IndeksCalendarFAQSzukajRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Nutelleria

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mistrz Gry

avatar

Liczba postów : 277
Join date : 26/12/2011

PisanieTemat: Nutelleria   Sob 20 Paź 2012 - 13:53



Miejsce, o dziwo, mało popularne, choć bardzo sympatyczne. Naleśniki, pierożki, kanapeczki, ciastka, wszystko
na słodko, w miłej atmosferze przyjemnej muzyki, bajecznych zapachów i uśmiechniętego personelu.
Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 10:36

Chociaż Prudence dawno temu została odsunięta od stanowiska przywódczego i wszelkich łask, związanych z osobą dyrektor Emmell, prawdopodobnie w pewnej, małej mierze jej niezaprzeczalne winy zostały wybaczone. Na co świetnie wskazywało obecne położenie Wright, ze zdecydowaniem i lekkim poddenerwowaniem wpatrującą się w zabiegany tłum Londyńczyków, gdzieś w przerwie między lunchem a five o'clock przemierzającymi zakorkowane ulice i zatłoczone chodniki za szybą Nutellerii.
Na spore zaskoczenie, którego doświadczyła w tym tygodniu, kilka dni temu nie wskazywał raczej zwyczajny, niczym nie wyróżniający się poniedziałkowy poranek, klasyczny rozkład dnia z pełną toaletą, obfitym śniadaniem, kilkoma godzinami zajęć, kreślenia wykresów, analiz porównawczych i listów motywacyjnych. Próbnych, ofc. Po skończonej lekcji literatury wymknęła się z sali, doceniając fakt iż Waters zdecydował się wypuścić klasę przed dzwonkiem - co gwarantowało uniknięcie nagłego wylewu tłumu rozentuzjazmowanych st.bernardowiczów. Satysfakcja nie trwała jednak długo, gdyż popychając drzwi skrzydła językowego prawdopodobnie na żywą przeszkodę natrafiła, o czym świadczył efekt dźwiękowy, uderzenie i stłumiony jęk, który pamiętała doskonale, mimo niecałego tygodnia od tamtego zdarzenia minionego. Jęk wydobywający się zza drzwi. Przez które pospiesznie przeszła, spostrzegając z trwogą, że rzeczywiście konkretnie przyjebała. Komuś. Właściwie nie byle komu, tylko tej megaambitnej Sokolicy z czwartej klasy, siostrzenicy Emmell, spadkobierczyni, przyszywanej córki, whatever - w każdym razie dziewczę to już od pewnego czasu kręciło się przy rąbku spódnicy postawnej dyrektorki, będąc jej dziewczynką na posyłki, misjonarką i zapaloną entuzjastką przebywania w rejonach dyrektorskich własności, a wówczas dodatkowo z nieskrywaną urazą w oczach piorunowała Pru wzrokiem, trzymając się obronnie za głowę i przebąkując pod nosem informację o konieczności stawienia się Prudence Wright w gabinecie. W przeciągu dwudziestu minut.
Który to czas nie wystarczyłby raczej na przetransportowanie się na parter do jadalni, w celu spokojnego posilenia się czymkolwiek uciszającym irytujące odgłosy skurczonego żołądka zanim dotrze na wyznaczone spotkanie. Przeprosiła wobec tego dziewczynę za niespodziewany wypadek przy pracy, podziękowała za krótką informację i potraktowana została wyniosłym tonem i uprzedzeniem, że zajęta poszkodowana jest i jeszcze do kogoś musi z tą misją dotrzeć. Na co Pru w lekkim nieogarze wzruszyła ramionami i obiecując sobie, że jak będzie wolna, potraktuje się najkonkretniejszą porcją omletu z kurkami ever, ruszyła w kierunku gabinetu dyrektor Emmell.
Który był zamknięty - Charlotte prawdopodobnie powinności wyższe wypełniała - co zmusiło Pru do przeczekania dziesięciu pozostałych minut w sekretariacie. Jakieś było zaskoczenie, gdy próg na oko siedem minut później przekroczył nie kto inny, a Aiden Collier. Chluba i wzór. Ulubiony rekwizyt na piedestale i reprezentatywny uczniak z senior year. Idealny duet. Organizacyjny ofc - o czym dowiedzieli się wkrótce potem, zwolnieni z nieprzyjemnej i so awkward okazji do piorunowania się wzrokiem. Literally. Prudence nie miała prawa być zaskoczona. Nie miała prawa negocjować i okazywać swoje zdenerwowanie aka niezadowolenie. Bycie Prudence właściwie było mocno skomplikowane bo przecież, walcząc z sercem, myślą, wspomnieniami napisała dziś do Aidena, stając na wysokości zadania i odsuwając prywatne konszachty na bok. Tak jak teraz telefon, z którym podłączona była poprzez soczyście zielone słuchawki, oczekując na przybycie współorganizatora balu semestralnego.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 11:14

Aiden nigdy nie był przesadnie społeczny - żadne tam wolontariaty, przeprowadzanie staruszek przez ruchliwe ulice. Nie karmił gołębi, nie zbierał datków dla powodzian, nie rozdawał pieniędzy na cele charytatywne (o ile owe datki nie były nagłośnione - wtedy taka działalność była opłacalna), nie angażował się zbytnio w życie szkoły, obserwując je raczej ze sporego dystansu. Dzięki któremu mógł wszystko dokładnie zanalizować i uporządkować, okraszając to wszystko ironią, sarkazmem i obiektywną oceną.
Bardziej subiektywny stał się dopiero, gdy związał się dość ściśle z przewodniczącą Sokołów, jednak to też go nie zaślepiło - przynajmniej nie na tyle, żeby w jakikolwiek sposób angażować się w irracjonalne kampanie wyborcze. Raczej wspierał Wright, podsuwając genialne rozwiązania i listę osób do zlikwidowania - zbyt leniwych, zbyt buńczucznych albo za głupich, by istnieć.
Jednak w chwili obecnej - w mgliste, wilgotne popołudnie - wrócił do typowego stanu obojętności na życie St. Bernard. Owszem, słyszał coś o nowych przewodniczących, gdzieś pobrzmiewało mu collierskie nazwisko, ale jakoś mało się tym przejmował, egzystując w uroczym światku książek, deszczu i samotności. Którą właściwie uwielbiał, mocno olewając wszystkie nadobowiązkowe zajęcia z ograniczenia mocy i po prostu zapadając się w ogrom podręczników. Uniwersyteckich, już, w końcu nie chciał zmarnować darowanego mu dodatkowego roku.
Niestety, miliony minut, jakie były mu przeznaczone na naukę, musiały zostać zagospodarowane przez dyrektorkę, która widocznie dalej uważała Aidena za ósmy cud świata, doskonale reprezentujący wartości gloryfikowane w St. Bernard. I doskonale pasujące do osoby, która powinna zorganizować bal semestralny.
Wszystko byłoby w porządku - naprawdę mógł podzwonić do jakichś fancy cateringów, zamówić hipsterską muzykę, zaprząc do pracy fizycznej i technicznej pierwszaków - gdyby miał zorganizować to sam. A nie w towarzystwie. Jakimkolwiek - bo zdecydowanie Aiden nie był grupowym graczem - a już tym bardziej w towarzystwie swojej byłej...dziewczyny. Miłości? Przyjaciółki? Przewodniczącej?
Obecnego wroga? Który na spotkanie organizacyjne - tylko i wyłącznie, żadne tam ploteczki - się nie spóźnił, bo już od progu Nutelleri zauważył blond włosy i skórzaną kurtkę, w towarzystwie dziwnie zaciętej twarzy. Znajomej. Wywołującej niezbyt sympatyczne perturbacje w Niepodległej Uczuciowości Collierskiej.
Powinien najpierw podejść i się przywitać, ale musiał - naprawdę musiał, czuł to w dziwnej guli w gardle i palącej chęci zaciśnięcia palców na jej gardle/włosach - dać sobie jeszcze chwilę swobody. Którą wykorzystał, zamawiając przy barze największa porcję naleśników (orzechowych). Z największą porcją najbardziej orzechowej nutelli na świecie.
Tak umocniony na duchu, mógł stawić czoła Prudence Wright, przy której stoliku się po kilku minutach zmaterializował, stawiając dość głośno talerz i zdejmując z siebie, długi, czarny płaszcz, dalej bez słowa.
- Na pewno trzeba wymienić orkiestrę. Na zespół. Ileż można słuchać rzępolących staruszków - zaczął w ramach przywitania, jakby kontynuując niezakończony temat sprzed kilku sekund. Usiadł na przeciwko dziewczyny, skupiając całą swoja uwagę na orzechowej uczcie na swoim talerzu, z typowym dla siebie skupieniem rozsmarowując nutellę na całej powierzchni naleśnika. - I powinno się wprowadzić klauzulę wiekową. Nikt nie chce bawić się z czwartoklasistami - kontynuował obojętnym tonem, wewnętrznie nie mogąc wyjść z podziwu, że tak dobrze wychodzi mu opanowanie emocji.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 11:49

Właściwie Prudence nie znosiła tego, że zawsze była na czas. Czytaj - przed czasem. Czytaj - potrafiła dobry kwadrans przesiedzieć w wyznaczonym miejscu, zanim mogła mieć prawo zacząć się upominać o nieobecność towarzysza. Chyba, że pod uwagę był brany kwadrans studencki, którego przestrzeganie stawiało ją w nieco idiotycznym położeniu oczekiwania na kogoś dobre pół godziny, w którym to czasie kelnera, chcącego przyjąć zamówienie odsyłała ze trzy na oko razy, ograniczając wszelkie tłumaczenia do zera.
Mogła to wykombinować inaczej - co stwierdziła, odrywając wzrok od nieco zaparowanej od ciepła, wypełniającego wnętrze Nutellerii, szyby, za którą widziała coraz mniej konkretnych zjawisk łapiąc coraz częstsze zawiasy. Przełączyła ze cztery piosenki, świadoma że najmniejszej ochoty na auerbachowe smęty nie ma, wyobrażając sobie, że gdyby wparowała do pachnącego i nieziemsko sympatycznego lokum spóźniona, oszczędziłaby tych wszystkich nerwowych podrygiwań i lekkiej arytmii. Która serio była dziwaczna i nieoczekiwana - skąd i po co? Dlaczego denerwowała się spotkaniem z Aidenem? Naprawdę musiała sobie regularnie i intensywnie przypominać o konkretnym temacie, który mieli poruszyć, żeby nie pozwolić sobie na spoglądanie na Colliera pod nieco innym, prawdopodobnie nieprofesjonalnym i zdecydowanie krytycznym kątem. W drodze do osiągnięcia takiego właśnie, podobnym przymiotnikiem mianowanego punktu.
Wiele porywów emocjonalno-pejoratywnych jednak miało jej być oszczędzonych, a Pru samą siebie wewnętrznie zbeształa za pogubienie w tym całym zamieszaniu pamięci o tym, że Aiden nie będzie sobą. A że osoba, która nagle pojawiła się naprzeciw niej nim parodoksalnie być powinna. Oczekiwała Indie - przyznajmy szczerze - mając w pamięci jeszcze nieco niezwykłe spotkanie w akademiku. Kiedy już sobie uświadomiła, że nie spotka się fizycznie z Aidenem Collierem, mając tę wygodę utrzymywania swobodnego w założeniu kontaktu wzrokowego, zdołała uspokoić część obaw, odsuwając je na bok na zdecydowanie niedługi czas. Bo wystarczył jeden rzut oka - właściwie kątem - impuls, zapach, jakaś średnio ogarnięta rytmicznie seria uderzeń serca (arytmia, told ya), żeby uświadomić sobie wagę sytuacji. Która przedstawiała się inaczej, niż Prudence zakładała, bo Ajda był Ajdą - co było ostatecznie, definitywnie i nieodwołalnie stwierdzone.
Wright, przygwożdżona permanentnie do siedzenia, wyciągnęła z uszu słuchawki, uświadomiwszy sobie, że coś mówił prawdopodobnie, a jedyną informacją, którą usłyszała było coś o ograniczeniu wieku i czwartoklasistach, ale pewnie nie powinna się za mocno przejmować, a znaleźć chwilę na swobodny, uspokajający oddech. Co było trudnym zadaniem, jeśli nie chciała wywołać hiperwentylacji level hard.
- Od początku kadencji dyrektor Emmell bal dotyczył każdego od czwartej klasy w górę i nie sądzę, żeby była konieczność zacieśniania grona - zmrużyła oczy, zwijając słuchawki w zgrabny okrąg, zanim wsunęła je do kieszeni kurtki. Której pozbyła się, dopiero w tej chwili doświadczając potężnej fali ciepła panującego. - Sala balowa jest wystarczająco duża, żeby pomieścić każdy z tych roczników. Nawet dodatkowy, ostatni - dodała, obserwując zbliżającego się po raz enty kelnera. Złożyła zamówienie na czekoladowy duet tarty z kawą, wodząc spojrzeniem za nożem, przez Aidena dzierżonym. - Potrzebujemy kontaktu do złotnika, który byłby w stanie zreplikować.. hmm, koronę króla - urwała, świadoma, że nie jest w stanie jednocześnie opowiadać o pamiętnych zawirowaniach afterowych, które do zagubienia doprowadziły i uspokajać się całościowo. - Pritchard zamknął zakład zeszłego lata.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 12:32

Jedną z bardziej charakterystycznych cech Aidena było bez wątpienia skupienie. Czegokolwiek by nie robił - od dość obrzydliwie wyglądającej kanapki, przez domek na drzewie aż do rozwiązywania wyjątkowo trudnych równań - zawsze wiązało się to z uważnym rozpatrzeniem wszystkich opcji i zupełnym poświęceniem uwagi jednemu tematowi. Może i było to odrobinę ograniczające - w obecnych czasach bardziej liczył się multitask i kreatywność - ale nigdy nie próbował z tym walczyć, wyznając złotą zasadę, że lepiej zrobić jedną rzecz dobrze, niż tysiące niedokładnie.
W chwili obecnej był więc zupełnie zajęty jedzeniem - wybranie na spotkanie Nutellerii uważał za jedna z mądrzejszych decyzji. Nie wyobrażał sobie spotkania z Prudence w miejscu, gdzie nie miałby czym zająć rąk, ust i myśli. Właściwie to jeszcze lepiej dyskutowałoby mu się z Wright przez internet, ale na pomysł załatwienia sprawy na odległość wpadł dopiero w tej sekundzie. Co popsuło mu własną idealność na tyle, że skrzywił się delikatnie, kończąc precyzyjne smarowanie naleśnika.
Upewnił się, że nutella jest dosłownie wszędzie, po czym uważnie odkroił pierwszy kęs, wpatrzony dalej w swój talerz, jakby ten miał zdradzić mu największy, ogólnopaństowowy sekret. Na co właściwie czekał, żeby mógł oderwać myśli od Prudence.
Nie był tak blisko niej od niepamiętnej rozmowy w kuchni i kilkuminutowego spotkania u dyrektorki (ale ono się nie liczyło), nic więc dziwnego, że czuł się, o święty paradoksie, dziwnie. Jakby ktoś podawał mu zupełnie sprzeczne informacje i kazał wyciągnąć z nich racjonalne wnioski. Co było, oczywiście, niemożliwe. I przez co się męczył, rozpraszał i irytował, niezwykle łatwo.
Bo teraz nawet głos Pru działał mu na nerwy, tak, że miał chęć zacisnąć usta jeszcze bardziej, czego uczynić nie mógł, bo szalenie chciał coś zjeść. Drama roku.
Jakoś więc przełknął pierwszy kęs - może jeśli doładuje swoje ciało sporą dawką orzechów poczuje się trochę lepiej? - razem ze słowami dziewczyny. Które - w końcu - sprowokowały go do spojrzenia na nią.
Podniósł więc głowę, wpatrując się w prudensowskie oczy niemalże bez mrugnięcia i najmniejszej zmiany wyrazu twarzy, przez dłuższą chwilę. Wiedział, że im dłużej utrzyma kontakt wzrokowy, tym łatwiej będzie mu się przyzwyczaić do jej...inności. Do tego, że nie może już jej bezkarnie całować, że nie może dotknąć jej włosów, że musi być na nieznośny dystans od idealnie zarysowanych ust i nieco zbyt wystających kości policzkowych.
Milczał przez dłuższą chwilę, dalej patrząc na nią - dość przeszywająco ale bez odrobiny jakiejkolwiek luźniejszej mimiki, typowa walka na spojrzenia. Którą miał nadzieję wygrać.
- Ach, dyrektor Emmell - powtórzył powoli, odkładając widelec i powracając czekoladowym spojrzeniem do Wright. - Już zapomniałem, jak dokładnie wypełniasz wszystkie jej rozkazy, ciężka dola nadwornego pieska dyrektorki - kontynuował, dalej tonem wręcz delikatnym, jednak aidenowskie oczy wręcz błyszczały pewnym rodzajem...pogardy, protekcjonalizmu? - Może jeśli zorganizujesz ten bal całkiem sama, będziesz mogła wrócić na stanowisko przywódcy? - zastanowił się na głos, podnosząc do ust kęs naleśnika i zjadając go ze smakiem. Zdecydowanie, im więcej orzechów i skurwysyństwa, tym łatwiej było mu przebywać z Pru, nawet nie czuł już nieprzyjemnych perturbacji sercowych. - Chociaż nie, nie masz znajomych...ani poparcia, już w nikim. Jest Ci ciężko? - dodał po chwili, znów patrząc jej prosto w oczy, tonem do złudzenia przyjacielskim, zaniepokojonym i takim, jakim naprawdę kiedyś się posługiwał. Teraz raczej brzmiało to groteskowo i boląco, tak, że sam poczuł się...niekomfortowo. Czego oczywiście nie okazał, powracając do swojej orzechowo-czekoladowej uczty.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 13:09

Skupienie i koncentracja były kluczowe - Wright nie miała prawa nie zgodzić się, nie przywyknąć i nie uznać faktu, iż jakiekolwiek roztargnienie koliduje z całościową prezencją Aidena Colliera, za stuprocentowo słuszny i oczywisty. Jak to, że osoba będąca ze stanem maksymalnego skupienia za pan brat od urodzenia powinna od podszewki znać wszelkie czynniki przyczyniające się jak i negujące czyt. rozpraszające i dekoncentrujące.
Prudence praktycznie patrzeć nie mogła na ślamazarne, do przesady precyzyjne i nieomal wykalkulowane ruchy Aidena, tchnięta nagłym olśnieniem. Coś jak wewnętrzne przekonanie, że śmiało mógłby być typowym wysweterkowanym nerdem w okularach na sznureczku i nerwicą natręctw między przebłyskami komputerowego geniuszu. No, gdyby nie aparycja ofc i dość... chaotycznie rozwiązły tryb życia. Nie poświęciła tej myśli zbyt wiele uwagi, czując że - jak przystało na idealnie zazębiającą się maszynę dwuczłonową - wraz z każdym wypracowanym posunięciem Ajdy, rośnie jej zapalczywość i nerwowość.
Naprawdę lepiej, gdyby wciąż te mógownice pozamieniane mieli. Nie przejęłaby się prawdopodobnie niczym z arsenału drobnostek, aktualnie składających się w całkiem śmiercionośną dla prudkowego układu nerwowego całość, gdyby obserwowała Indianę. Obserwowała, oczekiwała na kres tych zabiegów naleśnikowo-pielęgnacyjnych i - wreszcie - słuchała. Monologu - as always, ostatnimi czasy przecież nie potrafili inaczej. Dramatycznego - pewnie nie w założeniu ale konsekwencji? probably. Takiego mocno abstrahującego i rozmywającego faktyczny cel jego wypowiadania. W związku z czym w główce pru rozbłysło neonem krzykliwe WTF, zanim nie przefiltrowała tej jakże treściwej myśli na nieco mniej treściwy, acz bardziej adekwatny wyraz twarzy. Niewzruszony. Nietknięty obrzydliwą słodyczą. Zupełnie stoicki i mw maksymalnie.
Do tego akurat Pru nie przywykła - do swej reakcji w sensie, bo uszczypliwości Aidena stały się tak jakby.... naturalne i już nawet nie wywołujące krztyny zawodu or whatever. Tak właściwie to przecież zwykle dotykały ją podobnie krytyczne słowa, negowała wszystko co pomówieniem było czy ewentualnie naginało rzeczywisty obraz sytuacji, dokładając trzy krytykujące grosze w odwecie. Tym razem jednak doskonale wiedziała żeby w ten sposób reagować i równie doskonale zauważyła, że zdołała uspokoić swoje ekstremalnie emocjonalne zapędy na tyle, żeby w ramach powrotu do introwertyzmu stosowanego skoncentrować wszelkie reakcje gdzieś w środku, bez choćby ochoty na uzewnętrznienie.
- Nie jest - wydusiła z siebie na pełnym wydechu, ze zbędnie dużą siłą wbijając mały widelczyk w trójkącik tarty, podanej jej przed sekundą przez brązowowłosego kelnera. Mrugnęła kilkakrotnie, czując jak zaczyna piec ją intensywne spojrzenie Ajdy, po czym powzięła głęboki wdech, odchrząknąwszy następnie. - Ale możesz nie odbiegać od tematu? Gdybym potrzebowała terapeuty, zgłosiłabym się do Ciebie - owszem. Po kontakt - mruknęła, pochylając się lekko w kierunku Aidena, unosząc kawałek ciasta do ust. Skosztowała, czując jak kruche ciasto idealnie komponuje się z grubą warstwą czekolady i nieomal doświadczając tragicznej migawki obrazów każdego z czterdziestu ośmiu spotkań ich-tutaj-kiedyś. Przy okazji zastanowiła się, czy rzeczywiście dobrym pomysłem byłoby skorzystanie z usług terapeuty, roztaczającego pieczę nad collierskim usposobieniem. Które - jak widać - średniej poprawie uległo.
Jedyną konsekwencją rozproszenia było oparzenie języka, spowodowane zbyt łapczywie powziętym łykiem kawy. - Ja zajmę się cateringiem - poinformowała, wracając do wyjściowej, bezpiecznie zdystansowanej pozycji, odrywając wzrok od blizny przecinającej policzek Aidena, na której zawiesiła się na kilka za długich sekund.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 13:41

Atmosfera w Nutellerii nie była może najeżona szpikulcami, szpilkami i tasakami, ale Aiden czuł się mocno...zagrożony, jakby za plecami miał madejową ścianę i najmniejsze odchylenie pleców mogłoby się zakończyć bolesnym przebiciem płuc. Od tyłu. Siedział więc naturalnie wyprostowany, ciągle jednak mając to irracjonalne i niepokojące uczucie, że zaraz coś wgryzie mu się w szyję, przy akompaniamencie grania na pile.
Nienawidził czuć się tak niepewnie, co zawsze rekompensował sobie jeszcze bardziej odrzucającymi zachowaniami. Tak w ramach odwetu na nieokreślonym przeciwniku, który czyhał na jego święty spokój. Problem w tym, że w obecnym przypadku przeciwnik był namacalny, posiadał imię i nazwisko i bardzo ogarnięty wyraz twarzy. I wcinał jakąś meganiezdrową i zapewne pyszną (czego się domyślał z mimiki Pru) tartę.
Kiedyś na pewno bezpardonowo przysunąłby jej talerz do siebie i skrytykował wybór dania, zjadając je jednak do końca, bez sprzeciwu z jej strony, bo zapewne trzymałby ją pod stołem za rękę albo za kolano, fundując przeżycia przyjemniejsze od jedzenia czekoladowych wytworów, jednak teraz chętniej szarpnąłby ją za włosy, by wylądowała zapowietrzoną buzią w swoim daniu. Można udusić się tartą? Albo zakrztusić, tak porządnie, na śmierć?
Nie, żeby planował morderstwo przez jej mało subtelne aluzje do zdrowia psychicznego. Nie wiedział skąd wiedziała - jeśli wiedziała, bo zapewne był to typowy podstawówkowy hejt i pojazd na wariackie papiery - ale wcale go to nie dotknęło. Właściwie był zirytowany, że nie odpowiedziała mu na swój (nie) typowy, emocjonalny sposób, tymi drżącymi ustami i z tym zawiedzionym i dotkniętym spojrzeniem. Poczułby się lepiej i bezpieczniej w znajomym schemacie, teraz wszystko było nie tak i Aiden naprawdę chciał na siłę dopasować sytuację do jakiegokolwiek znajomego schematu. Książkowego, na przykład. Wojującej nienawiści, pogardliwej służalczości albo czegokolwiek - byle tylko mógł wiedzieć, jak się zachować.
Bo nie wiedział, nie potrafił, nie odnajdywał się zupełnie w ich obecnych relacjach. Z jednej strony miał ochotę wymazać Wright z swojego życia zupełnie, podrzeć jej akty urodzenia, spopielić dom i zafundować jej domek w Górach Skalistych; z drugiej strony marzył jedynie o zaciśnięciu na jej szyi obydwu dłoni i przytrzymania ich długo, wystarczająco długo. Z trzeciej (!) znowuż sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, intensywniej, niebezpieczniej i emocjonalniej. Do czego Aiden nie mógł się przyznać, nawet przed samym sobą.
Na razie jednak milczał, patrząc na Prudence bez zmiany wyrazu twarzy, jak średnio zainteresowany odbiorca masowy na kolejną kinową superprodukcję. Bez żadnych efektów specjalnych.
- Może zrób listę czym ja mam się zająć, tak będzie najsprawniej - odparł w końcu, ignorancko bardzo, co zapewne mogło by mieć swój obojętny urok, gdyby nie ubrudzona czekoladą górna warga, którą po sekundzie oblizał. W kolejnym, bardzo chłopięcym geście, zupełnie niepasującym do jego wyniosłości. Obronnej, co mógł wyjątkowo przyznać przed samym sobą. Z nikim nie czuł się tak drżąco jak z Prudence, co doprowadzało go do szału. Nie znosił czuć się zależny od kogokolwiek, a w tym przypadku Wright miała niesamowitą siłę rażenia i mnóstwo narzędzi, by uskutecznić totalne zniszczenie. - Rozmawiałaś ostatnio z Chloe? - spytał nagle, podnosząc wzrok z kończącego się już (smuteczek) naleśnika, na jakoś wyjątkowo zaciętą twarz Pru. Uśmiechając się lekko, niemalże, jakby zaczynał swobodną pogawędkę dwójki starych znajomych.

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 14:23

Z zupełną pewnością i akceptacją Prudence mogła stwierdzić, że obydwoje radzą sobie świetnie. Relacje porozstaniowe były czymś, z czym zaznajomiona była dzięki praktyce (couple of times), w jednym przypadku nawet tej samej osoby dotyczącej, a także teorii - wczytując się w dramaty, odruchy samobójcze, hejty i utyskiwania pisane jakimś niejednokrotnie średnio wprawnym piórem. Był rodzaj ludzi, którzy po rozstaniu dostawali gwałtownego kociokwiku stosowanego, niezagrożonego żadną racjonalną odezwą rozumu, który teoretycznie powinien ostudzić pejoratywnie rozumiany zapał. Inni to apatyczni bohaterowie romantyczni, którzy miast wykrzesywać z siebie choć krztyny pozytywnej energii, woleli marnotrawić czas na pisaniu długich, ckliwych i pełnych przesadzonych hiperboli (!!) dzieł. Które ni z dupy nagle stawały się arcy-.
Ni w pięć ni w dziewięć.
Atmosfera pruidenowska była wyśmienita. Barwna, chybotliwa, nieokreślona wystarczająco adekwatnym pojęciem - owszem. Ale cudna i inspirująca i, przede wszystkim, ż y w a. Odbiegająca od schematów płaczek i chodzących zombie, rozmazanej maskary i podrabianych podpisów rodziców pod zwolnieniami całotygodniowymi z zajęć. Na rzecz popcornu, lodów i nowej składanki coldplaya. Właściwie Pru mogła mówić tylko za siebie - dlatego z lekkim zaciekawieniem i zaintrygowaniem obserwowała całościową fizjognomię Aidena, wreszcie odnajdując plus faktu, iż w ciele Indii osadzony nie jest. Więziłoby to przecież rzeczywiste reakcje, które teraz mogła bez konieczności poddawania pod wątpliwość obserwować i przyporządkowywać. Sokolstwo jest cudne.
- Dobry pomysł - zauważyła, uznając przemilczenie tematu terapeutycznych uszczypliwości za dosadny objaw dumy=cecha collierska=jest stabilizacja. - Mimo wszystko punktem wyjścia do jakichkolwiek decyzji jest pomysł na motyw przewodni, więc... przemyśl to - zasugerowała tym samym, wypranym z emocji i zajeżdżającym nudnymi zebraniami biurowymi, tonem.Właściwie zastanawiała się czy fakt konieczności współpracy z Ajdą nie sprawi, że zapał, którego, chcąc nie chcąc, doświadczyła myśląc o sposobności organizacji balu, nie osłabnie zupełnie. Wiedziała doskonale, mimo że nie przyzna się do tego nigdy, że poczułaby się żywo dotknięta, gdyby jej koncepcja 60's aranżacji z ewentualnym rozważeniem opcji wpływów new wave w brytyjskiej kulturze została nazwana kretyństwem, idiotyzmem i inną sugestywną peryfrazą ulubionych porzekadeł Aidena.
Doskonale sobie jednak dali do zrozumienia, że typowo organizatorskie relacje byłyby zupełnie niemożliwe i pozbawione wszelkiego profesjonalizmu, wobec czego musiała... uważać. Nie dać się sprowokować, stosować taktykę przemyślaną i uciekając od ryzyka. Które na przykład dopuściłoby podobne pytane, padające z collierskich czekoladowych ust.
- Oczywiście - ściągnęła niezauważalnie brwi, lekko napinając mięśnie ręki, której dłonią ściskała ucho dużego kubka, dokonując w pamięci pobieżnej retrospekcji.
Taaak, były korepetycje. Matematyka. Później spontaniczna kawa u Wrightów i jakieś przypadkowe, bezprzedmiotowe pogawędki na korytarzach. Hmm.
- Ma się dobrze, jeśli znów o to pytasz - ze szczyptą niepokoju w ciemnozielonych dziś oczach spojrzała na Aidena, nawiązując kontakt wzrokowy i nieco naiwnie chcąc wyczuć powód tego pytania. Które ostatnio nie zaprowadziło do niczego dobrego w bardziej lub mniej pośredniej konsekwencji.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 15:19

Normalnie Aiden zachwyciłby się sobą jeszcze bardziej - bo dobry pomysł z ust Prudence było naprawdę czymś bardzo budującym ego - ale w danej sytuacji (wszystko było tak potwornie względne!) wcale nie przyjął podsumowania Pru z uśmiechem, raczej z jakimś nieco pogardliwym pół-grymasem. Niezadowolenia malutkiego. Nie oczekiwał poparcia, raczej jakieś kontry, więc srogo się zawiódł, na tyle, że napomnienie o motywie przewodnim przyjął tylko lekkim skinięciem głowy. I ponownym uniesieniem do ust widelca, z wyraźną przyjemnością smakując cudowną bombę kaloryczno-orzechowo-czekoladową. Orgazm dla podniebienia zdecydowanie poprawiał humor i pomagał przetrwać ciężkie chwile.
Takie, jak wpatrywanie się w zielone oczy Pru. Będąc oddalonym od niej o niecałe pół metra, czując jej delikatny zapach (pomimo aromatów słodkości i orzechowości), widząc te małe zmarszczki w kącikach ust, gdy się nad czymś zastanawiała, i ogarniając cały c(i)ałokształt osoby, która niedawno była dla niego najważniejsza na świecie. Dziwne uczucie. Nieprzyjemne. I druzgoczące, co go dziwiło: myślał, ba, był pewien, że to zamknięty rozdział, że po prostu przeskoczył bezboleśnie na level uroczego hejtingu, że jedyne co może czuć do Pru to mieszanina pogardy, litości i rozbawienia (bo była przecież tak szczeniacko p o c i e s z n a), a tu proszę, nie było tak, jak sobie zaplanował.
Nie chodziło o rozczulenie - wcale nie chciał głaskać jej po włosach i całować po rękach - tylko o zdecydowanie zbyt silne uczucia. Gorąco pragnął obojętności i dystansu, a im bardziej je sobie wmawiał, tym mocniej na Pru reagował, ciągle mając chęć przypieprzenia sobie w twarz. Dla ogarnięcia się. I zostania pełnoprawnym sukinsynem.
Jedyne, co przynosiło mu jako-taki spokój, było związane z przewagą. Wyimaginowaną, ale istniejąca, choćby w wyobraźni. Czuł się lepiej, bo był starszy, mądrzejszy, bo Wright straciła przywództwo, bo Wright wydawała mu się zagubiona. Chciał dla niej jak najgorzej, by czuć się lepiej, co było tak cholernie szczeniackim (!) zachowaniem, że czuł się zmindfuckowany własnymi durnymi pomysłami na polepszenie nastroju.
Pomysłami, które jednak uskuteczniał, dalej z tym mocnym i pewnym spojrzeniem, utkwionym w lekko zaniepokojonych, zielonych oczach Pru. Nie wiedziała? Demarchelier postanowiła zachować swoje zdradliwe przyjacielstwo tylko dla siebie?
Pokiwał powoli głową, jakby głęboko zastanawiał się nad króciutką odpowiedzią Wright, i oblizał widelec z czekoladowego sosu, dalej w lekkim zamyśleniu, spojrzeniem nie wędrując po sali, a dość bezczelnie patrząc się na Pru. Nie mógł przeprowadzić obiektywnej analizy będąc tak blisko niej, ale mógł zastanawiać się, co będzie g o r s z e. Gdy Pru znowu dowie się o teoretycznej niewierności swojej bff foreva and ever z pierwszej ręki, czy jeśli to on, wspaniałomyślny Aiden Collier, otworzy jej oczy. Przepełniony dobrymi chęciami, oczywiście.
- Och, wiem, że czuje się wręcz d o s k o n a l e - zaczął powoli, odkładając widelec na pusty talerz i łącząc dłonie pod brodą. Z trzydniowym zarostem ofc. - Może ona podsunie Ci jakiś motyw przewodni? Ladacznice i księża? Akcja dzieje się w ćpuńskim domu pogrzebowym? - kontynuował swobodnie, nagle czując niemiły uścisk w klatce piersiowej; ot, szybka myśl, przeszywająca mu boleśnie osierdzie; wizualizacja tatuażu na żebrach Pru, fizyczna pozostałość po Lancasterze, ukryta pod swetrem i bluzką. Zacisnął usta na sekundę, poprawiając automatycznie serwetkę i tylko przez sekundę zastanawiając się nad tym, co miał za chwilę powiedzieć. Szczerze, z prostego, chłopięcego serca o dość nazistowskim spojrzeniu i tembrze głosu. - Masz wspaniałą przyjaciółkę, Wright, naprawdę. Jest Ci wierna - nawet w moim łóżku - zaczął, po czym urwał w połowie zdania, patrząc na Pru z niejaką...ciekawością. Odbioru nagromadzonych aluzji? Braku lub zaistnienia jakiejkolwiek reakcji?

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Nie 21 Paź 2012 - 21:54

Taka tam rutyna. Standard. Nieodzowna i przyporządkowaną trwale cecha pruidenowej relacji - tej porozstaniowej. Takie to swoje i takie znajome, takie stare i w pewnym sensie... hmm wytęsknione. Prudence czuła się jak rok temu. DOKŁADNIE. Jak w nieco innej, szkolnej lokalizacji. Korytarz. Parapet. Mocno w swoim świecie Prudence i mocno bezceremonialny Aiden. I słowne przepychanki i niedwuznaczne sugestie i caaały arsenał megadojrzałych, kąśliwych uwag, które mimo wspomnianego szczeniactwa dostarczały niejakiej rozrywki im obojgu. Tak jakby jedynie w ten sposób - nieco okrutny i mocno antysokolski - mieli prawo ze sobą rozmawiać. Jakby jedyną formą interakcji była konfrontacja. Ech, cudowności.
I być może Wright rozczuliłoby to, jak zjawiskowo historia zatoczyła koło i jak znów potrafią bez tracenia czasu na ckliwości i czułości, o czystej sympatii nie mówiąc, poobrzucać się błotkiem i ponacierać intensywnie twarz kwasem. Mocno żrącym. Zaraz przed stratowaniem przez stado galopujących ogierów. Alenie. Nie tym razem. Bo Pru była nieco konkretniej doświadczona i, mówiąc wprost, cholernie nieufna. Jak nigdy. Znaczy - nigdy przed miesiącami hmm... dwoma? Trzema?
Szczęśliwi czasu nie liczą.
A szczęściem właściwie Pru nie tryskała czując, że jej niepokój nie okazuje się zupełnie bezpodstawny i nie jest ani trochę słabszy, mimo pobożnych życzeń prudensowskiej. To nie tak, że wpłynął jedynie Aiden, że ziarno niepokoju zasiał. Raczej podlał. Sokolica ostatnimi czasy miała z Chloe relację... niepełną. Spokojniejszą i jakoś... luźniejszą? Zauważywszy, że po raz kolejny po całych postaidenowych dramach zbliżyła je do siebie znów dość konkretna tragedia, nie czuła się w pełni zdolna do powitania sielanki z otwartymi, chętnymi ramionami. Preferowała ogar, dystans. Ostrożność, o której przypomniała sobie przed wakacjami. Prawdą było, że przyjmowała każda opcję jako prawdopodobną od kiedy zauważyła, że jej ślepe zaufanie bywa mylone z naiwnością. Przez nią samą też.
Dlatego nie prychała, nie kręciła głową, nie traktowała Aidena pobłażliwym uśmiechem, solidaryzującej się jajnikowo feministki-bffa. Rozważała i uważnie obserwowała.
- A to właściwie propozycja Twoja czy jej? Nic mi do tego jaki tryb życia prowadzi Chloe - zwątpiła równie sugestywnie, kontrolując ton i czując nieomal jak gdzieś na całej długości intensywnego połączenia wzrokowego między nimi przeskakuje zapłonowa iskra. Podatna na wybuchy i wywołująca dziwny... hm, dreszcz. Zbyt rozkoszny, jak na czysty hejt. Zbyt zapomniany i nostalgią zalatujący iii... STOP. - To powinno mnie uspokoić? - podjęła automatycznie temat, w ferworze zapominając o pierwszoplanowej istocie ich spotkania. O co chodziło fokle jaki bal że niby co? - Doskonale wiesz jak jest - zniżyła ton, co przyczyniło się do nieomal stuprocentowego kamuflażu goryczy. - Nie tylko relacja z Tobą uległa ostrej zmianie więc nie musisz nakierowywać mnie do stosowny tok myślenia. Zwłaszcza w kwestii wierności - dodała brzmiąc, jak gdyby przykra satysfakcja mieszała się u niej z nieogarniętą rezygnacją. Brzmiała jak zmęczona ciągłym staraniom istota, która zdolna do jakiejkolwiek skrajnej emocji, niezależne czy pozytywnej czy negatywnej, nie była i doświadczyła rozczarowania. Co bardzo uwłaczało, dlatego starając się kontrolować oddech sięgnęła po zdatną do picia już kawę, zauważając, że napięcie faktycznie nie jest spowodowane zdenerwowaniem, nienawiścią, odrazą czy irytacją. Naprawdę baaardzo nie chciała, żeby Aiden Collier wciąż na nią działał. Odchyliła się daleko na krześle, z podejrzaną skrupulatnością poprawiając kołnierzyk koszuli, wystający zza zielonego sweterka.

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Aiden Collier
Administrator
avatar

Liczba postów : 1935
Join date : 26/01/2012
Skąd : NY, USA

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Pon 22 Paź 2012 - 10:05

Gdyby Aiden nie posiadał zdolności analizatorskich, przyjąłby słowa Pru tylko kiwnięciem głowy, ot, przyjęcie faktu, Wright nie wtrąca się w życie Demarchelier, święto, norma i rutyna. Jednak zbyt dużą wagę przywiązywał do Prudence, by tak po prostu odpuścić sobie głębsze przemyślenia.
Bo widział, że collierska skaza cały czas obowiązuje, w dalszym ciągu jest obecna, dyskomfortowa, drażniąca, jak zbyt silny zapach środków higienicznych. Miał świadomość, że - niechcący, oczywiście - spieprzył jedną z najlepiej zapowiadających się przyjaźni, jakich kiedykolwiek był świadkiem. Pru z Chloe były nierozłączne, na zawsze, jakby ktoś związał ich palce niewidzialną nicią - nie były siostrami syjamskimi, nie podążały ślepo za sobą, ale były r a z e m. Więź silna, więź wspaniała, więź, której Aiden nigdy nie doświadczył - może za wyjątkiem Blaise'a, ale tu w grę wchodziły geny, pomocne przy takich przyjacielskich relacjach.
Dobrze pamiętał, że kiedyś - daaawno temu - naprawdę odrobinę zazdrościł im tego przywiązania, wspólnych sekretów, zupełnej swobody zachowań i wypowiedzi w swoim towarzystwie; jakby stworzyły własny, fascynujący wszechświat, do którego nikt poza nimi nie miał wstępu. A przynajmniej tak mu się wydawało, co - może podświadomie? - potraktował jako wyzwanie. Idiotyczne łamanie murów i granic, przekonanie się, jak daleko może się posunąć i jak NAPRAWDĘ silna jest przyjacielska więź.
Więź, która okazała się słaba - gdy pierwszy raz czuł chętne usta Chloe na swojej szyi, czuł się wręcz zawiedziony, że ta idealna - według niego - relacja nie istnieje, że była tylko mrzonką, że za dużo sobie wyobraził, że jednak tak dobre uczucia nie mają racji bytu. Jednak to był chwilowy smutek, przyćmiony przez pożądanie i umacniającą się...relację z Demarchelier. Nie czuł się jakby uczestniczył w trójkącie, po prostu było mu wygodnie, z miłością swojego życia (dziewiczą, należy zaznaczyć) po jednej stronie i zachwycającą kochanką po drugiej.
I tak, historia lubiła się powtarzać, Aiden dobrze o tym wiedział. Nawet teraz miał świadomość, że - być może? - stoi na progu kolejnego okrążenia. Z subtelną zmianą wiecznej miłości na wieczną pogardę. Która jednak powoli gasła, jak gdyby oddychanie tym samym powietrzem co Pru przez określony czas, łagodziło jego mordercze zapędy. Nawet, jeśli Pru wspominała, dość aluzyjnie, o wierności. Której przecież...prawie dochował. Chloe też. Nie było problemu, ale dalej był przekonany, że to on ma w ręku wszystkie karty. Pewność, że gdy tylko zechce, może przyciągnąć do siebie Demarchelier, zostawiając Wright zupełnie samą, dość mocno budowała jego ego. I perspektywy na następne tygodnie: czy naprawdę chciał zranić Pru jeszcze bardziej? Czy w ogóle przejęłaby się kolejną utratą, kolejnej bliskiej osoby?
Aiden zastanawiał się nad tym na tyle uparcie, że przez dłuższą (naprawdę długą, żadna tam minutowa pauza) milczał, wpatrując się w Pru tak, jakby mogła odpowiedzieć na te niewyartykułowane pytania. Spojrzenie dość intensywne, wyczekujące i...zauważające. Wydawała mu się jakaś spięta, jakby chciała coś: powiedzieć, zrobić, wyobrazić, ale nie mogła, nie chciała; lekka dezorientacja połączona z wyraźną niechęcią. Dość niejednoznaczna aura, wybijająca Aidena z rytmu, nawet tego prostego, milczącego.
- Prudence - zaczął, dość zgrzytliwym tonem, jakby jej imię nie mogło przejść mu przez gardło bez jakiegoś nieprzyjemnego warkotu. Który przecież z trudem hamował. - Po prostu zrób listę tego, co mam zrobić i nie spotykajmy się, bo naprawdę mam ochotę zrobić Ci krzywdę - kontynuował tonem już słodkim i spokojnym, jakby dawał dobrą, przyjacielska radę jakiejś swojej dobrej kumpeli. Z którą nigdy nie spał. I której nie kochał. I która nie doprowadzała go do wewnętrznego szału samą swoją obecnością - co było niedorzeczne, nienormalne i nie do przyjęcia. I co prowokowało powyższe odpowiedzi - bez ładu, składu i nawiązań do poprzedniego tematu; czysty przekaz niechęci i...ostrzeżenie?

_________________

flash call fuck meet

what a scummy man
just give him half a chance
I bet he'll rob you if he can
can see it in his eyes that he's got a nasty plan
I hope you're not involved at all

cause he's a scumbag, don't you know?


Powrót do góry Go down
Prudence Wright
Administrator
avatar

Age : 22
Liczba postów : 1099
Join date : 16/01/2012
Skąd : Torquay; UK

PisanieTemat: Re: Nutelleria   Pon 22 Paź 2012 - 19:15

Milczenie było przeróżne. Wymowne, pełne wstydu. Krępujące lub pełne napięcia, idealnie obrazowanego przez sznur, który na szyjach dwóch, powiązanych interakcją się zacieśnia. Zdolność zaakceptowania milczenia, potraktowania go jako kolejny, niezbędny do pełni intensywności element relacji Pru posiadła. Właściwie nie zawsze traktowała go jako dowód zażyłości. A teraz?
Aiden nie tylko milczał. Aiden... skanował. Sondował i prześwietlał, nie pozwalając na jakikolwiek zdradliwy, w roztargnieniu poczyniony ruch. Prudence splotła dłonie na drewnianym, wyszorowanym stoliku, podnosząc wzrok. Collier patrzył intensywnie - Pru nie mogła nie utrzymać kontaktu wzrokowego, jeśli już go zawiązała. Była przekonana, że w ciągu tej długiej, ciągnącej się w nieskończoność chwili pod całkiem nową czapką (której może w sumie zdjął,, wchodząc do nutellerii ale whatever, należało o fullcapie wspomnieć[!]) dzieje się kosmos i analiza porównawcza bądź nie, sensowna tudzież zupełnie nieogarnięta. Collierska. Czyli opierająca się na każdym, zebranym w ciągu ich długiej znajomości fakcie. O czym myślał? Prudence nie wiedziała. Ale widziała. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz mogła ze względnym spokojem badawczo przyglądać się, tkniętej probably eureką twarzy jego. Wbrew pozorom i obawom, wbrew założeniom Wright, okazało się to łatwiejsze niż sądziła. Ani trochę naturalne, w najmniejszym stopniu przyjemne, ale ł a t w e.
Doświadczyła tego kilka razy w niezamierzchłej przeszłości. Całkiem świeżej nawet. Nie przysparzało jej trudności pożegnanie Chloe po kolejnej krótkiej, na całej długości zawrotnych czternastu minut w czasie przerwy wypełnionej randomowymi tematami pogawędki. Nie widziała powodu, by podejmować kroki inne, niż oddalenie się w swe osobistyczne rejony, w chwilach radosnych, rodzinnych wieczorów przy wspólnie smażonych gofrach i atmosferze sprzyjającej zbiorowej grze w scrabble i ociekaniu natrętnym entuzjazmem. Była odziana w kożuszek bezpieczeństwa.
A emanujące gorącem, rozbierające w niekoniecznie erotycznym znaczeniu, wizualizujące płynną czekoladą spojrzenie nie budziło niedawnych chęci mordu i unicestwienia czy nieco dawniejszych porywów serca. Jedynie lekki wicherek. Który spowodował jedynie kilka szybszych, kontrolowanych wciąż uderzeń głównego narządu układu krwionośnego. Nadciągająca fala ciepła, spowodowana szybszą cyrkulacją krwi została zmiażdżona przez chłód. Który był trochę jak śnieg środkiem listopada - odrobinę zaskakujący, ale prawdopodobny. Znaczy, dla większości ludzi, bo u Pru podobne zjawisko atmosferyczne wywoływało raczej gwałtowny przyrost endorfin i napełniało życiem po dłuugich, męczących miesiącach marazmu i śpiączki energetycznej.
Nie teraz.
Na brzmienie swojego imienia Prudence zastygła, otwierając się na późniejsze słowa Aidena, niesamowicie podobne do tych, kończących ich ostatnie w-cztery-oczy spotkanie. Co automatycznie niosło ze sobą skojarzenie z wyjątkowo parszywą i zupełnie nieestetyczną epiforą, która za drugim razem już nie rozczarowywała a intrygowała. Jak wysyłany w przestrzeń sygnał świetlny, prawdopodobnie za pierwszym razem zrozumiany opacznie. Który miał coś znaczyć. A Prudence miała za zadanie rozszyfrować co.
Z tą myślą wyzwaniową odsunęła się na krześle, odpychają dłońmi o krawędź stołu opartymi. Ściągnęła brwi, wyjmując z wyświechtanej portmonetki po przejściach kilka funtów, które położyła obok pustego kubka, zarzucając kurtkę na ramiona. Jużjuż miała wychodzić, odmruknąwszy jakąś pożegnalną, równie sympatyczną formułkę z adnotacją iż wkrótce się z nim skontaktuje gdy... zwątpiła. Nie chciała i preferowała inaczej. Pochyliła się, wygrzebując z kieszonki torebki czarny długopis, którym potraktowała serwetkę, pochylając się błyskawicznie nad stolikiem. Kaskada włosów przesłoniła jej nieco nieogarniętą again twarz, kiedy kilka słów nanosiła na oporny papier. Żadne tam bazgroły i krzywe litery. Staranna, wyuczona kaligrafia i proste, równe pismo. Kila słów, coś jak "korona, zespół, ekipa remontowa (..)" etc. Kontynuując aidenowskie milczenie podsunęła serwetkę w jego stronę, skinęła głową i skierowała się do wyjścia nieco zbyt energicznym krokiem rozjuszonej kotki.

/pru zttt

_________________



Still she greets you like a long lost rock and roll,
she's definitely one of those but you'll go wherever she goes!
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Nutelleria   

Powrót do góry Go down
 
Nutelleria
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Hyde Park :: Centrum
-
Skocz do: