IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 The Crown

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: The Crown   Pią 20 Sty 2012 - 0:28


baunsujbaunsujbaunsujbicz
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 13:32

Po pierwsze, było gorąco. Po drugie, było upalnie. Po trzecie, gdyby bansujący w rytm najnowszej dubstepowo-elektroniczno-folkowej hipsterskiej kapeli byli nieidealni, to mogliby ociekać potem i pachnieć na kilometry tanią wodą kolońską i innymi wydzielinami z ciał.
Ale że był to idealny, najbardziej wiksiarski klub Crown, nic z tych rzeczy miejsca nie miało. Jedyne, co wisiało w powietrzu, to gęsty dym papierosowy i kilogramy cekinów - teraz już poprzylepianych do tańczących ciał.
Aiden, gdy musiał odreagować, udawał się właśnie w takie miejsca, gdzie wtapiał się w tłum i mógł trochę o sobie zapomnieć. Niektórzy chodzili do kościoła, inni na psychoterapię, lecz Collier skąpcem był i wolał bawić się po plebejsku. By następnego wieczora oddać się spokojnej lekturze i powrotowi do abstynencji seksualnej. Khm.
A propo abstynencji - Aiden właśnie uciekał z parkietu, niemal dosłownie ciągnąc za sobą trzy blondynki, wyglądające na studentki Oxfordu; lecz niestety inteligencja ich twarzyczek została zniszczona przez erotyczne opętanie. Aiden i tak ubrany był niesamowicie skromnie, czarna bluzka, spodnie, li i jedynie; nic wyróżniającego się. Lecz bluzka rękaw miała krótki, więc siłą rzeczy, ktoś się tam do niego przyczepił.
Wyglądało to dosyć komicznie, dwie kobiety wczepione w jego lewy łokieć, jedna w prawy nadgarstek (ta, dodatkowo przyklejona czerwonymi ustami do jego odkrytej szyi). I o ile paniątka wyglądały na osoby na skraju wyczerpania erotycznego, to Aiden sprawiał wrażenie lekko znużonego.
- Chodźmydotoalety - doskonale usłyszał szept do ucha jednej z blondynek, nieco mu ciążącej, z tak rozszerzonymi źrenicami, że podejrzewał wpływ kokainy. Nie tylko swojej mocy. Co nieco polepszyło mu humor, bo zawsze w takich miejscach kontrolował swoją moc jak tylko mógł. Inaczej skończyłoby się to zbiorowym gwałtem - i to na nim! - co wcale śmieszną perspektywą nie było. Moc więc w nim narastała, ale pozwalał tylko na jej lekkie przebłyski - drżenie kolan, nagła wilgotność/sztywność stref erogennych, umiejscowienie Aidena w centrum wszechświata.
Aiden nie zamierzał do żadnej toalety się udawać, chciał iść do baru, zapalić sobie i skończyć dzisiejszy wieczór. Miał za sobą dwie udane randki na zapleczu klubu i to mu w zupełności wystarczyło na następne trzy albo cztery godziny.
Dość bezczelnie odsunął od siebie dziewczęta, które, nieco otępiałe, patrzyły za nim wzrokiem i ruszył w stronę baru.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 13:50

Tak generalnie Prudence Wright dobrze się bawiła. Powiem więcej - bawiła się zajebiście dobrze tam, gdzie pierdyliardy ludzkich ciał ocierały się o siebie w nieokiełznanym pijacko-naćpanym Tańcu Narodów. Dzikie pląsy Pru też mało wspólnego miały z salonowymi polonezami i walcami. Od - na oko - dwóch godzin wiła się wdzięcznie bądź mniej w rytm tłustych bitów serwowanych przez dj-a. Te klimaty były jej obce. Tak na co dzień, bo od czasu do czasu lubiła weekendowo wyskoczyć sobie w miejsca nieznane jej. Tylko jej, bo ofc caaalutka reszta st. bernardowskiego motłochu była stałymi bywalcami Korony. A Prudkowe dziewczę jak przystało na poukładaną dość konkretnie przywódczynię bractwa mogła sobie posłuchać, w drodze wyjątku i ciekawszych okoliczności pooglądać na yt.
Dziś było inaczej, przywdziała jakiś imprezowy ciuszek, machnęła usta czerwoną szminą, oczy czarną kreską i zdecydowała podbić densflor kompletnie (jak na przywódcę przystało). Przybyła sama, bo nie chciała czuć zobowiązań do zajmowania komukolwiek czasu, nawet Klołi, zajętej jakąś międzynarodową randką włoskim odrzutowcem na drugi kontynent.
Do klubu przybyła, uwaga, metrem a to z przyczyn dość oczywistych. Bo miała pewnego kolegę który to kolega obiecał ją dobrze przygotować na noc marzeń czy coś. Pru jak to Pru spodziewała się jakiegoś skromnego biforu z wkomponowanym dżointem na koszt firmy, ale prędko zapomniała o zasadach przyjmowania zaproszeń jej składanych i bez pardonu obróciła się na pięcie w drzwiach, widząc co kolega przygotował. Znaczy siebie, kilku kolegów, jacuzzi i białe woreczki. WSZĘĘĘZIE białe woreczki. Znaczy przezroczyste. Z biała zawartością.
Na poprawę humoru dokonała szybkiego zakupu ładnego zestawu wódka&energol, skusiła się na równie szybką konsumpcję i popędziła na wiksę. A co.
I się opłacało niemiłosiernie taką drogę piątkowego szaleństwa podjąć, a skoro tak już się trzymam logiki wypowiedzi i chronologii to dodam, że Wrightówna właśnie schodziła z parkietu - cóż za zbieg okoliczności - do lady barowej, postawiona przed propozycją nie do odrzucenia, mianowicie drink na koszt jakiegoś wysokiego, ciemnowłosego Amerykańca, który aktualnie pędził za nią, z wzrokiem dość ordynarnie wlepionym w tył jej krótkiej, pasiastej spódniczki.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 14:03

Co jak co, ale Aiden na spódniczki zbytnio uwagi nigdy nie zwracał. Za najbardziej nęcące w ciele kobiecym uważał obojczyki i wystające kolce biodrowe zwane potocznie kościami biodrowymi, na które mógł patrzeć godzinami, mimo, że nie raz taką kością anorektycznej panny dostał. Nierzadko w policzek, gdy akurat podnosił się z kolan, lecz co tam straty fizyczne, kiedy psychicznie był zawsze słodkim wesołkiem.
Tja.
Nawet teraz, przeciskał się już przez mniejszy tłum, zostawiając za sobą dziką parkietową orgię i trzymając ręce przed sobą, jak jakiś prawiczek-od-siedmiu-boleści. Chociaż na to miał zbyt zły i zmysłowy wyraz twarzy. Więc, wyglądał raczej jak jakiś magnat, co się boi dotknąć plebsu, by rączek nie pobrudzić i nie sprowadzić na siebie jakiejś choroby, wenerycznej na przykład.
Właśnie miał kopnąć mocno nogą - jak karalucha albo inne biedne zwierzątko pełzające u stóp króla - jakiegoś wlokącego się przed nim ciemnowłosego bruneta, schylonego lekko, jakby szukał szczęścia między nogami jakiegoś chudzielca przed nim, gdy ... nieco się zastanowił nad tyłem owego chudzielca, który już kiedyś, gdzieś, jakoś widział.
Oczywiście połączenie pleców, włosów, nóg (tenogitenogitenogi) i całej gracji poruszania się w tym plebejskim klubie z jakąś konkretną osobą chwilę zajęło mu króciutką. Pomimo wielu wzorców utrwalonych czerwoną szminką na lustrze i numerami w telefonie.
- Prudence Wright - zaanonsował swoim tonem, dobrze już słyszalnym, bo w strefie przybarowej gwaru nie było; wszyscy dziko tańczyli i dotykali swoich stref intymnych na parkiecie. Do swojego tonu należało zaliczyć kpinę, zmysłowość, pogardę, zdziwienie, podniecenie, sarkazm i lekkie błyszczenie brązowo-złotych ocząt.
Rzecz jasna, żeby znaleźć się tuż za dziewczyną, musiał zneutralizować albo chociaż przesunąć przystojniaka idącego przed nim. Nieopatrznie - naprawdę, z ręką na sercu - złapał go za nadgarstek, stopując go, by i Pru się zatrzymała.
Nie przemyślał swojej decyzji zupełnie, było to automatyczne - lecz niech Wright mu dziękuje, że to nie ją złapał i że to ten kolega był bliżej. I teraz on zrobił genialny półobrót przenosząc swój napalony, acz inteligentny wzrok z pośladków dziewczyny na szyję chłopaka.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 14:34

Zapowiadało się pięknie. Miała, zgodnie z założeniem i obietnicą krwią podpisaną, tego wieczora bawić się w chwilowym zapomnieniu i odsunięciu konsekwencji. Ów dokument dziewiczą krwią zbroczony obejmował drinki przy barze na koszt nie-jej (done), doprowadzenie trzech osób za jednym zamachem do stanu ogólnego obłąkania (done), a przede wszystkim niemyślenie o.... no, o niczym (nikim), co mogłoby odrobinę zachwiać plan działania i przenieść tyłek Wrightówny w ustronniejsze miejsce z papierosem w dłoni, coby pofilozofować sobie w główce, szarpnąć się dramatycznym szlochem i zrujnować nastrój.
Dlatego dwa wyrazy, trzy sylaby nieco wpłynęły na warunki atmosferyczne i fizykę w The Crown działającą, bo poczuła jak wszystko wywraca się w niej na drugą stroną, a robi się przy tym tak nieprzyjemnie gorąco, że należy zedrzeć z siebie ubrania, oblać rozpalone ciało trunkiem, pozwolić kilku kostkom lodu spłynąć szyją przez dekolt i... ogarnąć się. Przede wszystkim opanować lekkie zachwianie równowagi. Fizycznej, skoro z psychiczną już szans nie ma.
- Powiedz, że się przesłyszałam - jęknęła, planowo w duchu, a tak na serio to wystarczająco głośno, by barman z miną zaskoczonej surykatki uniósł brew i rozejrzał się nieco niepewnie. I zastanawiałaby się dłużej nad tym, jaką drogę ucieczki podjąć. Ucieczki nie tylko przez Głosem, a konkretniej jego Posiadaczem, ale też własną potrzebą zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni w celu upewnienia się, że jest tak piękny jak brzmi. Bo już nie miała wątpliwości co do personaliów Posiadacza. Za bardzo pachniał. Nie miała na to czasu, bo właśnie została potraktowana czyimś zadbanym oksfordzkim obuwiem. Że taka ładna klamra poetycka. Najpierw Pru taranuje chuderlawymi kolanami na korytarzu tego, kto teraz SPECJALNIE podziałał tak, by oberwała ona. Mimo, że to nie jego buty. Ale jego ręka na nadgarstku tego, który miał jej do jasnej cholery czas umilić, a nie...
- Nie wierzę - wycedziła przez zaciśnięte zęby, automatycznie prostując ręce w łokciach i przyklejając je do boków swojego ciała. - Chociaż od obcych, towarzyszących mi chwilowo, mógłbyś się łaskawie odczepić, ekhm... ODPIERDOLIĆ nawet. Wszystko co z pierdoleniem dobrze ci wychodzi - kontynuowała, ciskając z oczu błyskawice i modląc się w duchu, by ta nagła metamorfoza pożądania na wszechogarniającą nienawiść trwała z cztery wieki jeszcze. Bo kiedy ujrzała aidenowskie oblicze to za dużo złych obrazów się pojawiło w jej głowie. Za dużo wyobrażeń tego co się działo w spiżarni. Siląc się na spokój i opanowanie pomogła biednemu, niczemu niewinnemu acz napalonego chłoptasiowi, ujrzeć a Aidenie pierwszego lepszego kloszarda ze stacji metra (i to pokropionego swa własną uryną) i gdy tamten przemykał, zaszczyciwszy Pru przepraszającym spojrzeniem, ona sama cofnęła się o krok, patrząc z jawną odrazą na Colliera.
- Co. Ty. Tu. Robisz - wyrzuciła z siebie niesłychanie błyskotliwie, celowo używając zaimka do określenia miejsca. "Tu" mogło oznaczać zarówno The Crown jak jej własną, opętaną żądzą mordu i lekkim upojeniem alkoholowym głowę.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 15:40

Aiden chętnie powiedziałby, że Pru problemy ze słuchem posiada. I ze wzrokiem. I z chodzeniem i z twarzą, że w ogóle cała poorana zmarszczkami mimicznymi jest i nadwagą i pachnie karmą dla kotów, a na musztardowym sweterku ma sierść jakiejś wiewiórki, którą karmi codziennie rano w parku. Naprawdę, bardzo chętnie by ją taką widział, ale niestety. Pru stała przed nim w całej swojej zadziornej piękności, w dodatku ubrana nie jakoś przyzwoicie, jak był przyzwyczajony ją widywać, nawet w jej rodzinnym domu, a w jakieś pstrokate imprezowe ubiory. Które były niemoralne. I za krótkie. I zbyt błyszczące. I te nogi, matkomatkomatko.
Oczywiście Aiden nie zjechał jej wzrokiem od stóp do głów, jak czynili to plebejscy amerykanie, lecz dyskretnie zauważał pewne rzeczy. Nawet w tym beznadziejnym, pulsującym świetle. Nawet jeśli nie chciał ich zauważać. I nawet jeśli właścicielka tych rzeczy właśnie ratowała go z lekkiej opresji kolejnego podejrzenia o bycie gejem czy innym pedałem - a takie oskarżenia uwłaczały dziedzicowi rodu Collierów jakniewiemco.
Uśmiechnął się szeroko i aidenowsko, gdy się odwróciła. Uśmiech się pogłębił i skrzywił, gdy zobaczył jaką pozycję atakującą przyjmuje Pru. I jak ładnie szczerzy zęby w mieszaninie pogardy, nienawiści i zachwytu. Tak, zachwytu! Aiden lubił sobie różne rzeczy wmawiać.
- Klniesz. To poniżej poziomu - zwrócił jej uwagę wręcz opiekuńczym tonem, wkładając zapobiegawczo dłonie do kieszeni spodni, gdyby nagle mu się ręką powinęła w jej stronę. W obronie własnej. Tak, nie miało to żadnego związku z tym, jak hipstersko w tym świetle wyglądała Pru.
Może przez tą lekką iluzję jej cielesnej wspaniałości, nie zareagował od razu na aluzyjną treść jej wypowiedzi. Przez co trochę się zdziwił.
Boże, Aiden Collier był synonimem obojętności i stałości, a teraz kolejna osoba zbija go z tropu. Tym razem zamiast seksualnych fetyszy miał erotyczne wypominki.
Przygryzł dolną wargę, mimowolnie, co było bardzo hot , lecz była to oznaka natężenia myślowego. Pierdolenie. Żeby to tak łatwo przychodziło, ustosunkowanie wszystkich stosunków, które mogłyby zirytować pannę Wright.
Jednak Aiden kretynem nie był, wiedział mniej więcej o co może Sokolicy chodzić. I bardzo nie chciał, żeby o to chodziło. Bo jeśli to wyszło na jaw, to jego idealnie uporządkowany światek mógł się właśnie rozpieprzyć. Zero Chloe - chyba, że przeszła na jego stronę? - oznaczało zero stałego seksu, co oznaczało powrót do puszczania się po klubach, co oznaczało wielkie problemy moralne tego świata.
Oznaczało to też, że panna Wright będzie go nienawidzić, co oznaczało przekreślenie marnych szans na nawiązanie stosunków przyjacielskich, co oznaczało wielkie problemy moralne tego świata dwa.
Więc nic dziwnego, że Aiden pomilczał trochę zbyt długo, jak na takie aluzyjne oskarżenia. Po czym zrobił widowiskowy krok w przód, prawie przytłaczając Pru swoim ciałem, zapachem, aurą i wszystkim jego.
- Jesteś pijana i wierzysz plotkarze, czy...?- spytał z powagą i spokojem stoika, patrząc jej prosto w oczy z odległości kilku centymetrów. Musiał się schylić, co wyglądało dość dziwnie, jako, że trzymał dłonie w kieszeniach.
Ale po prostu odezwał się w nim Sokoli instynkt. Beznadziejność sytuacji zależała od tego, ile Pru wie i od kogo.
Przez chwilę zastanawiał się nad zignorowaniem drugiego pytania, ale postanowił nie być niegrzeczny przez najbliższe dziesięć sekund. Odparł więc trochę na odczepnego - Relaksowałem się obserwując amerykanów zakładających się o to, który pierwszy przeleci jakąś młodą angielską uczennicę - dopóki nie pojawiłaś się Ty Ty Ty TY zawsze Ty i nie sprowadziłaś mojego humoru do okolic pasa, toznaczynietocomyślisz.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 20:38

Poniżej poziomu.... SERIOUSLY? Dzika furia to mniej więcej to, co Prudką owładnęło. Właściwie mniej bo to taki eufemizm i grube niedopowiedzenie. Coś jak nazwanie Aidena całkiem sympatycznym stworzeniem, a Chloe całkiem lojalną przyjaciółką. Jeśli jakikolwiek poziom wyznaczony został, to Pru zapomniała o nim jakieś, na oko, dwa dni temu, bo nawet przykre i opłakane w skutkach zajście na szkolnym korytarzu było zwyczajnym faux pas i to dość nieistotnym w wydźwięku ogólnym, biorąc pod uwagę upokorzenie, jakiego Wrightówna doświadczyła owego feralnego wieczoru, który miast obfitować w wódkę i konwersacje zbliżeniowe, pozostawił jedynie gorycz zawodu i tej całej telenowelskiej otoczki "przyjaciółek i rywalek" tudzież "nigdyniepokazujmisięnaoczy i wyjdźzmojegożyciatojedynecomisięnaustaciśnie". Poziom został zachwiany. Wręcz zdeptany i wykluczony z kanonu kwestii obowiązkowych. Pru miała pełne prawo wieszać na Aidenie psy, obrzucać błotem, podkładać świnie w pakiecie z całą resztą farmerskich rozrywek dnia codziennego. Łajno wkomponowane w te lśniące, nawet w klubowym świetle laserów przesiąkniętych oparami dymu pochodzenia wątpliwego, włosy również wyglądałoby całkiem wyjściowo. I adekwatnie do samego włosów posiadacza.
Rozjuszyło ją wiele elementów i okoliczności. Ale nic z całej gamy "tego, że z Chloe" i "tego, że tu jest" wyrzutów nie wpłynęło na zachwianie jej równowagi psychoruchowej tak, jak genialne opanowanie i brak jakiejkolwiek emocji. Mógł się postarać i chociaż udawać skruszonego. Ale nie, zamiast prób zareagowania tak jak przystało - wolał udawać, że nie ma pojęcia o co chodzi. Powtarzam - seriously?! Prudence przyjęła to jako zasmucającą oznakę braku szacunku. Nie mogła nawet marzyć (nie żeby nie próbowała) o przejawie sympatii po niedawnym upodleniu jednostki, z niemałym udziałem swej nadprzyrodzonej i całkiem użytecznej mocy, ale utrata szacunku to tak jakby... poniżej poziomu.
- Po prostu nazywam rzeczy po imieniu - wyrzuciła z siebie z prędkoscia karabinu, przyklaskując sobie samej w związku z tym, że zdołała opanować chęć zgięcia się w pół, objęcia głowy ramionami i generalnie przyjęcia pozycji embrionalnej, która pomogłaby jej w osiągnięciu szczytu rozpaczy właśnie tu, na klejących kafelkach przybarowej podłogi. Nie zdołała jednak powstrzymać histerycznie powziętego, spazmatycznego wdechu, kiedy Aiden Collier gwałtownie zaburzył jej przestrzeń osobistą na tyle, że zawróciło się dziewczynie w głowie. - Zaszybkozablisko - szepnęła mamrocząco, gdyż uznała, że nie warto próbować głośniej i wyraźniej. Łamiący się głos będzie kwintesencją słabości. Która swoją drogą mogła być dobrym wyjściem. Czemu do chuja pana nie słuchała, kiedy w damskiej toalecie czwartoklasistki spiskowały i wybierały najskuteczniejsze metody doprowadzenia siebie do stanu nieużywalności? To byłoby teraz takie proste.
Nie doczekawszy się reakcji, na którą w gruncie rzeczy nie liczyła, odwróciła na kilkanaście długich sekund wzrok na tyle, na ile pozwalały jej graniczenia skrętu szyi. Przygryzła od środka policzek do krwi, wmawiając sobie, że fizyczne ukłucie bólu odwróci jej uwagę od rozsypki wewnętrznej i poczęła nerwowo podrygiwać nogą, z nie lepszym skutkiem wyobrażając sobie, że to odwróci jego uwagę od niebezpiecznie wilgotnych i, nieco bardziej niż na co dzień, przeszklonych oczu.
Nie chciała potwierdzać słowem. Nie, po prostu nie w y o b r a ż a ł a sobie momentu, w którym przyzna, że o wszystkim wie, kiedy zasugeruje, że informacje dotarły do niej nie od mało wiarygodnych plotkarskich portali, a od samego źródła, że zdaje sobie sprawę, iż to wszystko co aktualnie zdawało się być na językach bernardowskiego światka i jeszcze trochę, a z czego bez krztyny zwątpienia szydziła, nagle zostało jej oznajmione jako krystalicznie czysta, nieskalana chęcią rozgłosu, ani żadnymi dwoma pensami od siebie, prawda. Dlatego czując przyspieszone tętno w skroni (co dziwne, biorąc pod uwagę iż "tłok" jako złamany powinien nie funkcjonować) nieomal przybiła sobie piątkę, podziwiając własną odwagę, przeniosła pełne niewysłowionego niedowierzania, niemego wyrzutu i kilometrów kompletnego rozczarowania spojrzenie, prościutko w rozpływające się w ustach oczy Colliera. Bez słów.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 21:17

Nie demoralizujmy Aidena, uczucia to on posiadał w nadmiarze i nawet w promocji, rozkoszą obdzielał wszystkich, którzy byli grzeczni i na to zasługiwali. Zasługiwała na to giętka Lisica z klasy którejśtam trzymająca się z durną Leistner, zasługiwała na to bezimienna Puma w sportowych spodenkach z jakąś durną postacią z kreskówki; w końcu zasługiwała na to Chloe Demarchelier, gwiazdka szkoły o wysokich obcasach, standardach i oczekiwaniach.
Ale Prudence Wright nie zasługiwała.
Zdecydowanie nie zasługiwała na jakieś pseudowyładowania atmosferyczne, na niedotykalskość, na zamroczenie, na poddanie się durnej irracjonalnej mocy, na bycie tylko zabawką w jego dłoniach, na iluzoryczne podejście do wszystkich głębokich emocji, które powinny być przeżywane w czasie miłości według katolickich tygodników. Z którymi Aiden się zgadzał w tej jednej, jedynej kwestii. Pru nie zasługiwała na takie resztki, z tego, co mogłaby mieć, świadomie mieć, z kimś innym.
Ale dopóki Aiden żył, nie pozwoliłby jej na to, co sprowadzało go do wspaniałej animizacji jako psa ogrodnika, warczącego na wszystko co się wokół Pru rusza, oddycha i jest w stanie machać czymkolwiek - dłonią, penisem, zaproszeniem na ślub.
Rzecz jasna Aiden prędzej przespałby się z Dylanem D niż przyznałby się przed samym sobą i kimkolwiek-innym-na-tym-samym-poziomie-zajebistości, że do Pru czuje tą całą dramatyczną, sfiksowaną mieszankę uczuć, zazdrości, zaborczości, chęci jej wniebowstąpienia, ale na złotym łańcuszku. W tej jednej jedynej kwestii dotyczącej Wright Aiden myślał jak kobieta.
Ale w pozostałych kwestiach i w obecnym położeniu - Aidena po męsku brał mocny wkurw. Skoncentrowany najpierw na Chloe - typowo SAMCZE, szukać winy u kogoś innego - bo jaktototak, to miało nie wyjść, a jeśli już wyjść na jaw, to jakoś spokojniej, zresztą, od czego Lisica miała moc? Mogłaby Pru ugłaskać. Potem, ambitnie, wkurwił się na Pru, która śmie mu jakieś wyrzuty robić, skoro sama go RZUCIŁA, ZOSTAWIŁA, PORZUCIŁA, ZŁAMAŁA SERCE, wyjebała na zbitą twarzyczkę z domu, odcięła od kontaktów z Mattie'm (i od ORZECHOWYCH czekolad, które od niego wykradał), zdegradowała w hierarchii szkolnej, wykuła mu oko, wbiła drzazgi pod paznokcie i ogółem zniszczyła.
O, to jednak jest druga rzecz, do której się by nie przyznał.
Gdy w jego oczach zabłysły złe, BARDZO złe ogniki, już już miał się na pięcie odwrócić albo wybuchnąć chamskim, sarkastycznym i bardzo niemiłym śmiechem, gdy Pru popatrzyła mu w oczy.
Mogiła, kaplica, trumienka, nagrobeczek, niech ludzie kondolencję zaczną składać i wielbić Aidena (bo każdy po śmierci jest kochany, nawet Whitney i Winehouse).
Bo Pru oczy miała załzawione i zaszklone, co natychmiastowo sprawiło, iż całe wkurwienie i promieniujące z Aidena zło, zdolne roznieść pół Londynu, nagle wyparowało. Zupełnie. Kompletnie. Doszczętnie.
Pozostawiając jakieś tam dymiące zgliszcza.
- Przytuliłbym Cię, ale musiałabyś mi wtedy tutaj obciągnąć - czego byś nie chciała, bo tu dość twarda podłoga i ludzie by mnie popychali powiedział, dbając o jej wygodę, swobodę i bezpieczeństwo fizyczne. O dziwo, O DZIWO, nie było to zdanie wypowiedziane z bezczelną chamskością, typową dla Colliera. Raczej, jakby ktoś włożył jego równie typowe słowa w jego usta, wyłączając jednak typowy ton. Chociaż jego ironiczne przebłyski dalej mieniły się gdzieś na lśniących w fluorescencyjnych światłach ząbkach. ALE przecież on się troszczył. Naprawdę.
Na tych wszystkich filmach widział, że płaczącą kobietę powinno się utulić. Ale jak tu tulić, skoro przy muśnięciu jej policzka płacząca kobieta dostanie napadu erotycznej apopleksji? Tego to już frajerzy w filmach nie pokazywali.
Palnąwszy najbardziej durne podsumowanie ever, wyjął dłonie z kieszeni i złapał ją za spódniczkę - najlepsze zatrzymanie kobiety przy sobie ever? - ie za dłonie, miała je odkryte. Pięknie.
- Pru, to nie jest dobre miejsce na rozmowę, a powinniśmy porozmawiać - powiedział, w końcu sensowniej, patrząc ciągle w jej oczy swoimi brązowymi tęczówkami, jakby chciał jej telepatycznie przekazać, żeby keep calm and carry on, że on to wszystko jej pięknie, w Sokoli sposób wyłoży, tylko niech nie płacze, bo Aiden tego nie przeżyje i pokaże jej tą stronę charakteru collierowskiego, której by nie chciała widzieć. Seriously.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 22 Lut 2012 - 21:54

Przez chwilę Pru żałowała, że Aiden dołączył przyrostek "bym" do oferty zbliżenia. Gdyby doszło do kontaktu ciało-do-ciała, mogłaby w ramach kumulacji erotycznego uniesienia i szalonej mieszanki negatywnych uczuć, które (wbrew pozorom) miały mało wspólnego z nienawiścią, uszkodzić Colliera konkretnie. W jakikolwiek sposób, może nawet - o ulotne marzenia - ująć męskości. Jakkolwiek miałoby to wyglądać.
Toteż dziewczyna jedynie nieznacznie wzruszyła ramionami, niezdolna w logiczny sposób zareagować na jawna prowokację z collierowskiej strony i powoli czuła jak zbliża się fala uderzeniowa, spłukująca rozgorączkowanie i mająca nieść całościowe otępienie.
A on z kolei mógłby chociaż w myślach czytać czy coś. Serio, ta jego moc rzeczywiście okazywała się bublem. Na rozmowę ją zaprasza, pewka, może jeszcze przy drinku i fajeczce? I relaksacyjnej muzyce na poziomie klubu opatrzonego sugerująca sporo tabliczce "Chillout"? Wśród obściskujących się na skórzanych, różowych kanapach par, przypadkowych bądź mniej? Prudence już to sobie wyobrażała. Pogaduszki-sruszki wśród dziewcząt, nieomal ZDRADZAJĄCYCH swe bffy z ich byłymi, kilka sytuacyjnie wkomponowanych komplementów i aluzyjne spostrzeżenia, a pomiędzy tym dwa wtrącone zdania, dotyczące aktu zdegradowania ufności jaką Pru posiadła w komukolwiek do poziomu depresji. I tej i tej. Nie zgodzi się na to pod żadnym pozorem i zaraz wybiegnie z tego zasyfionego i skalanego niewiernością miejsca i jej noga nigdy tu nie postanie, tylko uruchomi ruch kolana w górę tak, by Aidena zabolało.
- Prowadź - bąknęła słabo, czując pociąg. Znaczy nie do niego, tylko jego. Prowadził ją gdzieś w miejsce, jak się okazuje, mające niewiele wspólnego z jej wcześniejszymi wyobrażeniami. Musiała Prudence przyznać, że organizowanie ubikacji dla niepełnosprawnych w takim miejscu była dość komicznym posunięciem i może nawet zaśmiałaby się perlistym śmiechem wchodząc do owego pomieszczenia jakiegoś innego dnia. Bo póki co jedyne, co w niej perliste było to łzy. Które powstrzymała, nie ma za co.
Pru słysząc zamykające się za nimi drzwi, przeniosła ciężar ciała w tył, panując dość skutecznie nad drżeniem kolan i równie skocznymi palcami sięgnęła do przewieszonej przez ramię kopertówki, by po kilki chwilach i złamanych papierosach trzymać przedostatniego, który uchował się w całości. A że zapalniczkę musiała gdzieś inteligentnie zapodziać to stała tak przed Aidenem, jeszcze odwróconym plecami, z niezapaloną faj,ą w ustach i nieprzytomnym spojrzeniem w tyle jego głowy utkwionym. Dość precyzyjnym tyle. Tak, że gdy się odwróci spojrzy mu prosto w oczy i cały jej plan opanowanie legnie w gruzach.
Chciała rzucić jakimś rzewnym spostrzeżeniem, że mimo iż nie sa razem to mógłby ograniczyć działalność penisa do drylowania dziewcząt... innych, no, generalnie kogokolwiek ale nie Chloe i już cisnęły się Prudce na usta wyznania miłości niezwyciężonej nawet tak haniebnym czynem jakieś mało cenzuralne oskarżenia, ale założyła, że samą aidenowską chęć rozmowy powinna docenić i dać szansę na rzucenie słów wyjaśnienia. Zaraz przed tym gdy Wright spopieli go doszczętnie, a prochy rozrzuci na syberyjskich pustkowiach. W ramach ostrożności. Coby nikt więcej na podobnie upodloną jednostkę się nie nadział. Miłosiernie oczekiwała.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 13:56

Czuł się odrobinę-bardzo jak jakiś prehistoryczny samiec alfa odziany li i jedynie w nic, ciągnący za sobą towarzyszkę życiową za włosy do jakiejś jaskini, by tam dać początek nowemu ludowi, który przejmie władzę na świecie i doprowadzi do III wojny światowej, atomowej.
Z tym, że zamiast jaskini wstawiamy łazienkę dla niepełnosprawnych NA PIĘTRZE-BEZ WINDY (zmysł techniczno-racjonalny gatunku ludzkiego ewoluuje dość powoli, widać, że Crownem władali idioci-z-Pum) a zamiast posługującej się tylko pomrukami i wrzaskami partnerki wydepilowaną, gładką i roztrzęsioną wewnętrznie Pru. Ah, i nie ciągnął jej rzecz jasna za włosy, tylko za spódniczkę. Co wyglądało dość ZWYCZAJNIE.
Ot, kolejna napalona, romansowa parka. On nie może wytrzymać, więc ciągnie ją za błyszczące okrycie zgrabnego pośladka a ona z miną jak na ścięcie (kokaina? kofeina? miłość?) idzie grzecznie za nim, nie sprzeciwiając się. Bajka w odcinkach copiątkowych, oglądać można po 23 na różowo-czerwonych internetowych stronkach. Za symboliczną opłatą.
Ale mniejsza z tym, co myśleli przypadkowi przechodnie (o ile byli na tyle trzeźwi i o ile cokolwiek myśleli); ważne, co myślał Aiden, zamykając za sobą drzwi toalety dla niepełnosprawnych. Przez chwilę wpatrywał się w samoczynnie zmniejszającą się szparę pomiędzy framugą a niebieskimi odrzwiami i czuł się tak, jakby zamykano go w trumnie. I jakby właśnie po raz ostatni oglądał szczęśliwe, niebieskie niebo. Dość fluorescencyjne.
Wracając do myślenia - AIDEN MYŚLAŁ. Koniec, kropka, to powinno zastąpić wszystkie chaotyczne rozmyślania. Chociaż należy nieco włączyć strumień aidenowskiej świadomości do utworu literackiego. Strumień, który z siłą wodospadu spadał na jego barki, wciskając go w ziemię i sprowadzając do bardzo interesującego stanu psychofizycznego.
Bo zupełnie nie wiedział, co ma Pru powiedzieć. To znaczy, wiedział, ale całego wyznawania uczuć wszelakich nie mógł uskutecznić. Dlaczego? BO NIE. I z wielu innych powodów takich jak honor, chęć usunięcia się w cień, chęć wysłania Pru do zakonu, chęć zamordowania Pru gołymi rękami, chęć dzikiego seksu z Pru właśnie tutaj-teraz-w-toalecie, koniecznie na umywalce i koniecznie przy lustrze.
Były to bardzo dobre i NIERACJONALNE powody.
Dlatego Aiden myśleć przestał i się odwrócił, prawie pewien, że na jego czole pojawi się czerwona laserowa kropka celownika i po sekundzie jego mózg rozbryźnie się o ścianę. Szkoda by było, taka piękna twarz, gdyby nie ta blizna.
Sierocy widok Pru, z niezapaloną fajką w drżących ustach, z oczami tak wilgotnymi, że tama groziła zerwaniem, z rączkami opuszczonymi wzdłuż chudego ciała bardzo nim wstrząsnął. Czego oczywiście nie było widać.
- Umrzesz - palnął mądrość życiową, wyciągając jednak z kieszeni srebrną zapalniczkę i podpalił jej papierosa, zyskując na czasie i animuszu, bo podobno fajki podpala się tylko prostytutkom. Po czym sam poklepał się po kieszeniach, gdyż nie palił już od - zerknął na zegarek - szesnastu minut. Brakowało mu czterech do pobicia swojego życiowego rekordu, a nie zamierzał go teraz realizować, bo być może to jego ostatni papieros.
Lecz nie ostatni w paczce. Grając na czas i igrając z losem wyjął z gracją papierosa z paczki, zapalił go i zorientował się, że nie ma paska do spodni. Ponownie dokonał aktu autoerotyzmu dotykając spodni i filozoficzny nastrój spłynął na niego zupełnie. Zawsze wizyta w jakimś klubie kończyła się zgubieniem paska oraz cnoty. Swojej.
Wyłączył jednak te rozpraszające myśli, które odciągały go od dzikiej paniki na widok oczu Pru.
- Więc - zaczął zdanie od więc nasz mądraliński Sokół, opierając się o umywalkę, która w jego wyobrażeniach odgrywała bardzo ważną rolę. Chociaż Pru ważniejszą. Whatever. - Sypiałem z Chloe- chwała bogu, ze ugryzł się w język, bo już miał powiedzieć sypiam, ale bozia nad nim czuwała nieziemsko. - Wiem, że to nie jest...nie było... - ciągnął, szukając odpowiednich słów i wciąż w niemal naukowym skupieniu studiując twarz Pru, w napięciu czekając na jakąś reakcję, która podyktuje mu, w którą stronę powinien się udać ze swoją przemową. - Wiem, że myślisz o mnie jak najgorzej - a ja naiwny kilka miesięcy temu myślałem, że gorzej już być nie może - ale...to było dla Twojego dobra. - dokończył, zaciągając się.
I takim to sposobem Aiden wygrał nagrodę dla największego bezczelnego kretyna magazynu Cosmopolitan 2012. Rozkładówka w następnym numerze, wyczekujcie!
Ale mówił szczerze - sypiał z Chloe, bo wydawało mu się to najodpowiedniejsze. Związek z Pru był jego jedynym i pierwszym związkiem. W prawdziwym tego słowa znaczeniu. Przedtem i potem - tylko miłostki, tylko fizyczność, bez żadnych zobowiązań z jego strony. Z Wright wszystko było takie, jakie sobie wymarzył. Wsparcie, oparcie, sarkazm, nihilizm, introwertyzm, ironia, docinki, czułość, poznanie rodziny. Nie chciał jej skrzywdzić. Nie chciał psuć tego swoją mocą i niweczyć tą całą idealność. Idealizował ten związek tak mocno, że wolał swoje dość rozbuchane pożądanie wyładowywać na osobie Pru najbliższej. Chloe czasem nawet pachniała jak Pru, często chodziła w jej ciuchach, była jej namiastką, prawie, że kopią, chociaż tak się różniły.
Pytanie, czy Pru wiedziała o jednorazowym akcie erotycznym, czy o ciągnącej się dość długo romansowej historii.
Cała ta zwariowana filozofia życiowa przeleciała przez głowę Aidena - w charakterze ostatniego długiego melodramatu, wyświetlanego sekundy przed śmiercią. Zapewne.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 15:03

Pru było daleko do śmierci. W każdym razie dalej niż do permanentnego stanu agonalnego, który być może nie okazałby się końcem końców, ale zdecydowanie jego początkiem. Po stokroć boleśniejszym, po trzystakroć niebezpiecznym. A już z pewnością początkiem choroby umysłowej. Tak, w chwili obecnej Prudence Wright preferowała w całym melodramatyzmie i światłach jupiterów zemrzeć, niż doświadczać tej niepewności, która z kiełkującego ziarna rozrastała się w ogromne, trujące, destrukcyjne pnącza. Niczym baobab, rozsadzający jej głowę od środka. Przy okazji kilka innych części ciała, których aktualnie nie czuła/były złamane/odmawiały posłuszeństwa.
To oczekiwanie wykańczało ją sukcesywnie, a Pru pewna była mocno, że mniej więcej tak, jak teraz ona, czuli się skazańcy postawieni przed elektrycznym krzesłem bez drogi ucieczki.
Jak to. Dlaczego do chuja pana sama w swojej głowie utożsamiała się ze skazanymi? Ona grała w owej maskaradzie rolę ofiary, to innym powinni założyć na głowę skórzane opaski z gąbka. Niekoniecznie wodą nasączoną. To nie ona miała umierać, jakkolwiek metaforycznie ujmował to Aiden.
Dzięki chybotliwemu u fundamentów zrywowi narodowowyzwoleńczemu, który błysnął w jej świadomości jak przepalająca się żarówka, zdołała nieco wyżej unieść głowę i godność (właściwie zbierając ją z klęczek i zszywając w jedną całość nićmi walecznej odporności), wobec czego spotkanie trzeciego stopnia z collierowskim spojrzeniem nie zostało zwieńczone autodestrukcją natychmiastową. Bo wyobrażała sobie, że spopieli się na miejscu bez nadziei powstania z prochów ponownie.
Na słowo podzięki wobec wątpliwiej uprzejmości Sokoła zdobyć się nie mogła, choćby z racji tego, że papieros w jej ustach był ostatnia rzeczą, która pałętała się w jej zwichrowanych i chaotycznych myślach. Jedyną konsekwencją jego zapalenia było powzięcie do płuc odrobiny nikotyny, gdy zachłysnęła się kolejnym już haustem powietrza, co było dość oczywistą i przewidywalną reakcją na zmniejszenie dystansu między nimi. Nawet jedną ręką. Wystarczająco blisko, by ją odgryźć i spłukać, przepychając toaletę szczotką bądź głową (przy tej myśli Prudence prawie polepszył się humor).
Postanowiła więcej nie tracić nad oddechem kontroli i - podobnie jak czyniła to kilka dni temu, dowiedziawszy się o całym zajściu od Chloe - przejrzeć całą listę argumentów, dowodzących które z dwójki osób jej najbliższych jest winne, a które winniejsze. I pewnie, tak jak wówczas, zwyciężyłaby wątpliwego pochodzenia myśl, iż to Aiden podstaw miał więcej, gdyby nie użyta przez niego forma czasownika. Niedokonany czas przeszły sugerował dużo. Zbyt dużo.
- Sy.... sypiałeś...? - zwątpiła, słysząc w swym głosie niebezpiecznie wysoką i niebezpiecznie wibrującą nutę. - Sugerujesz liczbę mnogą tych... tych - nic dziwnego, że z wrażenia słów jej zabrakło, już nie wysławiała się z goryczą, a jawnym wyrzutem i niesmakiem łamane przez obrzydzeniem - aktów wzajemnej adoracji cielesnej - wydukała stwierdzając - nie pytając, mocno zaciągając się w ramach kwintesencji. Zagryzła dolną wargę, ze skrajnym skupieniem na twarzy i dymem tytoniowym wstrzymanym w płucach. Jej wzrok mimowolnie zjechał w dół, gdzieś w okolice aidenowskich obojczyków. Wypuszczając dym prosto na jego czarną koszulkę uświadamiała sobie jak od słowa do słowa robi się - miast lepiej - coraz gorzej. Nie wiedziała czy chce słyszeć od niego cokolwiek, skoro miało to być już tylko gorsze, ale pewna była, że kolejny pojedynek spojrzeń skończyłby się jej osobistą, druzgocąca klęską. Bądź mordem na nim. W drodze wyjątku i jednym, i drugim.
- Aiden... - błąd. Wypowiedzenie imienia na głos było jawnym sado-maso. Prostu w serce. Kilka sekund na doprowadzenie głosu do jako-takiego stanu. - Wiesz, że ja nie chcę teraz myśleć? Czuję... czuję za dużo, żeby to jeszcze myślą potęgować - no proszę. Mówiła całkiem ładnieskładnie jak na upojenie alkoholowe i aidenowskie. UPOJENIE AIDENOWSKIE. Właśnie. W tej chwili uświadomiła sobie straszliwy fakt ciągłości nieszczęsnego uczucia. Do tej pory wciąż i wciąż. No to kaplica. - Myślałam, że znasz moją tendencję do reagowania na podobne wiadomości ze świata - z każdym słowem przyspieszała, chcąc uchronić siebie od fali mdłości, które ją naszło (tego jeszcze nie było) i jego od gwałtu z zapowiedzią morderstwa, zbliżającego się wielkimi krokami - żeby wiedzieć, że na moje dobro to Ty podobnymi zachowaniami wpłynąć, nie wpłynąłeś - jużjuż prawie dobrnęła do końca wypowiedzi! Geniusz, nie dziewczyna! - Ale z czystej... ciekawości: W JAKI KURWA SPOSÓB chciałeś zapewnić mi dobrobyt jakiegokolwiek gatunku i podtypu, niszcząc moją jedyną nietoksyczną przyjaźń przy okazji umilania sobie i JEJ wolnego czasu? - bo że miło było to wątpliwości nie miała. Aiden, Chloe. Musieli pięknie wyglądać, brzmieć i w ogóle. Mdłości fala kolejna. - I to kilkukrotnie?! - drżący sopran mode on.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 15:46

Błąd, błąd, błąd.
Sokoli wzrok był bardzo przydatny, bo już w sekundę po wypowiedzeniu przez siebie tego niezwykle inteligentnego i powalającego czułością zdania, zaobserwował na twarzy Prudence wielkie emocjonalne tornado. Najpierw lekkie niezrozumienie, przesłyszenie, a potem hulaj dusza, piekła nie ma, zło, gniew, czerwone płomyki jarały mu myśli, Katrina wyrywała domy z korzeniami jego duszy i inne przerażające rzeczy się działy.
Dobrze wybrał miejsce na pogawędkę, obydwoje wyjdą stąd niepełnosprawni. O ile w ogóle wyjdą, a nie zostaną wyniesieni w plastikowych workach. W kawałeczkach. Prawieże się obejrzał, czy nie ma tu jakiś zagrażających zdrowiu i życiu przedmiotów, ale nie, oprócz Pru, jego samego, niezbędnych przedmiotów toaletowych i podajnika na prezerwatywy na monety nie było nic, czym można by zabić.
Ale dość opisu przyrody, czas się przerzucić na opis-prawie-martwej-natury, jaką był Aiden Collier, metr dziewięćdziesiąt dwa wzrostu, jedenaście na dziesięć męskości, dwanaście na dziesięć seksu i zero na dziesięć zdolności do prowadzenia sensownej konwersacji.
Nie czuł się na siłach potwierdzać ilości aktów integracji cielesnej. Zaciągnął się ponownie, czując, że nikotyna nie działa tak uspokajająco jak powinna (jakiś ruski bubel, na pewno) i czując, że zjebał sprawę. Widowiskowo, zjebał sprawę na całej linii mażinota, równiku, południku i nic więcej, tylko się do grobu kłaść prawiczkiem. Nobokurdę, przecież skoro Chloe powiedziała, to CO powiedziała? Bo jak powiedziała coś w stylu wysłałam Collierowi Walentynkę w dziewięćdziesiątym ósmym to MOGIŁA2. Sam strzelił sobie w stopę i w części intymne, a także w skroń. Brawo.
Lecz było za późno, by się po rycersku wycofać. Zwłaszcza, że Pru popłynęła pięknie w rejony wysp szczęśliwych, włączając swój przerażający sopran. I lekko chwiejąc się na chudych nogach. I blednąc bardzo po królewsku.
Aiden znał ją trochę - a właściwie SPORO - więc doskonale wiedział, czym to się może skończyć, jeśli się nie wsadzi zarazteraz Wright w kaftan. I nie poda natychmiastowo do ręki termosu z herbatą.
Chociaż jemu też niewiele brakowało do stanu totalnego porzucenia bytu collierowskiego i rozkurwienia czegoś (umywalki? Pru? lustra?) w drobny mak, tylko po to, by się potem rozpłakać nad swoją głupotą. BO CHCIAŁ DOBRZE, powtórzone razy milion.
- Uspokój się- powiedział chłodno, CHŁODNO. I wyrwał jej z ust papierosa, wyrzucając go do umywalki za sobą. Co było wkurwiające MEGA. Bardzobardzo. Im bardziej w Aidenie buzowały emocje takie jak rozpacz, strach, łomotanie w mostku, ból karku, wspomnień i węzłów chłonnych, tym mniej było to po nim widać. Dlatego teraz sprawiał wrażenie idealnego modelu idealnego mężczyzny z idealnych marzeń o charakterze najchujowszym z możliwych, wypranego w Perwoolu Color Magic z wszystek emocyi.
Po wypowiedzeniu kolejnej złotej myśli rodem z Paolo Coelho, a widząc, że Pru osiąga wyżyny stratosfery i jeśli zaraz nie zapadnie się w sobie albo nie przegryzie mu tętnicy swoimi ząbkami, Aiden przedsięwziął czyn.
Rodem z kursu pierwszej pomocy.
Mianowicie - wcześniej wyrzuciwszy swojego papierosa, by dokonał żywota razem z prudkowym - złapał dziewczę za nadgarstki, mocno-mocniusieńko (coby nie upadła na podłogę/nie uderzyła się o coś/nie zaczęła się samookaleczać albo co gorsza okaleczać jego!) i trzymał ją stanowczo na odległość zgiętych łokci.
To jedyne co mógł w tej chwili zrobić, by Pru ze stanu hiperwentylacji przeszła do stanu zużywania energii życiowej na koncentrowanie się na innych rejonach swojej egzystencji. I żeby go posłuchała. Bo nie oberwała jakąś specjalną skumulowaną dawką chcęseksuterazjuż. Tylko jej połówką.
Przez chwilę się wahał. Czy powiedzieć to-miłosne-wszystko, co w nim teraz próbowało umrzeć śmiercią naturalną czy brnąć w złości i niesnaski i trzecie rzesze. Decyzję powziął głupią (SZOK) i w to w jednej sekundzie.
- Pru, jesteś aż taką zapatrzoną w siebie kretynką? To TY ze mną zerwałaś - prawieże wywarczał, ściskając ją mimowolnie mocniej za delikatne nadgarstki. Co i tak było małą miarą sukcesu. - Myślałaś, że po tym związku - związku z którym wiązałem wszystkie swoje dickensowskie wielkie nadzieje, bo cię, pokręcona wariatko, kocham, to jest kochałem, oczywiście, nigdy nie kochałem - założę jakieś kółko celibatu? Pretensje możesz mieć tylko do Chloe, nie do mnie - dokończył swój emocjonujący warkot, czując, że coś mu w środku się wywraca i upada i przetrąca piątą klepkę. No tak, chciał załagodzić spór - wyszło mu to fenomenalnie.
Puścił więc jej nadgarstki i chciał się odsunąć w tył, jednak przeszkodziła mu w tym umywalka, o którą się uroczo obił biednymi kostkami. I zaklął. Dość perfidnie, a przy Pru nigdyprzenigdy brzydkich słów nie używał.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 16:43

Wright z kolei brzydkich słów używała. Nieistotne czy przy nim, czy nie, robiła to i tyle w chwilach wzrostu napięcia i natężenia emocji głębokich, przez jej wątłe ciało falami przepływających. A kiedy pierdyliard owych ładunków uderzało na raz jeden, acz konkretny - używała ich częściej i mocniej. Cisnęły się jej na usta i myśl, która jak dotąd nigdy nie zdawała się aż tak wulgarna, słowa ociekające jaden i brzydotą. Kolejny zuy wpływ Colliera. Męska dziwka. Żachnęła się, gdzieś w przerwie między salwami ostrzału terrorystycznego ze strony Aidena aka her-favourite-nightmare.
Mówił prosto i bez farmazonów, utartych słów stosowanych na odczepnego lub przeciwnie - by przypodobać się za sprawą wątpliwej szczerości przeprosin. Co jedynie utwierdziło Pru w przekonaniu, na kogo ma przelać powódź wyrzutów, wrzasków i aktów agresji spośród duetu zdrajców.
Wróćmy jednak do początku przemiłej dla ucha przemowy Aidena. Szczególnie dla Prudkowego ucha. Bo może postronny obserwator by nie wyczuł w jednej, krótkiej komendzie nic poza spodziewanym, potwierdzanym treścią, chłodem, ale Wrightówna wyczulona na nieco głębsze sugestie była. To jest wkręcała sobie bardzo. Że nie prosi jej jedynie o uspokojenie chwilowe, o zapanowanie nad drżeniem kolan/duszy/głosu, TYLKO, a raczej aż, o całościowy ogar, sięgający kilka dni wstecz i kilka lat wprzód. Żeby się uspokoiła, znaczy żeby mogła uniknąć policzka wymierzonego jej ze źródła jakiegokolwiek, w ramach tendencji do zbytecznego unoszenia się egzaltacją, która - umówmy się - w warunkach obecnych prowadzić może jedynie do przerostu formy nad treścią i pierdoleniem od rzeczy.
Co w większym (niemal matematycznym) skrócie oznacza konkrety. Odrobinę ugodziła w Prudkowe ego przewaga Sokoła płci męskiej, objawiająca się logiką i racjonalizmem. Hejże, to ONA powinna świecić przykładem rozsądku i odsuwać od siebie porywy głosu serca, nieco zbyt rozhulanego ostatnio swoją drogą, jak przystało na introwertyczkę i skrajną miłośniczkę rozumnego podejmowania decyzji. Co do słów powiedzmy. Więc owe musiała ograniczyć.
Tak, perfekto! Chwila dywagacji w głowie i nagle wszystko zdaje się prostsze! Dlaczego wcześniej nie zdecydowała się na chłodną obojętność wobec poszturchiwań zranionego serduszka, nojacię nieomal prychnęła, czując jak roooośnie potęga rozumu.
Ale poza tym coś jeszcze.
Coś niebezpiecznego rośnie bezpiecznie wolno, ktoś coś dawkuje. Uczucie podobne do tego, które zaofiarowała jej... ekhm, Chloe przed weekendem, kiedy jeszcze zaofiarować jej cokolwiek mogła, tylko jakby przez przewód kroplówki przepływające. Kropla po kropli, napełniało ją - wydrylowaną z wszelkich ekscytacji ofiarę - coś przyjemnego. Nie, zaraz. To nie było przyjemne, tylko oświecające. No pięknie. Ze świadomości więźnia rodem z Zielonej Mili czy innego badboyowego westernu, przytwierdzonego rzemieniami do morderczego drewna, wkomponowała się w biblijnego Szawła, chwilę przed zmianą personaliów.
I zaprzeczam tu trzykrotnym iksem - to wcale nie aidenowska moc. To wszystko żywa perswazja, wzbogacona dodatkowo kontaktem fizycznym i wzrokowym, bo jeszcze chwilę przed nagłym olśnieniem (jakim - dojdę do tego) podniosła gwałtownie wzrok. A był on mocny i jeśli przeszklony, to tylko grubą szybą zdecydowania i emocji wcalenieskrajniezłej. Natknęło się na mniej silne, a przy tym mniej jasne w odczycie dominacji konkretnego uczucia, spojrzenie Colliera. I wszystko.
Nazwij to błogosławieństwem bogini mądrości, gromem z jasnego nieba czy samoczynnym przelaniem się czary. Ona już wie.
A on zaraz się dowie.
Gdy puścił jej nadgarstki (rozpalone do białości i pulsujące zapowiedzią bólu i siniaków), nie miała wątpliwości co i jak należy odpowiedzieć. Nie na odczepnego.
- Tak, zerwałam z Tobą. Tak, Ty dobrze wiesz dlaczego. Nie, nie jestem kretynką. Chociaż beznadziejnie zapatrzoną w siebie - przełknęła ślinę, czując, że zbliża się do sedna i wzmagając koncentrację na tyle, by nie uszedł jej choćby najdrobniejszy element zmiany mimiki twarzy Aidena, w końcu zaraz miało się tu dużo wydarzyć. - Nie, nie w siebie. W Ciebie - uderzeń serca już nie słyszała, zlewały się w ciągły, przerywany histerycznie pobieranymi wdechami, turkot. - Kocham Cię. Kurwa.
Mogła krzyknąć, wydrzeć japsko tak, by do sąsiednich galaktyk dotarło echo, ale opanowanie ma swoje granice, a w tej chwili - tym wypadku - przy tym człowieku głosu już nie ogarniała. Święty Paweł przecież też nie brzmiał jakoś bohatersko, prawda? Mógł sobie od czasu do czasu pozwolić na jeko-szept...
Jak Prudence Wright, która brzydkich słów używała w chwilach wzrostu napięcia i natężenia emocji głębokich, przez jej wątłe ciało falami przepływających. A teraz jakaś malutka część świadomości, która przynajmniej oscylowała w okolicy racjonalizmu, podpowiadała jej, że głębszych ani mocniejszych emocji już nigdy i nigdzie więcej niż tu nie będzie - w zdezelowanej, chirurgicznie białej i cuchnącej dymem tytoniowym przemieszanym ze środkami czystości, łazience dla niepełnosprawnych. Obłąkanie kwalifikuje się pod niepełnosprawność umysłową, prawda? Miłość jest rodzajem obłąkania, prawda? Właściwi ludzie we właściwym miejscu, a jakże.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 17:32

No to pięknie.
Gdy Pru podniosła swoje szkliste oczy na jego, już przeczuwał, że zaraz meteoryt trafi w ziemię a ta niepokojąca kometa Halleya, zgodnie z collierowskimi obliczeniami, prowadzonymi od kilku dobrych lat, pieprznie może nie w Tokio, ale w Crown na pewno. Grzebiąc pod brokatem, cekinami, wódką, nagimi ciałami, brudnym dachem i gwiezdnym pyłem setki osób wiksujących do beznadziejnej muzyki i dwoje neoromantycznych, njufalowych kochanków z Werony. Pozbawionych balkonu (chyba, że takiego dla niepełnosprawnych/osób starszych) pnącza winnego, białej gołębicy, chrztu w Jordanie, drabiny i Merkucja czyhającego za drzwiami.
To się nazywa Sokola intuicja.
Słuchając potwierdzeń i zaprzeczeń Pru, kontrolnie spojrzał w dół, czy aby przypadkiem nie trzyma jej za rękę dalej powodując jakieś dziwne słowotoki prawdofałszowe, lecz nie, już od dłuższej chwili jego dłonie opierały się o umywalkę. Trzymając ją w kurczowym uścisku, tak, że napięte mięśnie jego dłoni ślicznie się uwydatniały. Gotowe na złoty strzał albo strzał w tył głowy albo w połaskotanie lufą colta swoich migdałków. O ile kogokolwiek w dzisiejszym oralnym świecie takie coś by połaskotało.
Już otwierał usta, by potwierdzić jej egoizm, zapatrzenie w siebie, w swoją przyjaźń i ogółem w siebie, gdy ścięto go z nóg.
Coś jak bomba atomowa - piękny, jesienny wieczór, listki szeleszczą na wierzbie, dzieci skaczą przez skakankę, szumi wiatr, potem wiatr szumi głośniej a sekundę później tkanki rozpływają się w powietrzu, kości zamieniają się w gąbkę, gałki oczne wybuchają. Po dwóch sekundach nikt nie został żywy.
To by było na tyle, jeśli chodzi o romantyczne opisy.
I o zdrowie psychiczne Aidena Colliera, które od pamiętnego rozstania doprowadzał do stanu używalności publicznej i społecznej. I już prawie nie klął w poduszkę po nocach, naprawdę. I nie spalał zdjęcia Pru - a potem prosił Zachary'ego by cofał czas, by mógł je spalić znowu i znowu i znowu i znowu, bo w swej Sokolej bystrości nie wpadł na pomysł udania się do punktu ksero. I nawet... i nawet nie warto wspominać o innych bardzo-nie-aidenowskich-sytuacjach.
Lepiej wytykać błędy Pru. Na przykład - przypatrywanie się jego twarzyczce było błędem.
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, więc Wright mogła doznać szoku, widząc, iż Aiden nie ma na swoim pięknym licum ironiczno-chamskiego uśmieszku. I że jego oczy nie są miękko-czekoladowe ani stalowo-czekoladowe ani miodnie-brązowe. I że po prostu po raz pierwszy odkąd się znają, a znają się sto lat samotności albo i dłużej, na twarzy Aidena pojawiło się coś takiego jak uczucia-miotające-nim-wewnątrz.
Zapisać w annałach, natychmiast.
A miotało nim jak szatanem (emocjonalnie). Coś pomiędzy mocnymi zawrotami głowy, chęcią padnięcia tu trupem oraz chęcią rozryczenia się jak ostatnia baba. Pierwszy raz w życiu. No, dobrze, drugi. Co było dla Aidena czymś w rodzaju śmiertelnego szoku, hamującego nieco łzawienie oczu.
Aiden płakał pierwszy raz w wieku lat siedmiu, kiedy to tatuś uprzejmie poinformował go, że ukochana mamusia umarła przez niego. Aiden płakał drugi raz w wieku lat osiemnastu, kiedy to Pru uprzejmie poinformowała go, że go kocha. Dość spory rozstrzał czasowo-emocjonalny.
W każdym razie, fakty, fakty. Aidenowi oczy się zaszkliły, lecz tak typowo po męsku. Sam nie wiedział dlaczego. Zazwyczaj emocji nie wyładowywał, tylko zbierał je w sobie jak drogocenne skarby. Lecz teraz Pru uderzyła go w tak czuły punkt, że miał wrażenie trzęsienia ziemi i innych romantycznych zjawisk metafizycznych.
Lecz zaszklenie się oczu, rozchylenie ust i ogólna emocjonalność jego twarzyczki nie trwała długo. Zaledwie sekundę. Lecz Pru to musiała zauważyć, choleracholeracholera.
Po tej POTWORNEJ oznace słabości totalnej, Aiden po prostu się odwrócił przodem do lustra i umywalki, a tyłem do osobyktóragokurwakochałaonagokochałakurwa odkręcił kran i z całą gracją, na jaką było go stać, schylił twarz pod strumień lodowatej wody. Z chęcią utopienia się na śmierć. I utopienia tego potwornego uczucia w dole brzucha, które chciało dać mu właśnie emocjonalny orgazm. I utopienia natychmiastowych wyrzutów sumienia. I otrzeźwienia go, nobosory, na pewno się przesłyszał. Albo to przez moc. Może nie zabrał tej cholernej ręki? Może jej coś USZKODZIŁ, dając tak małą dawkę mocy? Może może może może to jest jakaś wesoła iluzja i teraz Pru wesoło się śmieje, widząc, że jego, męskiego, testoronowatego i w ogóle SMFAH mężczyznę doprowadziła prawie do płaczu z szoku/bólu/radości/tragedii/żałoby/spełnienia marzeń.
Po tym lekkim samobójstwie wyprostował się na dłoniach opartych o umywalkę i patrząc na odbicie Pru w lustrze ( TAKIE TO HIPSTERSKOFILMOWE) powiedział, głosem już całkiem spokojnym - Powtórz to.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 18:17

Niepewność Aidena Colliera. Jasne, całkiem dobre sobie, całkiem nienormalne, całkiem reserved for elite. Ale pewka, oczywistym było, że spodziewał się raczej dojrzałych grypsików z poziomu jego portek, kilkurazowych uderzeń kolanem w tamtejsze okolice, jakiegoś sytuacyjnego ugodzenia w collierowskowygórowane ego (tak w ogóle to tak powinien brzmieć najnajwyższy stopień "wygórowanego"), upodlenia, spopielenia i roztrzaskania skroni o porcelanę.
Zaakceptowała niepewność, bo była spodziewana i być może kiedyś tam w poprzednich wcieleniach i dekadach, zdarzyło się Prudce być świadkiem zawahań Aidena. Przy egzystencjalnym problemie doboru odcienia szarości krawatu, który byłby kompatybilny z podeszwami jego butów, powiedzmy. ALEALE (!) całej palety barw i kolorów emocji, które targnęły nim w sekundzie następnej - nie doświadczyła never ever.
Umówmy się - zawsze było między nimi ładnie składnie i powabnie. Byli duetem, nie parą, całkiem dobrze się rozumieli, całkiem konkretnie spełniali swoje wzajemne oczekiwania i potrzeby. Z wyjątkiem kilku cielesnych ograniczeń, wytyczonych przez - o ironio - mężczyznę. I to permanentnie rozerotyzowanego. Ale bez tej zbędnej dygresji się przecież obejdzie.
Jeśli Prudence za czasów świetności i szlachetności zaskakiwała go, to było to raczej oczywistą konsekwencją, wiążącą się z poznawaniem drugiej osoby. Jeśli raniła - raczej celowo i z nadzieją na szybki powrót do stanu homeostazy bezwzględnej, bo rzecz nie tyczyła się dramatów emocjonalnych. Gdy uszczęśliwiać jej było dane - w zasadzie w dupie miała czy on osiąga owej radości apogeum, przechodziło to zgrabnie i płynnie na nią samą. A nie trzeba dodawać, że aidenowskie marzenia spełniała generalnie samą egzystencją i mogłaby leżeć i pachnieć, by był spełnionym człowiekiem. (Jasne)
A teraz stała przed nim, a właściwie on przed nią i jedyne określenie trafiające w sedno, które wyświetliło się różowym neonem w głowie Pru to nagi. Aiden Collier stał przed nią ogołocony z pozorów i gry. I znów pasują do siebie niekoniecznie jak elementy układanki, prędzej zazębiają się niczym błyskawiczny zamek. Bo ona czuła sie podobnie. Przecież otworzyła się przed nim totalnie i totalitarnie, a totalizator sportowy mógłby z powodzeniem ogłosić jedną trafioną szóstkę w ostatnim losowaniu. Coś jak blondwłosa posiadaczka długichdonieba nóg z okolic Londynu. Która teraz czuła się zwyciężczynią i mogła bez potrzeby wyjaśnień unieść w górę laur zwycięstwa.
Nie żeby z rozsypki emocjonalnej Colliera się cieszyła. Tylko z emocji. Bo zwątpiła przez chwilę, obawiając się, że jej dość bezpośrednie wyjawienie natrętnych uczuć, sam nimi obdarowany przyjmie z dystansem, szyderą i generalnym zestawem tortur, wkładając go prostu w prudkowe raczki. Albo wykorzystując je na niej od razu, przecież sama siebie nie okaleczy. W związku z tym mała miksacja na twarzy i w całej posturze Aidena zdała się jej p r a w d z i w a.
GLORIA.
Odwrót na pięcie zaakceptowała, w końcu musiał sobie ukryć w cierpieniu czy tez ukryć odruch bezwarunkowy w postaci zesztywnienia pewnych części ciała, tj. rąk (gdyby dozwolone było wkomponowanie w post emotikonki użyłabym tu skrótu literowo-cyfrowego "osiem-de"), skoro postawiony przed takim faktem został. Odczekała chwil kilka, nim ogarnął się (fizycznie, bo wątpiła w trzeźwość umysłu; nie tylko jego), po czym drżąca dłoń wyciągnęła przed siebie, kładąc ją na Aidenowskiej talii (mężczyźni mają talię, prawda? PRAWDA?!) i próbując swą gigantyczna siłą zmusić do odwrócenia. Co jak co, ale odbiciem w lustrze się nie zadowoli, jeszcze później będzie mógł jej wmawiać, że wcale nie powiedziała tego prosto w jego oczy, że kłamała i w ogóle to wyobraźnia ja poniosła.
Zakładam, że udało się Wrightównie, bo nie chcę na decyzję oczekiwać przez kolejne epopejowe posty.
- Kocham cię, Aiden.
Uwaga. Była śmiertelnie poważna. Nie uśmiechnęła się uroczo, przepraszająco, czy wybaczając. Ściągnęła brwi, skupiając się na tyle, by włożyć w te trzy słowa tyle prawdy, ile tylko jest w stanie wynieść ze swojego, pewnie już piętnaście razy omdlałego, serca. HOW ROMANTIC.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 19:16

Duma i uprzedzenie Sokolich gwiazd, czyli nowy harlekin.
Z nagim Aidenem Collierem - to powinno zapewnić powieści czy też noweli popyt przewyższający nakłady Harrego Pottera, wspomnień Pippy-siostry-Kate i Biblii Tysiąclecia w przekładzie rastafarian. Nagim uczuciowo, nagim emocjonalnie, nagim człowieczo. Co mu się bardzo nie podobało.
Może dlatego wolał być nagi i mokry niż jakoś tak samotnie nagi. I nagi w lustrze, obserwując jak ostatnie strumienie wody spływają mu po arystokratycznym nosie i bękarcko wysokich kościach policzkowych; jak zjeżdżają wesoło z kącików oczu - czy tak wyglądałby, jakby się rozpłakał? Może nie było tak źle, jak myślał? - i schną dopiero w bliźniaczym kąciku ust. Który zawsze był jak parasol ochronny, nieuchwytnie wygięty w uśmiechu pogardy i kpin. Dzisiaj skierowanym do samego siebie.
Pewnie ten autoerotyzm i narcyzm potrwałby dłużej, może nawet Aiden utopiłby się w swoim spojrzeniu jak mitologiczny chłoptaś, gdyby nie parząca - dlaczego? jakim cudem? - dłoń Pru, szarpiąca go niemiło pod żebrami (niech będzie, że Aiden talię posiada!) i odwracająca w swoją stronę. Rzecz jasna, bez współpracy ze strony samego posiadacza talii się nie obyło, muskulatura dziewoi nie była aż tak enormous, żeby posuwać czy też przesuwać takie wychudzone chłopię jak Aiden. Współpracował więc, acz niechętnie. Lustro dawało mu jakiś margines bezpieczeństwa, jak woalka panny młodej na ślubie - niby nic, a jednak spokojniej, luźniej, bezpieczniej, bardziej...dystansowo. Nawet jeśli była to tylko iluzja, bo i tak w nocy poślubnej zostanie bestialsko wyru...wyrwany ze swojej codzienności. Czy tam...nieważne, co to jakieś ślubne aluzje się pojawiają, skoro nawet nie było aidenowskiego yes, i do, i will always love you.
Kiedy znów spojrzał jej w oczy, swoje miał całkiem suche. To znaczy, suche bezłzowe, bo jego twarz dalej ociekała wodą. I nie tylko twarz. Czuł, że woda cieknie mu wzdłuż kręgosłupa. I po szyi. Jakby wszystkie uczucia, zamrożone w lód w jego emo serduszku się roztapiały, powodując mrożący krew w żyłach zalew terenów zagrożonych skażeniem biologicznym.
- Kochasz mnie - powtórzył, bez drżenia głosu, praktycznie bez intonacji i bez uczuć, znów, bo uczucia wepchnął sobie z powrotem do gardła i do umysłu. W którym bardzo ładne zdania się układały. Kochasz mnie, pomimo tego, że Cię zdradzałem, sypiałem z Twoją najlepszą przyjaciółką, zachowywałem się podle i wieleinnychniefajnych rzeczy? Bardzobardzo chciał wypowiedzieć to na głos, ale sokoli zdrowy rozsądek subtelnie szeptał mu do uszka stul dziób,pedale.
Więc stulił, czując się nieco odurzony. Jakby ktoś zamieszał z czasem - podobnie czuł się często, gdy Zach używał mocy w jego pokoju. Wstawał wtedy rano i przez chwilę miał wrażenie, że brakuje mu kilku dni, godzin i palców, ale po chwili zapanowywała równowaga i wszystko było w porządku.
Teraz sam nie wiedział, czy jest w porządku. I musiał się do kurwynędzy ogarnąć, bo ile można stać i patrzeć się na Pru, oddychając nieco zbyt ciężko. I drżąc - o boże, drżąc - bo woda jednak była za zimna a jego ciało za gorące.
I Pru była za blisko.
I Aiden nie za bardzo nad sobą panował w danej chwili.
I w ogóle wszystko było jakieś takie w slow-motion z muzyką Radiohead w tle, nic więc dziwnego, że Aiden zamiast powiedzieć coś mądrego (w stylu DZIĘKI ZA KOCHANIE MNIE, TO PAPATKI), spowodowanego zbyt wielką amplitudą emocyj emocjonalnych, po prostu złapał Prudence za włosy, może trochę za mocno i dość aidenowsko odchylił jej głowę do tyłu. Coby mieć dostęp lepszy do jej szyi, która wyglądała tak niewinnie i dziewiczo, że aż prosiła się o delikatny pocałunek. Z zębami. I językiem, pieszczącym jej bladą skórę od obojczyków, po to ciepłe miejsce za uchem i samo ucho. Które sekundę później obsypał zmysłowymi pocałunkami i owiał ciepłym, swoim oddechem.
Nie pamiętał kiedy ostatnio całował jej skórę, kiedy ostatnio czuł, jak Prudence Wright smakuje, pachnie i jaka jest ciepłota jej ciała. Przez co dalej lekko, po dziewiczemu wręcz - szejm! - drżał i dłonie, trzymające krótko jej włosy, też drżały i usta mu drżały przy jej gorącej skórze i cały był jakoś dziwnie rozedrgany i rozmyty.
Żeby się więc jakoś ugruntować w czasie i przestrzeni, pozwolił jej głowie wrócić do stanu pierwotnego i pocałował ją w usta, tak satysfakcjonująco, tak zmysłowo, tak, jakby nie całował jej od miesięcy - co było stuprocentową prawdą.
Cóż, całowanie nie było może dobrym ja Ciebie też, ale Aiden unikał uczuć jak ognia, nic więc dziwnego, że nie rzucił się na kolana z pierścionkiem zaręczynowym. Podejrzewał zresztą, że większą przyjemność sprawiłby jej dając jej przyjemność.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?




Ostatnio zmieniony przez Aiden Collier dnia Pią 24 Lut 2012 - 13:53, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Czw 23 Lut 2012 - 21:25

Zawirowania i zachwiania praw fizyki wpisywały się w schemat The Crown od dziś. Prudence cała jako cała Prudence i Prudence cała jako Prudence w częściach, w tym każda jej część z osobna i wszystkie na raz, chórem i w kanonie powzięły jeden, ogromniasty, spazmatyczny oddech właśnie w chwili, gdy Aiden Collier powtarzał, wypowiedziane dotąd dwukrotnie w tych romantycznych okolicznościach i lokacji, słowa. Tym samym uświadomił ją.
Chciała przez sekund kilka zastanowić się, jak brzmiała, składając te ukryte pod gruzami feudalizmu obietnice przyszłości wspólnej w domku w górach, z gromadką, genetycznie wykształtowanych na ludzi pokroju najpiękniejszych, dzieci; z nie-wypielęgnowanym ogródkiem i minimalistycznie urządzoną sypialnią. Minimalistycznie tj. łóżko. Jedne drugie trzecie, wodne, materac, baldachim. A w tym wszystkim oni, gubiący się między pragnieniem i nasyceniem, kroplą pożądania w morzu codziennej ekscytacji sobą i STOP.
Tej pani już dziękujemy, zwróćmy uwagę na osobnika na przeciw. Czyż nie wygląda na najszczęśliwszego pod słońcem? W porywach może nawet we wszechświecie? Racja, jakiś deszcz spadających migoczących kolorowych meteorytów przydałby się w ramach rekompensaty za brak fajerwerków.
Które nadeszły z odsieczą w głowie i żołądku Pru, kiedy Aiden Collier złamał zasady. Niepisane zasady ograniczenia kontaktu fizycznego z przyczyn... hmm, oczywistych. W razie ich złamania, (gdyby uczyniła to Pru) jej sumiennie budowany światek, pełen roztropności i pruderyjności ległby w gruzach, przydeptywany Aidenowymi stopami w rytm tańca wojennego pierwotnych plemion indiańskich. Ale jemu zawsze było wolno więcej. To on hamował i odsuwał od siebie wierzgającą kończynami w komplecie na wszystkie strony w trójwymiarze Pru, rzucając spojrzenie pełne "zapanujnadsobąmizmu".
Dlatego sporym wyzwaniem i koniecznością, swojego rodzaju przełamania, musiało być doświadczanie wszystkiego, co właśnie bez pardonu ani pedału hamulcowego serwował jej Collier. Kilka minut temu znienawidzona, upodlona jednostka, którą najchętniej wysłałaby w formie sproszkowanej na Sybir, a teraz? Marzyła o tym, żeby dystans między nimi zmniejszał bardziej, szybciej, jeszcze.
MÓWIŁAM, ŻE SPEŁNIAJĄ SWOJE MARZENIA, HA! Bo teraz on, a konkretniej jego zęby/usta/dłonie były tam gdzie trzeba. Czyli na jej ciele. Nieomal podskoczyła z zachwytu w akompaniamencie pisków groupies w szale Pruiden'owego uwielbienia, kiedy tu - na koronerskiej scenie - rozgrywały się tak lubieżne akty demoralizacji panienki Wright. Która o pruderyjności zapomniała.
- Tęsknię za tobą - mruknęła, rozchylając usta w prawie-niemym zachwycie, czując jak jej gałki oczne automatycznie wywracają się powoooooli, pod uczuciem nacisku collierowskich kłów. Nie wiedziała, w którym momencie pierdolnięta siła nadprzyrodzona jej osobistego boga seksu zacznie działać, ale wierzyła, że owo sztuczne pożądanie nie może różnić się wiele od tego, którego doświadczała, będąc tak naprawdę z nim pierwszy raz od kilku miesięcy. Dłuuugich, obfitujących w mało kreatywny sposób spędzania wolnego czasu (co widziała teraz - świadoma jak je spędzać mogła) miesięcy.
Celowo nie użyła czasu przeszłego, coby pokibicować jego dalszym, skutecznym jak dotąd staraniom, w celu osiągnięcia zbliżenia ekstremalnego. W ramach upewnienia go co do słuszności podjętych kroków, wplątała palce jednej ręki w jego włosy, drugą szukając kontaktu z zarysowaną perfekcyjną muskulatura, płaszczyzną jego torsu. Całego. Od żeber po kości biodrowe i znów aż do lewego obojczyka. Naparła na Aidena całą sobą (co pewnie przyparło go do muru tudzież umywalki i generalnie przytłoczyło, ta masa w końcu!), wyczekując momentu, który... właśnie nastąpił.
Zetknięcie jej zachłannych, z jego rozpalonymi, warg było jak wybuch bomby atomowej głowie Prudence - oślepiające, ogłuszające, znieczulające. Mordercze dla wszystkiego i wszystkich poza nimi. I umywalki, która pewnie już nielekko uwierała Aidena w tyłek. Pru pomasować może jak coś, ale to zaraz, jak skończą się balety języków wśród idealnie układających i wpasowujących się w siebie warg. Chociaż nie, raz coś Prudce nie do końca spasowało, toteż musiała na chwilę przerwać artystom, w chwili całkiem nieziemskiego battements tylko po to, by zagryźć collierowską górną wargę i w półuśmiechu pociągnąć do siebie. Też za mocno - w ramach rewanżu za włosy.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Pią 24 Lut 2012 - 14:35

Jeśli chodzi o zakładanie fundacji spełniamy marzenia, to Aiden był wręcz książkowym przykładem takiej instytucji. Bo nie było w St. Bernard takiej dziewczyny (prawie, pomijając kilka lesbijskich jelonków i cnotek, nie wiedzących nawet, czym jest łechtaczka), która chociaż raz nie fantazjowałaby dość zbereźnie o tym Sokole, no wiesz, ten wysoki, z E150, o tamten, och. Nawet nie znając jego imienia. Ani numeru telefonu. W skrajnych przypadkach - to jest, kiedy był albo szalenie szczęśliwy albo szalenie smutny albo szalenie pijany (jego moc wymykała się spod kontroli i promieniowała z jego ciała jak z milusiego fluorescencyjnego reaktora w Czarnobolu w stanie wielkich emocji bądź upojenia czymkolwiek) - wystarczyło, że kogoś minął, a już przypadkowo stoicki przechodzień miał palpitację serca. Coś jak owadożerne kwiaty - piękne, cudne, nęcące wyglądem, zapachem i smakiem - Aiden także był tak zaprogramowany. Rzecz jasna, nie czuł swojego oszałamiającego feromonami zapachu ani nie czuł swojego smaku . Lecz dobrze widział, jak działa na innych ludzi.
Na przykład na Pru, która właśnie powodowała poparzenia ósmego stopnia na jego klatce piersiowej, naciskając na niego całym ciałem. Przez co, faktycznie, coś go zabolało, a raczej zabolałoby, gdyby zwrócił na tu uwagę. A nie zwrócił, bo skoncentrowany był tylko na drobnym i parzącym ciele dziewczyny.
Czując mocne przygryzienie wargi wziął głęboki, spazmatyczny wdech, prosto z jej ust. Akcja spowodowała reakcje, puścił jej włosy, rozsypujące się teraz po jej ramionach i dłonie przeniósł pod jej bluzkę. Na płaszczyznę brzucha a potem na wystające żebra.
A potem złamał zasady. Again.
Rozpinając stanik (bo zapięcie miał z przodu, tak po hipstersku) i niecierpliwymi, ale już na pewno nie drżącymi dłońmi dotykając i pieszcząc jej piersi. Przez co przestał ją całować, na chwilę, i przestał oddychać, na dłużej, bo cała zdolność do myślenia, odczuwania i wszystkiego spłynęła mu do koniuszków palców.
Podobnie pewnie zachowywałby się jako prawiczek, ale to był taki pierwszy raz. Do tej pory ich urocze dotykanki, mizianki i macanki kończyły się (BRUTALNIE) na linii bielizny. Albo i ciuchów. Po natknięciu się na moralną przeszkodę Aiden, wyjąc wewnętrznie z niespełnienia, lecz z kamienną twarzą, odpychał rozanieloną i rozpaloną Pru na drugi koniec łóżka/kanapy/ławy/materaca a sam odsuwał się na jakieś kilka metrów. Obydwoje tracili zmysły z pożądania - on naturalnego, ona tego sprowokowanego - co prowadziło do kłótni, niesnasek lub obarczania się wyimaginowanymi winami. Po czym Aiden dzwonił do Chloe, by miło spędzić razem czas, a Pru (zapewne) dzwoniła do Chloe, by pokląć trochę na tegokretynacotoznowudziewicęzgrywa. Czyli, że słodko było.
Ale teraz było inaczej, bo Aiden nie myślał, tylko musiał. Musiał ją dotykać, żeby się upewnić, że to ona, że jest jego jedynie i wyłącznie.
Dlatego zjechał językiem do jej szyi, nie przerywając pieszczenia wprawnymi dłońmi jej gładkich i pełnych piersi. To znaczy, jedną ręką. Bo druga, zupełnie bez wiedzy mózgu, umysłu i instynktu samozachowawczego powędrowała pod nieprzyzwoicie krótką spódniczkę, wyrywając z ust Pru równie nieprzyzwoity jęk.
Już-już, miał umierać wewnętrznie i zewnętrznie i rozpadać się na miliony kawałków, a także rozpocząć ściąganie z Pru eleganckiej bielizny i paść przed nią na kolana i zacząć całować ją od kostek przez kolana aż do ud i kości biodrowych, gdy poczuł jej dłoń na swoim bolejącym rozporku.
Co go, o święty paradoksie, otrzeźwiło.
Bo retyrety co on robił. Przekroczył cienką pulsującą na ostrzegawczy pomarańcz linię o jakiś milion kroków. I chciał zrobić kolejny miliard, teraz, zaraz, tutaj, bo czuł, że umysł i inne napędzane krwią rejony mu zaraz eksplodują.
Ale to byłoby nietak. Nie tak, jak sobie obiecał.
Odepchnął więc brutalnie jej rękę, oderwał swoje dłonie od jej ciała i zrobił trzy wielkie kroki w prawo, lądując plecami na chłodnych -chwała bogu - kafelkach ściennych mejd in ajkija. Wyglądając jak obraz seksu i rozpaczy. Rozczochrane włosy, spuchnięte usta, rozszerzone źrenice, głębokobrązowe tęczówki, spazmatyczne i histeryczne wręcz oddechy oraz drżące - ZNÓW - dłonie.
- Nie....nie tutaj - wychrypiał, o tak, bo głos też mu ładnie dygotał. Jak jeszcze nigdy. I uwaga, dał nadzieję! Nie tutaj - bo naprawdę, nie tutaj. Jeśli już miało między nimi dojść do zbliżenia, to chciał, żeby to było idealne. Żeby ona chciała-sama-z-siebie, nie przez niego. Żeby to nie była ubikacja dla niepełnosprawnych. Tylko na przykład luksusowy jacht w pobliżu Wysp Kanaryjskich. Albo wygodne łoże z pałacu Buckingham. Albo chociaż jego pokój, wśród rzeczy pachnących nim, z walającymi się jej ulubionymi książkami wszędzie.
I nie teraz, nie tego samego dnia, kiedy ktoś robił mu coś miłego w toalecie piętro niżej, nie teraz, żeby nie pokazać, że jedno kocham cię załatwia sprawę seksu (dowód miłości! o tak, drogie bravo!).
To nic, że skręcało go z wręcz realnego bólu psychicznego i fizycznego, i że czuł się tak, jakby serce zaraz miało wyskoczyć mu z piersi. O tak, teraz trzeba by całemu wskoczyć pod lodowaty prysznic.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Pią 24 Lut 2012 - 15:36

Prudence podejmowała dobre decyzje. Utwierdzała się w tym przekonaniu sama, ale pomagały jej w osiągnięciu krytycznego punktu samouwielbienia z tej okazji, reakcje Aidena. No popatrz, takie najzwyczajniejsze w świecie połączenie jej zębów z jego wargą, którego Ajda nie przyjął z akceptacją i aprobatą, tylko roztrzęsieniem i spazmami. Po raz kolejny Pru naszła ochota by podjąć próbę ugryzienia się ze szczęścia w tyłek. Albo nie się.
W oczywistej konsekwencji Wrightówna założyła, że powinna dalej, znów, harder, better, faster, stronger, wobec czego już nie tyle przekraczała (razem z nim) granice (tylko w jego głowie), a konkretniej - zapomniała o nich. Pozwoliła barierom odpłynąć na wody szerokie, głębokie i dalekie, gdzieś... nie wiem, do sąsiedniej ubikacji, gdzie - jak zakładała - działy się akty podobne, tylko że z obsadą nie tak urodziwą, pożądliwą i wręcz oskarową. Serio, musieli przepięknie komponować się z surowym wystrojem toalety i generalnie ze sobą nawzajem. Wysoki aidenowskogrecki bóg i delikatnej urody śpiąca królewna.
Tak, śpiąca, bo wciąż miała wrażenie, że to jedynie senne mary. I generalnie mogłaby poprosić Colliera, by uszczypnął ją gwoli upewnienia się, że to jednak się dzieje, ale zadawał jej wystarczająco dużo bólu innego gatunku. Poza tym próba wyduszenia z siebie logicznego słowa, skończyłaby się transformacją tekstu w prostą, ani trochę dwuznaczną komendę. Rozbierz mnie. Ewentualnie pozbawiony czasownik przedrostka również w grę wchodził i spełniłby Prudkowe oczekiwania konkretnie.
Jego ręce były przeznaczone do obejmowania i pieszczenia jej piersi, jego usta były stworzone do całowania jej ust, a język idealnie pobudzał coraz to nowe i nieodkryte trasy dreszczy... wszędzie. Położyła swoją rozedrganą dłoń na jego, modląc się o to, by pieszczoty były odważniejsze, by spełniały podświadome pragnienia zarówno Pru jak i Aidena (bo nigdy nie wątpiła, by kiedykolwiek nie chciał tak jak teraz), by poddał się instynktowi i pokazał jej, na co czekała tak długo. Ona generalnie w podobnym stanie się znalazła w sekundę. Tej, kiedy jego druga dłoń znalazła się pod spódniczką oniemiałej z zachwytu i pożądania Pru.
To nie był jęk. To był wrzask uciechy każdej pojedynczej komórki i ich grup, w postaci tkanek, ciała Wrightówny, kiedy wiedziała, jak kolorowo maluje się przed nimi najbliższa przyszłość. Być może uzewnętrznienie polegało na przeciągłym jęku (chociaż nazwałabym to raczej orgią arią operową), ale osobiście czuła się jak parowóz. Ew. wulkan, który jest o krok od wybuchu i zalania destrukcyjną lawą i dziewiczą krwią pobliskich cywilizacji i ich dorobku.
W takiej chwili Aidena zassało od środka, tak? W takiej chwili miast erupcji (wulkanu) nastąpiło nieoczekiwane trzęsienie ziemi i pewności siebie Pru, kiedy to została brutalnie oderwana od swojego osobistycznego Źródła Życia i Pożycia, co poskutkowało tym, iż bez krzty ogaru straciła władanie w kończynach i osunęłaby się na podłogę bez wątpienia, gdyby nie chwyciła dłonią emaliowanej, białej barierki, której potencjalni niepełnosprawni klubowicze po dzikich tanu-tanach na parkiecie na dwóch kółkach (so extreme!) mieli użyć, by móc spełnić fizjologiczne potrzeby.
A Pru nie spełniła.
Seks z Aidenem był jej fizjologiczną potrzebą duszy, ciała i umysłu. O sercu nie wspominając. Przeniosła ciskające błyskawicami i dyskotekowymi laserami spojrzenie na Colliera, czując wzbierająca rezygnacjofurię. Co ja kurwa źle zrobiłam? Miała krzyknąć, wrzasnąć, wydrapać oczy i zgwałcić, ale nanosekundę przed tym Aiden się... odezwał. "Nie" było takie typowe. Tak bardzo, że miała ochotę uśmiechnąć się bardzo sentymentalnie. Ale "tutaj" napawało nadzieją. Na tyle silną, że zdołała ograniczyć wybuch złości i hormonów i - łaskawa ona - złagodzić spojrzenie.
- Traktuję to... - sapnęła. Sapnęła?! Jeju, a sądziła, że uspokoiła się wystarczająco, by nadać głosowi brzmienie słodkie i uwodzicielskie. - Traktuję to jak obietnicę - natychmiastowego transportu do jego mieszkania? Małżeństwa? Śmierci przy kominku, trzymając się za wysuszone rączki?
Puściła barierkę, rozprostowując spódniczkę podwiniętą dopiero teraz nieprzyzwoicie wysoko, podeszła do Aidena, który przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy, a to ONA tu teraz opanowana była i - uwaga, czułości - splatając swoje palce z jego, wciąż roztrzęsionymi, pocałowała go słodko. Bardzo. Tak prosto ze szczytu weselnego tortu z figurkami pary młodej. Pocałunkiem chciała go uspokoić i zapewnić o tym, że, nokurwa, wytrzymywała tak dużo, to chwila więcej jej różnicy nie zrobi.
Pociągnęła dłoń do siebie, chcąc by podniósł się i w ogóle pokazał jej w całej wspaniałości i aidenowatości i uśmiechnęła. Ufnie. Mimo splecionych dłoni, co wciąż powodowało u niej przyspieszone tętno i chęć powrotu do momentu, w którym skończyli.
Rozsądek triumfuje.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: The Crown   Pią 24 Lut 2012 - 16:27

Jednak ktoś tu miał rację z tym zazębianiem się różnych technicznych zębatek, zamków błyskawicznych i kół zamachowych. Bo dopasowywali się idealnie. W chwilach, gdy Pru traciła całą swoją sokolą zdolność racjonalnej percepcji, Aiden wyrabiał normę, bawiąc się w antycznego stoika i cynika (bez beczki, jednak), by chwilę potem wszystko się odwróciło, przemagnetyzowało i to Aidenowi trzęsły się rączki, podczas, gdy panna Wright ociekała (podjaraną do granic możliwości) rozsądkowością.
Było to coś cudownego, gdy stanowili jedność i parę. Dopasowaną. Działającą na każdym polu efektownie. Efektownie się uczyli, efektownie rządzili, efektownie razem wyglądali - nawet w łazience dla niepełnosprawnych, nawet z podwiniętymi ubrankami (ona) i głową pod kranem (on).
Gdy pocałowała go tak słodko, jego zastawka sercowa pękła i przedsionki zamieniły się w salony pełne krwi. Albo i windy, coś a'la Lśnienie. Bo zalała Aidena irracjonalna fala czułości. Takiej, która prowokowała do padania na kolana i rozszerzania jej szczupłych ud oświadczenie się. Teraz, natychmiast. Co zapewne Collier by zrobił (od dziwo i mroczny sekrecie, łatwiej było mu powstrzymać pożądanie niż romantyczne zapędy), gdyby nie powracająca racjonalność w postaci braku pierścionka.
Więc, wizją siebie w sklepie jubilerskim pokrzepiony, zebrał się w sobie, doprowadził do pionu i porządku i nie wypuszczał dłoni Prudence ze swojej. Ograniczając moc jak tylko mógł. Czyli, Pru nie omdlewała. Li i jedynie czuła się tak samo, jak kilka sekund temu. Ale niech trochę pocierpi, dziewczyna.
- Obietnic dotrzymuję. W niedługim czasie - powiedział, znów cały stalowo spokojny, opanowany i w ogóle typowo wyniosłoaidenowski. Bum, powrót do zdrowych zmysłów. Przynajmniej chwilowo. Musiał przecież być mężczyzną w tym związku, right?
Ostatni raz przejrzał się w lustrze, widząc spustoszenie jakie działo się na jego głowie i w oczach, które powoli wracały do zwykłego złocistego koloru. Powoli też zaczął słyszeć głosy za drzwi - czyżby jakiś niepełnosprawny kopał w kalendarz klamkę? czy to jakiś technozjeb puścił nową piosenkę? ciekawe - swój oddech i ogólnie, świat. Bo przez ostatnią chwilę całym jego oceanem uczuć i przestworzami emocji (miszcz porównań homeryckich) i statkiem pijanym też, była Pru.
- Mogłaś powiedzieć wcześniej - powiedział, bezsensownie, jakby cała ta kamasutra dla cnotek się nie odbyła i jakby dopieroco został uderzony w splot słoneczny wyznaniem miłostki. Lecz był to tylko ironiczno-czuły wyrzut. - Wczoraj miałem wolne mieszkanie - dodał beztrosko, puszczając jej dłoń, by się dziewczynka nie męczyła. Po czym wskazał brodą na drzwi do zewnętrznego świata. Dość aluzyjnie. Ale nie w stylu wypieprzaj, elo, elo, tylko raczej wracamy do St. Bernard, idziesz do łóżka grzecznie spać z moim zdjęciem przy brodzie a ja zapiję się ze szczęścia do nieprzytomności i trochę sobie popłaczę. - I przygotuj się na nasze wejście niedługo do jadalni, rączka w rączkę - dodał again, w boskim, prawieżeplotkarskim, natchnieniu.
Wkładając trzęsące się rączki do kieszeni. Boże, Pru go przyprawiła o jakąś nerwicę natręctw.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: The Crown   Pią 24 Lut 2012 - 17:37

Czuła się jak Matka Teresa.
Matka Teresa, opiekunka narodu wybranego, gdzieś w szczytowym momencie życia, po zwycięstwie na loterii, CNOTLIWA i pruderyjna, że seksowna i rozbujana emocjonalnie w swym całym po-przed-orgazmowym nieogarze to wspominać nie trzeba. Była uduchowiona i pełna nadziei na przyszłość. W ten okropnie przerysowany, bajkowy sposób. Patrzyła na Aidena już nie opierającego się, już znów aidenowego, już stojącego i przy okazji emanującego.... jeju, czym?
Nie seksem.
Znaczy nie tylko.
Jezusie, był taki męski. Taki... ojacię, no jak tak stał i tak patrzył i tak wracał do siebie. Był znów taki, którego należało adorować a nie policzkować. Ani traktować pogrzebaczem, na co miała ochotę jakiś pierdyliard lat temu, natknąwszy sie na jego głos/zapach/wszystko jego przy barze. Więc Pru adorowała. Oczętami póki co i uśmiechem adorowała, ale bez obaw, wszystko się zmieni zgodnie z obietnicą "w-niedługim-czasie". Bo wtedy Prudence Wright będzie adorowała zdecydowanie tak jak Ajda na to zasługuje, czyli całościowo. Be ready!
- No ludzie. Źle to rozegrałam w czasoprzestrzeni - żachnęła się, TOLERUJĄC to, że dłoń aidenowska z jej, baaardzo chciwej, się wymyka. Przejrzał się w lustrze. Tak normalnie się w lustrze przejrzał, jak pijane dziewczę po bardzo emocjonującej i emocjonalnej konwersacji, przeprowadzonej przez telefon z bff, której opowiada o tym, jak to widziała swego lubego na parkiecie w objęciach suczy, która to owa konwersacja kończy szlochem i po dwóch, trzech kwadransach dziewczę wstaje, płucze twarz zimna wodą i przegląda się w lustrze, z zamiarem skopania owemu lubemu mentalnie dupy, podczas uskuteczniania erotycznego tańca z pierwszym-lepszym na parkiecie.
Tylko, że Collier nie miał tuszu spływającego po policzkach i małej ambicji. Ambicję miał ogromną, czego dowiódł w crown'owskiej ubikacji. Bo nie chciał po łatwiźnie, z bielizną u kostek. A przynajmniej taką nadzieję miała Matka Teresa. Że to będzie w ogóle bez bielizny i tak jak Bóg stworzył i tak jak trzeba po bożemu. Z solą zlizywaną z brzucha i tequilą bez użycia rąk, zajętych w tym czasie powiedzmy... masażem erotycznym.
Z tak bezbożną myślą pozwoliła sobie na powstrzymanie wywrotu gałek ocznych, kiedy już od lustra SIĘ ODKLEIŁ i spojrzała na niego krytycznie...
Nonieno serio, nie potrafi spojrzeć KRYTYCZNIE? Przecież musi mieć w sobie jakiś mankament, jakiś defekt. A nawet ta cholerna blizna dodawała mu tegowszystkiegocopowodujeogólnepalpitacje. Nie chciała nic mówić, coby nie uronić słowa zbędnie gloryfikujących jest zdezelowaną-a-potem-odrestaurowana postać i osobę, więc odetchnęła głęboko, wreszcie nie spazma- i dramatycznie, po czym pozwoliła sobie na wdzięczne, niemal kurtuazyjne i niemal opanowane wyjście z łazienki. W towarzystwie zaplecowym totalnie wyjściowym.
- Mogę wychodzić. I wchodzić wszędzie. Z tobą - mruknęła, bardziej pod nosem niż dla jakiegokolwiek odbiorcy, śmiechając w duchu z tego, jak definitywnie zmienił się jej stan psychologiczny od momentu, kiedy próg ten przekraczała po raz ostatnio, w odwrotnym kierunku.


ZAMYKAM TEMAT

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Audrey Miselton-Zakharova
Dorosły
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 04/05/2012
Skąd : Moskwa

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 11 Lip 2012 - 13:48

Audrey ubrana w jakąś luźną spódniczkę, prostą, jednokolorową do tego rajstopy z pięknym wzrokiem, uwaga szpilki, tak dokładnie i ona lubiła w nich chodzić raz na jakiś czas. A do tego jakaś gustowna obcisła bluzeczka. Włosy rozpuszczone, rozwiane jak zwykle i chyba jedynie to przypominać mogło naszą Audrey Miselton reszta to jakaś chyba pomyłka, ale jednak nie było tu żadnej pomyłki to właśnie ona wkraczała do tego klubu z uśmiechem na twarzy, to właśnie ona zaproponowała Kennethowi by poimprezowali dziś. Zresztą dawno się nie widzieli i czas był najwyższy wyjaśnić sobie wszystko co się dzieje u nich, a trzeba wiedzieć, że Kenneth był jej najlepszym przyjacielem, przeżywała z nim wszystko, więc czemu i by nie dzisiejszą imprezę? W sumie zawsze mogła samotnie tu siedzieć, ale jakoś ostatnio znudziły jej się samotne imprezy, bo ileż można izolować się od pozostałych? Bardzo niewiele, więc i dlatego dziś zaprosiła go do wspólnej imprezy. Zgrabnie usiadła przy barze jak to zazwyczaj bywało też i zamówiła sobie drinka z jakąś zabawną nazwą, ot zwykła dziewczyna czekająca na swojego przyjaciela. Uśmiechała się przecudownie do barmana tak jakby to miała samotnie tu siedzieć, a przecież czekała na kogoś, tak jakby odzwyczaiła się od swoich znajomych nie wiedząc czemu i dlaczego, ale tak właśnie było. Ostatnio stała się samotniczką i na nic nie zwracała uwagi, bo przecież na ostatniej imprezie zabawiała się z dziewczyną! A mimo upojenia alkoholowego pamiętała to doskonale. Nie wiedziała do dzisiaj co jej do głowy wtedy strzeliło, ale właśnie tak było chciała zaszaleć to i to zrobiła nie zważając na nic więcej nawet na to, że Dorian był na nią zły na co wskazywało zaczepienie jej na tamtej imprezie, ale jakoś nie zwracała na to kompletnie uwagi, kompletnie nic ją nie interesowało. Nie odezwała się do niego ani słowem po tamtej imprezie sądząc, że psozło w zapomnienie skoro i on tego nie robił.
Powrót do góry Go down
Kenneth Reventlow
Uczeń
avatar

Age : 23
Liczba postów : 63
Join date : 15/06/2012
Skąd : Kopenhaga

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 11 Lip 2012 - 16:47

To było może dziwne stwierdzenie, ale Kenneth był gotowy na imprezę. Całym swoim jestestwem już od jakiegoś czasu miał wrażenie, że nic się nie dzieje. Albo dzieje się bardzo dużo, ale wszystko go omija.
Uwielbiał przebywać w swoim towarzystwie, uwielbiał omijać ludzi szerokim łukiem i od jakiegoś czasu rozkoszował się świętym spokojem. Czuł się tak, jakby już nic nie mogło zakłócić mu błogości, odkąd odprawił z kwitkiem Alana - raz na zawsze? w to nie wierzył, trzeba bowiem było spojrzeć racjonalnie, zważając na determinację zauważalną zawsze w oczach jelonka - i zakończył przyjaźń z Aidenem. Zakończył coś, co od dłuższego czasu skazane było na niebyt.
Szkoda tylko, że wspomnienia nadal zadawały mu ból, a on miał czasem ochotę zagadać do dawnego przyjaciela.
Od kilku dni jednak czuł przesyt spokoju, a to było zadziwiające. Dopiero wtedy poczuł, że obecność ludzi jest niezbędna do względnie normalnego przeżycia i choć zwykle mieli oni swoją specyfikę, która drażniła chłopaka - w końcu same z nimi problemy, które stwarzali sobie na własne życzenie - czasami byli potrzebni. Bo inspiracja, bo uśmiech, bo brak nudy. Chociaż na nudę w swoim towarzystwie narzekać nie mógł.
Ostatnio rozpoczął pisanie swojego nowego opowiadania, tym razem łącząc fantasy z postapokaliptycznym światem. I przeglądając zdjęcia w poszukiwaniu natchnienia, kontemplował rysy twarzy wszystkich swoich modeli. Na wielu zdjęciach był Blaise, którego chłopak dawno nie widział - chyba jeszcze dawniej, niż ulubioną przyjaciółkę ze specyficznym poczuciem humoru i ślicznymi oczami. Audrey napisała właśnie w ten dzień, w którym o niej myślał, kreując jej osobowość w jednej z głównych postaci.
Zabawa? Czemu by nie?
W Crown bywał już trochę, ostatni raz z Antoinette, która też nie odzywała się do niego od kilku dni. Trochę go to denerwowało, ale sam nie chciał się odzywać. Nie widział konkretnego powodu; może się bał, że musiałby ciągnąć rozmowę - a takie właśnie rozmowy były dla niego niezwykle męczące.
Tłum nie był może aż tak wielki jak w godzinach szczytu, ale trudno było mu przecisnąć się do miejsca, gdzie przyjaciółka miała na niego czekać. Ujrzał ją niemal natychmiast, obrzucając obojętnym spojrzeniem wszystkie inne, mniej charakterystyczne sylwetki.
- Cześć herosie - powiedział, a raczej wykrzyczał, starając się przekrzyczeć bębniącą muzykę. Delikatnie dotknął jej pleców i usiadł, uśmiechając się lekko do Audrey. O tak, w tym hałasie w ogóle nie słychać było pęku kluczy zawieszonego na jego szyi, który ostatnio stał się nieodłącznym elementem jego wizerunku. To nic, że Tośka pruła się o ich ściągnięcie.
Lubił pannę Miselton, mieli całkiem sporo wspólnych wspomnień, przez co wytworzyło się między nimi coś w rodzaju więzi przekraczającej zwykłą znajomość. A to dziwne, Kenny przecież nie lubił mieć przyjaciół.
Powrót do góry Go down
Audrey Miselton-Zakharova
Dorosły
avatar

Liczba postów : 84
Join date : 04/05/2012
Skąd : Moskwa

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 11 Lip 2012 - 18:32

Ta niby Alan dał mu spokój? No proszę Cię bez takich beznadziejnych marzeń, proszę Cię. Ale to racja nie Alan teraz z uśmiechem na twarzy siedział przed nim, tylko ta cudowna Audrey, która dumnie znaczyła się oznakowaniem jego wierną przyjaciółką. Sama nie wiedziała od czego niby to się wszystko zaczęło? Nikt chyba tego nie wie dokładnie, bo przecież wielkie przyjaźnie tak samo jak wielkie miłości pojawiają się znienacka i tylko trudno je przegonić, a zresztą niby po co? Ona i Kenneth przy sobie zawsze czuli się przy sobie tak swobodnie, że czasem miała wrażenie, że równie dobrze mogłaby spać przy nim nago bez żadnego skrępowania, że ją zaatakuje swoim porywczym popędem seksualnym. A w sumie chyba już kiedyś zdarzyła im się taka sytuacja, że spali sobie smaczni przy sobie całkowicie nadzy i nic się nie stało, po prostu sobie spali i nic więcej tak jak wspaniali przyjaciele, którzy na nic nie zwracali uwagi.
-No w końcu jest mój słabeusz! - przywitała go dokładnie tymi słowami. No tak, bo jak dla niej był słabeuszem i koniec kropka. On był tym malutkim potrzebującym pomocy Kenneth, którego i tak czy siak nie zamieniłaby na nikogo innego. Liczył się tylko on, no patrzcie jak słodko się robi w wykonaniu Audrey., co dziwne, na prawdę dziwne. A trzeba było wiedzieć, że dosłownie przed sekundą wypiła jednym łykiem swojego drinka zamówionego tuż przed przyjściem Kena, a tym samym teraz już zamawiała u uroczego według niej barmana kolejnego, tym razem nieco mocniejszego, zdecydowała się na whisky, o tak mieszanie alkoholi to było coś.
-Mów.. jak życie leci póki kojarzę. - zdecydowała, ze skoro chce się coś dowiedzieć co u niego to musi dowiedzieć się już teraz, bo później już z jej pamięcią będzie trudniej, a musiała wiedzieć co u niego, choć raz niech zauważy jakie jej życie bywało czasem beznadziejne w porównaniu z innymi. Tak tego była pewna, że nudniej w życiu Kennetha nie mogło być. I też po tym zdaniu wypiła kolejną porcję alkoholu, zbyt szybko ale nie mogła się powstrzymać, a barman już polewał jej nawet bez pytania jeszcze raz to samo. Wystarczył tylko drobny jej znak dany mu, a tym samym przesunięcie pustego kieliszka w jego stronę.
Powrót do góry Go down
Kenneth Reventlow
Uczeń
avatar

Age : 23
Liczba postów : 63
Join date : 15/06/2012
Skąd : Kopenhaga

PisanieTemat: Re: The Crown   Sro 11 Lip 2012 - 23:02

Audrey pędziła z alkoholem, a on nie zdążył zamówić jeszcze nic, co pomogłoby mu jakoś się rozruszać. Lubił alkohol, a raczej jego działanie, gdyż wtedy wszystko przychodziło z większą łatwością, a on zachowywał się bardziej wylewnie, co też czasem mogło wyjść mu na dobre. Nigdy jednak nie preferował napierdolenia się do nieprzytomności i doprowadzenia siebie do stanu nieużywalności. Nigdy nie zdarzyło się, aby miał czarną dziurę po alkoholu. A zresztą, co tu mówić o jego doświadczeniu w tym temacie - zbyt wiele tego nie było.
Jedynym, co pamiętał z nastoletniego życia w willi Reventlowów, prócz dziewczyny, której rysy wyryte miał w głowie już na zawsze, jak prywatny, intymny tatuaż, był barek Fredericka. To tam pierwszy raz posmakował absyntu - zafascynowany kolorem i smakiem trunku. Na szczęście nie wypił tego dużo, ale i tak wystarczyło, żeby widział wymyślone przez siebie stworzenia.
Teraz więc zamówił whisky, tak jak Audrey, uważając ten trunek za godny prawdziwego mężczyzny, a która kobieta piła go z zamiłowaniem, miała u niego szacunek. A tak naprawdę po prostu go lubił, szczególnie z lodem i colą. Stuknął się z nią, unosząc zabawnie brwi.
- Piszę nowe opowiadanie - powiedział, uważając to za stuprocentową opowiastkę zaczerpniętą z jego życia. W tym akurat dobrali się idealnie. Mogli prześcigać się w podawaniu powodów, dla których ich życie należało do mało ciekawych - przynajmniej dla osób postronnych, jak to było u Kenny'ego. - Właściwie kiedy ostatni raz cię widziałem? - spytał, wypuszczając głośno - no, niestety tutaj nie było tego słychać - powietrze i zastanawiając się.
Co by można tu powiedzieć? Nie kojarzył, kiedy ją widział i czy cokolwiek jej mówił o swoim związku. Na razie jednak wolał nie wspominać o tym fakcie, sam nie wiedział, dlaczego. Szkoda słów, być może. Może bał się, jak zareaguje dziewczyna, gdyż do niedawna miała go prawie na wyłączność.
Tego właśnie nie lubił. Tej niepewności, która czaiła się w drugim człowieku.
- Ale co się stało, że chciałaś się zabawić? - spytał, może niezupełnie zdziwiony, ale chciał jakoś nawiązać do tego, co działo się u niej. Przecież tyle czasu się nie widzieli.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: The Crown   

Powrót do góry Go down
 
The Crown
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
-
Skocz do: