IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 plac zabaw

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 10:42

za hotelem, dużo zieleni, bezpiecznie i kolorowo.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 10:57

Anglia. Cudowna Anglia, ze swoim majowym deszczem, upierdliwymi strażnikami na lotnisku, korkami wszędzie i posępnymi ludźmi, włóczącymi się po ulicach z wściekłymi twarzami.
Aiden nie czuł się jak w domu, raczej jak na jakiejś wycieczce do Czarnobyla, gdzie oglądał zniszczone idealne wspomnienia z ulic, po których chodził z papierosem pod rękę z Wendy, z klubu, gdzie tańczył z Chloe, z parku w którym rzucał się śnieżkami z Mattiem i Pru. Wszystko to ożywało za szybami czarnej taksówki, ale nie czuł rozrywającej rany, raczej coś w rodzaju nostalgicznego smutku.
Chyba się postarzał.
Nie miał jednak czasu na ckliwość, przylecieli wczoraj, udało mu się wejść na teren UK pod fałszywymi dokumentami (dzięki Ci, kolego z kancelarii) i dopiero się rozpakowywali. Indiana gdzieś zniknęła, wymigując się jakimś spotkaniem biznesowym i polataniem po sklepach z książkami, a on został z dziećmi, w luksusowym hotelu w którym jeszcze nie spotkał nikogo znajomego, z potwornym bólem głowy (jet lag), z Francisem piszczącym na flecie i rozpłakanymi dziewczynkami.
Nie mógł wytrzymać w pokoju, kazał więc Francisowi się ubrać, wziął torbę z niezdbędnymi piciami i zabawkami, złapał dziewczynki na ręce i zszedł na plac zabaw, odpowiadając na setkę pytań Francisa o historię Anglii.
- ...a przedłużeniem tej wojny, była wojna Dwóch Róż, między Lancasterami, to Ci czerwoni, pokazywałem Ci ich wczoraj w książce, i Yorkami. I to Ryszard, z tych białych róż, zaczął bitwę pod St. Albans. W ogóle wtedy Henryk VI cierpiał na chorobę psychiczną, NIE, FRANCIS, NIE WIEM NA JAKĄ. Spytasz mamy - uciął, bo Francis, w dizajnerskich ciuszkach małego biznesmena, już otwierał usta, by rozpocząć dywagacje biologiczno-schizofreniczne.
- Mama nie będzie wiedzieć. Ona się zna tylko na procentach i liczbach - odparł chłopiec szczerze, tuptając tu i tam po alejce przy placu zabaw, zerkając ciekawie na bawiące się w pobliżu dziewczynki i zanim Aiden udzielił mu pozwolenie na oddalenie się w zasięgu wzroku, pognał w ich stronę, ciągnąc za sobą plecak z Obamą.
Aiden tylko westchnął, stawiając Corns na ziemi (była bardziej ogarnięta i chodziła zdecydowanie lepiej) i poprawiając Luelle na swoim ramieniu. Naprawdę ciężko było ogarnąć trójkę w dzieci w znanym sobie miejscu, w znanym czasie, a co dopiero na cholernym jetlagu i w niespokojnej sytuacji. Jakby zaraz miało na niego napaść dwudziestu strażników i wsadzić do Alcatraz.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 11:28

Szczęśliwie, Will uspokojony ulubioną herbatką bez większych problemów przeżył podróż z Amsterdamu do Londynu. Blaise wciąż pamiętał zeszłoroczne wakacje, gdy lecieli do dziadków Collierów i Tremainów, a Najmłodszy Collier sprawił, że stewardessy tamtego lotu z pewnością zapamiętały tę trasę na długo. Niezbyt dobrze Mały radził sobie z podróżami, dlatego nauczeni doświadczeniem Blaise i Mer byli w Londynie dobre dwa dni wcześniej, na wypadek niemiłych incydentów, dając sobie ewentualny czas na odchorowanie lotu.
Jednak powrót tutaj, w takim a nie innym celu napawał go niepewnością. Wolałby zostać w Amsterdamie, wiedząc, że goni go termin z oddaniem projektów nowej kolekcji mebli, a wiedział, że Pieter sam ogarnie niewiele, zwłaszcza, że jako partnerzy w pracy dogadywali się równie dobrze, co partnerzy do rozmów prze butelce whisky. Byli prawdziwą spółką i nie robili dużo na własną rękę, bez informowania wspólnika o zamiarach i planach. Nie był pewny dlaczego zdecydowali się z Mer by przyjechać na ten zjazd, chociaż w tym momencie były to tylko czcze, gorzkie myśli nie dające spokojnie korzystać z tego nieładnego przedpołudnia. Już nawet w Holandii była ładniejsza pogoda niż tutaj. Gdyby nie sentyment, zapewne całkiem by zwątpił w urok londyńskich ulic.
Odwiedziwszy dziadków jednych i drugich po przylocie, zakwaterowali się w hotelu i zaczęli rozpakowywanie. Cierpiąca na migrenę Mer została w pokoju by się zdrzemnąć, jednak mały Will ani myślał dać ojcu odpocząć i prawdopodobnie dlatego odziawszy potomka w jakąś przeciwdeszczową kurteczkę Blaise postanowił pokazać synkowi co nieco - ciekawość świata (jakie to sokolsko-jelonkowe) odziedziczył jakoś podwójnie, po każdym z rodziców.
- Mama nie poszła z nami, bo boli ją głowa - wyjaśnił krótko, całując małego w pachnącą główkę i postawił go na ziemi, gdy już znaleźli się na placu zabaw, a gdy tylko krótkie nózie pociągnęły go ku ulubionym zjeżdżalniom, Blaise wysunął z kieszeni papierosa i zaczął miętolić filtr w palcach. Nie przypuszczałby, że taki o pobyt na placu zabaw okaże się czymś bardziej wyjątkowym niż zwykła zabawa z Willem, jednak miało być inaczej. Rozejrzawszy się ujrzał jakąś znajomą sobie sylwetkę, którą rozpoznał dopiero gdy ów postać zdjęła z siebie płaszcz w postaci trzymanych na rękach dzieci.
Podążył za Willem, który może instynktownie poszedł ku członkom niepoznanej przez siebie rodziny, chowając papierosa. Ojcostwo nauczyło go ograniczania palenia, zwłaszcza przy maluchach.
- Aiden... - nie było w tym ani krzty pytania. Raczej chłodny rodzaj oznajmienia, że rozpoznał go w tłumie nieznajomych osób.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 11:55

- Uważaj, Corns - powiedział od razu bardzo poważnie (nigdy nie zwracał się do dzieci jak do idiotów, robiąc te głupie minki i zdrabniając wszystkie czasowniczki), gdy dziewczynka z radosnym bulgotaniem zrobiła kilka marynarskich kroków do przodu, chwiejąc się jak upity pirat.
Oczywiście nie rzucił się, by jej pomóc, bo po pierwsze trzymał na rękach marudzacą Lu, a po drugie był orędownikiem samodzielności swoich dzieci. Rzecz jasna w granicach rozsądku, dlatego miał oko na dosłownie wszystko. Dobrze, że był Sokołem.
Przytulił Luelle, a ona zawinęła małe rączki wokół jego głowy, zerkając gdzieś do tyłu, oczywiście w świątobliwym milczeniu. Aiden trochę się martwił, że nie mówiła tak dużo jak Cornelia, ale postanowił dać jej czas.
Który miał zamiar dać także Francisowi, siadającemu na mokrym piasku i wyciągającymi z plecaczka swoje książki o prezydentach USA, licząc pewnie na zainteresowanie płci pięknej. Aiden uśmiechnął się lekko do tego obrazka, zastanawiając się, jak będzie wyglądał Francis za dziesięć lat. W końcu ludzie się zmieniali, nie do poznania w ciągu dekady.
Ale ten głos rozpoznałby wszędzie, zapewne nawet, gdyby nie widzieli się osiemdziesiąt lat i obydwaj byliby brzydcy, łysi i siwi zarazem i pachnący śmiercią.
Odwrócił się od razu, jeszcze zanim Luelle zaczęła popłakiwać, jednak nie zdążył nawet odpowiednio zareagować (płaczem, rzucaniem się w ramiona i zarzucaniem pytaniami CO TAM?), bo Cornelia widowiskowo się przewróciła, co przerwało jej gadanie do samej siebie.
Automatycznie się po nią schylił, biorąc ją na ręce i oczekując wielkiego płaczu, ale Corns wyglądała tylko na mocno zdziwioną. Prawie jak sam Aiden.
- Blaise - powiedział takim samym tonem, na razie na niego nie patrząc, zajęty otrzepywaniem spódniczki Cornelii z piasku i mikrobakterii. Powinien wsadzić ją do wrzątku. Sukienkę, w sensie. - Nie muszę chyba mówić teraz jakichś frazesów powitalnych? - spytał lekko, poprawiając obie dziewczynki na rękach, które jak zaczarowane gapiły się w Blaise'a i przestały kwilić.
On sam też podniósł w końcu na niego wzrok, trzy pary brązowych oczu o identycznym odcieniu. Rodzinnym, mocno.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 12:12

Bardzo lubił obserwować Willa, pomijając oczywiście wszelkie względy bezpieczeństwa, nawet jeśli był zwolennikiem nabijania siniaków i doświadczania samodzielnie przez dziecko, że beton to jest raczej twardy, a od trawy ma się zielone plamy na ubraniach. Wszystko miało granice, to oczywiste, nie pozwalał mu jeść piasku, jednak nigdy nie miał nic przeciwko hasaniu sobie samemu (co zwykle trwało krótko, Will jak się okazało, to dziecko wyjątkowo łatwo nawiązujące kontakty z innymi dziećmi), i doświadczania świata na jego własny, dziecięcy sposób. Prawdopodobnie, że jako artsta wyjątkowo szanował indywidualną percepcję wszystkiego i starał się nie mącić małemu w głowie, a jedynie regularnie podsuwali mu pomału pewne zajęcia, które mogłoby go zainteresować.
Oprócz malowania, bo już oboje przekonali się, że dzieciak talent odziedziczył jak trzeba i kocha się bawić farbami.
Mały usłyszał ojcowski głos i nieco się cofnął, trzymając nogawkę blejsowych dżinsów i kopiąc małym bucikiem w piasku, nie odrywając brązowych oczu od... wujka. Mogło to wyglądać zabawnie, ponieważ Blejs też na Aidena patrzył. I na jego trójkę małych brzdąców, bo ten odcień orzechowego koloru był zarezerwowany dla nazwiska Collier. Przez jego twarz przemknął uśmiech, ponieważ był już od dawna ciekaw jak wyglądają jego bratanek i siostrzenice, gdzieś tam później zastanawiając się jak się zmienił sam Ajda i jego małżonka. Choć o tym ostatnim nie myślał praktycznie w ogóle.
- Eee, nie - odparł, nie wiedząc zbytnio jak się zachować - Mała ma jeszcze piasek na kolanach - zwrócił uwagę (to tak bardzo rodzicielskie - dzieci są priorytetem), skacząc wzrokiem po identycznych dziewczynkach (z pozoru, z zachowania na pierwszy rzut oka były totalnie różne), zezując jeszcze na Ajdy pierworodnego. W plecaczku z Obamą, co go wystarczająco rozbawiło na ten moment.
- Will, to Twój wujek Aiden i Twoi kuzyni - wziął syna na ręce, decydując się na pierwsze słowa, przełknąwszy pierwotne szoknięcie. Lepiej było zwrócić uwagę na dziecko niż w ogóle zaczynać cokolwiek analizować.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 12:46

To było...dziwne.
Nie spodziewał się, że aż tak. Oczywiście, myślał czasami o Blaisie, przez pierwsze pięć lat nawet (za) często, ale potem pojawił się Francis, praca, wyzwania, dziewczynki, nowojorskie znajomości i...jakoś wszystko zbladło, poszarzało, stało się mało ważne. Anglia wydawała mu się mityczną Atlantydą, zalaną wodami zapomnienia (ach, te metafory), jakąś ziemią przeklętą, którą należało spalić i zostawić niezamieszkaną przez następne dziesięć lat.
Za dużo tu było grobów, które mógłby odwiedzić, żeby uważać zjazd za wesołą okazję do upicia się i obłapiania koleżanki, która kiedyś mu się podobała. Czuł się starszy, odpowiedzialny, na własne życzenie zamknięty w ramach rodziny i pracy, z której nie wystawiał nawet jednej dłoni. Nie potrzebował wielkich namiętności i wielkich nadziej, marząc tylko o dobrym życiu.
Co czyniło z niego bardzo nudnego, ustatkowanego prawnika, jarającego się tylko swoją żoną i nowymi przypadkami morderstw ze szczególnym okrucieństwem.
Nie czuł takiej stagnacyjnej aury od Blaise'a, uśmiechniętego, smukłego jak zawsze, z nieco dłuższymi włosami i brodą, trzymającego na rękach Willa, którego znał tylko ze zdjęć. Bardzo Collierowskiego, ale już na pierwszy rzut oka całkowicie innego od Francisa, od którego uciekły nowe koleżanki, widocznie znudzone historiami o Roosevelcie.
- Dobrze wyglądasz. Gdzie Meredith? Ojciec jeszcze żyje? Zamierzam przyjechać z dziećmi - odparł od razu, otrzepując kolanka Cornelii, która zaczęła się wiercić i z głośnym GUGA GUGA wyciągać ręce w kierunku Blaise'a, jakby był jakimś wielkim pluszakiem z wystawy.
Aiden westchnął, nie mogąc opanować wierzgającej Cornelii i Luelle z buzią w podkówkę, odwracającą się od Willa jak najdalej. Do tego zmaterializował się przy nich Francis, zadzierając głowę w górę, do Blaise'a.
- Pan jest moją rodziną, prawda? - spytał dość obojętnie, kopiąc kamyk i taksując Willa odrobinę zaciekawionym wzrokiem.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 13:59

Blaise po prostu żałował, że ten kontakt był jaki był. Wzmagało się to oczywiście w chwilach, gdy odwiedzał ojca i musiał mówić, że sam nie wie nic nowego, prócz tego, że rok temu urodził się Francis, albo, że Aiden założył własną kancelarię, co w sumie było do wyszukania w jakimś New York Timesie. Zdawał sobie jednak sprawę, że próba szukania kontaktu na siłę na nic się nie zda - znali się zbyt dobrze, by nie wiedział, że jeśli Aiden nie chce, to nie da się zrobić nic innego prócz zaakceptowania faktu odcięcia się od wszystkiego. Zwłaszcza, że dość szybko Amsterdam całkiem go pochłonął, początkowo jak idiota czekał aż zwolni się którekolwiek mieszkanie na Begijnhof, marząc jak głupiec by mieszkać właśnie tam. Potem zaczął studiować, odwiedzać w doborowym towarzystwie najpiękniejsze amsterdamskie muzea. Zaangażowany stuprocentowo w holenderskie życie nie miał czasu na sentyment, pozwalając sobie na to tylko i wyłącznie przy Isaacu, unikając tego tematu nawet z Meredith, która zaś ochoczo dzieliła się nowinkami od st.bernardowskich znajomych.
Wiedział jednak, że to było, w całej swojej pokurwionej anormalności rozłąki z tak bliską osobą, zdrowe. Zdystansowanie się pozwoliło uciec od odwiecznych porównań i faworyzacji, bo to Aiden został prawnikiem, doczekał się już trójki dzieci i mieszkał w metropolii, zapewne w jakimś wspaniałym penthouse przy Piątej Alei. Blaise nie musiał o tym myśleć, zajęty spełnianiem marzeń krok po kroku, a tego nie żałował w ogóle.
Wszystko wróciło dopiero teraz, kiedy ten posąg sukcesu i profitowej rutyny stał przed nim, zapewne w jakiejś koszuli na miarę, zmieniony przez dziesięć lat amerykańskiej separacji. Już widział, że na plus.
- Dzięki. Mer jest w pokoju, ma migrenę. Ciąża jej generalnie służy, ale chyba wiem po kim Will kiepsko znosi podróże - uśmiechnął się delikatnie, stawiając syna na ziemi, najwyraźniej wyjątkowo zaciekawionego jakimś zjawiskiem na wysokości wzroku trzylatka. - Żyje, ale jest już ciężko. Matka mówi, że to zapewne kwestia najbliższych tygodni. Byliśmy u nich od razu po przyjeździe - odparł niewesołym tonem, bo przecież nie było z czego się cieszyć. Chociaż jego mała bratanica chyba miała powód, dlatego Blaise niewiele myśląc wyciągnął ręce do wyrywającej się dziewczynki (nie wiedział czy to Corns, czy Lu - najświeższe zdjęcie jakie miał to bliźniaczki mające po równy miesiąc). Podejrzewam, że mała szybko wskoczyła do wujka na ręce, a raczej na jedną rękę, bo drugą kurczowo trzymał Will taksując niepewnie starszego kuzyna.
- Tak, Francis. Jestem Twoim wujkiem - odpowiedział, będąc w szoku jak idealnie odziedziczył on oczy Indiany, które nawet w innym ciałku wydawały się mieć do Blejsa o coś pretensje. - Nie wiesz, czy ktoś jeszcze już przyjechał? - zapytał odrywając wzrok od kopii Lanvin, skupiając się na bracie.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 15:44

Po pierwszym szoku naprawdę cieszył się, że go w końcu zobaczył, z lekkimi zmarszczkami wokół oczu, ale spojrzenie miał takie same, spokojne i głębokie, które od razu spodobało się Corns, radosnej na rękach u wujka jak jeszcze nigdy u nikogo. Od razu zacisnęła pięść na Blejsowych włosach, gulgocząc zachwycona, i rozpoczęła kokoszenie się na swoim wujku, dyndając nogami i posyłając Aidenowi rozpromienione spojrzenie.
Był odrobinę wdzięczny za odciążenie, bo Luelle, jak to Luelle, z cichego kwilenia i wyrywania się rozpoczęła swój genialny koncert, rozdzierając gardło i zanosząc się łamiącym serce płaczem.
Karierę ojca kontynuował już prawie sześć lat, ale ciągle płacz któregoś z dzieci psuł mu mózg i duszę, paraliżując resztę zmysłów. Na całe szczęście był tutaj on, Aiden, do którego dzieci lgnęły i wystarczył ton jego głosu i uspokajające mruczenie, by Luelle przestała zapłakiwać się na śmierć.
- Och, będziecie mieć drugie dziecko? Chłopiec, dziewczynka? - spytał, w końcu szczerze zainteresowany, w przerwie cichego nucenia, rzucając Blaiseowi porozumiewawcze spojrzenie. Nigdy by nie podejrzewał artystycznego Blaise'a o posiadanie jakichkolwiek dzieci, chyba, że nalegałaby na to Meredith. Z którą spotkania nie mógł się doczekać, zwłaszcza, że podejrzewał ją o tragiczną figurę i mnóstwo zmarszczek. Aż się uśmiechnął, co zbiegło się z pojawieniem się Francisa, zezującego to na swojego kuzyna to na wujka.
Aiden naprawdę mu współczuł, pewnie musiał czuć się jak pomiędzy dwoma wieżowcami, dlatego przyklęknął obok niego, sadzając wygodniej zapłakaną Lu.
- To witam wujku. Tutaj wszystko panta rej, w tej Anglii - powiedział Francis tonem niezobowiązującej pogawędki IDENTYCZNYM jak dawny Aidenowy, podobnie nawet marszcząc brewki i gładząc Lu po włosach dość pańskim gestem. Zawsze się wtedy uspokajała.
Collier nie poprawił heraklitowego stwierdzenia syna (kolejna złota zasada z jakiejś książki), tylko uśmiechnął się lekko do Blaise'a, jakby nie dosłyszał słów o ojcu. O którego uwagę tyle zabiegał. - Hm, chyba ucieszą się, że zobaczą dzieci - powiedział lekko, zaciskając usta. - Wydawało mi się, że widziałem Dicka z żoną - odparł z lekką nostalgią. - Masz kontakt z Prudence? - spytał nagle, stawiając Luelle na nóżki i spojrzeniem upewniając się, że chce sama pochodzić. Oczywiście przy ławce i pomocy tatusia.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Nie 28 Kwi 2013 - 16:29

Brak mu było tego braterskiego wsparcia przez te lata. Choćby głupiego noszenie mebli przy przeprowadzce, albo wypijania piwa przy oglądaniu jakiegoś meczu, kiedy ich kobiety szły szczebiotać o wszystkich nowinkach towarzyskich, łupach sklepowych i matczynych sztuczkach jeśli chodzi o organizację życia, czasu i opieki nad swymi pociechami. To jednak nie on był od cofania czasu. No i dobrze, wystarczyły mu wieści o tych, którzy niechybnie właśnie to potrafili i ginęli w dziwnych okolicznościach jako pierwsi.
Uśmiechnął się szeroko do bratanicy, która w malutkie piąstki chwyciła jego włosy i gaworzyła coś rozkosznie, wprawiając Blejsa w zachwyt. Dziesięć lat temu nawet nie przepadał za dziećmi, a dzisiaj z czułością w oczach patrzył na swojego dzielnego syna, który wyrastał na bystrego chłopca, a obserwując wiercącą się małą panienkę Collier zapragnął płodzić dzieci dopóki nie uda im się mieć dziewczynki.
- To jest Corns, tak? - strzelił, delikatnie wskazując, że chodzi mu dokładnie o dziecko trzymane na rękach. Uważnie też obserwował całą collierską gromadkę (Willa szczególnie, nieprzyzwyczajonego zapewne do tak wrażliwych dzieci jak Luelle) i ich reakcje na łamiący serduszka płacz drugiej bliźniaczki, którą Ajda teraz umiejętnie uspokajał. A Blaise nie mógł wyjść z podziwu/dziwnego wrażenia/szoknięcia jak bardzo obydwaj się zmienili. I jak dzieci wiele potrafią zrobić.
- Najprawdopodobniej chłopiec - Blaise uśmiechnął się, puchnąc z dumy, bo od kiedy tylko na świecie pojawił się Will, pragnął następnego dziecka. Nie straszne mu były nieprzespane noce, śmierdzące pieluszki i cała reszta tej ciemniejszej strony tacierzyństwa. nie chciał tak stać nad Ajdą i Francem, dlatego usiadł na ławeczce obok, przy której zaraz będzie dreptać Lu.
- Jesteś bardzo podobny do taty, Francis. Charakterem - powiedział do bratanka. On również nie był fanem upupiania dzieci, twierdząc, że skoro mają się rozwijać, to nie można do nich mówić jak do debili. - Na pewno się ucieszą. Ojciec pytał mnie czy wiem, czy wpadniecie - odparł miękko, sadzając Corns na jednym kolanie, zerkając na nieco oddalającego się Willa, który najwyraźniej zainteresował się warkoczami bawiącej się nieopodal rudej dziewczynki jakimś misiem. - Z Prudence... Lata temu dostałem od niej chyba jakąś pocztówkę. Z Francji, bo chyba tam mieszkała. A teraz to nie wiem - wyjaśnił, choć skromnie, niewiele też mogąc na ten temat powiedzieć. - A jak tam Nowy Jork? Kancelaria? Wspólnik? - pytał, tak jakby w ten kwadransik chciał nadrobić praktycznie dziesięć lat milczenia przerywanego kartką na Dzień Świstaka.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Pon 29 Kwi 2013 - 7:01

Był nieco zdziwiony, jak lekko szła im rozmowa, jak dalekim znajomym z facebooka, w końcu znajdujących się na tej samej imprezie. Dyskusje o wspólnych znajomych (umierający ojciec), partnerkach na jedną noc (gruba Meredith i urocza Indiana), pracy (kancelaria) i innych bzdetach, które miały zapchać czas, nie niosąc żadnej głębokiej treści.
Ale Aiden się tak nie czuł, wcale. Odkąd przełączył się na multitasking, rzadko kiedy miewał jakieś egzystencjalne rozkminy rodem z St. Bernard. Miał za dużo na głowie, żeby wspominać swoje pierwsze miłości i nieco kazirodcze zachowania w kuchni (w małżeństwie holenderskich Collierów to Blaise całował zdecydowanie lepiej niż Mer) czy inne dramy, z wplątanymi w nie imionami Prudence czy Wendy. Zamknął ten etap za sobą bardzo dokładnie, ale był świadom, że teraz brutalnie rozkopał drzwi i że z mrocznego sefju mogą wyjść setki pająków, których tak obawiała się Luelle. Biedna. Cornelia lubiła pluszaka-tarantulę. Bardzo się różniły, prawie jak on ze swoim prawie bratem.
- Tak, to Cornelia. Ma małego pieprzyka za prawym uchem, po tym je rozpoznasz - odparł, od razu udzielając instrukcji. Nigdy nie polecałby rozróżniania dziewczynek przez pryzmat ich zachowania, to byłoby po prostu chamskie. Luelle płaczliwa, marudząca i bojąca się wszystkiego i Corns, otwarta, radosna, dzielna i szybciej ucząca się. To była oczywiście prawda, ale za kilka lat to się wyrówna. W co gorąco wierzył, obserwując Lu, stawiającą chwiejne kroki przy ławce, z skupieniem wyrysowanym na małej twarzyczce.
Na wieść o zbliżającym się na świat kolejnym chłopcu Blaise'a, uśmiechnął się tylko lekko, ale nie przyjacielsko, ot tak, odruchowo. - Też chciałbym mieć jeszcze chłopca. Właściwie dwóch - powiedział szczerze, ani razu nie aluzjując do brzydoty ewentualnych meredithowych dzieci, skupiając się raczej na sobie. Zazwyczaj, gdy mówił komuś o swoich marzeniach posiadania piątki dzieci, ludzie pukali się w głowę. Wszyscy jego znajomi posiadali jedynaków, wychuchanych i zadbanych, a i tak narzekali na brak czasu i topniejące fundusze (akurat miały z czego się zmniejszać). Aiden miał jednak inne zdanie na ten temat, będąc dumnym tatą z powołania. Chociaż wątpił, by Indiana zgodziła się na kolejne dzieci; dwie ciąże przeżyła naprawdę kiepsko, zamartwiając się (o pracę, rzecz jasna), co martwiło też Aidena. Bo musiał być czujny; dwa dni przed porodem Francisa siłą wyciągnął ją z biura i to tylko dlatego, że zgodziła się z nim, że wody płodowe na jej fotelu szefa na pewno obniżą notowania firmy.
Na szczęście Francis nie ucierpiał ani psychicznie ani fizycznie na szefostwie matki, będąc zdrowym i bardzo mądrym chłopcem, patrzącym teraz na Blaise'a z lekkim powątpiewaniem. - Ale oczy mam po matce - odparł a właściwie zacytował bardzo dramatycznym tonem, po czym wybuchł złośliwym chichocikiem i mrugając do taty i Lu, uciekł z plecaczkiem na jakąś huśtawkę, porzucając zainteresowanie swoją rodziną. Aiden był bardzo dumny, czytanie Harrego Pottera nie poszło na marne i teraz Franc odcinał się od wszystkich porównań wyglądowych takim samym ironicznym tekśckiem, zachwycającym serce ojca.
Zapewne dziadek też byłby ucieszony, ale Aiden ciągle się wahał, czy pojawić się w posiadłości Collierów z całą gromadką, po tylu latach. Babka oczywiście wydzwaniała ciągle, stęskniona jak nigdy, ale cała rodzina jego wyjazd do Nowego Jorku potraktowała z początku jako zdradę stanu. Dopiero gdy zaczęli ginąć znajomi ze szkoły Aidena przyznali mu rację, zadra jednak pozostała. Kiwnął więc tylko Blaise'owi głową, że tak, przyjadą, po czym chwycił Luelle i podniósł się z nią do góry, robiąc fenomenalny samolocik. Dzięki czemu Blaise miał okazję po raz pierwszy usłyszeć śmiejącą się Lu. Do której dołączyła po chwili Cornelia, tworząc idealny symfoniczny duecik chichotu. Aiden zawsze się przy tym rozczulał. Co nie pozwoliło mu odpowiedzieć na zdanie o Pru, rzucone mimochodem. To jeszcze nie ten czas.
- Nowy Jork wspaniale, mieszkamy na Upper East Side, dobry apartamentowiec, bezpieczny. Kancelaria też w porządku, jesteśmy piąci na liście najlepszych kancelarii w NY i pniemy się w górę. Chatfield jest raczej z tymi sprawami informatycznymi i zbiera dowody, ja się wykłócam w sądach. Co doskonale mi wychodzi. - skrócił swoje dziesięć lat w kilka sekund, siadając w końcu obok Blaise'a z Luelle na kolanach, dalej chichoczącą i uśmiechniętą. Co roztapiało serce Aidena, ale niestety był teraz z kimś, więc nie mógł zacząć całować jej małej główki i rączek i mówić jej jak bardzo ją kocha, co wstydliwie robił, gdy nikt nie patrzył. Chyba nigdy nie nauczy się dobrze okazywać uczuć.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Pon 29 Kwi 2013 - 19:40

/ej trzeba sie ogarnąć z długością! xd
Blaise nie szukał dramatów we własnym życiu. St.Bernard było czymś, co zapewne niosłoby kilogramy natchnienia i nieprzespanych nocy dla miłośników zawiłości, jednak opuściwszy tamte wyjątkowe mury, zostawił za nimi większość niewygodnych, zawiłych spraw, które ciążyły mu na barkach. Wolał czytywać tragedie antyczne, samemu pozostając w zaciszu własnego, wygodnego fotela/kanapy, albo gdziekolwiek indziej, pozostając bezpiecznie uchronionym od niepotrzebnych wstrząsów, świadom że już wystarczająco namieszał jak na jedno małżeństwo. Nawet jeśli ta świadomość była tylko takim przeciwogniowym kocem, który zaledwie przykrywa wciąż żarzące się pragnienia, z których i tak rezygnował - na rzecz rozsądku; czasem wypada wręcz wreszcie dorosnąć.
Dojrzałość była o tyle pomocna, że bez rozmyślań na te tematy porzucał zachowania niewłaściwe, wiedząc, że po powrocie do pięknego domu, w całości zaprojektowanego przez nich samych, czeka na niego kochająca żona, syn i drugie dziecko schowane w bezpiecznym podbrzuszu Mer. Dojrzałość kazała mu przestać myśleć o błahostkach (przeszłość) i zacząć myśleć o rzeczach istotnych (teraźniejszość i przyszłość), jakkolwiek nudne by się to nie wydawało, z perspektywy artysty, który przed dziesięcioma laty gorąco zaprzeczał posiadaniu rodziny i zobowiązań, które ograniczałyby go całego. Dlatego też nie uskuteczniał retrospekcji, starał się ograniczyć gdybanie do minimum, świadom, że i tak podczas tego jednego spotkanka nie ma opcji nadrobić lat rozłąki.
- Rzeczywiście - stwierdził, lokalizując za uchem Cornelii małego pieprzyka, po czym zaczął ją lekko łaskotać w brzuch, przez co zaczęła cała się zanosić w falach rozkosznego śmiechu. Chyba w collierskich żyłach, prócz oczywistych przymiotów dziedziczonych genetycznie, płynęła również smykałka do ojcostwa, bowiem Blaise widział i po Aidenie i po sobie, że idzie im to naprawdę dobrze. No i nie są tymi typowymi pierdzącymi w wytarte sofy z Ikei głowami rodziny, którzy poza zarabianiem pieniędzy nie robią nic.
Spojrzał na Aidena nieco zaskoczony, gdy usłyszał dość przekonująco brzmiące pragnienia o posiadaniu większej ilości dzieci. Sam Blaise uważał, że póki co dwoje wystarczy, nawet jeśli nie wykluczał ponownego namówienia Mer na kolejne, gdy odchowają nieco Willa i nienarodzonego jeszcze Noah.
- Piątka dzieci to niemałe wyzwanie - stwierdził lekko, jednak nie stawiając kreski. Przecież bez względu na to ile się nie widzieli, prawdopodobnie mogli nadal na siebie liczyć, choć podczas łamania lodów mogłoby to być nieco uciążliwe, nie ma co się oszukiwać.
Starał się słuchać Aidena i jednocześnie zerkać na poczynania swego pierworodnego, który najwyraźniej zdążył już poderwać swoją rudą towarzyszkę, bo bawili się już wspólnie jej misiem i choć nic nie zapowiadało tragedii, jako dobry ojciec pozostawał czujny. Zwłaszcza, że Will zdawał się odziedziczyć po tatusiu nieprzewidywalność (szkoda, że do tego czasu u Blejsa owa mocno się zredukowała). - Brzmi... satysfakcjonująco - obrócił Corns, która zainteresowała się rzemykami u jego nadgarstka, wlepiając w nie intensywne, orzechowe spojrzenie małej analizatorki. Jakoś tak odruchowo przyporządkował do tego określenie "Sokolica". Choć zachwyt małymi rzeczami i radość z życia to cechy bardziej Jelonka.
- A jesteś szczęśliwy? - zapytał wprost, bo gdzieś chyba po latach, gdy minęła pierwotna ekscytacja wymarzoną pracą i całym szeregiem innych, dorosłych czynników, to właśnie to szczęście życiowe uważał za coś najważniejszego. Albo nigdy nie porzucił wyszukanych w sztuce ideałów, które nadal mu towarzyszyły przy wędrówce przez życie.

_________________
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Sro 1 Maj 2013 - 8:29

/no to pięciolinijkowiec

Pokiwał głową, bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nawet z trójką dzieciaków jest co najmniej ciężko. Widział, jak wolny czas spędzają jego koledzy z branży albo w ogóle znajomi, swoje jedyne dziecko oddając opiekunkom. Jeździli po świecie, golfy, spotkania z prezydentami, koncerty, rauty, wystawy, bale, sporty ekstremalne i turystyczne loty w kosmos. Nie zazdrościł im jednak ani trochę, bardziej ceniąc spokojne popołudnie z Corns i Lu w parku, obserwując jak ta druga stawia W KOŃCU pierwsze kroki, niż nawet najbardziej ciekawą przejażdżkę quadami po krawędziach wielkich kanionów - na taką eskapadę namawiał go Chatfield, wieczny kawaler z wiecznym powodzeniem u kobiet, pomimo braku wspaniałych wdzięków. A może to przy Aidenie wydawał się mało przystojny.
Collier żałował tylko tego, że dał się namówić Indianie na zatrudnienie Constance, która co prawda niejednokrotnie ratowała ich z opałów i przed zostawieniem dzieciaków samych na pastwę wybuchających kuchenek i siatki pedofilów, włamujących się do domów, ale posiadanie niańki mocno kłuło jego wizerunek ojca idealnego, radzącego sobie ze wszystkim samemu. Trudno. Może będzie za to wdzięczny przy kolejnej dwójce maluchów. Nad którymi zaczynał już intensywnie myśleć, dziewczynki miały już półtora roku, Indiana niedługo przekroczy trzydziestkę a wtedy o zdrowie dzieci trudno i...
Z dość płodnych rozmyślań wyrwał go śmiech Corns i pytanie Blaise'a, właściwie podstawowe. Uśmiechnął się lekko, sam do siebie, zastanawiając się tylko przez sekundę. - Oczywiście, że jestem - odparł pewnie, szczerze, sadzając Luelle obok siebie, gdzie kiwała się niepewnie, machając rączkami. - Mam cudowne dzieci, z Indianą się nam dobrze układa, mam satysfakcjonującą pracę, nie muszę się martwić o pieniądze, prywatna opieka zdrowotna jest bardzo dobra i... - kontynuował, rozumiejąc, że właściwie oprócz dzieci i Indiany wszystko brzmi pusto, egalitarnie i burżujsko. - I nie mam na co narzekać - powiedział, co zapewne było zaklęciem, bo Lu znudziło się siedzenie i się znowu histerycznym płaczem. Tak mocnym, że przywołała znowu Francisa z książeczką i dinozaurach i zaraziła płaczem także radosną Cornelię. Kochał to bliźniacze połączenie. Dobrze, że Franc wyrósł już z szlochu, chociaż nigdy mu nie zabraniał płakać.
- Zawsze tak robią. Myślę, że mogą mieć mukowiscydozę - powiedział Francis do Blaise'a prawie uspokajającym tonem człowieka, który przeżył niejedną tragedię z dwoma siostrzyczkami, chociaż tak naprawdę chciał się pochwalić trudnym słowem.
Zazwyczaj Aiden na takie jego działania reagował ostro, jednak teraz był zbyt zajęty odbieraniem Blejsowi Cornelii i ogarnianiem dwóch płaczących niewiast na jego ramionach. Chyba pora na drzemkę. I zadzwonienie po Indianę. Westchnął ciężko, huśtając obie dziewczynki. - Chyba czas na mnie, mieszkamy w 211, wpadnijcie z Meredith. Indiana z chęcią się z Tobą zobaczy - powiedział, schylając się także po torbę i tylko sobie znanym sposobem zakładając ją przez ramię, na którym trzymał Luelle.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Blaise Collier
Dorosły
avatar

Liczba postów : 560
Join date : 29/02/2012
Skąd : Amsterdam

PisanieTemat: Re: plac zabaw   Czw 2 Maj 2013 - 15:05

Uśmiechnął się pod nosem jeszcze szerzej niż do tej pory. Coś dziwnego było w tym spotkaniu, ale koniec końców cieszył się. Mogli przecież się pokłócić, mogli sobie wyrzucić w gniewie że całkowicie kontakt zrywają i wyrzekają się tego braterstwa, na myśl o którym uczennice St.Bernard miały mokrą bieliznę, czy tego, które później przetrwało, pomimo sporadycznych telefonów, tylko i li. Albo przertwał ten zalążek, który jak teraz Blaise wiedział, nie umarł.
Jednak rozłąka robiła swoje. Priorytety zmieniały się, to nie brat był najważniejszy, a istotniejsza stawała się rodzina, dlatego niekulturalnie w pół zdania Aidena zerwał się z miejsca, gdy tylko przyuważył, że Will niebezpiecznie mocno ciągnie warkocze swej towarzyszki, w której oczach pojawia się szklana błonka nie zapowiadająca nic dobrego, dlatego też zgarnął potomka, zanim dziewczynka rozbeczała się na dobre. A rozpłakała się, ponieważ Will za żadne skarby nie chciał oddać nieswojego misia.
- William, nie pójdziemy na London Eye jak zaraz nie puścisz tego misia. A bardzo chciałeś tam pójść, pamiętasz? - przybrał zapewne nieznany Aidenowi rodzicielski, stanowczy ton, że chłopiec z ustami wygiętymi w podkówkę puścił wreszcie zabawkę, którą przejęła zapłakana właścicielka i uciekła.
Niekoniecznie zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nawet banalne "cieszę się z Twojego szczęścia, bracie", bo bliźniaczy synchron, Cornelia nagle się rozpłakała, przyszedł Francis (swoją drogą Blaise'owi nie imponowało, że Mały zna słowo mukowiscydoza; brakowało mu w tym dzieciaku tak swoistej dla przedszkolaków beztroski i głupawych pomysłów, bo ulubioną postacią Willa na pewno nie była królowa Holandii, a raczej Fred ze Scooby'ego-Doo) i generalnie zrobiło się zamieszanie. Oczywiście Blaise chciał jakoś pomóc, jednak nie zdążył, bo Ajda mistrz opanowania zdążył już wszystko jakoś ogarnąć samemu. Dlatego się nie wtryniał, jego samego też drażniło, gdy zajmował się Willem i ktoś mu przeszkadzał.
- Eeee tak. 211. Powiem Mer, jak coś to zadzwonię - wstał z pierworodnym na rękach, który już się wyrywał ku tylko sobie znanej arcyciekawej nowej rzeczy w polu widzenia. Postawił go więc na ziemi, uważnie obserwując wyczyny z zakładaniem torby i w ogóle ogarnianiem potomstwa, nadal się uśmiechając. Klepnął brata w kawałek wolnego ramienia. - Dobrze było Cię widzieć. I Was też dzieciaki - powiedział zwracając się też do bratanic i bratanka, po czym uśmiechnął się przepraszająco i podążył za Willem, który prawdopodobnie wymyślił sobie jakąś niebezpieczną zabawę.

zt

_________________
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: plac zabaw   

Powrót do góry Go down
 
plac zabaw
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Plac zabaw
» Opustoszały plac zabaw
» Czerwony pokój zabaw
» Plac przed Akademikiem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Chelsea :: Golden Hotel-
Skocz do: