyć. Chciałby pograć w scrabble. Tworzyć słowa, bawić się nimi. Dlaczego taka głupia gra sprawia tyle przyjemności? Irytował go równomierny dźwięk maszyn, monitorujących jego czynności życiowe.
Czuł, z jakim trudem unoszą się powieki. Próbował trzy razy je otworzyć. Poddał się. Ten zapach dał mu znowu siłę. Jak uczyć się od nowa poruszać mięśniami? Czy oczy do cholery mają mięśnie? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Gdy nie mógł ich otworzyć, mocno tulił się do Chloe i ponownie zasypiał. Nie było żadnych problemów z codziennym „być albo nie być”. W końcu spróbował napiąć mięśnie dłoni. Poczuł ukucie, przez co jeszcze bardziej się zdenerwował. Maszyna głośniej zaczęła bić. Chciał przygryźć wargę z tej beznadziejnej irytacji, lecz i tego nie mógł zrobić. Zacharczał głośno, w myślach przeklinając na tę „jebaną rurę”. Chciał o tyle rzeczy spytać! Jak do tego doszło? Co robili? Dojechali do mieszkania? Jak się czuje? Jak mała?
Otworzył oczy, znów widząc przerażającą biel. W ich domu czegoś takiego nie było. Ściany zdecydowanie miały ciepły kolor, wyrażający elegancje oraz wyczucie stylu Chloe. Tak mówił architektom. Specjalnie sprowadzali obrazy z południowej Francji. Tak nie wyglądał jego dom, ich dom. Zaraz usłyszał huk otwieranych drzwi, wpadł tabun ludzi w morskich fartuchach, krzyczących do siebie polecenia. Chciał ją zobaczyć! Ten uśmiech, który rozświetlał twarz i spojrzenie… Zamiast tego światło latarki oślepiło go ponownie. Jak to jest? Lekarze mają zero wyczucia. Znów zacharczał, chcąc pokazać, że się sprzeciwia. Odejdźcie potwory.
Wyjęli z jego tchawicy rurkę. Oddychać po raz pierwszy od całych trzech tygodni – jak to jest naprawdę? Znów mógł to zrobić sam. Napełnić płuca zapachem wanilii i… rozkoszować się nim. Czuć jak rozlewa się po pęcherzykach płucnych, jak stamtąd kropelki tlenu łączą się z erytrocytami i on… sam to robi. Sam oddycha. Sam otwiera oczy. Sam mruga, odpowiadając na pytania. Słyszy, że będzie trochę bolało jak będzie mówił i ma się nie denerwować. Jeden z tych fartuszkowatych nawet odważył się na żart „witamy w świecie żywych, panie Lancaster”.
Wal się.
Chciał go udusić gołymi rękami, w których miał wbite teflony. Kroplówka, co to było? Aż spojrzał w tamtą stronę i jęknął niezadowolony. Marzył mu się kebab, a nie mieszanka witamin w płynie. W końcu zobaczył ją. Już nic się nie liczyło. Maszyna znów podskoczyła. Lekarze uśmiechnęli się i lekko odsunęli. Odnalazł jeszcze raz jej dłoń. Dlaczego to wszystko było tak beznadziejne trudne?
- Powiesz mi w końcu co jest w nich? Wanilia i? – rzekł zachrypniętym głosem. Bał się spytać. Jak bardzo człowiek może być przygotowany na złe wieści? Można w ogóle tak zrobić?
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Nie 10 Cze 2012 - 11:42

Chloe średnio zauważyła, kiedy maszyny zaczęły szumieć niepokojąco, a w sali pojawiło się kilku lekarzy, którzy rzucili się na Kornela, zaczęli świecić mu po oczach tymi swoimi latareczkami, sprawdzać każdą aparaturę z osobna, przełączając je na jakieś inne tryby działania (wyłączali może? nie wiedziała) i wszczynać ogólny szum. Z którego jednak wyłączona była całkowicie, bo wreszcie widziała błękit jego oczu, choć jeszcze na nią nie zwrócony, czuła jak próbuje ścisnąć jej dłoń, słyszała jego charczące oddechy po wyjęciu mu z gardła tej durnej rurki, która ją w sumie przerażała, ilekroć na nią patrzyła.
Całkowicie utonęła w radości, która ogarnęła ją, gdy zobaczyła dumne miny lekarzy. Najwyraźniej wyratowanie Kornela z tego jego krytycznego stanu było sukcesem medycznym, przez który teraz w jej oczach pojawiły się łzy. Szczęścia. Największego. Niemożliwego do opisania. Bo wreszcie czuła jak odwzajemnia uścisk jej dłoni, widziała jak kiwa głową, jak mruga, jak jego twarz wykrzywia się nieco boleśnie, ale cokolwiek się na niej dzieje.
Chociaż w sumie nie największego, bo wszystko jej się podkręciło razy milion gdy głowę w jej stronę obrócił i spojrzał na nią, a na nagłe dziwne dźwięki z maszyn lekarze zareagowali śmiechem - całkiem dobry soundtrack. I odsunięciem się, co filmowo wyglądało trochę.
Wstała chwiejnie i wolną dłonią wytarła sobie łzy, które już zdążyły spłynąć jej na policzki, a na jego pytanie zareagowała jedynie perlistym śmiechem. Pokręciła głową przecząco, jak on w takim momencie może się jej pytać o perfumy?
- Jaśmin, kochanie - powiedziała głosem drżącym od zbliżającej się fali płaczu, acz szczęśliwym niemożebnie i cupnęła obok niego, żeby go ostrożnie objąć. W końcu poturbował się nieźle w tym wypadku, no a niczego nie chciałaby mu naruszyć z tego szczęścia.
Średnio przejęła się uwagami lekarzy w stylu "ale niech pani będzie delikatna", wręcz irytowały ją one i zapewne urządziłaby im bardzo nieprzyjemną scenkę, po której wszyscy zostaliby bezrobotni, gdyby nie to, że właśnie odzyskała swojego chłopaka, świat znów był piękny i nic poza tym się już nie liczyło. Zresztą kto jak nie ona ma wiedzieć co dla niego najlepsze? Dlatego też jednym ramieniem objęła jego bark, a drugie wsunęła mu pod kark, że czuła pod swoim wilgotnym policzkiem jego i wykonując minimalną pracę mogła go pocałować, co też uczyniła. Siedmiokrotnie.
- Nie rób mi tak nigdy więcej - powiedziała, zaciskając oczy i generalnie gdyby umiała się teraz od niego odkleić, to już by załatwiała mu wypis ze szpitala.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 15 Cze 2012 - 12:29

Czy przebudzenie po wypadku oraz licznych operacjach można zakwalifikować do „życia w innym świecie”? Do Corneliusa wcale nie dochodziły żadne dźwięki maszyn. Stały się zupełnie nieistotne. Zobaczył ją, wie, że wszystko jest dobrze – czyż nie może teraz umrzeć? Nic więcej się nie liczyło, a lekarze i tak opuścili salę z dokładnymi zaleceniami o niedenerwowanie pacjenta. Zapewne teraz na oddziale będą o nich plotkować. Jak to przeżyć taki wypadek? Jakież to romantyczne! Gdy wyciągali ciała, trzymali się za ręce, kurczowo tak.
Ile dni, tygodni go nie było? Jak mogła się tak zmienić? Zdecydowanie podrosły jej włosy. Był wręcz pewny, że gdyby wyciągnął dłoń nie miałby problemów, aby dotknąć końcówek. Jak zwykle zaczesywała je do tyłu, kiedy czytała książkę. Aż uśmiechnął się na ten widok. Czy jest coś piękniejszego od kobiety bez makijażu, która skupia się na lekko pożółkłych stronach? Wydawało mu się, że to była dokładnie ta książka, którą czytała niedawno w szkole i którą nieco złośliwie porysował, pisząc prześmiewczy list miłosny. „Moja księżniczko, serce me usycha od tęsknoty”. Tu przed wypadkiem miało miejsce to wydarzenie. I któż by pomyślał, że będzie ono takie prawdziwe…
- Nie płacz, bo znowu odwalę kitę. Całkiem dobrze tam karmią, wiesz? – rzekł żartobliwie. Chyba ten śmiech był swego rodzaju zachowaniem obronnym. Bał się zapytać, czy wszyscy żyją. Kierowca? Ophelie? Ona? Może to był po prostu głupi sen? Zaraz obudzi go ból wprowadzanej igły do żyły. Raz, dwa. Nic nie czuł. Ciągle się w nią wpatrywał, a oddech i serce powoli zaczęło się uspokajać. Wszystko – co było bardzo irytujące – można było usłyszeć dzięki wspaniałomyślnemu sprzętowi medycznemu. Gdy usiadła obok niego i chciała go objąć, syknął lekko z bólu. Żebro, zdecydowanie miał pęknięte żebro z tej strony. Przymknął oczy na moment, aby się do tego przyzwyczaić. Pragnął poczuć jej ciepło ciała i zapach zapamiętać do następnych odwiedzin. W końcu nie będzie mogła tutaj długo zostać…
- Zapamiętam. – odpowiedział. Jak pachniał sam jaśmin? Nawet nie wiedział, jak ten kwiat wygląda. Gdzie rośnie? Można go zasadzić w ich nowym domu? Będzie musiał to sprawdzić i to koniecznie. Lekko przesunął się w bok, uważnie patrząc, czy maszyna się nie buntuje i czy nagle magiczne kroplóweczki nie dostarczają mu jeszcze bardziej magicznych płynów do organizmu po przejściach.
- Połóż się koło mnie. Proszę… – rzekł prawie błagalnie. Musiał ją poczuć. Nawet wyciągnął łapki, aby je złapała i lekko, bardzo delikatnie objęła go jeszcze raz i już więcej nie puszczała. Właśnie teraz spojrzał na jej brzuch. Minął miesiąc. 3 tygodnie, whatever. Jak to możliwe, że już go nie ma? Wytarł łzy Chloe, zauważając jak mocno zapuchnięte ma oczy. Nie potrafił nic powiedzieć. Ucałował ją w czoło, poprawił swoje kabelki i po prostu zamknął oczy. Musiał odliczyć od dziesięciu w dół, uspokajając się. To nie może być prawdą i to nie jest prawdą. Nie mógł sobie przypomnieć, czy dojechali do ich domu. Wtedy, dokładniej tamtej nocy.
- Co słychać? Szkoła wrzeszczy o egzaminach czy da mi trochę czasu na zmienienie przymusowej garderoby? – spojrzał jeszcze raz na pieprzone kabelki. Czy musiało to tak boleć?
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 15 Cze 2012 - 13:55

Z całą pewnością w Biblii, Koranie i innych świętych jest pełno takich właśnie opowieści o cudownych uzdrowieniach, tylko chyba nigdzie nie pojawiła się wzmianka o śmierci z miłości/szczęścia, bo uderzało zbyt wielką dawką na raz w delikatne serdusio pewnej drobnej Francuzki, od środka ją szczelnie wypełniając tą ożywczą miksacją pod ciśnieniem kosmicznie wielkim. Pojawi się, z pewnością, jeśli tylko Chloe uda się wyjść stąd przed trzydziestką, bo na chwilę obecną nie wydawało jej się, że odklei się od niego w ciągu najbliższego dwudziestolecia.
Przed oczami zasłoniętymi zaciśniętymi powiekami przesuwały jej się obrazy... dość straszne. Wszystkie wspomnienia, ze stanu rozsypki, w którym była przed momentem prudkowej interwencji, rozmowa z Aidenem przed jego wyjazdem, całe godziny spędzone na wizytach w szpitalu i obserwowaniu jak leży nieruchomo i żyje tylko dzięki tym zwojom kabli, które łączyły go z aparaturami. A teraz jest obok niego, blisko, najbliżej od ostatniego miesiąca, czuje jak zaciska swoje palce wokół jej i przyciąga ją do siebie, nawet jeśli sprawia mu to ból. W końcu nasłuchała się o ilości złamań i potłuczeń, które przeżył.
- Dobra, już nie płaczę - pociągnęła nosem ostatni raz, czując jak już jej twarz trochę od szerokiego, wyrażającego pełnię szczęścia uśmiechu, robi się zdrętwiała i obolała niemalże. Ale nie mogła przestać, nie mogła teraz zrobić się poważna, nie mogła pozwolić by cokolwiek jej tą chwilę zniszczyło. Zresztą, jak masochizm, to taki rodzaj jest zupełnie w granicach akceptacji i normalności, chociaż cała sytuacja z pewnością normalna ani codzienna nie była.
- Nie, nie ruszaj się - powiedziała, widząc jak próbuje się gdzieś na łóżku przemieszczać, pełna obaw o stan jego szkieletu i innych możliwe że uszkodzonych części ciała. - Przecież się zmieszczę - dodała uspokojona, że przestał się wiercić (nieprzyzwyczajona, nie wiercą się przecież w łóżku; zbytnio), wyplątała się z lejącego materiału długiej sukienki i położyła się obok niego tak, żeby obydwojgu wygodnie było i żeby mogła go obejmować najściślej, wedle możliwości. Zrzuciła nawet prędko buty, żeby gdzieś obcasami o pościel nie haczyć i zorientowała się, że lekarze wyszli. Nie miała jednak czasu by zastanawiać się, jak dawno temu, bo już znów była przy nim, wedle życzenia i wtulała się w niego, rozkoszując się każdą sekundą w tym uścisku spędzoną.
W uścisku, za którym tęskniła tak cholernie, bo od miesiąca nie marzyła o niczym innym, niż o jego ramionach, władnych i ciepłych, oplecionych wokół niej. O jego uśmiechu, o jego oczach patrzących na nią z nawet większą miłością niż wcześniej. O tym wszystkim, co właśnie się spełniało i od czego kręciło jej się w głowie, dosłownie całkiem. I chociaż w tym momencie o tym NIE myślała, to marzyła, by się obudził i jej myśli od tamtego wieczora odciągnął. Odciągnął od utraty Małej. Co mu się udało i o czym Chloe pewnie dopiero później się przekona.
- Och, już rozmawiałam z dyrektorką o Twoich egzaminach - uśmiechnęła się, wsłuchując się w bicie jego serca, po czym głowę w górę zadarła, że mogła go cmoknąć gdzieś w brodę. - Podejdziesz do niech dopiero jak wydobrzejesz, nie musisz się o nic martwić - powiedziała rozanielonym głosem, po czym podniosła się i pocałowała go prosto w usta. Ciepłe, miękkie, wygięte w uśmiech, jego. Usta, które w sumie całowała codziennie, tylko one nigdy nie układały się, by to odwzajemnić, a w bezruchu pozostawały smętnie. Piękna odmiana, którą jeszcze jednym pocałunkiem zapieczętowała, nieco wyżej się wspiąwszy, by mu w oczy spojrzeć prosto i zetknąć swój nos z jego nosem, żeby energii na przeżycie nocy w domu = bez niego, nagromadzić.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Sob 16 Cze 2012 - 8:56

Z całą pewnością w świętej księdze potwora makaronowego, czy jak on tam się zwie po polsku, jest pełno opowieści o cudownych właściwościach penne i jego niesamowitego wpływu na organizm człowieka. Masz problemy z sercem? Wpierdalaj makaron, posiada on antygen, który uratuje Ci życie! Jeśli jednak nie chcesz skorzystać z tej metody leczenia, zgłoś się do najbliższej przychodni lub poczekaj na pierwszy atak serca. Albo wypadek. W razie czego jakby Chloe miała zostać tu do trzydziestki, to na ostatnim piętrze znajduje się oddział chirurgii plastycznej. Zmarszczki, te sprawy, full wypas. A potem tylko może mieć nadzieję, że Cornelius nie rozwali nikogo skalpelem za zmienianie jego dziewczyny.
Nie był pewien, czy ta powinien dziękować komuś za te dziury w pamięci. Chciał też sprawić, aby i Chloe, Pchełka, zapomniała lub próbowała sobie nie przypominać jak to było miesiąc temu. Pragnął też pokazać jej, że ma niesamowicie dużo siły i wciąż jest tym samym facetem, dlatego też próbował się podnieść i przesuwać. Jednak to skończyło się fiaskiem. Nie miał na nic siły, nawet jego „przytulenie” można było spokojnie nazwać lekkim dotykiem. Kiedy wróci do formy? Pocałował ją w miejsce, które było najbliżej jego ust. Większy wysiłek odbijał się w jego połamanych żebrach.
Nagle sobie pomyślał – jaki ona ma z niego pożytek? Przymknął oczy, gdy układała się jakże delikatnie koło niego.
- Schudłaś mi… – jęknął nieco niezadowolony, spoglądając na jej przemęczoną twarz. Czy siedziała z nim zawsze? Przecież tego pragnął… Ależ z niego egoista! Chciał, aby przy nim trwała i wykańczała się, przez to chudła i była jeszcze bardziej zmęczona. Poczuł dziwne ukucie w klatce piersiowej. Czy zawsze musiała wyglądać tak pięknie? Nawet po tych nieprzespanych nocach! Stylowo ubrana, zadbana… Zarejestrował, że znów nosiła obcasy. Gdy już się ułożyła, położył rękę na jej brzuchu, już płaskim, przymykając oczy. Wiedział, już dotarło to w końcu do niego.
Nie będzie dziecka.
Zostali sami.
Zbierały mu się łzy pod powiekami. Przytulił swój policzek do czoła Chloe, czekając aż to uczucie pustki – chociaż to było dziecko Aidena, traktował je jak własne – minie.
- Jak masz tak dobre kontakty z dyrektorką, to może zdasz za mnie no na przykład… chemie? – rzekł, próbując zając myśli czymś innym niż durnym zdaniem „zostaliśmy sami, Chloe”. Może to właśnie to kuło go w serce? Pieprzona pustka. Próbował już się przyzwyczajać do krzyku po nocach i do małych, bystrych oczek. Nawet wyobraził sobie jak potworek wyciąga do niego rączki, chcąc się przytulić. Jak niby wesoło macha…
Pustka.
- Zasadzimy u nas jaśmin, dobrze? Pokazałaś Pru dom? Właśnie, jak Pru?boże, potworze, Allachu, Mahomecie i inna góro, proszę zajmij mi myśli.. Dopiero teraz otworzył oczy i nadal miał w nich łzy.
Pijany kierowca zabił „ich”.
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Sob 16 Cze 2012 - 16:16

Chudnięcie... ogólnie Chloe była raczej delikatnej postury, choć nie była jakimś przerażającym chudzielcem, to jednak na jej widok zdecydowanie oczy nie powiększały się w przerażeniu i nie wzbudzała samą sylwetką należytego respektu. Później dopiero, spojrzeniem, ciętym językiem, postawą, pewnością siebie, nawet ważąc tak niewiele, do wzrostu adekwatnie jak na taką kruszynę.
I znów, pierwszy tydzień, gdy karmiły ją kroplówki, a gdy ją wspaniałomyślnie odłączono, nie dawała się w ogóle karmić, że w rezultacie po tych siedmiu dniach największej tragedii znalazła się na skraju wygłodzenia, co jej organizm odczuwał z pewnością, jednak blokował się gdzieś ten przekaz na drodze splotów neuronów, że sama Chloe głodu nie odczuwała, a wszystko co teoretycznie odżywcze miało być i dzięki czemu energię miała mieć ponownie, śmierdziało jej i chciało jej się wymiotować, mimo, że niezbyt miała czym. Od tego czasu było lepiej, ponieważ Pru bardzo mocno dbała o regularne posiłki i należytą ich jakość, jednak cały stres spowodowany tymi wydarzeniami dopiero teraz lejce popuszczał, że była w stanie normalnie wszystko przyjmować od całkiem niedawna.
Poza tym zdecydowanie przerwanie ciąży nie wpłynęło na nią dobrze, już nawet nie emocjonalnie, a tak czysto fizycznie. Były dni, gdy huśtawka hormonów była nieznośna, a Chloe jedyne co robiła, to wskakiwała w dres i wybiegała na kilka godzin, wracając wpół nieżywa. Nie chciała przy tych swoich problemach z samą sobą, w sensie ze swoim ciałem, forsować Prudence, zmuszając ją do znoszenia rozregulowanej przyjaciółki.
- Tak, trochę schudłam - zaczęła ostrożnie, decydując się na półprawdę, jednak zanim zdążyła zacząć zupełnie inny temat, poczuła jego dłoń na swoim brzuchu. Niepewną, trochę drżącą, jakby przerażoną ów brzucha płaskością.
Zacisnęła oczy, mimowolnie nieco się zwijając. Wiedział bo widział. Zauważył brak brzucha, więc musiał zauważyć też misternie ukryte pod mocniejszym niż zwykle makijażem cienie pod oczami, spowodowane nie tylko permanentną bezsennością. Westchnęła, próbując powstrzymać płacz. Już się wypłakałaś należycie przez ostatni miesiąc. Nie płacz przy nim. Jednak nie umiała i pierwsza łza wylądowała gdzieś na pościeli, pachnącej świeżym praniem, tak jak to wymogła na obsłudze. Bo taki właśnie zapach jej się z nim kojarzył. Wspólne, słoneczne bądź nie poranki, jednak pogoda była zupełnie nieistotna, gdy pierwsze co widziała po przebudzeniu, to on.
Wiedziała, że to złe, że sama się nakręca i że nie powinna w ogóle o tym myśleć, bo skończy się to źle. Bo ona wróci wieczorem do Pru, a on tu zostanie. I nawet jak przyjdzie jutro, to może będzie spał, a ona nie będzie miała serca mu przerywać. Cały ten rozpierdol wewnętrzny, który jak myślała, poukładała już sobie względnie, z sokolą pomocą, w równych rządkach na jasnych półkach, prawie od linijki, pozwalając się walać wszędzie i wracać tylko tym bezbolesnym rzeczom, które neutralny wpływ na całość miały. Teraz miała wrażenie, że wszystko zostało brutalnie na beton zrzucone, rozpaćkane na nowo, że w jej oczach coraz więcej łez się zbierało, a ona nie umiała się spod tego ciężaru wydostać. Potrzebowała punktu zaczepienia, czegokolwiek, co jej myśli teraz odciągnie od jednoczesnego natłoku złych emocji, ale też gryzącej pustki, już częściowo wypełnionej nim, wreszcie.
- No tak, w końcu jestem taka do Ciebie podobna - powiedziała, siląc się na weselszy ton. Przygryzła usta, chyba zbyt mocno, bo aż na języku poczuła metaliczno-wiśniowy smak i zacisnęła w pięści materiał jego piżamki szpitalnej, ciężko oddychając. Ohydne uczucie ćmiącej zmysły próżni wracało, coraz mocniej i coraz boleśniej. Dlatego wytarła sobie policzki i usiadła normalnie, z poczuciem misji. Teraz to ona musi być ta silna, musi być wsparciem, musi być, po prostu.
Uśmiechnęła się blado, starając się względnie ukryć jaki mindfuck przeżywa i pogłaskała go po policzku. Trudne. Miała wrażenie, że w jej głowie chodzi jakiś nieznośny zegar, który celowo przeciąga każdą sekundę spędzoną w pozycji innej niż wtulonej w jego bok. Aż zrobiło jej się chłodno, chociaż klimatyzacja w sali była przykręcona do takiej przyjemnej temperatury, w porównaniu do upałów na zewnątrz, jednak żadne arktyczne chłody tu nie panowały. Na jej życzenie, again.
- Dobrze, zasadzimy - pochyliła się do jego szafki przy łóżku, by wysunąć lekko szufladę. - Nie, nie byłam tam od... wypadku. Nie umiałam. Nie wiedziałam jak to wygląda z roślinami, więc mój ogrodnik się tym zajął - dodała jakby trochę nerwowo, siedząc już ponownie normalnie, trzymając go za rękę.
Patrząc na niego nie umiała się wyzbyć poczucia winy, które w sumie zasiał w niej malutkim ziarenkiem Aiden. Nie przyznałaby się mu do tego, to jasne, aczkolwiek gdyby wtedy nie wymogła by zobaczyć dom teraz-zaraz, gdyby zamówiła limuzynę dziesięć minut później, nie doszłoby do niczego. Pewnie, skąd mogła wiedzieć. Jednak wszystko to nadal wbijało jej szpilki od wewnątrz, zwłaszcza teraz, gdy ból wykrzywiał jego twarz, a oczy pokryły się szklistą błoną łez.
- A Prudence... jest dobrze. Bardzo się do siebie znów zbliżyłyśmy. Umarłabym chyba bez niej, naprawdę. Pewnie przyjedzie do Ciebie później - powiedziała z troskliwym uśmiechem, po czym wskazała palcem na szufladę. - Tam masz całą kosmetyczkę, a jak poprosisz pielęgniarkę, to Ci przyniosą torbę. Zapakowałam tam jakieś ubrania, bieliznę, wiesz. Wszystko co Ci będzie teraz potrzebne - mówiła, jednak wydawało jej się, że nie słuchała samej siebie, a gdy zdanie zakończyła, zupełnie zapomniała jak w ogóle je zaczęła. Rozejrzała się wokół i kolejny raz jej głowę zaprzątnęła myśl, gdzie się podziała świta lekarzy i czemu do cholery właśnie nie zajmują się tym, aby jej chłopak szybciej do zdrowia powrócił?
Westchnęła jednak tylko i położyła się, z mocnym postanowieniem, że nie wyjdzie stąd dopóki on nie zaśnie. Dlatego bez słów, których zresztą nie wydusiłaby z siebie, bo miała wrażenie, że nadchodząca fala płaczu związała jej gardło, wtuliła się jakoś w niego. Nie zostali sami, bo ona ma jego, a on ją. A przez pryzmat niedawnych wydarzeń to było naprawdę dużo. Zwłaszcza, gdy czarne myśli spowijały czasem jej głowę, że rzeczywiście zostanie sama.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Sro 20 Cze 2012 - 18:40

Na widok Chloe nigdy nie miało się myśli w stylu tych o anorektyczkach. Rzeczywiście może nie wzbudzała respektu samą sylwetką – jednakże spojrzeniem tak. Miała coś w nim takiego innego, rzadko spotykanego. Potrafiła właśnie nim powalić na kolana (bez mocy) i sprawić, że w tym ułamku sekundy człowiek się w niej zakocha. W tych ciemnych tęczówkach się tonęło. Corneliusowi ich bardzo brakowało. Kochał oprzeć czoło o jej i wtedy właśnie tak rozmawiać – patrząc prosto w nie. Miała przecudowne dołeczki w policzkach, które jak stwierdzili niedawno naukowcy są skutkiem mutacji genetycznej, która zdarza się tak samo często jak naturalny, rudy kolor włosów. Uwielbiał, kiedy na polikach pojawiały się delikatne rumieńce, które mógł ucałować. Kochał ten nos, lekko zadarty ku górze i długie palce, którymi lekko dotykała ust. Jej obojczyki, te wystające prosto wyciągnięte z okładki pisma przeciwko anoreksji, stały się pewnego rodzaju afrodyzjakiem. Czy ktoś oprócz niej mógł tak reagować na pocałunek prosto w zagłębienie między tymi kośćmi? Chloe mogła wzbudzać jedynie pożądanie, a nie chęci oddania swojego posiłku.
Przerwanie ciąży – bo Korek sobie chciał jechać zobaczyć mieszkanie. Chciałby być wtedy przy niej. Móc po prostu złapać za rękę i uśmiechnąć się, nie poruszać sprawę tego, że na górze, w ich mieszkaniu, jest łóżeczko, które sam pomalował.
- Zdecydowanie schudłaś, masz kościsty tyłek. – rzekł od razu i dopiero wtedy położył dłoń na brzuchu. Dlaczego ona była typem człowieka, który jak się stresował, martwił to nic nie jadł? Bał się o nią. Kiedy zaczęła się kulić, szepnął ciche „cii”, próbując otulić ją swoją ręką, w której była zatopiona igła. Chciał wyjąć ten pieprzony wenflon, ale wiedział, że na razie nie może. Położył dłoń na jej policzku, wtedy nie czuł bólu w ręku ani w żebrach. Jak powinien się zachować? Uniósł jej podbródek, próbując pocałować jej usta. Otworzył już szerzej wargi, wysuwając lekko swój język, gdy zaraz skrzywił się z bólu. Tylko lekko musnął jej wargi, zdając sobie sprawę, że długo minie zanim będzie mógł ją normalnie pocałować. Kto kazał go do cholery intubować?! Zaczął mu drżeć głos. Może i to nie było jego dziecko, może powinien po prostu napisać do Aidena sms z „podziękowaniami”, może wszystko powinno być inaczej.
- Mała… – wciąż drżał mu głos. Spojrzał jej w oczy. Jak miał jej to wszystko powiedzieć? – Mała… teraz żyje w krainie pełnej słodkości, butów na obcasie, kręci się na olbrzymich żelkach, śpi na piankach i zajmuje nam takie dwie pianeczki, tak jak kiedyś już do niej przyjdziemy, przytuli się do naszej dwójki. Jest jej dobrze, ona też jest tu z nami, słyszysz? – spytał, nie wiedząc, czy w ogóle nie powinien ominąć ten temat. Może sami powinni porozmawiać o najbliższych wakacjach czy o nowej kolekcji jakiegoś projektantka butów (wybacz nie chce mi się szukać nazwiska).
- Mieszkasz nadal w szkole? – spytał, mając lichą nadzieję, że odpowie zupełnie inaczej. Przecież miała klucze, to było ich mieszkanie. Te piękne, wymarzone. Nie mogło stać puste, on tam nie chciał przebywać sam. Jak usiadła, czyli przestała się do niego tulić, spojrzał na nią gniewnie.
- Wracaj tu. – rzekł, marszcząc brwi. Nie po to odwiedzał zaświaty przez 3 tygodnie, aby teraz tylko na nią patrzeć. Chciał czuć jej ciepło. Wtedy też ją widział i co? – Dziękuję Ci za wszystko. – za brak klimatyzacji, jedzenie w postaci kroplówki, za ogrodników, Prudence, za to, że była, chociaż zmyć się mogła.
- A nie możesz mnie po prostu stąd zabrać? Do Prudence? Nie potrzebuje tych rzeczy, wypisz mnie. – powiedział po chwili, gdy już z powrotem się do niego przytuliła. Lekko ciepłymi wargami dotknął jej czoła. – Proszę, zabierz mnie stąd. – dodał, nie mogąc pozbyć się łez w oczach. Bał się zostać tu sam. A co jeśli Chloe do niego nie wróci? A Prudence? Czy jej obecność czuł w tym dziwnym letargu? Nic nie wiedział, totalnie nic.
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Pią 22 Cze 2012 - 9:39

To wszystko mogło być materiałem na całkiem dobry film, z, jak Chloe nadzieję miała, dobrym i szczęśliwym zakończeniem. Wcale nie chciała go nawet teraz zaraz, wciąż wypełniona euforią wywołaną zdarzeniem sprzed tych kilku minut, ponieważ jako osoba nieco egoistyczna wolała to szczęście maksymalnie wycisnąć, tak w ramach autorekompensaty za dramaty, które przeżyła. Wszystko stopniowo, żeby też się nie zachłysnąć tą radością, która już wypełniła każdą komórkę jej ciała, nawet jeśli widziała jaki ból powoduje u niego najmniejszy ruch. Dlatego też poprawiła się, by w wygodniejszej dla obojga pozycji się znaleźć i nie naciskać na niego, chociaż niczym zawrotnym by go nie potraktowała, z prostej przyczyny braku zawrotności gdy na wadze staje.
Wyciągnęła się mocniej, by jego pocałunek odwzajemnić i aż się delikatnie poderwała widząc jak cierpi i swobodę ruchów zerową ma. Wspięła się wyżej, by go pocałować tak, żeby nie musiał się specjalnie wyginać i do poprzedniej pozycji wróciła, bo na torsie mu się położyć nie mogła. Znaczy pewnie by mogła, gdyby wiedziała co tak konkretnie złamane ma/miał, ale wolała chyba jednak nie ryzykować.
Słuchała go, mając wrażenie, jakby świat spowalniał się i zatrzymał całkiem wraz z jego ostatnim słowem. Bo nigdy nie myślała o tym, jakby do nieba jej Mała miałaby pójść i tam na nią czekać. Przecież ile to czasu minie zanim to się stanie! I czy ona tam ma jakąś pomoc, w końcu była malutka. Chociaż jak sobie próbowała córkę wyobrażać, to nie była ona noworodkiem tylko już dziarskim niemowlakiem, z brązowymi loczkami do ramion i oczkami równie brązowymi. Z dołeczkami Chloe i ustami Aidena. I wyższa od innych, brzydszych dziewczynek, że wzrost też po tatusiu, a nie z metra cięta po niej.
Wcale jej nie uspokoiła wizja wyczekiwania na nich, nawet jeśli ma wokół same słodycze, no i ofc mnóstwo warzyw i owoców, żeby się zdrowo odżywiała, Wręcz nieco ją to zaniepokoiło, nawet gdy zapewnił ją, że Małej jest tam dobrze, bo zdecydowanie bardziej wierzyła w metafizyczne poglądy Kornela niż we własne, w których istnienie w sumie mocno wątpiła.
- Mam nadzieję, że jest jej tam dobrze - zaczęła powoli. - Bo mi tu bez niej jest źle. Przyzwyczaiłam się już do myślenia za dwoje, hmmm troje, rozumiesz? - zapytała, jednak wiedziała, że doskonale wie jak się czuje, chociaż perspektywa inna była. Sam miał to samo, gdy umarło jego dziecko, o czym w sumie nie rozmawiali nigdy tak obszerniej. Po prostu wiedziała, że sytuacja miała miejsce, a nie miała serca wypytywać, zgadując, że bolesne to jest i rozdrapywanie ran nikomu nie posłuży dobrze. Już wiedziała - boli cholernie, jak teraz. Szpilki wbijane w podbrzusze, ściśnięte i zassane w swojej pustce.
- Nie, mieszkam u Prudence. Znaczy w sumie oznajmiła mi iż mieszkam u niej - powiedziała, poprawiając sobie włosy, siedząc. I patrzyła na niego lekko uśmiechnięta, gładząc go dłonią delikatnie gdzieś po torsie. To nienormalne, że można się za kimś tak stęsknić, chociaż teoretycznie widywało się go codziennie. I już miała znów się próbować mu w bok wpasować, gdy podziękował.
- Przestań, tak jakbyś dziękował mi za to, że żyję - odpowiedziała brwi marszcząc. To przecież jasne i logiczne - kochała, więc czekała, pomagała i załatwiała. - Kocham Cię, głuptasie. Nie masz za co mi dziękować - dodała i pocałowała go ponownie.
Leżąc z powrotem przy nim zastanawiała się bardzo mocno nad zabraniem go stąd, gdy wyraźnie zakomunikował chęć wyjścia ze szpitala. Co piękne by było, bo wynajmie opiekę medyczną, wreszcie odpowiednią, bo Demarchelierom od lat pomagającą w takich sprawach, no a sprzęt to już całkiem zerowy problem. No i miałaby go ciągle przy sobie, zamieszkaliby razem, tak jak planowali i z pewnością szybciej do zdrowia wróci pod jej czujnym i czułym okiem. Zadarła głowę w górę i ujrzała jego łzy. Co ją nieco ścisnęło.
- Dlaczego płaczesz? - podciągnęła się tak, by być wyżej od niego i delikatnie go do siebie przyciągnąć, jak mama swoje dziecko, które z płaczem z podwórka przybiegło bo całkiem sobie kolanka zdarło przy upadku. - Załatwię wszystko, wyjdziesz, kochanie. Jak nie dzisiaj, to jutro już na pewno - gładziła go po głowie. Zdecydowanie podobało jej się, że będzie się miała kim zajmować przez cały czas. Potrzebowała tego. Poza tym sama nigdy w tym domu nie zamieszka. - Zabiorę Cię stąd, weźmiemy Prudence do nas. Wyzdrowiejesz w domu - tak, to wyjście było najlepsze ze wszystkich. Będzie mogła mieć go egoistycznie blisko, przy sobie, cały czas, będzie miała się o kogo troszczyć i wreszcie wróci do normalnego, szczęśliwego trybu życia.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Cornelius Lancaster
Uczeń
avatar

Age : 24
Liczba postów : 358
Join date : 22/02/2012
Skąd : Dover

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Wto 26 Cze 2012 - 9:54

Film z ich udziałem powinien nosić miano najlepszego horroru na całym świecie. Nie ma tu tak naprawdę szczęśliwych zakończeń. Jest tu fala, która jakoś się nazywa w szekspirowskich dramatach, ale nie pamiętam. Raz dobrze, wtedy ogólnie odczuwa się za wysokie stężenie dopaminy w każdej komórce, rzyga tęczą i te sprawy, a drugi raz traci się dziecko i leży się przykutym do łóżka, patrząc na swoją piękną dziewczynę i zastanawiając się tak naprawdę, dlaczego ona jeszcze przy nim tkwi. Co miała przy nim do roboty? Wiecznie pocieszanie i obiecywanie, że będzie dobrze, zaraz stanie się nudną rutyną a nie małą kropla nadziei w oceanie życia. Może tak naprawdę Cornelius nie miał mieć dzieci? Za przeproszeniem z żadnym mu nie wyszło i jeszcze kończyli tam, gdzie Kornel wybierał się od kilku lat przez szalone narkotyki.
Gdy tylko oparła się o jego połamane żebro, syknął cicho, mrużąc lekko oczy do pocałunku. Chwila, chwila, co on będzie mógł robić w tym stanie? Schylanie odpada, ruszanie biodrami stosunkowo ciężko. Nawet pieprzonego jaśminu nie podleje z konewki! Na szczęście nie miał gipsu, tylko wzmocnienie bandażowe, i jeszcze mógł jako tako oddychać. Żebro łaskawie nie przebije jego narządów wewnętrznych. Czyżby to nie była d o b r a strona horroru?
- Oczywiście że jest, upija się winem dla dzieci i tańczy sambę. – odpowiedział, odnajdując jej dłoń. Kornel sam przed sobą próbował tłumaczyć śmierć już drugiego dziecka. Niebo i oficjalne balangi są dla niego jednym pocieszeniem. Nie chciał widzieć nigdzie tam jakiegokolwiek swojego udziału. – A ona jest ciągle w nas, z nami i nigdzie nie ucieknie.
Kornel na początku nie akceptował żadnego z dzieci. Miał problem, aby stać się ojcem. Bądźmy ze sobą szczerzy – narkoman i małe dzidzi? Nie wiedział, czym jest odpowiedzialność i z czym się ją je. Ważna była zabawa, trochę więcej wina, jeszcze więcej lsd. A nie jakieś tam zmienianie pieluszek. Mógł ewentualnie tatuować, ale małe dziecko?
- Może zamieszka z nami Prudence? Egoistycznie mówiąc, chyba jest nam potrzebna. – takich przyjaciół nigdy nie było mało. „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.” Prudence, naucz nas dryfować ponownie w powietrzu. Spraw, abyśmy się ciągle uśmiechali, oglądając najgorszy horror wszechczasów.
- Pójdziesz teraz porozmawiać z lekarzem? Dziś będziemy w domu. Jak nie to sam wstanę, ostrzegam!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 264   Sro 27 Cze 2012 - 8:54

O ile sceptycznie była nastawiona do pomysłu dzidzi w krainie niezdrowej żywności, acz uszczęśliwiającej Małą z pewnością, tak wizja pijanego niemowlęcia już zupełnie ją odrzuciła. W końcu matką miała zostać i nie wyobrażała sobie, aby jej maleństwo się alkoholem truło, lub co gorsza - przeżywało koszmary poimprezowe w stylu kaca, oby tylko związanego z nadużyciem toksyny. Już wiedziała, dlaczego rodzice nie pozwalają dzieciom na swawole - z troski, tej najczystszej, rodzicielskiej, pięknej i bezwzględnej.
- Hm... nie chciałabym, żeby tam piła. Bez niczyjej opieki - powiedziała, myśli swe po części udźwięczniając, jednak niezbyt zdała sobie na początku sprawę, że brzmiało to jak swoiste intro do przemowy o planowanym samobójstwie. - Nie, żebym się planowała wybierać na tamten świat, bo i tak raczej do nieba nie trafię, ani Ty też nigdzie się nie wybierasz, ale chyba wolałabym zostać przy wersji słodyczy i cukierków. Mam nadzieję, że w razie czego mają tam porządnego stomatologa - dodała całkiem poważnie, nieco wkręcając się w filozoficzny nastrój.
Czy ona w ogóle powinna tak myśleć? Czy powinna się od nowa katować myślami o zmarłym dziecku? Wiedziała, że odpowiedź brzmi 'nie', jednak teraz, gdy Kornel był znów przy niej nie tylko ciałem, ale też duchem i umysłem, było jej to wszystko jedno. No, przynajmniej łatwiejsze jej się to wszystko wydawało, już teraz.
Cała przyszłość teraz malowała się przed nią lepiej, gdy miała świadomość, że wszystko jest z nim dobrze i po prostu musi on wyzdrowieć, kości muszą mu się porządnie pozrastać. W domu. I to była myśl przewodnia, którą powinna się zająć, pakując cały swój talent perswazji i sugestywności po tatusiu odziedziczony, ażeby ładnie Kornela stąd do domu zawinąć.
- Ona jedzie do tej Norwegii za tydzień, wiesz... - kretynko, nie wie przecież! - znaczy... Na wymianę jedzie do Norwegii, za tydzień. Więc przygotowań trochę jest i nie wiem czy będzie mogła. Ale pewnie, zaproponować jej możemy - zakończyła wypowiedź uśmiechem promiennym, cmoknęła go jeszcze raz i buty z ziemi zgarnąwszy, usiadła na brzegu łóżka i ubrała je.
Wstała i poprawiła sukienkę, po czym ponownie na Kornela spojrzała. Uśmiech. Szeroki. Bo doczekała się i Prudence rację miała i warto było czekać i lekarzy załatwiać i ogólnie działać używając tego, co szczęśliwie w zasięgu jej dłoni było z racji noszenia takiego a nie innego nazwiska. No i patrząc na niego spełniona się czuła, duchowo i emocjonalnie, wreszcie coś choćby po części jej pustkę wypełniało, pięknie przez Prudence do tej chwili przygotowaną.
- Zacznij już z siebie to wszystko wyciągać, zaraz wracam i pojedziemy do domu - powiedziała i stukając butami salę opuściła, by po niedługiej chwili z lekarzem powrócić, uśmiechniętym i zadowolonym najwyraźniej z takiej propozycji kornelowej rekonwalescencji. Zadowolonym na tyle, że po kwadransie już byli w drodze do domu. Ich.

zt

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala nr 264   

Powrót do góry Go down
 
Sala nr 264
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
 :: Szpital św. Tomasza
-
Skocz do: