IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Fontanny

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Fontanny   Nie 26 Sie 2012 - 12:56

Zły nastrój po rozstaniu z dziewczyną? Hm, dobre sobie.
Minęło kilka dni od wszystkich wydarzeń w Kensington, może tydzień, może mniej, Aiden stracił rachubę czasu, nie zerkając na kuchenny kalendarz, przegryzając tylko rogalik z nadzieniem orzechowym (a z jakim by innym!) i nie zwracając uwagi na niczym, poza kluczykami od Chryslera. Auta cudownego; teraz totalnie zaśmieconego i z długimi kosmykami Wendowskich włosów na oparciu. Jakby woził jakiegoś zwierzaka, leniącego się wręcz chorobliwie.
Właściwie, byłoby to zabawne porównanie, gdyby Starszy miał chociaż odrobinę siły na śmiech albo chociaż na uniesienie nazistowskich kącików do góry. A zdecydowanie w jakimś krotochwilnym nastroju nie był, idąc żołnierskim krokiem parkową ścieżką, prawie przewracając nieuważne staruszki, zagradzające mu drogę. Bo cały świat przesłaniały mu wydrukowane wyniki Wendy.
Złe wyniki.
I to nie tak, że ukradł je z kanciapy ładnych pielęgniarek (gdzieś pomiędzy zapinaniem rozporka i całusami na pożegnanie); lekarz Wingfield był zaznajomiony z obydwoma rodzinami i traktował Aidena tak, jakby z jego pacjentką łączyły go jakieś więzy krwi. Nie tylko te uczuciowe. Ale o tym też na razie nie myślał, ciągle gapiąc się w ciąg małych cyferek. Oznaczających, że choroba się nie cofała. Co, idąc tym naukowym tropem, oznaczało kolejną serię chemii. Trzecią?
Zacisnął zęby, chowając wydruk do kieszeni i przystając na chwilę, by zapalić papierosa. Jeden wdech, drugi, trzeci. Spokojnie. Dopiero wyszedł ze szpitala, zostawiając Wendy - jeszcze nieświadomą gorszych wieści - pod opieką rodziców, a już chciał tam wracać. I na nią nawrzeszczeć, że się nie stara, że robi to specjalnie, że się poddała. Jakby to była jej wina, że umierała.
Przymknął oczy, a gdy je otworzył, zauważył idealne odbicie swojego stanu. Rozwalone na ławce; uosobienie dramatu, boleści duszy i tego wszystkiego, co on sam odczuwał. Braterskie połączenie nigdy nie przestanie go zadziwiać.
- Co takiego zrozumiałeś? - spytał, cytując jego wiadomość, bez żadnego zbędnego przywitania, gdy już podszedł na tyle blisko, by móc spokojnie spojrzeć na wymiętolonego brata z góry. Właściwie nie miał od niego żadnego znaku życia od tej specyficznej wymiany smsów. Nawet w domu się nie mijali, bo Aiden spędzał praktycznie cały czas spełniając zachcianki Wendy. I raniąc jej serce, rozrywka dla obojga.
Zgasił papierosa o oparcie, wyrzucając go gdzieś na trawnik i wkładając ręce do kieszeni spodni. Natrafiając na pieprzone wyniki. Zacisnął wargi jeszcze mocniej, tak, że pięknie współgrały z bladością jego twarzy. Naprawdę chciał teraz posłuchać Blaise'a, niezależnie, czy na niego warknie, czy zacznie ironiczną dysputę o aidenowskich dewiacjach czy każe mu spieprzać. Otworzenie ust do kogoś, kto nie był umierający, było mu naprawdę potrzebne.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Fontanny   Nie 26 Sie 2012 - 17:59

Wszystko było nie tak, jak być powinno. Żył w ambiwalencji, irytującej, co też kazało mu się zastanawiać nad tym, jak kobiety znoszą to z takim spokojem, gdy regularnie mają problemy co do wyboru czegoś. Owszem, może i były to przykłady dość rozbieżne, bo nijak ma się problem "w co mam się ubrać?" do "którą tak naprawdę kocham... która jest dla mnie ważniejsza?", ale i tak był pod wrażeniem, jak ta druga płeć znosi regularną konieczność dokonywania wyborów, z tym znanym powszechnie kobiecym niezdecydowaniem.
Gdy zamykał oczy, myślał o Indianie, gdy je otwierał, widział szarość, której tyle użył do obrazu Mer, szczególnie do zrobienia tła. Musiał wszystko przyszarzyć [?] żeby wyglądało jak jej zapach, jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało. I cały natłok czynników-przypominajek już go męczył, zwłaszcza, że był zupełnie nieprzyzwyczajony do takich nagłych lawiracji w swoim idyllicznym niemal życiu. No bo co, od obrazu do obrazu, w swoim świecie będąc niemal cały czas; nigdy nie musiał uczestniczyć w centrum dramatów, ewentualnie z boku przyglądając się wszystkim komplikacjom życiowym chociażby swojego brata, a już na pewno nie wywoływał takich sytuacji, teraz niechybnie właśnie wrzuconym w taką nową wodę będąc. Zerwanie z Indią było, jak myślał, impulsem, chociaż później jakoś niespecjalnie wypierał myśli, że to może obraz Mer uświadomił mu z kim tak naprawdę powinien być. Jeśli nie w związku, to w tej relacji hierarchicznie wyższej.
Papieros się skończył, więc nie otwierając oczu wyrzucił peta za siebie, jednak po chwili zmuszony był wrócić do okropnego świata, przywołany znajomym głosem.
Spojrzał na źródło dźwięku jakby półprzytomnie, tłamsząc wspomnienia. W czym Aiden mu pomagał, wyglądając zgoła inaczej niż wtedy, gdy przyglądał się mu ostatni raz, tych kilka dni temu w Kensington. Nie miał rozszerzonych źrenic, w których widział swoje zniekształcone rozpaleniem odbicie, nie miał rozczochranych jego własnymi rękami włosów, czerwonych od pocałunków ust, odbitych blejsowych siekaczy nad górną wargą. Czyli wyglądając o wiele gorzej. Powinien się zastanowić, Blaise oczywiście, o byciu jakimś charakteryzatorem.
- Nic, czym mam się ochotę teraz dzielić - odpowiedział spokojnym głosem, przesuwając się na jedną stronę ławki robiąc bratu ewentualnie miejsce. Bo też niezbyt wiedział co ewentualnie powiedzieć, zdając sobie sprawę, że ani jednej ani drugiej nie kocha, toteż sprawa niby nie byłaby aż ta ważna. A była, chujwiedlaczego. Szkoda tylko, że ten wszechwiedzący chuj nie chciał się z samym zainteresowanym informacjami podzielić, choć trochę ułatwiając mu odnalezienie się w trudnej, nowej sytuacji, gdy wie, że powinien coś zrobić, tylko zupełnie nie miał pojęcia co.
- Co robisz tu o tej porze? - zapytał marszcząc brwi, bo przecież całe dnie spędzał on z Wendy, czasem nawet i noce, do czego Blaise zdążył przywyknąć, bardzo głęboko zakopując się w całym mieszkaniu w Hampstead, skoro i tak całymi dniami stało puste, bez rodziców i bez wiecznie nieobecnego Aidena.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Fontanny   Nie 26 Sie 2012 - 18:45

Spoglądanie z góry na swoją lepszą połówkę bliźniaczego tandemu już dawno przestało Aidena dziwić. Bo też widział wyraźne różnice, które umykały zwykłym przechodniom. Blaise miał bardziej pełne usta i wyraźniejsze kości policzkowe, odrobinę mniejsze oczy, dłuższe włosy; obydwaj byli spowici nikotynowym dymem i collierskim czarem, ale każdy na swój sposób. Delikatniejszy, mocniejszy, whatever. Aiden nie miał teraz problemu z kontemplowaniem braterskiej urody, ba, niemalże chciał powrócić tematem do kensingtonowskich wydarzeń. Bo to było takie...lekkie, beztroskie; zupełne zapomnienie, alkohol w żyłach i źrenicach, namiętne pocałunki, zero stresów i niepotrzebnych dram. Ale wszystko to uleciało razem z procentami, zostawiając go wyczerpanego, bez dobrego humoru za to z nadmiarem racjonalności.
Której - po raz pierwszy - chciał się pozbyć; chciał sobie wmówić, że te wyniki o niczym nie świadczą, ot, zwykła kartka, kilka liczb, nazw chemicznych, które przecież nie układają się w wyrok. A jeśli już - to w wyrok wyznaczony nie dla niego, ale dla zupełnie o b c e j osoby na której w c a l e mu nie zależy.
Był właściwie ciekaw, czy gdyby naprawdę długo to sobie wmawiał to przyniosłoby to jakiś skutek.
Jednak teraz nie miał chęci na zamknięcie się w czterech ścianach i powtarzanie dziecinnej mantry o tym, że wszystko będzie dobrze. Chciał działania, chciał drugiego człowieka, po raz pierwszy od dłuższego czasu czując się nieco zbyt obarczony. Wendy, jej chorobą, jej uczuciami; nie odzywającą się od dłuższego czasu Pru i Chloe; nieodebranymi przez Kennetha połączeniami. Miał złe przeczucia: odnośnie wszystkiego.
Nie stał dalej jak kat nad pokutującą duszą, tylko usiadł obok brata, zerkając na niego z ukosa. Idealny profil. Czy tak namaluje ich Meredith? Czy to o nią chodzi? Nie zamierzał zarzucać go pytaniami, nie był wcale ciekawy, co powiedział Lanvin i o co właściwie im poszło, świadomy, że gdyby Blaise opowiedział o ich braterskich...zapasach na kuchennej podłodze, to na pewno obydwoje by już nie żyli. A przynajmniej nie w swoich ciałach, zamienieni złośliwie w jakieś gołębie albo inne biedne stworzenia.
- Nie będę Cię przesłuchiwać, ale...nie spieprz tego - powiedział równie spokojnym tonem, zapalając papierosa i zaciągając się nim. Jednak nie ze zwykłą lubością wypisaną na twarzy a mechanicznie, narkotycznie. Nie mówił dokładnie o którą relację mu chodzi - czy o Mer czy o Indianę, ale był pewien, że Blaise...musi wiedzieć. Takie rzeczy przecież się wie? Czyż nie tak tłumaczyła mu to Wendy?
Wendy. Powód, dla którego uroczo spacerował po parku, z ciężarem całunu w kieszeni. Tego chyba jednak Młodszy nie wiedział, bo skąd. Na niedzielne obiadki się spóźniał albo był nieobecny, co Williama cieszyło; był irracjonalnie dumny z syna-artysty, nawet po tym, jak Blaise ogłosił, że nie zamierza być lekarzem. Miłość rodzicielska widocznie nie znała granic.
Zmarszczył brwi, strzepując popiół trochę za blisko blejsowego buta, dalej nie spuszczając wzroku z jego zasmuconego (?) profilu. - Wracam ze szpitala. - odparł po prostu, po czym nie robiąc nawet sekundy przerwy na jakiekolwiek blejsowskie zapytanie, kontynuował dalej. - Ale powinieneś natychmiast sobie znaleźć jakąś partnerkę. Nie chcę nic mówić, ale ojciec jest ostatnio bardzo podekscytowany, nie wiem, czy w końcu nie ma zamiaru się ustatkować, oczekując, że będziemy jego drużbami. Czy czymś takim - odparł, tonem swobodnej pogawędki, jakby naprawdę jego obecnym największym problemem było kupno eleganckiego garnituru na ślub własnego ojca. Ot, zwykła, cudowna rozmowa dwóch braci. Bez wpijania się w swoje usta, bez szarpania za włosy, bez pokładania się na kuchennej podłodze. Bez ż a d n y c h problemów, które widocznie nie oszczędzały ich obydwu. Idylla.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Fontanny   Nie 26 Sie 2012 - 19:32

A Blaise miał gdzieś, czy Aiden stoi nad nim, czy postanawia usiąść, czy może odszedł. Żadna możliwa opcja działań, jakby Starszy mógł podjąć by go raczej nie ruszyła, no chyba, że na tyle spodobały mu się kazirodcze pocałunki, że postanowiłby zrobić powtórkę teraz-tu. Patrzył na niego przez tą chwilę raczej bez konkretnych emocji, które może i by się przydały, jednakże Blaise uważał, że jeszcze tego mu brakuje, żeby i z Aidenem sobie sprawy pokomplikować. Przecież całowanie się ze swoim bratem, nawet jeśli całkiem smfah, nie jest wystarczającym powodem, aby teraz zachowywać się dziwne, jak szurnięte, niezdecydowane, zaborcze nastolaty z pms. Przynajmniej Młodszy chciał twierdzić, bo zupełnie nie miał ochoty na dramaty, zwłaszcza takie. Zwłaszcza z bratem, którego teraz potrzebował na zasadzie świadomości, że zawsze, w razie potrzeby, będzie mógł liczyć na jego towarzystwo. Nawet jeżeli on miałby sobie czytać, a Blaise rysować, albo rozwiązywać sudoku rekreacyjnie.
I w tym momencie chyba właśnie ukłuło go to, że tak rzadko brata widuje, dla samego faktu świadomości, że jest gdzieś w zasięgu wzroku, nawet jeśli każdy miałby być w swoim własnym świecie.
Smutne, może hartując się nazistowskim usposobieniem brata w stężeniu częstszym niż ostatnio, uniknąłby tych wszystkich chorych zawirowań, skurwielsko je kończąc, co w tym wypadku okazałoby się zapewne szalenie przydatną umiejętnością.
- Chwilowo, to nawet nie mam czego spieprzyć. I nie jestem nawet pewny czy to dobrze - wyprany z emocji Blaise, ignorancja i wyjebka większa niż zwykle. Aż poprawił się na ławce, siadając jakoś prościej.
Odwrócił od brata wzrok, patrząc teraz przed siebie, przecinając lepszym, bo wspomaganym soczewkami, wzrokiem powierzchnie wody, obserwując migdalącą się parę po drugiej stronie fontanny. Zastanawiając się, czy on i Indiana też tacy byli? Kolejna żałosna, całująca się w miejscach publicznych bez żadnej wstrzemięźliwości para, jedząca prażone orzechy w karmelu i watę cukrową, spacerująca obscenicznie wkurwiając przygnębionych singli? Nie chciał, tak bardzo nie chciał, żeby tak to wyglądało i chyba koniec końców wyszło im nie-bycie taką właśnie irytującą parką, na widok której rzyga się tęczą.
To po prostu nie było blejsowskie. Tak jak zadręczanie się zerwaniem z dziewczyną. I podjęciem ewentualnych kroków by zyskać nową, ale wcale tego nie szufladkować kategorią "poważny związek". Jak widać, to nie do takich relacji stworzony był Młodszy.
- Tak często tam bywasz. Co jest z Wendy, aż tak źle? - zapytał, świadom, że Wingfield nie jest w najlepszej formie, co sam ostatnio ratował, w sensie ją i tą jej nie-najlepszą formę, którą przedstawiała mdlejąc. Przyprawiając ówczesnego Blejsoajdę o zawał serca.
Nie miał jednak głowy by o tym myśleć, bo najchętniej wyłączyłby się na jakiś tydzień albo miesiąc i wrócił w pełni sił witalnych i twórczych, olewając wszystko w tylko sobie dozwolony sposób. Bo aktualnie, prócz oczywistych dramatów sercowych (sic!) męczył go okrutny kryzys twórczy, o który obarczał głównie Tremaine. Bo wcale nie schował ich pracy, tak jak zamierzał, a stała sobie ona, pyszniąc się tą swoją emocjonalnością w nią wkompresowaną, zaraz obok okna, gdzie tak często siadał pijąc kawę, albo paląc, albo czytając. Patrzył wręcz godzinami w przytulonych Indianę i Doriana, w swój wizerunek, tak blejsowki, że aż go uderzyło, ze jego postawa w oczach Mer jest aż tak ignorancka, no i sama Tremaine otoczona kolorami swojego zapachu.
Dołowało, wpędzało w artystyczną depresję, bo nie byłby w stanie stworzyć teraz niczego przemawiającego AŻ TAK, do szpiku kości, do najgłębszych warstw umysłu.
- Na Boga, wiem. Mama dzwoniła do mnie wczoraj, ćwierkając, że chyba pojadą na te Bahamy na podróż poślubną, bo jest tam tak WSPANIALE. Rzygam już ta wspaniałością. Mogli się spiknąć jak mnie urodziła - odpowiedział, zupełnie się jednak nie stosunkując do narzuconego tonu, mówiąc wręcz pogardliwie. Nie chciało mu się nawet cieszyć ze względu na szczęście rodziców. Czyli musiało się dziać z nim naprawdę źle, skoro powoli tracił nawet jelonkowatą przypadłość do tej zwykłej, przyjemnej empatii.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Fontanny   Nie 26 Sie 2012 - 20:16

To nie było normalne. Blaise nie był normalny i to Aidena mocno zaniepokoiło.
Na tyle, że nie koncentrował się już zupełnie na nikotynie, która milutko przenikała mu do krwiobiegu i roznosiła truciznę i substancje smoliste po całym organizmie - będzie miał raka? płuc? jak Wendy? Romeo i Julia, tak? - przenosząc całą uwagę na Blaise'a.
Zaciśnięte usta. Odrobinę. Zero rozemocjonowania, które tak często mu towarzyszyło. Zero nawenienia, zero tego jeleniego błysku w oku, który zawsze oznaczał, że pod brązową czupryną kroją się jakieś genialne plany i szkice malowideł. Smutek? Rezygnacja? Ale także inna niż ta zwyczajna, gdy po maratonie ze sztalugami Blaise wypełzał wręcz ze swojego pokoju, będąc wypranym z sił i umęczonym - jednak nawet wtedy uśmiechał się resztką sił, nieco tajemniczo, szalenie zadowolony z nowej gamy emocji, jakie przełożył na płótno.
Bo chyba na tym polegał szeroko pojęty artyzm - przelewanie uczuć na papier albo na coś cierpliwego i chętnie przyjmującego barwy i umysł stwórcy. Aiden nigdy się w tym nie odnajdywał, bo i niechętnie się obnażał, niechętnie mówił o sobie i swoich emocjach, zamykając je głęboko w sobie. Tak, że po upływie tylu lat takiego introwertycznego procederu, sam nie potrafił ich odnaleźć i zrozumieć. Co czyniło z niego gorzkiego, aroganckiego człowieka. Bardzo ciężkiego w poważniejszych kontaktach.
O czym przekonywały się kolejne osoby, zostawiając go i niknąc gdzieś w londyńskich korkach, w zakamarkach Hampstead, w trumnach i nowych znajomościach. I nie miał im tego za złe, pozwalając na nadwyrężenie więzi i - w rezultacie - na jej zerwanie.
Ale nie mógł pozwolić, żeby coś takiego stało się z Blaise'm. Który siedząc obok niego - kilkanaście centymetrów przestrzeni - wydawał się tak odległy, obojętny i nierzeczywisty, jakby był własnie kolejnym człowiekiem na księżycu.
Aiden podświadomie wyczuwał - a właściwie WIEDZIAŁ - że nie chodzi tu o ich namiętne pocałunki, o dotyk gorących ust i collierski posmak na wargach. Wtedy Blaise raczej by się mocno irytował, odpychał go i wykazywał gamę negatywnych, obrzydzonych uczuć. Nic takiego jednak nie rozpoznawał. A więc Mer. Naprawdę ta brzydula sprowokowała Blaise'a do takiego emocjonalnego rozpierdolu?
- Zawsze zostaje coś do spieprzenia, wierz mi - odparł łagodnie i nieco autoironicznie, bazując na własnym, dotkliwym doświadczeniu. Mógł wypowiedzieć wiele słów, podać miliony przykładów, jednak wiedział, że Blaise tego nie chce. Nie lubił pogadanek, utartych schematów, nakazów i wytycznych, zawsze wiedząc lepiej i robiąc po swojemu. Czym bardzo Aidenowi - uporządkowanemu i wstawionemu w sztywne, rodzinne ramy - imponował. Bo Starszy nigdy nie zastanawiał się czy chce być prawnikiem; marzenie ojca automatycznie stało się jego własnym. Blaise potrafił się postawić, potrafił myśleć całkowicie nielogicznie i nieracjonalnie, co zjednywało mu przyjaciół, nie wrogów. I chociaż Aiden zupełnie tej niepragmatyczności nie rozumiał, nie chciał teraz Blaise'm potrząsnąć i nakazać mu ogaru. I rozpisania pięknego grafu pod tytułem do kogo bardziej pasuje i jaki związek zagwarantuje mi więcej zer na koncie/więcej prestiżu/więcej wolności do licznych romansów.
Rozsiadł się więc wygodniej, nieco dziwiąc się na kolejne słowa brata. Wendy? Jednak Blaise coś ogarniał? Może faktycznie chociaż z nim nie było tak źle i stawał się po prostu przewrażliwiony na punkcie Młodszego. Paranoja.
Przygryzł wargę, przez sekundę zastanawiając się, czy lepiej milczeć, jednak podobno - tak mówił jego wspaniały psychiatra - wypowiedzenie czegoś na głos, pomaga w uwierzeniu. A Aiden potrzebował uwierzenia bardziej niż tych wszystkich złudzeń, które mięły mu się w kieszeni. I zapewne płynęły teraz po twarzy Wendy razem ze słonymi łzami.
Zastukał krótko palcami o ławkę - żadne klasyczne crescendo, raczej nerwowy motyw przewodni z Virgin suicides - po czym się zdecydował. Na ton dalej pogawędkowy i drama-free. - Ma raka - odparł po prostu; dzisiaj jest pochmurno, masz ładną koszulę, Blaise, park jest naprawdę piękny o tej porze roku, tamta całująca się parka jest taka kiczowata, nie sądzisz? ; ale nic się nie zmieniło, nic nie stało się przez to bardziej - albo mniej realne. Może tylko kolejna wypowiedź Blaise'a zabrzmiała bardziej groteskowo. Zwłaszcza z tym - nienormalnym, again - pogardliwym tonem. Którego Blaise NIGDY nie używał. Zwłaszcza w jakiejkolwiek korelacji ze swoimi rodzicami.
I chyba to Aidena najmocniej zdziwiło. Bo owszem, nie przepadał za Alaią, jednak Blaise był z matką zawsze blisko i...skąd te niemiłe wręcz komentarze? Nie cieszył się?
Starszy aż zamilkł, wpatrując się w Blaise'a z nierozumiejącym (!!!) wyrazem twarzy. Co się zmieniło? Zerwał z Lanvin, naprawdę aż tak to przeżywa?
I znów milczenie, zdziwione. Zdystansowane, tym razem z aidenowskiej strony. I bardzo zaniepokojone. - Blaise, ogarnij się - powiedział w końcu, bardzo po bratersku, łapiąc go nagle i niespodziewanie za podbródek, jak jakiegoś niegrzecznego dzieciaka, i kierując jego twarz w swoją stronę. By - w końcu - złapać jego spojrzenie. - Co się dzieje? - spytał wprost, przeszywając go swoim czekoladowym spojrzeniem, jakby chcąc wyłapać blejsowskie myśli. Destrukcyjne, jak widział. Właściwie nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak podobnej bliskości znajdowali się kilka dni temu...w całkiem innych, przyjemniejszych okolicznościach.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Fontanny   Wto 28 Sie 2012 - 10:41

Zachowywał się jak laska. Jak rozmemłana, mimotyczna laska, z pms, w dodatku głodna, zmęczona, rozdrażniona i nieracjonalna przez mnogość chujowych czynników. Z czego beznadziejnie zdawał sobie sprawę, ale równie beznadziejnie nie wiedział co ma z tym zrobić i czy w ogóle można coś z tym zrobić. Bo, dzięki uroczemu wieczorkowi w Kensington tych kilka dni temu, nie mógł patrzeć na żaden rodzaj alkoholu, papierosy były za słabe, a za narkotyki, poza ziołem, nie brał się wcale. Wiedząc jaka nagonka ze strony matki - koniec końców lekarki, przewrażliwionego ojca i honorowego brata by go czekała, gdyby ktoś się dowiedział o jego ewentualnym ćpaniu.
Chociaż na ten moment działka czegoś uspokajającego była niesamowitą pokusą dla Młodszego i byłby raczej w stanie skorzystać z takiej hipopotetycznej oferty.
- Nigdy tak nie miałem Aiden i nie wiem co mam zrobić. Bo do spieprzenia miałbym teraz chyba tylko relację z Tobą - zerknął na zmindfuckowanego brata, wywracając teatralnie oczami, jakby spodziewał się teraz stanowczości, ogarnięcia się, żeby znowu stać się artystycznym nieogarem. Zresztą do niczego nie przydałoby mu się takie ochłodzenie stosunków z Aidenem, nawet jeśli dalej było mu dziwnie ze świadomością, że ostatni raz gdy się widzieli to raczej oddychali powietrzem wydmuchiwanym z płuc tego drugiego, poznając nawzajem miękkość swoich ust. I smak, tych ajdowych, właśnie mu się przypomniał - nieznośnie, bo w karcąco niepoprawny sposób brat mu smakował. - No i z rodzicami, ale wierzę, że mi przejdzie zanim wrócą - dodał, wyciągając się na ławce bardziej, łokcie lokując na oparciu.
I tak się rozglądał dookoła siebie, czując się już odrobinę spokojniej. Jakby sama obecność Aidena obok była taką możliwością, że nie trzeba się spinać, to brat, ten najlepszy pod słońcem, lustrzane odbicie, skoro jest obok i doradza to musi być już nieco lepiej. I tak też postanowił do tego podchodzić Młodszy, traktować cały precedens jak oczyszczającą terapię, wierząc w magiczność psychologicznych umiejętności collierskich (a skoro collierskich to z pewnością niezawodnych - genetyka!).
Trik numer jeden: odwrócić uwagę, bo aż podniósł się nieco, zmarszczywszy brwi, gdy usłyszał nowinkę, ogłoszoną głosem radosnej pogodynki, oznajmiającej, że ciśnienie od jutra zacznie spadać.
- Raka? Przecież... ona... jak to? Od kiedy? - dla odmiany nie ogarnął. Czemu Aiden mu nie powiedział? Musiało być mu z tym potwornie ciężko, a na pewno Wendy przydałoby się każde wsparcie.
Opadł znów zrezygnowany, na tych kilka chwil odsuwając od siebie cały rozpierdol lanvinowo-tremainowy. Chora na raka, to przecież śmiertelne. - Ona umrze? W sensie... czy jest szansa żeby ją wyleczyć? - zapytał jeszcze cicho, przystawiając dłoń do skroni, po czym zamilkł, chyba jednak nie chcąc poznawać odpowiedzi. Oglądał czasem nawet telewizję, czytał gazety i książki, wiedział jak niebezpiecznymi chorobami są nowotwory. Przecież wtedy, w Bawarii gdy spotkali się przypadkiem byłą taka słaba, wyniszczona tym świństwem, które ją podgryzało od środka. Zemdlała, wymiotowała, mogła mu umrzeć na rękach, a on nawet nie wiedział.
Zamyślił się porządnie, miksacją chyba wszystkiego, czując jak ta namiastka jest okej uleciała daleko w przestrzeń i nie było już po niej najmniejszego śladu. Nie usłyszał rozkazu ogarnięcia się, bo z letargu wyrwało go dopiero pociągnięcie jego, na szczęście już niebolącej, szczęki. Kopiuj wklej gest sprzed kilku dni, tylko to ajdowa szczęka była w blejsowej ręce. I wtedy nie miało to być zwróceniem na siebie uwagi, bo niewątpliwie w głowie Aidena był tylko on, jako wstęp do kolejnego łapczywego pocałunku, bo teraz zdecydowanie było to brutalne łapanie kontaktu wzrokowego.
Wyrwał się, jednak patrzył dalej, zagryzając usta.
- Po prostu zerwałem z Indianą pod wpływem impulsu i nie wiem czy dobrze zrobiłem. Wcale nie chcę być z Mer, nie tak na serio, nie nadaję się do tego, chociaż zależy mi na niej. Z nikim nie czuję się taki... kompatybilny. Ale boję się, że zbyt się pospieszyłem... - wypalił, nie odwracając wzroku, przyjmując łagodnie sztylety czekoladowych iskier z oczu Aidena, z których jeszcze nie potrafił niczego wywnioskować. I które teraz wydały mu się dziwne, niezaślepione pożądaniem, niezakryte rozszerzonymi źrenicami, w których tak dokładnie siebie widział. Jednak teraz ostatnie czego było mu potrzeba, to powrót do tamtej sytuacji, bo mindfucków na chwilę obecną miał całkowicie dość.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Fontanny   Wto 28 Sie 2012 - 11:26

To było rodzinne u Collierów. W sensie to tymczasowe zamienianie się w rozkapryszoną dziewoję, mającą ostre problemy psychiczne i wahania nastroju. Na szczęście ten upojny stan szybko mijał i powracali do swojej collierskości, z domieszką kobiet tylko w łóżku. Albo na podłogach/schodach/sztalugach, zależy, gdzie Młodszego napadła wena.
Której teraz niewątpliwie NIE posiadał, bo wręcz promieniowało od niego nieszczęście. Jakby kawa rano nie smakowała, papierosy się skończyły, zabrakło ulubionej farby i ukochany pędzel się wystrzępił. Ogólnie, jakby wszystko było nie tak i - co gorsza - nie dało się z tym nic zrobić.
Aiden dobrze znał ten stan, bo jako dziecko depresji często w takim przebywał, jednak wolał walczyć z przybiciem jakimś samoumartwianiem się i działaniem, niż półleżeniem na ławce z papierosem i tragedią wypisaną na przystojnej buźce. Stąd ogarnięcie się, stąd ostre ruchy i nazistowski, nieprzyjemny ton. Którym postanowił zadziałać, na razie spychając temat Wendy gdzieś do podświadomości.
- Zbliża Ci się okres, Blaise? - spytał z ironicznym niepokojem, patrząc na niego z ukosa. Próbując jakoś przetrawić i ułożyć informację, które od kochanego brata uzyskał. Jest źle, to widział, słyszał i wyczuwał. Przez zerwanie z Lanvin? A od kiedy to TAK się kochali, żeby Blaise boleśnie przeżywał rozstanie? Dla kochanki? No, dobra, dla Mer, ale po kij, skoro nie chciał z nią być? Aiden naprawdę nie ogarniał i nie potrafił zrozumieć chaosu wszystkich intencji brata. Zupełnie bez ładu i składu, bez powiązania, z głową w chmurach.
Ach, ci artyści, nigdy nie mógł się z nimi dogadać. Nawet jeśli tak zajebiście całowali. Do czego też powinna ograniczać się ich relacja, bez żadnych dodatków, takich jak Złote Rady Dla Zakochanych.
- Zero logiki. Z e r o - powiedział w końcu, gdy już zrezygnował z jakiegokolwiek ułożenia blejsowskich rozmyślań. Które nijak się nie dawały rozrysować w żadnym sensownym grafie. Aiden więc się poddał, dochodząc do wniosku, że nie pomoże bratu inaczej, jak tylko swoją smfah obecnością. - Zerwałeś z Indianą, którą kochałeś; - minuta ciszy, odrobinę tylko triumfującej, bo Aiden nigdy nie cieszył się z nieszczęścia braciszka - i z którą zaczynałem się zaprzyjaźniać, by stworzyć zupełna sielankę na rodzinnych spotkaniach; tylko po to, żeby - jak przypuszczam - przez następne tygodnie sypiać z Mer, malować jakieś widoczki i pracować nad kompatybilnością - zaczął powoli, w niejakim zdziwieniu i podziwie, że można zrobić taką nielogiczną głupotę - Dopóki Ci się nie znudzi. Bo Ci się znudzi. Więc wrócisz do Lanvin. I znowu spotkasz kogoś inspirującego i nie tak sztywnego i tak w kółko - zakończył swoje bystre prorokowanie, akcentując je zapaleniem kolejnego papierosa i niemalże radosnym uśmiechem w stronę Blaise'a. Nie wierzył, że jego kopia jest zdolna do tak bezsensownych działań, przynoszących mu tylko smutki i zgryzoty zamiast czystego funu. Z którego powinien korzystać, dopóki miłość jego życia nie złamie mu serca a druga...miłość w nim zakochana, nie postanowi umrzeć na raka. Czego nie uczyni.
- Nie, nie umrze, ale dzięki za subtelne współczucie - odparł uroczo-słodko-ironicznie, rzucając Blaise'owi spojrzenie kończące temat. Zero pokazywania wyników, zero dokreślania. Czuł się o wiele lepiej, zajęty psychopatycznymi sprawami brata. Oderwały go prawie zupełnie od nieprzyjemnego drżenia - strachu? niepokoju? beznadziei? - w sercu. Był wręcz Młodszemu prawie wdzięczny za rozpoczęcie kolejnej dramy. Oby tylko się w niej nie zatracił i nie poobijał za bardzo swojej wrażliwej psychiki.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: Fontanny   Wto 28 Sie 2012 - 13:18

/będzie krótko, bo mam chwilowo mało czasu :c

So Blaise; nieogarnięcie z u p e ł n e, zero skonkretyzowanych pragnień, zero racjonalnych powodów takich a nie innych zachowań.
Miłość nie wchodziła w grę. Kochać to on mógł swój pędzel czwórkę, twórczość Arnaldsa albo swoją mamę. Mer była partnerką, dopełnieniem, osobą, która rozumiała, że podczas malowania ramion tej drugiej osoby się nie szturcha, ewentualnie całuje; która kochała to tak jak on. Indiana była... była w jakimś stopniu dla niego idealna. Nie byłą łatwa, musiał się starać, co też swój urok miało, no i później skutkowało, że się nie nudził, poznając ją powoli i też dając się poznać, pozwalając ulokować w sobie uczucia i też je lokując. I naprawdę nie wiedział co ma zrobić, dodatkowo tak koszmarnie wyweniony - wyłyżeczkowany, wydrylowany, wyprany i wysuszony w najwyższej temperaturze. Nie umiał przecież pójść do klubu i zaliczyć kogokolwiek.
- Ach, przestań. Sam siebie mam już dość. Rozumiesz, że nawet nie chce mi się malować? - ile razy w ciągu ostatnich dni stawał przed płótnem i odchodził od niego po chwili zrezygnowany, ścierając terpentyną nieudolną kreskę, która wcale nie powodowała eksplozji i pomysłów na nowe. Doskonale wiedział, że żaden obraz nie będzie tak emocjonalny jak ten, który namalowali jako ostatni. Ekspresja osiągnęła apogeum, nie dało się pokazać niczego większego. Nawet teraz miał przed oczami przytulone, namalowane za nim przez Mer sylwetki, Indiany i Doriana. Tak to przecież współgrało tyle czasu, osobistyczna siateczka powiązań. Mer z Blaisem i oni we dwoje. Działało jak dobrze naoliwiona maszyna z pasującymi do siebie elementami, nawet jeśli nos Mer był dziwny.
- Ja pierdolę, musisz być zawsze taki racjonalny? - spytał marszcząc brwi. Różnili się tak cholernie, ale to też przecież funkcjonowało świetnie, przeciwieństwa się przyciągały, jednak to podobieństwa zacieśniały więzi, dlatego już wiedział co zrobi, jak tylko wróci do domu. - Ja... sory, ale ten Twój pragmatyzm w ogóle mi nie pomaga. Nie umiem dławić swoich uczuć jak Ty, bez urazy - wstał, też odpalając sobie papierosa. Zbyt mały odstęp od wcześniejszego - ograniczał palenie, już wiedząc, że smakuje o wiele lepiej palone rzadziej - jednak nie dbał o to w tym momencie, zaciągając się dwoma buchami pod rząd bez słowa, po czym spojrzał na brata z góry.
- Po prostu nie umiem tak jak Ty. Ale może Wendy na Ciebie dobrze wpłynie... - Pru nie umiała, nie umierała; ot mały, nieistotny szczegół. Który tez uświadomił mu, że nie rozmawiał z Wright od... zbyt dawna. A teraz, że powoli naweniał się, chociaż tylko do roli psychologa, propagując ekstrawertyzm, przynajmniej w kwestii mówienia o uczuciach i działaniach związanych z ich polepszaniem , miał wrażenie, że był to idealny moment do takiego spotkania. Zresztą, wcześniej mógł zbyt mocno jej go przypominać. - Pójdę sobie do jakieś galerii, może coś mi wpadnie w oko. Nie mogę sobie pozwolić, by spieprzyć właśnie to.
Podrapał się po głowie i poprawił skórzaną, czarną torbę na ramieniu, patrząc bratu prosto w oczy, po czym potargał mu włosy i uśmiechnął nieco pobłażliwie. Jak wtedy, gdy byli dziećmi. Już wtedy ciągnęli się za włosy, hm...
- Cześć - powiedział, odwrócił się i poszedł, rzeczywiście w planach mając zajście do jakiejkolwiek galerii zanim trafi do Hampstead.


Blejz zt

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Fontanny   

Powrót do góry Go down
 
Fontanny
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
 :: Hyde Park
-
Skocz do: