IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Sala nr 69

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Sala nr 69   Sro 19 Gru 2012 - 23:21



Wypasiona jest, co tu dużo mówić?
Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Czw 20 Gru 2012 - 2:41

Minęło już sporo czasu od wypadku. London powoli wracał do siebie. Bardzo powoli. Wprawdzie został już przeniesiony do innej, lepszej sali. Duży wpływ miał na to Robbie, który zjawił się w Londynie wraz z Celestą. To było miłe. Chociaż ciężko było mu patrzeć na swoją matkę zrozpaczoną poważnym stanem ukochanego syna. Odsyłał ją do hotelu, kiedy tylko mógł. Albo na rajdy po sklepach, których nawet w takiej sytuacji nie potrafiła sobie odpuścić. Zwłaszcza, że London cały czas wymyślał kolejne rzeczy w stylu swetra w renifery, koniecznie w odcieniu mlecznej czekolady, których pilnie potrzebował i bez których nie był w stanie się obejść. Wymyślał rzeczy najtrudniejsze do znalezienia, których w większości za żadne skarby by na siebie nie włożył. Patrzył jedynie kryjąc niesmak i od razu planując do którego ośrodka pomocy je odda. Dzięki temu jego mama była szczęśliwa, ale nadal nie dało się jej namówić na powrót do domu.
W ogóle cały czas ktoś obok niego był, nie dając mu chwili spokoju. Rodzina, przyjaciele. Niby dobrze, ale czasem miał ich wszystkich serdecznie dość. W końcu ile można. Wiecznie obserwowany, nawet podczas snu, czuł się jak okaz w zoo. Dlatego znów zaczął często używać swojej mocy, aby pozbywać się gości do których nie docierały delikatne sugestie. Męczyły go te wszystkie wizyty. I ta atmosfera. Im ktoś był mu bliższy, tym ciężej było mu teraz patrzeć na niego i jego rozpacz. Zupełnie jakby umierał, a oni nie mogli nic zrobić. Oczywiście była nerka Peony, ale o tym nie chciał w ogóle słuchać. Ale nie przestał kochać dziewczyny. Nie przestało mu zależeć. Dalej tęsknił, cierpiał i czuł, że potrzebuje jej jak tlenu żeby mieć jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Ale starał się tego nie okazywać, żeby nie martwić jeszcze bardziej tych wszystkich bliskich mu osób. Właściwie znosił to bardzo dobrze, bo nie przejmował się swoim stanem. Nie zależało mu na tym żeby wyjść z tego cało. Dializy były koszmarem i już miał ich serdecznie dość. Tak samo jak to, że nadal nie mógł wstać z łóżka, a największym sukcesem było podnoszenie się do pozycji prawie siedzącej, razem z oparciem łóżka. W gruncie rzeczy największą radość i ulgę przynosiły mu wizyty Chloe. Akurat jej nie chciał się nigdy pozbyć. Może dlatego, że dziewczyna nie płakała i lamentowała nad jego łóżkiem, a była wesoła, uśmiechnięta, skora do żartów i stanowczo poprawiała mu humor.
Teraz też leżał w tym pieprzonym łóżku w swoim super, fajnym pokoju i umierał z nudów. Jego lewa ręka nadal się nie zrosła, toteż mógł władać tylko prawą co stanowczo utrudniało granie na xboxie, którego, razem z masa gier, dostarczył mu jego ulubiony kuzyn. Mógł obsługiwać pilot od telewizora i dvd, ale miał wrażenie, że obejrzał już wszystkie filmy, które mogłyby go w jakikolwiek sposób zainteresować. Czekał na Demarchelier, ciekaw nowinek z wczorajszej imprezy. [btw. Chyba za szybko, bo jak ona mu opowie co się działo na imprezie która dopiero się zaczęła? xd] W sumie chciał też tortu i szampana. No i samego towarzystwa dziewczyny, które mogłoby ukoić jego skołatane nerwy, po tym jak przed chwilą, po raz kolejny odesłał swoją matkę do hotelu i kazał iść spać, kiedy ta znów rozpłakała się nad nim totalnie załamana. Miał już dość takich widoków. Chciał spędzić miłe popołudnie i nie myśleć o tych wszystkich problemach. A przede wszystkim nie chciał myśleć o Peony, chociaż na chwilę. Bo to było niewątpliwie o wiele gorsze niż wizja nieuchronnej jego nieuchronnej śmierci, która spędzała sen z powiek jego bliskim, a samemu Londonowi była całkowicie obojętna.
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Czw 20 Gru 2012 - 17:35

London był "umierający", potrzebował "ciszy" i "spokoju", oraz powinien unikać jakichkolwiek "nadwyrężeń". Chloe jednak bardzo osobliwie przekształciła sobie wszystkie posłyszane od lekarza prowadzącego pacjenta Lewisa słowa, zawarte w opasłej i szalenie wyczerpującej litanii na temat jego rekonwalescencji, Oczywiście została również uprzedzona o wszelkich możliwych sytuacjach krytycznych, które mogą się wydarzyć akurat podczas jej wizyty, dlatego tak istotne było, by panna Demarchelier włożyła całą swoją delikatność w każde odwiedziny i pod żadnym pozorem nie zmuszała chorego do wysiłku.
Co ni mniej ni więcej oznaczało, że jako jedyna się uśmiechała wśród tej bandy odwiedzających biednego Londona smutasów i tylko przy niej wcześniej wspomniany był uśmiechnięty. Co idealnie odzwierciedlało to, jak Chloe postrzegała ogół służby zdrowia - jako bandę niekompetentnych i niedouczonych idiotów, którzy dostali pracę w szpitalu, bo obejrzeli wszystkie sezony doktora House'a. Ona wiedziała swoje, przecież JAKIM CUDEM mogło mu się zacząć dziać cokolwiek, skoro zdrowiał w oczach, tylko osioł nie chciał się zgadzać na przeszczep? Ale i to dziewczę jako swój cel obrało, żeby przydusić Pumkę na tyle, by schował dumę do kieszeni, a nerkę gdzieś w lędźwie. Nawet ona sama miała dość, gdy zdarzyło jej się raz towarzyszyć chłopakowi przy dializie, co było koszmarem na kółkach.
Dzisiejszy dzień niewiele różnił się od pozostałych, znaczy jeśli chodzi o jej wizyty w szpitalu. Standardowo zostawiła płaszcz w szatni, wspaniała maszyna wyczyściła jej buty, żeby nie nanosiła brudu ani czegoś równie okropnego do sal szpitalnych, a po drodze na odpowiedni oddział spotkała nikogo innego, a właśnie przemiłego doktora Connora, czyli prowadzącego Londona, który to odprowadził ją do właściwej sali. Szarmancko też wziął od niej turkusowe pudełko, w którym to niosła wcześniej kawałek swojego tortu urodzinowego, przez co czuła się jak jeszcze większe mniejsze dziecko. W płaskich butach, mając te swoje metr sześćdziesiąt, sięgała doktorowi co najwyżej do ramienia, a nie należał on też do najszczuplejszych mężczyzn. I chyba tylko dzięki temu, że wykazywał on o niebo lepsze poczucie humoru niż poprzedni ordynator, to zwyczajnie się go nie bała, bo tak to chyba by zaczęła.
Weszła do sali, uprzejmie dziękując lekarzowi za pomoc w niesieniu ciasta (no przecież z całą pewnością było tak ciężkie, że nie dałaby sobie rady sama), po czym pocałowała Londona w policzek i odstawiła swoją torbę w jego nogi. Szkoda byłoby nią rzucić na podłogę, już pomijając cenę samej torebki, to o wiele cenniejsze były kryształowe kieliszki ukryte wewnątrz, stanowiące perełki kolekcji zastawy babci Demarchelier. Poza premierem Francji, który był jej jakże serdecznym przyjacielem (i kochankiem w latach sześćdziesiątych), to niewiele osób miało ten zaszczyt sączyć z nich wytrawne bąbelki, co dla Chloe jednak nie liczyło się zupełnie.
- Cześć, maluszku. Jak się dziś czujesz? - zapytała w uśmiechem, stawiając ciasto na stoliczku przy łóżku.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Sob 22 Gru 2012 - 13:52

Chłopak miał dość słuchania o przeszczepie. Podjął już decyzje. I nie zamierzał jej zmieniać pod żadnym pozorem. I to jak bardzo wszyscy wokół suszyli mu o to głowę, doprowadzało go do szału. Miał wystarczająco wiele powodów żeby nie pozwolić Peony na takie ryzyko, a jeszcze więcej żeby gardzić czymś, co należy do niej. Wolał nie myśleć o tym, co teraz robi dziewczyna, mając przeczucie, że pewnie znajduje się w ramionach tego palanta. Swoją drogą czuł się dziwnie z tym jak bardzo Peony go okłamała i w ogóle. To chyba zawsze jest szokiem. Zwłaszcza, że przecież London wierzył bezgranicznie w jej miłość i, że będą żyć długo i szczęśliwie. I nadal nie mógł uwierzyć w to, że Peony, jego ukochana Peony okazała się być po prostu rozhisteryzowaną idiotką, która sama nie wie czego chce. A może to jakieś rozdwojenie jaźni? Nigdy nie spodziewał się, że osoba tak delikatna, słodka i kochana może okazać się pozbawioną skrupułów suką. Takich rzeczy można spodziewać się po kobietach, jak Chloe, nie po słodkiej, niewinnej Pony.
Dodatkowo chłopak nie odzyskał jeszcze chęci do życia. Wręcz przeciwnie wszystko wydawało się tak totalnie bez sensu, że nadal nie miał najmniejszej ochoty walczyć. Aż dziwne, że, chociaż fizycznie, dochodził do siebie będąc w tak koszmarnym stanie emocjonalnym, że po prostu nie chciało mu się żyć, a wiadomość o tym, że może lada chwila umrzeć przyjmował wręcz z ulgą. Oczywiście nie okazywał tego na każdym kroku. Poza tamtym jednym razem przy Peony nie wylał już ani jednej łzy. To byłoby zbyt niemęskie i upokarzające. A Lewis zawsze dbał o swój wizerunek, bo w końcu nie był byle plebsem, który może sobie na wszystko publicznie pozwolić. Bardzo mocno wbił sobie do głowy co wypada, a czego nie. I właśnie przyjmowanie czegokolwiek od von Laffert po tym wszystkim należało do tej drugiej grupy. Honor i duma, ważniejsze niż własne życie. Zresztą w pewien sposób brzydził się nią i jej chorym niezdecydowaniem. Ale to kolejna z tych rzezy o któ®ych wolał nie myśleć, a wesołe żarciki z Demarchelier bardzo mu w tym pomagały.
London już z daleka słyszał kroki dziewczyny, o dziwo łatwo je rozpoznając. Chloe nawet w płaskich butach kroczyła, dumnie, pięknie i z klasą, tak, że aż miło było na nią popatrzeć. Kiedy tylko weszła do sali chłopak obdarzył ją swoim urzekającym uśmiechem.
- Coraz lepiej olbrzymie. – Odpowiedział ze śmiechem. Przyjrzał się lisicy uważnie, w takim luźnym stroju prezentowała się równie zjawiskowo jak we wszystkich innych. Zresztą zawsze bawiło go, kiedy takie małe stworzonko sięgające mu ledwo do ramienia, nazywało go „maluszkiem”. Ale mimo tak skromnego wzrostu kryła się w niej właśnie ta moc i zdecydowanie, których tak bardzo brakowało jego byłej dziewczynie, przez co przebywanie w jej towarzystwie było jeszcze przyjemniejsze. Chłopak wcisnął odpowiedni guzik i podniósł się razem z łóżkiem do pozycji prawie siedzącej, zadowolony ze swojego wyczynu.
- Dawaj ten tort! – Zażądał oburzony tym, że dziewczyna stawia go na szafce, a nie od razu na jego kolanach. - A co do szampana, twój urok osobisty wystarczył, czy zrobimy to tak po kryjomu?
Chociaż wszystkie jego słowa były takie żartobliwe, to było w tym coś ekscytujące, jak we wszystkim co niedozwolone. Zresztą karmiony tak długo kroplówką, a później tą szpitalną breją, naprawdę tęsknił za normalnym, porządnym, smacznym jedzeniem. A tort gruszkowo-czekoladowy był jednym z jego ulubionych łakoci.
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Sob 22 Gru 2012 - 23:26

Klołka już nieźle znała personel tego szpitala, zwłaszcza oddziałowe na intensywnej terapii, a tą nieprzyjemność zawdzięczała całemu dramatowi z maja, kiedy to wylądowała po wypadku w szpitalu z Kornelem. Tylko akurat sytuacja była inna, Kornel umierał przez poważne obrażenia, jednak nie było to spowodowane poświęceniem, a nawet jeśli, to tylko w połowie skutecznym. Poroniła przecież i choć wtedy odzyskała ukochanego na chwilę, to tylko po to, by go wkrótce utracić. I chociaż to wszystko było depresjogenne, przypominało o najboleśniejszych rzeczach, które dotknęły ją przez całe życie, to jakoś nie wzbraniała się przed przychodzeniem tutaj. Wręcz koleżeńskie, wynikające z uprzejmości i jej paryskich manier wizyty przerodziły się w coś tak naturalnego i rzeczywistego, że Chloe wracała. Codziennie, niemalże zawsze o tej samej porze. Gdzieś pomiędzy królewskimi dekretami, spotkaniami SHD, a oddawaniu się burżujskim rozrywkom, jak wydawanie nierozsądnych pieniędzy na niepotrzebne jej rzeczy. Chociaż z drugiej strony każda para butów jest zawsze niezbędna do prawidłowej egzystencji.
Ogarnęła rzeczy, które miała w swojej torbie; wyjęła szampana (z najpiękniejszą etykietą, jaką tylko znalazła w imponującym zbierze alkoholi w domu Demarchelierów, po czym też wnioskowała, że musi być świetny, drogi i pyszny), kryształowe kieliszki i zestaw złotych widelczyków deserowych. Przecież nie będą jeść rękami jak jacyś jaskiniowcy.
- No na Twoim miejscu to bym uważała i nie zadzierała ze mną - powiedziała, sięgając po cały ich piknik, stawiając między nimi pudełko z ciastem, nie dając mu jednak widelczyka. Nabrała trochę tortu i sama go nakarmiła. Jak maluszka!
- Tylko wiesz, nie po to dokrot Connor dźwigał ten tort za mnie, żeby cokolwiek miało zostać - tak, to było jawne wyzwanie, rzucane wraz z najsłodszym uśmiechem, na jaki chwilowo panna Demarchelier mogła się zdobyć.
Nakarmiwszy Londona potem jeszcze jednym kawałeczkiem sięgnęła po butelkę z mlecznego, matowego szkla (tak, względy estetyczno-wizualny chyba wygrały, bo Chloe nawet nie zerknęła na ewentualne informacje zawarte na złotej etykiecie) z którą zastygła, zerkając na chłopaka pytająco.
- Ja… nigdy nie otwierałam szampana - powiedziała, jakby w sumie samej nie do końca temu dowierzając. - Znaczy kiedyś z Pru wracałyśmy z imprezy nad ranem i uderzałam szyjką o jakiś parapet tak długo, aż ją stłukłam i mogłyśmy pić - dodała z niemalże dziecięcym zawstydzeniem, podając mu szampana, w oczywistym poleceniu poradzenia sobie z nią. Czymże przecież jest zlamana ręka, jak trzeba dziewczynę (i siebie) wyrwać z opresji!

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Sob 22 Gru 2012 - 23:59

Poświęcenie Londona też było tylko w połowie skuteczne. Bo przecież uratował tylko życie Peony, a nie ich cudowny związek. Ale gdyby znów znalazłby się w tej samej sytuacji, wiedząc już jak to wszystko się skończy postąpiłby dokładnie tak samo jak za pierwszym razem.
Wizyt Chloe, London wyczekiwał z utęsknieniem. Im bardziej regularne się stawały, tym chętniej ją widywał. Nie zastanawiał się wprawdzie dlaczego właśnie Demarchelier odwiedza go częściej niż ktokolwiek inny i dlaczego te wizyty cieszą go bardziej niż jakiekolwiek inne. W końcu zawsze się lubili i dobrze dogadywali. I przeimprezowali ze sobą niejedną noc. Ale chyba nigdy ich stosunki nie były aż tak bliskie jak ostatnio.
Na widok szampana Lewis uśmiechnął się szeroko, pewnie klasnąłby w dłonie, gdyby nie ten przeklęty gips.
- Bo co? – Zapytał bezczelnie mierząc ją wzrokiem. Takie drobne maleństwo miałoby zrobić komukolwiek krzywdę? Ale London doskonale wiedział, jak bardzo pozory mogą mylić. I jak niebezpieczne mogłoby być zadzieranie z Demarchelier. Ale on nie widział powodów, dlaczego miałoby się wydarzy między nimi coś złego. Bo przekomarzanie się i te urocze słowne przepychanki były przecież okazywaniem sympatii.
- Oczywiście, grzecznie zjem wszystko. – Odparł z uśmiechem, pochłaniając tort. I, o dziwo, nie uznał tego karmienia jako odbieranie mu tego minimum samodzielności, które udało mu się osiągnąć, a jako zwykłe wygłupy. Chociaż w stosunku do innych był bardzo przewrażliwiony na tym punkcie. – Ale jak zaczniesz mnie szczypać po policzkach, jak stara ciotka, to wyrzucę cię za okno.
Słysząc kolejne słowa dziewczyny wybuchł śmiechem.
Oczywiście od razu musiałaś być taka brutalna. – Pokręcił głową jakby z naganą i wziął od dziewczyny butelkę, swoją sprawną ręką. Misja nie była łatwa, ale London musiał jej podołać. Duma nie pozwoliłaby mu się poddać. Toteż nieco niezgrabnie wcisnął sobie butelkę pod pachę, żeby przytrzymać ją ramieniem, po czym dłonią zaczął siłować się z zamknięciem. Chwilę potrwało zanim udało mu się je otworzyć. A potem był huk i korek od szampana wystrzelił i odbił się od ściany naprzeciwko.
- Mam nadzieję, że nikt tego nie słyszał. –Powiedział wciąż z uśmiechem podając dziewczynie butelkę. Stwierdził, że nalać szampana do kieliszków może już sama. Poza tym był z siebie dumny, bo po raz kolejny udowodnił, że nie jest tylko sierotą, leżącą na tym łóżku i nie mogącą kiwnąć palcem. Uratował dziewczynę z opresji , a to przecież ogromny sukces!
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Nie 23 Gru 2012 - 0:53

W jej idealnym świecie miała ponad metr siedemdziesiąt bez jakiś niebotycznych obcasów i zawsze wyróżniała się z bezkształtnego, rozgotowanego tłumu, będącego tylko tłem. Niestety, rzeczywistość była brutalna, była niskim, drobnym człowieczkiem, o kilku irytujących przymiotach charakteru. Co jednak przykrywała zgrabnie kołderką zaangażowania i sympatii, którą umiała okazywać ludziom, o ile tylko nie byli nudnymi przedstawicielami rodzaju cichych, wrażliwych ludzi wymemłanych bardziej niż sweterek siostry oddziałowej Harvey.
Poza tym dlaczego miałaby go nie odwiedzać, zwłaszcza, gdy podczas swojej pierwszej - i jak wtedy sądziła, ostatniej - wizyty była świadkiem szalenie smutnej i wpędzającej w depresję sceny, z napompowaną mamusią Lewis w roli głównej. Swoją drogą, Chloe niespecjalnie spodobała się plastikowa pani, bo zbyt przypominała jej znienawidzoną macochę, tylko kilkanaście(dziesiąt?) lat starszą. W sumie nie wróżyła Brittany niczego ciekawszego niż smutna "starość" jako niekochana burdelmama, z pobitym rekordem Guinessa na największą ilość silikonu wszczepionego w ciało. Celesta przynajmniej się kimś przejmowała, co jednak było na plus w oczach odmienionej, dorosłej Klołki. W końcu wreszcie była pełnoletnią osobą!
- Nie chcesz wiedzieć - odparła z ważną miną, kiwając przekonująco głową. Nie żeby wątpiła w swojej siły (te fizyczne), bo przecież z łatwością dałaby radę takiemu na przykład Londonowi, bez w ogóle żadnej innej opcji! Przecież to oczywiste, że z taką posturą to sieje się postrach i generalnie to pełen rispekt, ZWŁASZCZA, w jakieś zwiewnej, szyfonowej sukienusi i balerinkach. Ewentualnie w sweterku i kozakach, jak dzisiaj.
Z uśmiechem zarejestrowała jego obietnicę zjedzenia wszystkiego, kiedy jednak… rzucił jej wyzwanie. No, a nie bez powodu nazywała się Chloe Demarchelier! Dlatego wskoczyła na łóżko, wybierając jednak bezpieczne niesiadanie na jego nogach (nie wiedziała czy nie ma czegoś poturbowanego, więc wolała go nie uszkodzić, nawet jeśli nie dysponowała dużą masą) i zgodnie z życzeniem wytargała go za poliki. - Takie słodkie maleństwo. Kiedy tak urosłeś? - przypomniała sobie denerwujące, sztampowe hasełka wszystkich cioć, choć nigdy nikt jej nie zarzucił, by urosła jakoś znacząco. Do tego wszystkiego jeszcze potarła swoim nosem o jego nos, szczędząc mu jednak mokrych, obfitujących w niemodną szminkę buziaczków.
Puściła go jednak wreszcie, perliście roześmiana, przysiadając na piętach. Najwyżej ktoś ją okrzyczy za brudzenie pościeli butami. Zasłoniła się, gdy otwierał butelkę, żeby nie dostać z korka - mądra dziewczynka, bo ledwie stłumiła pisk, gdy szampan wystrzelił efektownie, po czym roześmiała się, jakby znów miała czternaście lat i pierwszy raz popijała niskoprocentowe piwo w wielkiej tajemnicy.
Wzięła kieliszki i rozlała im po trochu, podając chłopakowi jeden.
- No ej, to za to, byś szybko powrócił do zdrowia! - powiedziała i stuknęła szkłem w szkło, biorąc od razu łyka. Jednak tatuś Demarchelier miał nosa do najlepszych alkoholi.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
London Lewis
E150
Uczeń

avatar

Liczba postów : 150
Join date : 08/08/2012
Skąd : N.Y.

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Nie 23 Gru 2012 - 2:05

London w swoim idealnym świecie nadal był Londonem. Nie różnił się nawet minimalnie, ani w kwestii wyglądu, ani zachowania, ani charakteru, ani nawet posiadanej mocy. Różniło się jedynie otoczenie, a właściwie pewne wydarzenia. Czyli nadal tworzyli z Peony szczęśliwą parę, bądź druga opcja – nigdy się nie poznali.
A jeśli chodzi o wzrost Chloe, to nie byłby w stanie zrozumieć żadnych kompleksów na tym punkcie. Bo niby dlaczego? Lewis od zawsze miał słabość do niskich, drobnych i urzekająco pięknych dziewczyn. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to Demarchelier zawsze była o wiele bardziej w jego typie niż von Laffert. Aż dziwne, że zawsze tak bardzo ciągnęło go do tej drugiej.
Chłopak kochał swoją matkę, która pod silikonową powłoką, pustej blond lali, była dość dobrą matką. Taką bardzo kochającą i troskliwą. Zawsze była z niego dumna i zawsze była gotowa wiele dla niego zrobić. Dlatego też teraz ciężko było mu znieść ją i jej cierpienie. Ale nie mógł nic na to poradzić. I to było chyba najgorsze. Gdyby nie to, że miał jeszcze gorsze problemy, już przez to mógłby złapać doła.
- Chyba jednak chcę. – Odparł zaczepnie. Właściwie to w obecnym stanie, London tą jedną ręką i jeszcze cały unieruchomiony mógłby nie dać rady nawet takiej małej Chloe, co było dość smutne.
Kiedy dziewczyna, zamiast dalej go karmić, wskoczyła na łóżko, London uniósł brwi, patrząc na nią z zaskoczeniem. A potem poczuł to okropne uszczypnięcie na policzkach i gdyby tylko był w stanie się ruszyć naprawdę wyrzuciłby dziewczynę za okno, zupełnie się o nią nie martwiąc. – Kiedy ty się kurczyłaś. – Odparł zamiast tego starając się jakoś ją obezwładnić tą jedną, sprawną ręką. Ale zanim zdążył zrobić cokolwiek, dziewczyna już go puściła.
- I za Twoje wkroczenie w dorosłość. Żeby była jak najbardziej ekscytująca i ciekawa. – Dodał przechylając kieliszek. Trunek był naprawdę dobry. Właśnie tego się spodziewał. Kiedy już opróżnili kieliszki i odstawili je na stolik przy łóżku, chłopak złapał dziewczynę w pasie i zaczął łaskotać.
- A teraz ci pokażę, co myślę o zachowywaniu się jak te wszystkie stare ciotki. Nie myśl, że to, że nie mogę się ruszyć, nie znaczy, że nie potrafię się bronić. – Odparł śmiejąc się i ogólnie mając przy tym niezły ubaw. A potem przyciągnął dziewczynę bliżej i ugryzł ją w ucho. Oczywiście nie tak, żeby zrobić jej krzywdę, to nie Tyson w końcu.
Powrót do góry Go down
Chloe Demarchelier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1003
Join date : 28/12/2011
Skąd : Sacramento

PisanieTemat: Re: Sala nr 69   Nie 23 Gru 2012 - 2:45

Teraz nie było tak najgorzej, London leżał, więc nie miał nad nią aż takiej przewagi, przynajmniej tej wzrostowej, no i był unieruchomiony, co już w ogóle z założenia ustawiało go na pozycji takiego właśnie maluszka, którego trzeba opatulić kocykiem i karmić rosołkiem. Klołki niewykorzystane instynkty macierzyńskie, choć zgromadzone już spory czas temu, pozostały niespożytkowane i może dlatego tak a nie inaczej traktowała tą całą opiekę nad Lewisem? Chociaż z drugiej strony sama miała niezły ubaw tak spędzając z nim czas, poza tym egoistycznie uważała się za najlepsze towarzystwo dla niego. Przy najmniej nie ryczała tu jak bóbr i nie miauczała o okropieństwie, które go spotkało. Wychodziła z założenia, że prędzej czy później obudzi się z tego zaćmienia własną dumą i weźmie od tej laski tą nerkę. Nie różnił się pod tym względem dużo od niej samej, dążył do życia najwygodniejszego z możliwych. A no posiadanie sprawnych nerek było nie lada wygodą.
- Weź ogarnij ten biceps. Nie napnę, bo mi szkoda sweterka, za bardzo go lubię. Ale rozumiesz, pękłby materiał - wyjaśniła modulowanym na kozacki głosem, teatralnie unosząc ręce w pozie kulturystki.
Zabawnie było widzieć jego zaskoczoną minę, bo zapewne niezbyt tego się spodziewał. Nawet, jeśli dla takiej osoby jak Chloe wszelkie tego typu zakazy były jedynie silnie nęcącą zachętą, do ich złamania.
- Oj bardzo śmieszne! Nie wszystkich karmiono sterydami, żeby jakoś tak wyrośli, jak Ty - odparowała, decydując się jednak ostrożnie usiąść na jego udach, oczekując ewentualnej reakcji, że boli, ugniata albo cokolwiek. W końcu miała mu tu swoim towarzystwem pomagać wyzdrowieć, a nie psuć go jeszcze bardziej.
Z uśmiechem wysłuchała jego toastu, dziękując mu skinieniem głowy i wypiła swojego szampana. Rzeczywiście, był świetny. Będzie musiała zapamiętać nazwę i rocznik, bo przeważnie szampany były gorzkie i nie smakowały jej. I generalnie miała właśnie zacząć o tym mówić, kiedy została złapana, a gdy tylko zaczął ją łaskotać to wybuchła śmiechem, wijąc się i kurcząc jakby w sobie, próbując jakoś odciągnąć od siebie tą jedną rękę, finalnie łapiąc ją obiema swoimi, nadal mimo wszystko chichocząc.
- No widzisz, mówiłam, że ze mną lepiej nie zadzierać - powiedziała, starając się trzymać go rzeczywiście mocno, żeby znów nie zaczął łaskotek, orientując się jednak, że ich twarze dzieli nie więcej niż dziesięć centymetrów, kiedy już spojrzała na niego po tym, jak ją UGRYZŁ. - I co ja mam teraz z Tobą zrobić, niegrzeczny chłopczyku? Tak mi się odwdzięczasz za szampana i tort? - zapytała głosem kapryśnej królewny, odsuwając się jednak o kilka centymetrów. On był umierający po wypadku no i nadal zakochany w innej dziewczynie. A ona przecież była już taka dorosła i odpowiedzialna.

_________________


Chloe Demarchelier-Wingfield

Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sala nr 69   

Powrót do góry Go down
 
Sala nr 69
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
 :: Szpital św. Tomasza
-
Skocz do: